PAMIĘTNIK  -  archiwum

 

30-11-2002r.
        Jutro wystawa w Poznaniu. Idziemy tylko z Nikitą, startujemy pierwszy raz w pinczerach miniaturowych (w klasie szczeniąt oczywiście) i musimy wszystkiemu dokładnie się przyjrzeć. Przyznam, że do tej pory obserwowałam z zainteresowaniem tylko średniaki. Przygotowywaliśmy Nikitę do pierwszego jej występu, ale ile z tego wyszło okaże się jutro.... I jeżeli niewiele z tego wyjdzie, to niestety, ale to będzie moja wina - chyba jednak średniaki wystawia się trochę inaczej niż miniatury. Ale chodzić na ringu, to na pewno już się nauczyła! Kiedy zaczynaliśmy naukę chodzenia w kółko, to Niki siadała, zapierała się czym tylko mogła i patrzyła na mnie z absolutnym brakiem zrozumienia, tak, jakby myślała: "po prostej, to jeszcze można zrozumieć, chodzę w końcu w takim tempie, w jakim chcą, ale w kółko?! To już chyba lekka przesada...." Teraz kółeczka już jej nie przeszkadzają... No, zobaczymy.

01-12-2002r.
        Już po "wielkim występie"....No cóż, jakby to powiedzieć..... mogło być lepiej, ale mogło być gorzej..... Niki była jedyną przedstawicielką w swojej klasie, dostała ocenę "obiecująca". Oczywiście z chodzeniem po ringu nie było problemu, ale z postawą....... Niewiele nam z tego wyszło. Cała się skuliła i patrzyła na mnie z prośbą: "idźmy już do domu...". Usiłowałam ją ustawić i na moment się udawało, ale zaraz potem zadek pod siebie. Wolałabym, żeby sama się ustawiała w postawie, ale chyba czeka nas jeszcze wiele pracy w tej materii - sędzia napisał, że "wymaga obycia". No, wiem. Będziemy ćwiczyć. Chyba zaczniemy spacery po dworcu kolejowy - podobno to pomaga przywyknąć do hałasu i zamieszania....   Postanowiłam zbudować stronę w Internecie - poświęconą oczywiście moim pieskom. Tylko jeszcze nie wiem jak to się robi....

09-12-2002r.
        Wczoraj byliśmy w Grudziądzu - z naszą "kochliwą" Bigą, u jej obecnego męża Askana; miejmy nadzieję, że z powodzeniem. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to ok. 09-02-2003r. powinny się urodzić szczeniaczki. Już chyba zaczyna się robić zima - im dalej jechaliśmy na północ, tym bardziej zimowo. Nie lubię zimy, czekam na wiosnę.

15-12-2002r.
        W pocie czoła coś tam grzebię i powolutku powstaje moja strona - nie wiedziałam, że to może być tak proste. No, ale wszystko robię metodą prób i błędów, więc trochę ta zabawa trwa. Zdjęcia skanuję u koleżanki, potem ona przesyła mi je pocztą, szukam w Internecie wszystkiego na temat tworzenia stron, szczególnie we Front Page. Już niedługo !!!

27-12-2002r.
        JEST!!!! Udało mi się!!!!! Strona od dzisiaj jest w sieci!!!! Chciałabym bardzo, żeby oprócz moich piesków, na stronie był aktualny wykaz reproduktorów i innych hodowli pinczerów średnich i miniaturowych.
        Wszyscy mi mówią, że przecież każdy sobie rzepkę skrobie, więc po co mam dawać darmową reklamę konkurencji, ale ja pamiętam, jak sama szukałam informacji o pinczerach i oprócz dobermanów, albo stron obcojęzycznych, niewiele znalazłam. Zależy mi jednak, aby spopularyzować rasę, a nie tylko moją hodowlę. Pinczer średni jest bardzo mało znaną rasą. Większość ludzi pyta mnie czy to dobermany-miniaturki, albo niewyrośnięte dobermany, albo młodziutkie dobermany, ale zawsze dobermany. No, dobra, raz mi powiedzieli, że mam bardzo ładne dalmatyńczyki.... A pinczer miniaturowy - wbrew pozorom - też nie jest znana rasą. Ludzie na ogół kojarzą go sobie z małym trzęsącym się pieskiem w wyłupiastymi oczkami. Na widok Nikity mówią; "ojej, jaki ładny piesek, prawie jak ratlerek, tylko ładniejszy". Kiedy mówię, że to JEST ratlerek, ten prawdziwy, z rodowodem, to większość ludzi nie dowierza...

 

01-01-2003r.
        Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!! Zima na całego. Idziemy do parku zrobić kilka zdjęć pieskom, a w szczególności Nikicie - czy wiecie, że nie mam jej żadnego zdjęcia?! Na wystawę w Poznaniu oczywiście wzięliśmy aparat, tyle tylko, że bez filmu.... Jarek wygrzebał swojego starego "Zenitha" i okazało się, że coś tam jest zepsute, ale spróbujemy. Na dworze  -12C, ale nie ma wiatru.
        Wróciliśmy ze spaceru zmarznięci. Wszyscy. Psy najbardziej. Ile z tych zdjęć wyjdzie, to się dopiero okaże - Nikita nie chciała się zatrzymać, dopiero jak zapięłam jej smycz, to na chwilę stanęła. Ale było jej zimno w łapki, więc Jarek pstryknął tylko kilka fotek i znów ją puściłam.

05-01-2003r.
        Ciągle coś zmieniam na mojej stronie, ciągle mi czegoś brakuje, coś uzupełniam. Umieściłam kilka reproduktorów i hodowli, nie wiem tylko czy właściciele zechcą aktualizować dane, czy nie zapomną. Obdzwaniałam pół Polski, żeby dostać zgodę na umieszczanie ich danych i jestem ciekawa, jak to będzie dalej wyglądać - nie mogę przecież ciągle do nich dzwonić i pytać o nowinki. No cóż - wyjdzie w praniu.
        Podobno zbudowanie strony i opublikowanie jej w sieci to nie wszystko, trzeba ją jeszcze zarejestrować, trochę popróbowała, ale czy to dobrze robię?

07-01-2003r.
        Już są najnowsze zdjęcia! Ale jakość jednak nie najlepsza, zrobiłam z nimi co mogłam i umieściłam w Internecie. Bardzo mi się ta zabawa podoba, nie wiem tylko czy mojemu Jarkowi spodoba się rachunek za telefon?
        Psiuty nie chcą wychodzić na spacery: na dworze o godz.6.00 było  -22C!!!, w południe, w słońcu  -15C. Załatwiają swoje potrzeby na ogródku czasie krótszym, niż 1/16 sekundy.... :-))) Muszę sprawdzić do kiedy zgłasza się psa na wystawę w Warszawie - chyba pojedziemy z Nikitą. Na razie ćwiczymy, ćwiczymy, ćwiczymy. Idzie nam niestety opornie, jednak wprawdzie małymi kroczkami, ale posuwamy się do przodu. O wycieczkach na dworzec kolejowy możemy na razie zapomnieć - poczekamy, aż będzie cieplej.

10-01-2003r.
        Czy znacie kota, który szczeka? Albo inaczej: psa, który zachowuje się jak kot? Moje średniaczki, owszem, myją się jak koty, Biga codziennie robi sobie manicure, jak był jeszcze Daffi, to kładł się spać dopiero po wieczornej toalecie, która obejmowała mycie siebie i dwóch pozostałych pinczerów (oczy, uszy itd.,), ale Nikita przechodzi samą siebie! Codziennie łasi się jak kot, kładzie się na ramionach i zawija wokół szyi, wskakuje na wszystko, na co da się wskoczyć - im wyżej tym lepiej, jeszcze trochę to zacznie mruczeć...:-))) Jest kochanym, przecudownym psiakiem!! Swego czasu kupiliśmy jej legowisko w postaci budki dla kotów (! ;-)))) i wcale nie chciała się tam kłaść, dopiero gdy ktoś wepchnął to pod stół w kuchni - uznała za swoje miejsce. Teraz zawsze, gdy dostanie jakiś smakołyk, to chowa się w budce przed średniaczkami. Kiedy jednak myję podłogę w kuchni i wystawiam budkę - z wystawieniem Nikity jest problem: "mojej budki nie ma, ale ja się nie dam przegonić".... ;-))) 
        A Psota się wycwaniła: dawniej biegła na każdy dźwięk do drzwi albo furtki, teraz najczęściej tylko warknie nie wystawiając nosa spod futrzaka na fotelu i czeka aż Nikita narobi hałasu. Jeżeli mała nie zareaguje, to Psota warknie głośniej i już to wystarczy: mała cała na baczność podnosi jazgot, tańczy koło drzwi, a Psota idzie spać dalej, no, chyba że naprawdę coś się dzieje...... :-)))
        P.S. Swego czasu, ładnych parę lat temu, byłam chora i uziemiona w łóżku (a właściwie na fotelu) i z nudów robiłam listę psich imion posiłkując się katalogami wystaw, atlasami, słownikami i... pomysłami własnych dzieci. Teraz postanowiłam udostępnić tę listę (mam nadzieje, że bez błędów). Wiem, że w sieci jest parę takich list, ale jedna więcej chyba nie zaszkodzi? Przestałam się wygłupiać ze spisywaniem psich imion wtedy, gdy wytłumaczyłam mojemu mężowi, że imię powinno być krótkie, wpadać w ucho, itd., a on powiedział żebym dopisała "sedes", bo to krótkie i łatwo zapamiętać.......;-)))  I nie pytajcie mnie co oznaczają poszczególne imiona, bo nie mam zielonego pojęcia..... :-)))

