PAMIĘTNIK

archiwum 2002 - 2006

 

2007-05-12
                  Pozmieniało się sporo - zarówno na stronie, w domu, jak i w moim życiu. Nie będę wszystkiego opisywać, ale co najważniejsze: mam zamiar pisać na bieżąco i jednocześnie podpiąć      s t a r y    p a m i ę t n i k ...  - będzie można do niego zajrzeć przez
archiwum . No dobrze - za chwilę, bo to ogrom pracy, by to wszystko przenieść. Jak narazie musze uprzedzić - BARDZO DŁUGO SIĘ WCZYTUJE !!!!
                    Pozostawiam w nim wszystko, co było do tej pory ( z małymi poprawkami), bo to w końcu kawałek historii i mam nadzieję uzupełniać w miarę możliwości nowe informacje.

                      Większość już wie - z końcem stycznie odeszła od nas Bigusia. Miała guzki okołosutkowe, operowane ponad dwa lata temu, ale się paskudztwo odnowiło. Odnowiło się w zastraszającym tempie - to znaczy zewnętrznie nie było widać, potwór grasował w środku i robił spustoszenie. Tylko, że po Biguli nic nie było widać. W piątek jak zwykle biegała, radośnie zaglądała mi przez ramie jak tyko coś robiłam, aż nagle późnym wieczorem nagle zaskamlała i zaczęła wymiotować. Założyłam, że zjadła jakieś świństwo (czyt. ukradła ze śmietnika) i rano pojechałam z nią do weta. No niestety - okazało się, że narósł guzek, był nabrzmiały i gorący. Wet dała jej natychmiast całą baterię leków - na miejscu i do domu zastrzyki - i umówiliśmy się na środę na operację, bo była za słaba by ją operować natychmiast. We wtorek rano guz był wielkości pięści dorosłego mężczyzny, a Biga przez ten czas tylko piła i wychodziła siusiać na trawnik. Wychodziła - to zbyt górnolotne określenie - wywlekała się, kuśtykała. I nic nie jadła. Po powrocie z pracy zastałam Bigusię ledwo zipiącą, guz (wrzód?) pękł pozostawiając pozostawiając ogromną przetokę. Natychmiast zawiozłam ją do weta: prześwietlenie wykazało, że ma zaatakowana wątrobę, oskrzela, płuca, jelita, serce dwukrotnie powiększone... Nie było co zbierać. Cierpiała bardzo i nie można było jej pomóc. Ciężka to była decyzja, ale po konsultacjach (4 wetów) postanowiliśmy jej ulżyć.
                      Do tej pory łapię się na tym, że rozglądam się za czwartym pinczerem i dopiero po chwili dociera do mnie, że jej już nie ma...

                      Jesienią 2006 odbyła się Światowa Wystawa Psów w Poznaniu - moich dziewczyn nie wystawiałam, bo się wszystkie zmówiły na cieczkę, ale za to córka Nikity - NIKITA z Zadziornego Gangu, w stawce 11 suk w klasie otwartej, zdobyła SREBRO !!! Najwyższa ocena dla polskiego pinczera mini w tym dniu!!!  To naprawdę ogromny sukces !!!

                     Również jesienią, 20 października 2006, pojawiła się Małgosia - druga córcia Anity i Olka, siostra Jolki.

         Jutro wybieram się do Warszawy - na jeden dzień. Otóż mój brat od roku pracuje w USA i właśnie kończy mu się czas "banicji", wraca w czwartek, 17 maja. Anita natomiast pojechała z dziewczynami na majowy, długi  weekend do swoich rodziców, aż prawie pod Zakopane. Na miejscu okazało się, że musi mieć jakiś zabieg na ręce i wraca do Warszawy ze szwami na dłoni. No i problem - bo nie można tego zamoczyć ani uszkodzić. Tak więc ja stawiam się na służbę na poniedziałek i wtorek, mój Tato na środę i pół  czwartku, a potem to już Olek wraca. Jolka pracowicie skreśla z kalendarza dni do powrotu swojego taty, Małgośka żyje w nieświadomości.