11-01-2003r.
        Wiele osób pyta mnie, czy pinczery nie kłaczą. Bo przecież mają taka krótką sierść. Informuje uprzejmie wszem i wobec, że kłaczą! W zasadzie, z małymi wyjątkami kłaczą wszystkie psy - jedne mniej, drugie bardziej, ale kłaczą. W okresie linienia mam ich sztywne, twarde włoski wszędzie. I każdy, kto chce kupić pinczera lub psa o podobnej sierści musi zdawać sobie z tego sprawę.
        Dzisiaj moje psice rozśmieszyły mnie do łez: kiedy usłyszą trzaśnięcie furtki albo trzaśnięcie drzwiami od naszego samochodu, rzucają się do drzwi witać pańcia. Oczywiście jazgot jest niesamowity, bo jedna chce drugą przekrzyczeć i na ogół jest problem z ich uciszeniem. Dzisiaj Jarek przyszedł, psy z ujadaniem do drzwi, Jarek wszedł i wydał polecenie "psy - na dwór" . Momentalnie nastała cisza jak nożem uciął, psy wcięło. Ale nie wybiegły na dwór, o nie! Wszystkie schowały się pod łóżko !! No, ale pogoda na dworze nie zachęcała do wyjścia, było  -12C.  :-)))
        Zauważyłam, że sobota jest bardzo ciężkim dniem: moi panowie ( 3 sztuki) albo mają ogrom zajęć, albo są bardzo zmęczeni, albo wręcz obłożnie chorzy. Czy wszystkich facetów tak trudno zagonić do sprzątania..... ?!?!
        Ktoś, na którymś  forum, wytknął mi, że na mojej stronie jest za mało informacji o zdrowiu pinczerów, za mało zdjęć szczeniąt u nas urodzonych i odczułam to jako podejrzenie, że te szczenięta, które od nas wyszły - nie interesują mnie. A to przecież nieprawda !! Owszem, nie ze wszystkimi właścicielami szczeniąt mam nadal kontakt, ale to z różnych względów, najczęściej z powodu przeprowadzki i nie pozostawienia nowego kontaktu. Dlatego też na stronie o szczeniętach zamieściłam prośbę o zgłaszanie się do mnie właścicieli piesków z naszej hodowli, ale nie wszystko wychodzi od razu.....  :-(((( Co do zdjęć, to też wszystko wymaga czasu, gdyż nie mam skanera i korzystam z czyjejś uprzejmości. Czekam też na aktualne zdjęcia piesków z mojej hodowli i kiedy je otrzymam, też zależy od ich obecnych właścicieli....... 
        A przecież staram się, siedzę przy komputerze bardzo długo, obdzwaniam pół Polski i nie tylko, zmieniam to, co wydaje się tego potrzebować, a strona jest nowa i jeszcze długo będzie wymagała poprawek.... :-((( 
        Choroba, trochę mi skrzydełka opadły..... :-((((           

12-01-2003r.
        Dzisiaj jest Wielkie Granie Owsiaka i pewnie dlatego Internet ciężko chodzi..... Po wielkich bólach wrzuciłam wzorzec pinczera miniaturowego. Cały czas usiłuję zebrać jak najwięcej danych o reproduktorach oraz hodowlach pinczerów średnich i miniaturowych, ale opornie mi to idzie... A może jestem za mało cierpliwa? No fakt, wszystko chciałabym mieć na wczoraj... Równie opornie idzie mi nauczanie Nikity jak ma stanąć na moje życzenie. Stoi, ale wtedy, kiedy ją kuszę smakołykiem (który natychmiast musi dostać, bo inaczej przysiada, patrzy na mnie jakby pytała "o co w tym wszystkim chodzi?") albo  gdy ja wcale tego po niej nie oczekuję....
        Cały czas dojrzewam do decyzji pozostawienia ogonków w oczekiwanym miocie.

14-01-2003r.
        Decyzja ostateczna: szczenięta pozostaną z ogonkami !!!!
Podejrzewam, że narobi to trochę zamieszania, ale nie zmienimy postanowienia. Jeżeli Ci, którzy zamówili szczenięta - rozmyślą się, to trudno, od teraz nasze pinczery będą ogoniaste. Zgodnie, zresztą, ze wzorcem. 
        Ach, nie mówiłam jeszcze o zębach! Czasami zdarza się, że któremuś nie wyjdzie taki mały ząbek, wiecie, ten za kłem. Dla suki oznacza to obniżenie oceny, dla psa koniec, a właściwie brak kariery hodowlanej. Rozumiem, że wzorzec ściśle określa "uzębienie pełne", ale dlaczego w takim razie do hodowli dopuszczane są suki bez tego zęba? Przecież w którymś pra, pra - cośtam - wnuku to wyjdzie! No, ale to jest moje przemyślenie, a nie ja o tym decyduję. Przykro mi było tylko, gdy piękny pies z mojej hodowli ma zamkniętą drogę na wystawy z powodu braku tego zęba, a oboje rodzice i wszyscy dziadkowie ten ząb posiadają! To znaczy, że któraś tam pra, prababcia przekazała ten brak zęba... No i kupując lub sprzedając szczenię, nie wiadomo, czy wszystko będzie ok. Wstyd. Sama przecież czekam na suczkę i nie wiem czy po swoich przodkach nie dostanie w spadku brak zęba! 
        Dzięki wydatnej pomocy pani Jadwigi Pliszczyńskiej, właścicielki hodowli pinczera miniaturowego "Spod Katedry" , mogłam w duuuużym stopniu uzupełnić strony o reproduktorach i hodowlach miniatur. Bardzo, bardzo dziękuje pani Jadwigo !!!! Nie do wszystkich właścicieli mam podane numery telefonów, ale postaram się to jak najszybciej nadrobić......

15-01-2003r,
        Tak, jak przypuszczałam: z tymi ogonkami narobiłam zamieszania ! Wiele osób dzwoni i pisze, że wspaniały pomysł, że popierają, ale są też tacy, którzy uważają, że nam odbiło , że "ugotujemy się" z tymi szczeniakami, bo nikt ich nie kupi. No cóż, zobaczymy; wyjdzie w praniu. Decyzja podjęta, nie będziemy jej zmieniać. Wolę, żeby moje szczenięta trafiły do nowych domów później, ale całe i zdrowe. 
        Może nadejdzie w Polsce taki czas, że i Ustawa, i wzorzec rasy będą przestrzegane, a nie: przepisy swoje, a życie swoje. Właśnie z powodu obawy o sprzedaż szczeniąt wielu hodowców kopiuje ogonki, rozumiem, ale nie popieram. Gdyby w Związku Kynologicznym zdecydowanie dążono do egzekwowania tych przepisów - nie byłoby problemu. Proponuję obejrzeć w Internecie chociażby skandynawskie strony o pinczerach: (w "linkach" jest wykaz hodowli pinczerów na świecie) tylko starsze egzemplarze mają cokolwiek kopiowane, od paru lat już się tego nie robi. Jestem ciekawa, jak się to ma do naszego wejścia do Unii? 
        Mam tylko nadzieje, że jest co raz więcej miłośników psów, którzy uważają, że nie muszą niczego obcinać swojemu przyjacielowi, żeby go kochać A podobno mieszkamy w cywilizowanym kraju.......

16-01-2003r.
        Co to się porobiło?!
        Od czasu, gdy zdecydowaliśmy, że nie kopiujemy ogonów, odmówiłam sprzedaży szczeniaka kilku osobom, które stwierdzały: 
"Z ogonem? Nie szkodzi, potem się mu obetnie"   
Ludzie, trzymajcie mnie..........         
            No, ale są też dobre wiadomości: nie wszyscy muszą mieć poobcinanego pieska .  
      Znalazłam w sieci wiele zdjęć pinczerów z ogonkami i uważam, że są piękne, a że wyglądają inaczej niż te, do których się przyzwyczailiśmy? I co z tego, teraz możemy przyzwyczaić się do "ogoniastych". Pozwoliłam sobie na skorzystanie  - w celach dydaktycznych oczywiście - z paru fotek piesków z austriackiej hodowli AVARENRING: proszę, przyjrzyjcie się tym ślicznościom :


QUINCY vom Avarenring   QUINCY vom Avarenring 

 THERRY vom Avarenring  THERRY vom Avarenring

THESY vom Avarenring  THESSY vom Avarenring
TIBERIUS SAMSON vom Avarenring TIBERIUS SAMSON vom Avarenring

Komu jeszcze trzeba tłumaczyć, że psa nie należy pozbawiać ogona?!?!

Ach, i trafiłam chyba na fińską, albo norweska stronę o pinczerach, widziałam również na amerykańskich stronach: pinczery, z powodzeniem, biorą udział w ZAWODACH SPORTOWYCH Wprawdzie jedna z przyszłych właścicielek suczki z mojej hodowli (pozdrawiam Cię Iza ) deklaruje chęć uczestniczenia nie tylko w wystawach psów, ale także właśnie w psich sportach, jednak w Polsce nie widziałam jeszcze pinczera na agility. Oby, oby ! Będę trzymała kciuki i podejrzewam, że reszta "pinczeromaniaków" także.

17-01-2003r.
        Jestem ciekawa, dlaczego tak trudno doprosić się właścicieli reproduktorów o zdjęcia ich pupili? Przecież nic ich to nie kosztuje i mają darmową, chyba niezłą reklamę. Niby tak, chcą, ale czekam i czekam. Chyba znowu daje znać o sobie moja niecierpliwość, ale wychodzę z założenia, że to im powinno najbardziej zależeć? No cóż, pewnych spraw nie przeskoczę.
        Wczoraj podpięłam jeszcze jedną podstronę, pt. "pinczer to nie pies dla każdego", pewnie ją jeszcze będę poprawiać, ale na pierwszy rzut oka jestem z niej zadowolona. Na drugi też .

21-01-2003r.
        Dzisiaj Dzień Babci. Moje dzieci odwiedzają Babcię i Dziadków, a ja leżę już czwarty dzień chora - dostałam w prezencie od mojego starszego synusia katar i jakieś inne świństwo. 
        Biga leży obok mnie i podtyka mi pod rękę swój coraz większy brzuszek, i każe się po nim głaskać. Głaszczę i głaszczę, a ona nie ma dosyć: jeszcze z lewej się obróci , i z prawej, potem znów z lewej, a na końcu głaszczę jej oczka, uszka i zaczynamy od początku..... Chyba dlatego pinczery maja taką krótką, gładką i lśniącą sierść:  od tego ciągłego głaskania . Daję jej dodatkowe witaminki D3 i A, wapno, bardzo lubi surową marchew - czasami zje jedną, a czasami ponad pół kilograma., dostaje pietruszkę, seler i w ogóle dużo warzyw, ale te warzywa, to żaden dodatek - moje psy zawsze to dostają, bo po prostu je bardzo lubią. 
        Ruda ciągle coś chomikuje w tej swojej kociej budce: wyciągam z stamtąd różne śmieci, pogryzione oczywiście, no i zawsze wszystkie psie zabawki są tam schowane. Niedługo dla niej samej zabraknie tam miejsca.... Ale najważniejsza wiadomość: Nikita nauczyła się stać wtedy kiedy ja chcę i tak jak ja chcę. Nooooo, prawie. Ale jest lepiej, dużo lepiej.  Przez to zwiększone zapotrzebowanie Bigi na pieszczoty - wszystkie moje pinczerki więcej się łaszą, nawet Psota, która na ogół za tym nie przepada, teraz też domaga się swojej porcji głaskania....

22-01-2003r.
        Dzień Dziadka. Okazało się, że ten mój "katar i inne świństwo" to angina i zapalenie krtani - jestem uziemiona do końca tygodnia. No i dobrze: na wywiadówki do dzieciaków wreszcie pójdzie tatuś......

27-01-2003r.
        Biga jest coraz grubsza i grubsza - mam nadzieję, że to przechodzi w jakość, a nie ilość... Dzisiaj Jarek kupił 2 kg pięknej, słodkiej marchewki - dał Bidze 4 sztuki, rzuciła się na nią, jakby rok głodowała! Nawet mało nie spięły się z Psotą, której nie chciała dać: w tym czasie, co dwie średniaczki zaczęły warczeć na siebie (a tak ostro zdarzyło się pierwszy raz - o marchew!), to Nikita cichutko podbiegła, złapała największy kawałek i uciekła do swojej budki pod stołem.Maluchy jeszcze przed urodzeniem są najbardziej wygłaskanymi szczeniakami pod słońcem - Biga pilnuje, żebym przypadkiem nie miała wolnej ręki.

30-01-2003r,
        Czy to możliwe, żebym ja, taka młoda dziewczyna, miała takie stare dziecko?? Mój Michał skończył wczoraj osiemnaście lat A jeszcze niedawno zmieniałam mu pieluchy!! Jak to możliwe, że ja się nie starzeję, a dzieci tak?
        Jestem wściekła na mój bark umiejętności w dziedzinie fotografii - jakość zdjęć moich psiaków jest po prostu fatalna! Ale nie mam innych i tyko takie mogę publikować. Na kilka dni miałam pożyczony skaner, ale chyba nawet skanować dobrze nie potrafię. Może za jakiś czas dojdę do jako takiej wprawy i wymienię zdjęcia, ale na razie muszą pozostać te - mimo, że są okropne. Oglądam zdjęcia psów w Internecie i wszystkie są lepsze jakościowo.
        BIGA - mimo swojej objętości - całkiem żwawo biega: dzisiaj pogoniła kota i nawet się nie zasapała. Jeszcze tydzień, najwyżej półtora i będą maluszki! Oby zdrowe.

02-02-2003r.
        Dzisiaj w domu pełno gości, baloników, życzeń i zamieszania: Michał obchodzi osiemnastkę, a Maciek imieniny (wg kalendarza 30.01.) Bidze chyba podłożę deskorolkę pod brzuch - taka jest gruba. No, trochę przesadzam..... Nikita lubi kłaść się obok Bigi z głową na jej brzuchu - odnoszę wrażenie, że słucha szczeniąt.
        W czeskiej hodowli Black Bohemia 30.I., w imieniny Maćka, urodziła się suczka dla mnie, dostała imię Liselotta. My będziemy nazywać ją Lizzi.

04-02-2003r.
        Psota dostaje "głupawki": kładzie się w kojcu, kopie, jęczy - czy ona myśli, że w ten sposób doczeka się szczeniaków? Wszystko przygotowane do przyjścia maluchów na świat. Z Bigą do tej pory był cyrk, bo nie chce rodzić w kojcu, tylko zawsze wchodzi do szafy. Raz udało nam się ją namówić na wyjście z niej, to urodziła na fotelu - kojca nie używa, dopiero potem, gdy są już wszystkie maluchy, przenoszę całą rodzinkę do środka. Biga rodzi na ogół dość małe, ale silne szczeniaki - jestem ciekawa jak to będzie tym razem. Wolałabym mniej, ale większe. No, ale to nie ja decyduję. Szczenięta od Psoty są przy urodzeniu większe (Bigi są ok.160-210g, Psoty 190-280g), ale jak dorosną, to nie ma różnic. Oby były silne i zdrowe. Szafa już przygotowana.....

06-02-2003r.
        Już nie mogę się doczekać. Dziś w nocy znów głaskałam "wystające kartofelki" - maluchy tak się rozpychają, że Biga podtyka mi swój brzuch, żebym jej masowała. Kiedy już zasypiałam obudził mnie rejwach w szafie. Zerwałam się z łóżka z myślą, że "już się zaczęło", a tymczasem Biga sobie smacznie spała z przytulona do niej Nikitą, Psota natomiast buszowała w szafie, drapała, szarpała przygotowane szmaty i układała się jak do porodu. Zgłupiała chyba zupełnie.

07-02-2003r.
        To już chyba dzisiaj. Biga od rana co 2 minuty chce wyjść na dwór, a Psota od rana piszczy! Ta moja emerytka ma źle poukładane w głowie: kilkakrotnie tak dziś zaskowyczała, że gnałam z drugiego końca domu. Jak tak dalej pójdzie, to przestanę reagować i nie zauważę, jak Biga urodzi.