            

2007-05-16
                 
No i wróciłam. Oczywiście pojechałam bez telefonu komórkowego -  chciałam go jeszcze podładować, by nie padł mi na dworcu w Warszawie, żebym się mogła odnaleźć z Anitą (przyjeżdżała  z pół godziny po mnie). Bardzo z siebie zadowolona, że to niby taka przewidująca jestem - zostawiłam go w domu. Zorientowałam się jeszcze na dworcu w Poznaniu, więc dzikim kłusem pognałam do kiosku po kartę telefoniczną. Zdążyłam jeszcze zadzwonić do Taty, żeby mnie nie ścigał pod komórką, bo jej nie wzięłam, no i pojechałam. Pani w kasie miała chyb jakiś "dobry dzień" - posadziła mnie w wagonie bez przedziałów (za to z klimatyzacją), którym to wagonem udało się w podróż kilka osób. Chyba z 6. Wszystkich nas usadziła w jednym miejscu i na dodatek tyłem do kierunku jazdy. To tak jakby autokar rejsowy miał ustawione siedzenia tyłem do przodu - dziwaczne uczucie. Oczywiście polazłam do innego wagony, z przedziałami i jechałam samiuteńka do samej Warszawy. Bosko - zdjęłam buty, nogi odpoczywały na siedzeniu naprzeciwko i całą drogę czytałam. Tylko, że dojechałam na miejsce gdzieś około 5 kartek przed końcem książki - co on tak gnał, ten pociąg? Na dworcu dopadłam telefonu i znów dzwoniłam do Taty - po pierwsze, że już dotarłam po drugie, że ma zadzwonić do Anity i zapytać jaki numer ma jej wagon - żebym nie ganiała po peronie, jak ona będzie się taszczyć z dwójką dzieci, górą bagażu i szwami na ręce. Tatko dziwnie się rozgadał - zawsze ucina wszelkiego rodzaju pogawędki, bo telefon jest do przekazywania ścisłych informacji, za to się płaci, a plotkować można "na żywca" - a tym razem powtarzał w kółko, że się niezmiernie cieszy, że dojechałam, że nie mam pojęcia, jak bardzo się on cieszy, że mamy zadzwonić jak dojedzie Anita, że w ogóle to on się bardzo cieszy.... Rany julek!  No dobra, wyskoczyłam na papierosa na ulicę (no, dobra - na chodnik) i po chwili znów dzwoniłam do Taty; siedem - słyszysz: siedem!. To numer wagonu Anity. Powtarzam - siedem. I nie masz pojęcia jak ja bardzo się cieszę, to naprawdę bardzo dobra wiadomość, bardzo, bardzo się cieszę... Byłam brutalna i przerwałam to "cieszenie", bo bym na pociąg Anity nie zdążyła - ale wszystko zagrało, dziewczyny dojechały w komplecie, bagaże też, taksówką pojechałyśmy do domu. Z Jolką pobiegłyśmy po zakupy, głównie jedzeniowe i właściwie dzień się skończył.  Znaczy się - teoretycznie. Po pierwsze - musiałyśmy się z Anitą nagadać, po drugie Małgośka postanowiła (chyba z tydzień wcześniej), że mamusia ma być cały czas w zasięgu słuchu, wzroku, a najlepiej na wyciągnięcie ręki. Żadne tam wyjścia do łazienki, kuchni czy drugiego pokoju. Ziuziać i zabawiać mamusia musi i już. Stale i bez przerwy. No, jeszcze podobno Babcia Kazia spełnia wymogi małej księżniczki, ale Babcia Kazia została w swoim domu, daleko. Tak więc nagimnastykowałyśmy się ciut nieco, w końcu Małgosia zasnęła, Jolka też, po nagadaniu się do granic możliwości my też poszłyśmy spać. A konkretnie to ja poszłam spać, bo Małgosia już skończyła i prze całą resztę nocy budziła się co chwila, sprawdzając czy aby mamusi nie oddalił się zbytnio.
                      Raniutko skoro świt, tak gdzieś o 7.00 wstałyśmy i po śniadaniu Anita poszła odprowadzić Jolkę do szkoły, po drodze wstąpiła do laboratorium coś załatwić i zaraz szybciutko wróciła. To znaczy - jej się zdawało, że szybciutko, Gosi wręcz odwrotnie. Wytrzymała bez szlochania jakieś pół minuty. W porywach to może była i cała minuta. Potem zaraz zaczęła straszliwie rozpaczać, bo przecież mamusi tak długo nie ma.... Ciotka - czyli ja - najpierw próbowała wszelkiego rodzaju sztuczek, ale efekt był raczej mizerny. A potem wpadłam na genialny pomysł - odziałam dziecinę ciut cieplej, zapakowałam do spacerówki i wyjazd z domu. W zasadzie jak tylko otworzyłam drzwi na klatkę schodową