08-02-2003r.
        SĄ  MALUCHY!!!!!!!
Miałam rację, Biga urodziła wczoraj wieczorem. 
        Prawdę mówiąc, mimo że się tego spodziewałam, jestem rozczarowana wagą maluchów. No, ale od początku: Po południu, kiedy już Biga przestała biegać co chwilkę na dwór, Psota położyła się i przestała udawać, że rodzi, ja też pozwoliłam sobie na małe odpoczywanko. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie widzę Bigi i powiedziałam żartem do Michała: "uważaj, jak ona już urodziła." Na wszelki wypadek zajrzałam do szafy (Biga od kilku dni się w niej pokładała) i..... zobaczyłam maleńkie, tyciuteńkie maleństwo! Biga nawet nie jęknęła, po prostu robiła swoje. No, ale maluszek, który się pierwszy urodził jest najmniejszy z miotu: 140g!! Naprawdę nie wiem, czy się uchowa? Czy taki malec ma szanse? Cały czas pilnuję, żeby dostał się do cycusia, ciągnie wtedy równo, ale pozostałe dość łatwo zabierają mu miejsce. W sumie urodziły się 3 pieski, 3 suczki, największe są: jedna suczka i jeden piesek: po 200g. W nocy niewiele spałam, bo gdy tylko maluchy zapiszczą, to Psota i Nikita wskakują na mnie i uspokoją się dopiero, gdy wstanę i zajrzę do kojca. Teraz, w ciągu dnia nie jest lepiej, nawet mam problem z pisaniem tego tekstu, bo te dwie wariatki ciągle biegają od kojca do mnie i popiskują. Biga nie dopuści ich do maluchów jeszcze przez kilka dni, jeżeli któraś próbuje zaglądać, to tylko nad moim ramieniem, gdy kucam przy kojcu, wiec kombinują jak mogą, żeby tylko być przy maluchach. Asystowały obie przy porodzie, Nikita z wielkim zaciekawieniem, koniecznie chciała położyć się znów koło Bigi. Psota natomiast próbowała karmić maluchy, zabrać je Bidze i dość agresywnie odganiała Nikitę. Maluchy nie mają jeszcze doby, ale już można je odróżnić: 
        Największa suczka jest po prostu gruba, z pełna konsekwencja pcha się do cycusia i nic nie może jej stanąć na przeszkodzie - nie daje rady tylko największemu pieskowi. 
        Średnia suczka miała dość przykre przyjście na świat, bo otarła sobie łepetynkę o kość grzebieniową miednicy i na główce ma rankę w kształcie serduszka - Jarek nazwał ją Walentynką. Podpalanie odziedziczyła po tatusiu: duże, bardzo wyraźne plamy. 
        Najmniejsza suczka, nie jest dużo mniejsza od Walentynki, ma skromniejsze podpalanie. Jak nie może dostać się tam, gdzie chce, albo gdy Biga zbyt energicznie ją liże - piszczy uparcie, aż osiągnie cel - miągwa jedna.
        Najmniejszy piesek, jest po prostu najmniejszy - i to widać, nie trzeba szukać cech charakterystycznych. Biedne maleństwo.
        Średni piesek jest dość silny, uparty, pcha się do mleka ile wlezie. Jest trzeci w kolejności, jeżeli chodzi o wielkość i siłę.
        Największy piesek, znów z podpalaniem po tatusiu, jest najsilniejszy, ma największą głowę i nikt mu nie podskoczy: gdy on chce jeść, to po prostu wypycha pozostałe - nie ma z tym najmniejszego problemu.
        Ważyłam je wszystkie po porodzie i po godzinie lub więcej. Wszystkie przez ten czas jadły i różnica była na plus ok. 5g. Dzisiejsza waga jest taka jak wczorajsza. Widać, jak się szczeniak naje, to ma balon zamiast brzuszka i wszystkie tak wyglądają. Najmniej zjada ten najmniejszy, zasypia w połowie jedzenia i daje się wykolegować pozostałym.

11-02-2003r.
        Nie mam za dużo czasu żeby pisać, bo prawdę mówiąc nie dosypiam. I to nie zupełnie przez opiekę nad szczeniętami! Owszem, poświęcam im bardzo dużo czasu, może nawet jestem przewrażliwiona, bo ciągle pilnuję, żeby nawet te słabsze i mniejsze należycie się najadły, czasami jakiś delikwent zawędruje gdzieś dalej i piszczy, Biga częściej je i pije (wszystko w kojcu), maluchy są ciągle ważone, wszystko to prze 24 godziny na dobę. Ale w zasadzie nie to jest przyczyna mojego zmęczenia: najwięcej mnie absorbuje Psota!!! Ta wariatka bardziej pilnuje tych szczeniaków, niż gdyby były to jej własne! Oczywiście Biga nie pozwala zaglądać do kojca żadnemu psu (tak będzie przez kilka najbliższych dni), więc gdy tylko w kojcu coś zapiszczy, Psota wskakuje mi na brzuch (nawet, a może szczególnie w nocy) i nie uspokoi się dopóki nie usiądę przy szczeniakach, i nie zrobię tam porządku. W kojcu ma być cicho i już, bo inaczej babcia-Psotka dostaje głupawki. Obie z Nikitą są bardzo ciekawe co tam się dzieje i kombinują jak mogą, żeby choć na chwilkę zajrzeć. Bardzo im odpowiada, gdy ja jestem przy kojcu, bo chowają się za moimi plecami i zaglądają z bezpiecznej pozycji. No, ale najważniejsze, że maluchy przybierają na wadze i są coraz większe! Ten najmniejszy maluszek, Który po urodzeniu ważył zaledwie 140g, przez pierwsze dwie doby przybrał tylko 10g, wczoraj wieczorem (koniec trzeciej doby) ważył już 180g. Nadal jest malutki, ale już nie tak łatwo go wykolegować od cycusia. Natomiast największa suczka na koniec trzeciej doby ważyła 315g! Chyba chce pobić wszelkie rekordy. Tuż za nią jest największy piesek (310g) i zaraz potem średni piesek 250g. Średnia suczka waży 230g, a Walentynka 200g. Widać różnice. 
        Właśnie wypuściłam Bigę na spacer, a tymczasem Psota ulokowała się w kojcu i tylko zerkała przez okno czy Biga już nie wraca. Miałam duże trudności, żeby ją stamtąd wyrugować. Potem Biga wróciła, ale zażyczyła sobie przeniesienie kojca. Jak to zrobiła? Chodziła z kąta w kąt, jakby czegoś szukała, kładła się obok szczeniąt, za chwilę wstawała, strasznie dyszała. Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy zabrałam kojec od kaloryfera - widocznie było jej za gorąco?

12-02-2003r.
        Okropny wieczór był wczoraj! Strasznie się zdenerwowałam! Cały dzień wszystko było w normie, popiskiwania, walka o mleko, ale wieczorem Maluszek zaczął jakoś inaczej popiskiwać: jakby kotek płakał. Oczywiście, podeszłam, obejrzałam, myślałam, że po prostu jest głodny i nie może dobić się do mleka. Ale okazało się, że wypluwa sutek i cały czas płacze. I to jeszcze jak! Rozdzierający płacz przechodzący w zawodzenie! Biga masowała mu brzuszek, ogrzewała, w końcu ja brałam go na ręce i masowałam - bez skutku. Po ok. godzinie zrobił kupkę, niby trochę się uspokoił, ale potem znów to samo. Po następnej godzinie płaczu z małymi przerwami (a była już 22.00), Michał zawinął go w ciepły ręcznik, wsadził do głębokiej miski i zabrał do weterynarza. Nasza pani doktor była nieuchwytna, więc pojechał na Grunwaldzką, gdzie jest dyżur 24h. Pan doktor obejrzał malucha i stwierdził, że nic nie stwierdził...   Diagnoza była taka, że jeżeli to była kolka, to powinna przejść, ale jest możliwość, że nieostrożna mama go nadepnęła i malec ma teraz obrażenia wewnętrzne, które trudno stwierdzić: albo przejdzie, albo nie! Ale mnie pocieszył! No, ale Maluszek wrócił do mamy i dzisiaj je ile wlezie, więc myślę, że to była jednak kolka, ale za to jaka! Wczoraj wieczorem jego waga wynosiła 200g, więc grubnie, ale dziś rano 190g - przypuszczam, że to skutek kilkugodzinnej głodówki. Pozostałe natomiast, a szczególnie najgrubsza Gruba - tyją w oczach. Zważyłam Grubą dzisiaj rano, zaraz po jedzeniu : 410g!! Gruba (chyba to ona będzie miała na imię Layla) jest bardzo spokojna, nie rzuca się do mleka, ona po prostu podpełza i je kiedy chce, jest największa i najsilniejsza, nie rozpycha się - ona idzie, a wszystko samo jej schodzi z drogi.... . Największy z piesków (chyba będzie miał na imię Legolas), jest ciut mniejszy od Layli, ale bardziej marudny. Kiedy chce jeść, a wszystkie cycusie są zajęte, popiskuje, i to z wielką niecierpliwością. Walentynka ( ona na pewno będzie miała na imię Lady Valentine) jest cały czas najmniejszą suczką, ale nie piszczy zbyt wiele i zawsze znajdzie drogę do mleka. Wczoraj wieczorem ważyła 230g.

13-02-2003r.
        Piękny, słoneczny dzień. Na dworze śnieg i mróz, ale coraz dłuższy dzień, więc jak świeci słoneczko, to prawie tak, jakby nadchodziła wiosna. No, wiem, że to dopiero luty i że jeszcze ma przyjść zima, ale dzisiaj jest cudownie!
        Dziś otrzymałam od Kristyny Klicovej (hodowla Black Bohemia - Czechy) list z wiadomościami o mojej Lizzi. Będę mogła odebrać ją po 21.III - już nie mogę się doczekać, mimo że mam w tej chwili w domu kojec pełen własnych maluchów. Lizzi jest o tydzień starsza od moich szczeniaczków i waży 560g. Niedługo mam dostać jej zdjęcie! Zdjęcia moich maluchów postaram się zamieścić może we wtorek - a to dzięki uprzejmości Lilki Kisiel, właścicielki Mafii (czyli Chili), która obiecała przyjść w poniedziałek z aparatem cyfrowym - też już nie mogę się doczekać. Na razie robię zdjęcia zwykłym aparatem, automatem, więc nie wiem jakie wyjdą, no i muszę czekać aż się film skończy. Teoretycznie imiona dla maluchów są wymyślone, ale jeszcze mogą się zmienić. Na razie jest: Layla, Lady Valentine, Lori, Legolas, Lancelot i Lucky.
        Dzisiaj Nikita próbowała oglądać szczeniaki (pod nieobecność Bigi), ale nie odważyła się na wejście do kojca, tylko z daleka, w powietrzu wąchała. Kiedy podetknęłam jej malucha pod nos, to polizała, ale zaraz wycofała się na bezpieczną odległość. Chyba jeszcze za bardzo nie wie, co to jest takiego, albo tak bardzo boi się reakcji Bigi. Potem kilkakrotnie spróbowała podejść sama, ale Biga zawarczała i Nikita czmychnęła.

14-02-2003r.
        Biga już na chwilkę zostawia maluchy, pochodzi sobie parę minut w domu albo na dworze. Wczoraj wieczorem wpakowała mi się do łóżka i nie chciała wyjść, zanim nie dostała swojej porcji pieszczot! No tak, minął już przecież tydzień, jak utkwiła w kojcu, więc trzeba nadrobić zaległości. Rozłożyła się na plecach, gdy już wygłaskałam brzuszek, dostałam pod dłoń jej głowę, potem grzbiet, i oczywiście wszystko znów od początku. Nikita zaraz skorzystała z okazji i przytulała się do Bigi, lizała jej uszy i oczy, a Bigusia tylko leżała i mówiła; "tak mi rób, tak mi dobrze....". Potem Biga znów poszła do kojca, a Niki usiłowała namówić ją do zabawy: chwyciła jeża - piszczydełko i stała przy kojcu, podrzucała sobie zabawkę, kulała nią, w końcu wrzuciła ja do kojca. Biga jednak nie wykazała zrozumienia, nie chciała się bawić. Wprawdzie Nikita już z większą odwagą zagląda do kojca, Biga pozwala jej na bliskie podejście nawet, gdy mnie nie ma, ale na wyjęcie jeża z kojca się nie odważyła - przyszła do mnie piszczała, skakała no i musiałam pójść i podać jej zabawkę. Teraz zresztą też cały czas słyszę, że kusi Bigę piszczydełkiem. Psota natomiast ma zakaz wstępu, jej odległość od kojca musi wynosić przynajmniej dwa psie kroki - ale to i tak sukces, bo do tej pory nie powinna pokazywać się nawet w polu widzenia... W nocy Biga nie zaniechała spacerów i byłam kilkakrotnie brutalnie obudzona z psim nosem np. w oku - trochę nieprzytomna, ale musiała wstawać i wypuszczać nasza mamę na dwór. Zmarzłam i znów boli mnie gardło...

18-02-2003r.
        Mała przerwa w pisaniu, ale zabiera mi to trochę czasu, a nie mam go zbyt wiele ostatnio. Na wykonanie zdjęć aparatem cyfrowym umówiłam się na środę - może tym razem wyjdzie. Maluchy zmieniają się tak bardzo i tak szybko, że nie nadążam.. Nawet ten najmniejszy jest już spory, bo waży ponad 400g!! Są okrąglutkie, tłuściutkie, czasami udaje im się podnosić na łapkach - tak śmiesznie się wtedy kiwają. Są bardziej zdecydowane w bitwach o mleko i głośno protestują, gdy Biga je na chwilę zostawi. Psocie nadal nie wolno podchodzić do kojca, chociaż i tak jest lepiej, bo mogę zabrać malucha i dać go Psocie, wtedy Biga nie protestuje. Psota takiego delikwenta przytula, liże, wyczynia cuda i jest bardzo zawiedziona, gdy go w końcu zabieram. Nikita natomiast ma większe względy u Bigi, bo jej wolno wejść do kojca i położyć się koło szczeniaków. Niki wtedy je zaczepia, ale tak jak pies zaprasza do zabawy - zupełnie nie ma zrozumienia dla ślepych i nieporadnych, mają się z nią bawić i już! No i na porządku dziennym jest zachęcanie do zabawy piszczydełkiem: efekt jest taki, że cały dzień coś mi piszczy w domu - jak nie szczeniaki, to Nikita zabawką.

19-02-2003r.
        Nikita wczoraj zrobiła przedstawienie: jak tylko Biga wychodzi, to Niki natychmiast musi być w kojcu. Maluchy raczej na nią nie reagują, ale wczoraj któryś podpełznął i zaczął wpychać się jej pod brzuch. Jak się zerwała, jak zaczęła szczekać!! A w tym jej szczekaniu było tak wyraźne oburzenie! Potem już bardzo nieufnie zaglądała do kojca, cały czas napięta, jakby się obawiała, że to "coś" może ją zaatakować.... Potem próbowała nosem i łapą szturchać maluchy, prowokować do działania, a one tylko piszczały i kręciły się w kółko! Jak już się przekonała, ze nie grozi jej nagła utrata życia, znów ulokowała się w kojcu. Psota nadal nie podchodzi, powiedziałabym, ze jest wręcz obrażona. Cały czas schowana jest pod futrzakiem na fotelu i nawet wieczorem, kiedy idę spać, nie wyłazi spod niego. Do tej pory zawsze usiłowała wepchnąć mi się do łóżka, a teraz nawet się nie fatyguje. Mam nadzieję, że jej przejdzie. Dostała kilka e-maili w języku niemieckim (dotyczących oczywiście pinczerów) i nie rozumiem ani w ząb. Michał niby uczy się niemieckiego, ale chyba bez efektów. Może źle się wyraziłam: chodzi na niemiecki, co nie znaczy, że się uczy.... 

20-02-2003r.
        Wczoraj była sesja zdjęciowa - efekty na 4 stronie fotogalerii.
Maluchom już otwierają się oczka! Najpierw od nasady nosa robi się maleńka szparka, co chwila większa, a potem już będą otwarte! Wczoraj uchyliły powieki Layla, Lester i Walentynka. Na zdjęciach tego jeszcze nie widać, no może na jednym ze zdjęć Layli.
Próbują też utrzymywać się na łapka: cały czas pełzają, ale jak mamusia otwiera "bar mleczny" - jakby dostawały skrzydeł i wtedy łapki same rwą się do chodzenia! Biga już nie spędza tyle czasu w kojcu, zaczyna tam tylko zaglądać na karmienie. Ale jest cały czas w pobliżu, jak maluchy za bardzo piszczą, to wtedy usadawia się w kojcu i zagania je do siebie. U mamy wszystkie psie smutki mijają...