to Małgorzata łaskawie wyłączyła alarm, ale i tak po drodze było kilka wpadek: biada jak się zatrzymałam choć na moment. Np. czekając na windę. Wytargałam się więc z tym wózkiem przed blok i grzecznie odspacerowałam kilometrówkę - w te i nazad, w te i nazad. Ważne było, żeby się nie pokazywać, nie zatrzymywać i nie odzywać - jakoś dotrwałyśmy do powrotu Anity. Potem ja pognałam po zakupy obiadowo - kolacjowe, a Anita została z Małgośką w domu - nakarmiła, przewinęła, a ja zabrałam się za obiad. W końcu Anita zapowiedziała, że idzie po Jolkę do szkoły ( z Małgosią na szczęście), po drodze coś kupi, coś odbierze, nie będzie jej z półtorej godziny. Obrałam ziemniaki - musiałam się mocno zastanowić ile tego, bo jak szykuję dla moich chłopaków, to jak dla pułku wojska, a dla nich nie wiedziałam - i zabrałam się za mielone, klopsy w sosie koperkowym. Właśnie kończyłam mieszać w misce, utytłana jak półtora nieszczęścia, gdy nagle drzwi się otworzyły i tubalny głos wrzasnął: a co to - drzwi otwarte, gdzie są wszyscy??!! Zbaraniałam do końca, zatkało mnie na amen dziób otworzyłam ze zdziwienia: MÓJ BRAT PRZYJECHAŁ !!!!
                        Ale numer.. Dwa dni wcześniej, niezapowiedziany, a dziewczyny gdzieś się włóczą.... Zdążyłam za nim krzyknąć, że szkoła, sklep i coś jeszcze - i tyle go widziałam. Nie wiem jakim cudem, ale znalazł Anitę przy straganie z owocami - z wrażenia już nic nie kupiła - i razem poszli po Jolkę. Gosia spała, więc Olek, który w końcu pierwszy raz zobaczył swoją drugą córcię, mógł ja tylko pooglądać. Jolka wyjrzała przez okno i zobaczyła czekającą Anitę z wózkiem, Olek zdążył już wejść do szkoły. Gdy go w końcu Jolka zobaczyła, to narobiła takiego wrzasku, że na pewno cała okolica, a przynajmniej cała szkoła dowiedziały się, że jej tato wrócił !!! Ale była niespodzianka. Potem Jolka nie mogła przeboleć tylko jednego -  nie dosyć, że nie pierwsza, to w ogóle ostatnia zobaczyła tatę. Gdy wrócili do domu Gosia się obudziła, wiec oczywiście Olek ją wziął na ręce - a ja czekałam, kiedy włączy się syrena. Nic podobnego - gadała do Olka, śmiała się, chwytała za włosy... Widząc moje zdziwienie, Jolka mi wytłumaczyła: ciociu, przecież Gosi pokazywałam zdjęcie taty i ona wie kto to jest - to przecież jej tatuś, nie rozumiesz? Oczywiście, że rozumiałam, no a jakże. W każdym bądź razie mogłam z czystym sumieniem wracać do domu, a przy okazji wyjaśniło się dlaczego to mój Tato tak w kółko powtarzał jak bardzo się cieszy - to Olek do niego zadzwonił, żeby nie kupował biletu na pociąg, bo wraca we wtorek i już sam zajmie się swoimi dziewczynami. Oczywiście zakazał mówienia o tym komukolwiek, więc Tato "tylko się cieszył".... Aha, gdy Jolka sprzątała ze stołu talerze po obiedzie, to miała taką mocno zamyśloną minę - sądziłam, że powodem jest obowiązek sprzątnięcia, ale po dłuższej chwili Jolka zawołała z kuchni: Tato, a co przywiozłeś Małgosi i mamie? Na nasz wybuch śmiechu oburzyła się:  no co, przecież nie zapytałam co MI przywiozłeś....
                       W każdym bądź razie zostawiłam w Warszawie szczęśliwą Rodzinkę, wróciłam do domu i wysłałam do mojej siostry e-maila tylko z jednym ze zdjęciem. Następnie zadzwoniłam, że ma odebrać pocztę - ona pyta jak była Warszawie, odpowiedziałam, że wszystko ma w skrzynce, absolutnie wszystko... 

                            W poniedziałek znów muszę być w Warszawie, tym razem służbowo.

                     A z innej beczki: zgłosiłam Arię na wystawę do Inowrocławia na następną niedzielę. Aria ostatnio jest niezbyt często wystawiana - brak czasu i możliwości. Na jedne Klubówce dostała CWC, po roku, znów na Klubówce dostała CWC i brakuje jej jeszcze jedno by zakończyć championat. Nie bardzo mam okazję i możliwość wystawiania jej, więc wybór padł na Inowrocław. Tia... A Aria tydzień temu dostała cieczkę....