21-02-2003r.
        Czy ja już mówiłam, że mam psy-wariatki? Albo trzy wariatki? Podobnie brzmi, a oznacza dokładnie to samo! 
        No więc, od początku: Psota, jak już pisałam, nie ma prawa zaglądać do kojca, natomiast Nikita może w nim nawet mieszkać. Wczoraj położyłam się w dużym pokoju, tam jest kojec, ale zasłonięty przez stół. Więc - leżąc - nie widziałam go. Po pewnym czasie słyszę warkot. Ale jaki?! Głęboki, głuchy, taki aż spod wątroby. Okazało się, że Biga zajrzała do kojca, a tam rozłożyła się Psota. Biga zjeżyła się do granic możliwości, ale nie atakowała, tylko stała nad kojcem okropnie warcząc. Musiałam wziąć obie za frak i zrobić porządek, tzn. wyrzuciłam Psotę z kojca. I chyba zrobiłam źle? 
        Nie wiem, jak to przyjęły obie "mamy", ale dzisiaj było jeszcze gorzej! Obudziła mnie Biga (oczywiście wpychając mi swój zimny i mokry nos do ucha), myślałam, że chce wyjść na dwór. A ona biegnie prosto do kojca. poszłam za nią i co zobaczyłam? Psotę w kojcu! O dziwo, Biga nie warczała, więc uznałam, że już nadszedł czas, kiedy Psota bez przeszkód może zaglądać do maluchów. Obok stała Nikita i chciała też zajrzeć do szczeniaków, a tu Psota warknęła na nią! Wzięłam smakołyki do ręki, podbiegły wszystkie trzy. Ale która pierwsza połknęła, ta ładowała się do kojca i nie dopuszczała pozostałych! Nikita od początku była na przegranej pozycji, cała sprawa rozegrała się między średniaczkami. Efekt był taki, że Psota ulokowała się w kojcu (to ona jednak jest nadal przywódcą tego stadka) i nie pozwalała ani Nikicie, ani Bidze zbliżyć się! Wylizała wszystkie maluchy, przytulała je i nadstawiała im swoje puste cycusie. Poleżała trochę, maluchy jednak były głodne, a przecież babcia, mimo najszczerszych chęci, nie mogła ich nakarmić, więc zaczęły popiskiwać, i to coraz bardziej zdecydowanie. Biga więc chciała je nakarmić, ale kojec jest zbyt mały, jak na dwie mamy, a Psota nie chciała wyjść. No i zaczęło się! Obie zjeżone i warczące, Nikita schowana pod stołem, do tego piszczące rozpaczliwie maluchy. Oczywiście znów wzięłam smakołyki do ręki, znów wszystkie podbiegły, zwabiłam więc Psotę do drugiego pokoju i Biga mogła się położyć w kojcu. Ale Psota wyszła z sypialni (chyba źle zamknęłam drzwi) i podbiegła, żeby nie powiedzieć "podleciała", do kojca i chciała Bigę wykolegować. Tego Bidze było już nadto, wyskoczyła z kojca zjeżona i z zębami na wierzchu. Psota tak samo. Znów musiałam wziąć obie za frak, żadna tym razem nie chciała popuścić. Powiem szczerze, gorąco było. Teraz jest spokój , a ja czekam tylko, kiedy maluchy będą większe i obie "mamy" przestaną się o nie kłócić. 
        Dotychczas nie było nigdy tak ostro, ale faktem jest, że kojec był na ogół na tyle duży, że mieściły się obie, co zresztą widać na jednym ze zdjęć w fotogalerii. Teraz Jarek miał tylko tyle materiału, żeby zrobić mniejszy kojec, chociaż już szykuje większy, który będzie stał w kuchni. Planuje zbudować go za kilka dni, gdy maluchy będą już chodziły siusiać na gazety, ale nie wiem, czy nie będzie musiał wcześniej się za to zabrać. 
        Jeszcze tylko miesiąc - i wiosna! Oby nadeszła jak najprędzej, dosyć mam już palenia w piecu i zimna na dworze. Wróble już ćwierkają nam nad głową, a to oznacza, że znów chcą zbudować gniazda u nas pod dachem.

23-02-2003r.
        No więc - jakby to powiedziało moje dziecko - ja wymiękam...... 
        Biga wchodzi do kojca karmić maluchy, potem natychmiast się stamtąd ewakuuje i jej miejsce zajmuje Psota. Jeszcze na siebie warczą, ale już mniej zdecydowanie i raczej starają się schodzić sobie z drogi. Gdy Psota już wlezie do kojca, ułoży się, zagoni maluchy do cycusiów i ...... one "piją"! O matko, przecież ona tam nic nie ma! A jak przy tym mlaszczą! I, o dziwo, uspakajają się, przytulają i zasypiają. Psotka chyba robi za psi smoczek? Czy wy też podrzucaliście swoje dzieci babciom? Biga robi to na dodatek tak cwanie, żeby babcia myślała, że to jej okazuje się wielką łaskę, a tymczasem Biga korzysta i idzie ułożyć się na fotelowym futrzaku - od niańczenia dzieci ma swoją mamę. Gorzej, gdy maluchy zgłodnieją - Biga chce wtedy je nakarmić ( ale już tak nie gna do kojca - podchodzi dopiero na zdecydowane, ponaglające popiskiwania), no a Psota nie bardzo chce jej ustąpić miejsca i wtedy muszę interweniować. Czy Psota może dostać mleko? Zaczynam już we wszystko wierzyć. I wiecie co? Psota nie wyjdzie z kojca bez ważnej przyczyny (np. jedzonko albo spacerek) - może tam leżeć cały dzień i noc! 
        Maluchy mają już 16 dni i chyba zacznę próbować dodatkowo podawać im sztuczne pożywienie - może wtedy Psota da im spokój? Nie było tak do tej pory. Owszem, zawsze jedna była zazdrosna o szczenięta drugiej, ale kończyło się to po kilku dniach, kiedy maluchy przestawały być takimi oseskami. Teraz już wszystkie mają otwarte oczka, reagują na ruch i światło - na dźwięki jeszcze tylko, gdy są głośne - i próbują, z coraz lepszym skutkiem, poruszać się na łapkach. A Psota dalej je traktuje jak noworodki. 

24-02-2003r.
        Najnowszy scenariusz wygląda tak: Psota nie ma zamiaru po żadnym pozorem opuszczać kojca. Maluchy przyssane do niej mlaszczą, mimo że muszą być głodne - nie piszczą, tylko zawzięcie ciągną. Psota - mimo że musi ją to boleć - ani piśnie. Ba, nawet jest bardzo zadowolona. Biga nie widzi potrzeby karmienia maluchów skoro są spokojne ( no i mlaszczą - mniam, mniam!). W końcu ja wyrzucam Psotę z kojca, Biga zostaje do niego zagoniona i karmi głodne maluszki. Gdy te się do niej dorwały, oczywiście zaczęły się straszliwie przepychać (jak zawsze zresztą) - najeść się najadły, ale Biga wychodzi z kojca podrapana - całe podbrzusze ma mocno zaczerwienione. Psota oczywiście natychmiast zajmuje należne jej miejsce i maluchy, najedzone, wylizane i ogrzane - zasypiają. A co Biga? No cóż, też ma swoją opiekunkę: Biga kładzie się na plecach, a Nikita obok niej i wylizuje jej wszystkie zaczerwienione miejsca! 
        O rany! Podobno człowiek całe życie się uczy, a i tak umrze głupi...
        Biga jest faktycznie mocno podrapana, obcinałam maluchom pazurki, niby spiłowałam boki, ale jednak są bardzo ostre. Gdy psiaki tak się przepychają do baru, to mocno swoją mamę drapią. I nie tylko swoją mamę: siebie nawzajem również, Walentyna i Lester mają takie ślady na łebkach jakby im ktoś sznyty porobił...
        Wczoraj szczeniaczki dostały do spróbowania papkę dla szczeniąt, ociupinkę. Layla została nadwornym odkurzaczem - wszystko wciągnęła (całe pół naparstka....), Lori kompletnie wzgardziła, Walentynka z chęcią się zabrała, ale zaraz wypluła, chłopcy popróbowali tylko. 

25-02-2003r.
        No i stało się. Psota ma mleko. Nie wiem co mam z tym zrobić. Ona zawsze wchodziła do kojca Bigi, ale leszcze nigdy nie dostała w ten sposób mleka!! Faktem jest, że ostatnie szczenięta urodziła w 2000r., ale czy to może być powód? Może nie powinnam pozwolić jej kłaść się do kojca? Obie mają bardzo silny instynkt macierzyński, obie są nawzajem zazdrosne o swoje szczeniaki, ale mleko?!?! Wiem, wiem, muszę skontaktować się z weterynarzem, ale w tej chwili jest nieprzyzwoicie wcześnie i muszę poczekać, aż normalni ludzie obudzą się i zaczną swój dzień. Jarek mówi, że trzeba będzie ja wysterylizować, bo sytuacja może się powtarzać, ale ja nie wiem czy to dobry pomysł. Psota jest bardzo opiekuńcza, umie wychowywać szczeniaki, ma tyle zapału, a gdyby ja poddać sterylizacji - to czy charakter jej się nie zmieni? No i jak mam postępować teraz? Czy odizolować ją od szczeniaków, czy wręcz przeciwnie? Och, muszę to wszystko przetrawić.....

26-02-2003r.
        Wieczorem Jarek z Michałem zrobili większy kojec. Psice tak są nauczone, że z chwilą przejścia do większego kojca, maluchy dostają sztuczne pożywienie. Oczywiście, każda ze średniaczek dałaby się posiekać na kawałki, tylko po to, aby móc wyjeść resztki po maluchach. Ponieważ na ogół już w tym czasie niechętnie karmią - chyba ze względu na podrapane podbrzusze, Biga np. karmi na siedząco: maluchy, wtedy tak bardzo jej nie drapią - więc wprowadziłam zasadę, że suka może zjeść to co zostanie po karmieniu szczeniąt pod warunkiem, że w czasie karmienia leży w kojcu i maluchy mogą się napić. Oczywiście, jeżeli to są pierwsze próby dokarmiania - tak jak dzisiaj - to w misce zostaje większość tego co przygotowałam. Gdy Jarek wstawił kojec do kuchni, jeszcze nie przeniosłam szczeniąt, a już Biga w nim leżała i czekała. W efekcie Psota chodziła koło kojca, ale nie weszła, Biga pilnowała maluchów i ich miski. 
        No i wyłożyłam gazety - już całkiem dobrze im idzie znajdowanie miejsca do siusiania. Coraz lepiej też utrzymują się na łapkach, trenują wytrwale, mimo wielu wywrotek, a nawet fikołków. Bardzo śmiesznie to wygląda, gdy taki maluch próbuje przejść i zacznie np. ziewać - ruch głową i leży. No a Lester?! Ciągle warrrrrczy! Słowo! Nie może dopchać się do cycusia - warczy, ktoś go obudzi - warczy, jak je - też potrafi warczeć, może podoba mu się ta nowo nabyta umiejętność? Albo niezły będzie z niego złośnik. Ale spróbujemy go ułagodzić, mamy kilka sposobów.... Biga całą noc była z maluchami, dopiero rano Psota mogła wejść.
        Wczoraj był piękny dzień, w słońcu 16C! Dzisiaj również jest słonecznie - może to już się ma ku wiośnie?!

27-02-2003r.
        Layla usiłowała przejść przez kojec, oczywiście jeszcze bardzo niepewnie, ale z determinacją, i nagle głośno i wyraźnie szczeknęła: tak ją to zaskoczyło, że z wrażenia wywinęła koziołka!  Wylądowała na plecach i przez moment zamarła z łapkami w górze.... Legolas dzisiaj wciągnął co się dało z miski i próbował zaczepiać pozostałe maluchy - one akurat piły mleczko i nie bardzo zgadzały się na przerywanie. Legolas więc chwycił najbliższy ogonek i pomrukiem próbował go skonsumować....... Na szczęście jeszcze nie ma ząbków..... Lori też próbuje pierwszych zabaw. Otworzyła mordkę z zamiarem pochwycenia czyjejś łapki, ale gdy łapka umknęła - zadowoliła się wielkim ziewaniem. Walentynka nie bardzo lubi jeść z miski, podobnie jak Lucky woli, żeby jeszcze dawać jej z ręki. A Lester nadal warczy, teraz i inne próbują, więc czasami z kojca dochodzą niezłe dźwięki. Wczoraj Psota spacyfikowała Nikitę, gdy ta ośmieliła się zajrzeć do kojca. Niki podchodzi do maluchów nadal z wielkim zdziwieniem: niby to-to pies, a nie szczeka, nie biega, jakoś dziwnie chodzi i ciągle śpi. Bardzo jest zainteresowana, gdy wyciągam jakiegoś delikwenta z kojca, to koniecznie musi go obwąchać i za każdym razem usiłuje namówić go do zabawy. A maluchy nic, tylko piszczą i kręcą się w kółeczko... Biedna Niki - maluchy jej nie rozumieją, Psota ją przegania, tylko do Bigi może się przytulić. Bierze więc tego swojego jeża - piszczydełko i biega po domu w kakofonii dźwięków. Jeszcze troszeczkę, a poprawi się jej nastrój, bo maluchy też zaczną "prawdziwe" zabawy....

28-02-2003r.
        Dzisiaj jest ciepło, choć pochmurno. Podobno jutro ma padać - znów dookoła pełno błocka. 
        Wczoraj moje trzy damy dały nogę z działki, źle była zamknięta brama. Poszłam za nimi ze smyczami, sąsiedzi mi tylko mówili, na którym są zakręcie....Kiedy czasami robią sobie takie wycieczki -  Nikita była pierwszy raz i zaraz wróciła - to na ogół wychodzą z działek i kierują się do parku. Nauczyły się tego od Daffiego, który był kiedyś z nami. Daffi ciągle wietrzył gdzieś jakąś "kochliwą" suczkę i zaczęły się wędrówki. Przedtem brama mogła być otwarta, a Biga i Psota nie ruszyły się z działki. No i zasmakowały w tych wędrówkach, ja jednak bardzo się o nie boję. Poszłam więc po te delikwentki, jak mnie zobaczyły, to podbiegły w podskokach. Zabrałam je do parku, chociaż wiem, że po takiej ucieczce powinnam zaprowadzić je do domu. Ale poszłyśmy na spacer, wybiegały się do woli. Wróciły totalnie utytłane. Musiałam teraz dwóm "mamom" dezynfekować sutki, obie dokładnie umyłam , a Nikitę, jako że błoto miała nawet na czubku głowy, wsadziłam pod prysznic.
        Karmienie maluchów zajmuje mi każdorazowo pół godziny, czasami dłużej. One jeszcze nie wszystkie załapały zasadę jedzenia z miski, każdego po kolei uczę. Biga w tym czasie leży i czeka: gdy któreś maleństwo zmęczy się, albo już naje - idzie do mamy na mleko. Muszę widzieć czy każdy ma okrągły brzuszek, wtedy jestem pewna, że nie są głodne. Poza tym lubię na nie patrzeć. Co dziennie są inne, coraz więcej się uczą. To rozkoszne, jak takie najedzone, senne, usiłują się bawić - warczą, próbują chwytać czyjeś uszy, łapki i ogonki, niektóre w trakcie zabawy zasypiają i szczekną jeszcze przez sen...... Potem w kojcu robi się cisza, Biga wstaje i zjada resztki z miseczki. Następuje zmiana warty - do kojca wchodzi Psota. Maluchy na chwilkę się budzą, zaraz potem przytulają się do babci, któryś jeszcze próbuje coś pić i spokój......... I tak co trzy-cztery godziny. Ostatnie karmienie jest ok.23.00, pierwsze o 6.00. Jeżeli budzą się w nocy, to zawsze z nimi jest Psotka i to im wystarczy. Ale o 6.00, gdy dzwoni nasz budzik, zaczyna się niesamowity rejwach, szczenięta wygłodzone po nocy alarmują o krytycznie pustym brzuszku, więc Psota idzie na dwór, a do kojca wchodzi Biga - i tak codziennie....Jeszcze nie do końca umieją korzystać z gazet - to znaczy umieją, ale nie zrezygnowały z siusiania na kołderkę, przynajmniej nie wszystkie. Mam nadzieję, że to im przejdzie, bo zmieniam im posłanie kilka razy dziennie.....

01-03-2003r.
        Od dzisiaj w dzień można jeździć bez świateł - co bardzo ucieszyło mojego Michała: uzbierał pieniążki i tuż po 18 urodzinach kupił sobie wiekowego "maluszka", "kaszlaka" czy jak to-to jeszcze nazywają. Michał mówi o nim "mój piękny, czerwony bolid"....... Codziennie wieczorem podłącza go "pod kroplówkę", bo coś źle jest z czymś (przecież ja się na tym nie znam, więc nie wiem co i z czym) i całą noc ładuje się akumulator. No, a od dzisiaj nie używa świateł, więc jest lepiej. Podobno......
        Z dnia na dzień umiejętności szczeniaków rosną. Powiedziałbym nawet, że z godziny na godzinę... Dzisiaj Lester usiłował podbiec! A to dlatego, że gdy postawiłam im miskę w kojcu - nie wpuściłam Bigi i maluchy nie miały wyboru: musiały zadowolić się miską. Potem, gdy już widziałam, że trochę podjadły, pozwoliłam Bidze wejść i szczeniaki rzuciły michę w kąt i szybko do mamy. Przebierały tymi łapkami na wyścigi, Lester chciał podbiec, ale łapki się poplątały i wylądował na mordce. Usiadł z wrażenia, próbował się otrząsnąć, co oczywiście skończyło się znów lądowaniem na mordce. W efekcie, biedak zamiast pierwszy, był ostatni i nie mógł się dopchać... Ostatnio maluchy są bardziej marudne. Nadszedł czas pokazywania się ząbków, a to nie należy do przyjemności... . Biga karmi je siedząc, a maluchy - jak winogrono - przyczepiają się do niej z dwóch stron w iście akrobatycznych pozycjach.... Jak już wyjdą zęby, to mamusia już niechętnie karmi - przy takiej przepychającej się gromadce, łatwo o trochę bólu.
        Błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Obrzydliwe, glajdowate błocko. Psy, po powrocie z dworu, mają na sobie tonę błota i za każdym razem muszę je myć. Czy one nie mogłyby chodzić tylko po suchym? Błe.....

06-03-2003r.
        Kilka dni przerwy i tyle zmian. Nie zdołam wszystkiego opisać, zresztą chyba się nie da - więc w wielkim skrócie. Coraz więcej pracy, więcej hałasu i sprzątania, ale też coraz więcej radości. To niesamowite, jak szczeniaki szybko się uczą. Z chodzeniem nie ma już żadnych problemów, teraz są na etapie szarpania, podgryzania (mają już przecież ząbki), warczenia i zaczepiania. Po każdym jedzeniu jest czas zabawy - mogę tam siedzieć i patrzeć, nawet gdyby mi się miał obiad przypalić...... Maluchy zaczepiają i Bigę, i Psotę, ale tak to komicznie wygląda - one małe i nieporadne podskakują wysoko, żeby dosięgnąć nosa mamy czy babci. Wczoraj był pierwszy spacer po domu - najpierw przyczaiły się przycupnięte przy podłodze, a potem zaczęło się zwiedzanie. Nikita tylko pilnowała, żeby nie weszły do jej budki. Próbowała zaczepiać maluchy, trącała dość zdecydowanie nosem i łapą, one najpierw nie reagowały, a potem Lester jej odszczeknął - ale się zdziwiła.... Niektórym się podobało, innym mniej, ale wszystkie ciekawie sprawdzały otoczenie. Najdalej odchodził ....... Lucky, wszędzie musiał wsadzić nos, Layla i Legolas przeszły aż przez korytarz do pokoju, ale szły za Psotą, a Lucky chodził sam. Walentyna usiadła na środku korytarza i płakała, aż przyszła Biga i ukoiła psie smuteczki. Później mała już zwiedzała bez oporów. Dzisiaj dalsza lekcja życia poza kojcem. No i są po pierwszym odrobaczeniu.
        Biga i Psota ostatnio narozrabiały - trzy dni z rzędu musiałam prać futrzak z kanapy! Najpierw był to ser smażony z kminkiem, potem czekolada do smarowania chleba a na końcu paczka tartej bułki. Dawno tak nie napsociły.... W sobotę przyjeżdża ze Szczecina Iza - będzie sesja zdjęciowa maluchów! Muszę pozawiązywać im jakieś kokardki na szyjach, bo nie będzie wiadomo który jest który.

07-03-2003r.
        Iza i Maciek właśnie od nas wyjechali, przyjechali po 13.oo i od razu zaczęli robić zdjęcia. Maciek zrzucił je przed wyjazdem do mojego komputera i teraz muszę przejrzeć i przygotować do publikacji niektóre z nich. Nie łatwo wybrać, bo jest ich ponad 90, a co jedno, to ładniejsze! Już wyobrażam sobie , jak Iza i Maciek przygotują swoją stronę, ile tam będzie pięknych zdjęć Layli! Stwierdziłam, że aparat cyfrowy, to jest to co w tej chwili tygrysy lubią najbardziej...... Wycieczka maluchów poza kojec pierwszy raz trwała tak długo i z tyloma emocjami, że w końcu zasypiały na siedząco. Teraz sobie smacznie śpią - tylko zjadły kolacyjkę i już się nawet nie bawiły..... Iza nie mogła rozstać się ze swoja Laylą, więc zaproponowałam jej, żeby na te trzy tygodnie, które pozostały do odbioru szczeniąt, zabrała Nikitę. No wiecie, auto zastępcze na czas naprawy.....  No, ale Niki na szczęście - mimo że prawie cały czas wchodziła Izie lub Maćkowi na kolana - zrezygnowała z wyjazdu.... Zajrzyjcie do fotogalerii - może jeszcze nie dziś i nie jutro, bo trochę muszę nad tym popracować - ale niedługo będą opublikowane efekty dzisiejszej sesji zdjęciowej...

10-03-2003
        Już trochę zdjęć przygotowałam - reszta trochę później. Wiecie do jakiego wniosku doszłam? Że najładniejsze są fotki Nikity z Izą...... No, ale one właśnie będą później, najpierw maluchy. Jeżeli oczywiście uda mi się dziś połączyć z serwerem, bo ostatnio coś mi to łącze szwankuje. 
        Z kojca dochodzą ciągle jakieś piski: albo Nikita je budzi - robi to, niestety, regularnie - albo podgryzają się nawzajem. A że nie umieją jeszcze ograniczyć siły nacisku swoich ostrych szpileczek, to co chwila któryś ma mocniej nadgryzione ucho, łapkę albo inną część ciała i podnosi larum. Lester niby trochę złagodniał, ale będzie wymagał zdecydowanego właściciela. Lucky - ten najmniejszy, najsłodszy i najbardziej przylepny szczeniak - zdenerwował się na ciągłe podgryzanie przez Lestera i nieźle mu się odwarknął. Rozbisurmaniły się ostatnio wszystkie - z Nikitą na czele. Niki do tej pory obchodziła kojec z daleka, siadała mi tylko na kolanach, gdy ja tam byłam. Teraz też to robi, ale doszła do wniosku, że Psota już jej nie przegania z kojca i bardzo jej się spodobały zabawy ze szczeniakami. Nie czeka już więc, aż wystawię maluchy, tylko co chwila wskakuje do środka i je budzi. Jednego obudzi, drugiego, maluchy zaczynają piszczeć - a Nikicie o to właśnie chodzi. Gdy któryś jednak dalej przysypia - zaraz się nim zajmie: poszturcha, poprzewraca i zabawa gotowa. Muszę pilnować, żeby dobrze jadły, bo Biga zawsze czai się na ich miskę i korzysta z każdej okazji, żeby im wyjeść kolację. One oczywiście chętnie dopadają do cycusiów, ale jest tam już coraz mniej (Psota już w ogóle nie ma mleka) i raczej to jest takie przytulanie do mamy, niż jedzenie. A Biga w ten sposób je usypia, a potem zabiera się za pozostawione przez maluchy jedzenie. Ostatnie karmienie jest już coraz wcześniej - dziś np. o 23.30, a do niedawna o 1.00 w nocy. Zresztą, nie jedzą wtedy dużo, raczej pochodzą, popiszczą, trochę dopchają brzuszki i śpią do rana. Zazwyczaj, bo czasami jednak podniosą alarm w nocy - ale coraz rzadziej.

15-03-2003
        Nie mam zupełnie siły, żeby siedzieć i pisać - wszystkich nas rozłożyła grypa. Jak mój mąż się położył, to znaczy, że już jest naprawdę źle! 
        Maluchy codziennie co raz dłużej biegają po domu, najpierw je roznosi energia a potem robi się coraz ciszej i ciszej, aż w końcu zbieram je - prawie śpiące...... Nikita równo je "ustawia", ale niektórym się to już mniej podoba i odwarkują jej. Najwięcej oczywiście Lester. Trochę już spuścił z tonu, ale nadal jest zadziorny i niepokorny. Przy tym wspaniale bawi się piłeczką i uwielbia się przytulać! Ktoś, kto się na niego zdecyduje, będzie miał dużo pracy, ale i wiele satysfakcji - bardzo pojętny psiak. Dzwoni prawie codziennie ktoś z zapytaniem o szczenięta, ale nie mogę go oferować komuś, dla kogo ma być to pierwszy w życiu pies, albo jeszcze na dodatek jest w domu np. 2-letnie dziecko! Któryś z rozmówców bardzo się zdziwił, że wypytuję go o doświadczenie, warunki mieszkaniowe i sytuację rodzinną, a na dodatek uprzedzam o charakterku Lestera - po raz kolejny usłyszałam "to chce pani sprzedać tego psa, czy nie?".... Jestem ciekawa, jakby się czuł po tym, gdybym nic nie mówiąc, sprzedałabym mu psa, a on nie dałby sobie z nim rady? I co stałoby się z psiakiem? Lester naprawdę nie zasługuje na poniewierkę.... Wymaga zdecydowania w prowadzeniu, ale jest bardzo pojętny, wesoły, przymilny, skoczny..... Nie może trafić do osoby, która go po prostu zmarnuje. Na dodatek jest bardzo dobrze zbudowany, nie wiem czy nie najlepiej ze wszystkich szczeniąt! Jest krótki, ma dobrą głowę i doskonałe kątowanie.

17-03-2003r
        Już jest ciepło i słonecznie - chyba będzie taka prawdziwa wiosna! Śnieg już nigdzie nie leży, błoto zaczyna wysychać, więc wyprowadziłam maluchy na dwór - najpierw przypadły do ziemi, potem niepewnie kręciły się w kółko, a później przyszła mama i dała mleczka - świat wrócił do normy..... Nikita oczywiście maltretuje maluchy ile wlezie - ale im się to podoba! Lester wręcz goni Niki, a potem się przewarkują - które głośniej. Rano pobudka jest między 6.00 a 6.30 - maluchy dostają jeść - wygłodzone po nocy działają jak odkurzacze - a potem spacerek po domu. No, może źle użyłam słowa "spacerek" - jest jedna wielka gonitwa, poszczekiwanie, warczenie, szarpanie, pisk - trzeba zabezpieczać firany, buty, ostatnio któreś próbowało nadgryźć..... kaloryfer! Po takim bieganiu padają na posłanie śpią ok. 2 godziny - i potem znów to samo! Coraz bardziej wyróżniają się zachowaniem - każdy trochę inaczej reaguje na wołanie, na zachętę do zabawy, na zaczepki innych psiaków - niezłe mam tu co dzień przedstawienia....  Zrobiłam im kilka zdjęć na dworze, ale opublikuje je dużo później - no wiecie, musi się najpierw skończyć film, a potem do wywołania i dopiero po zgraniu ich na płytkę albo zeskanowaniu będę mogła je zamieścić.
        Maciek cały czas wymyśla "domowe" imię dla oczekiwanej przez nas Liselotty (chyba jeszcze dwa tygodnie), zdecydowanie nie podoba mu się "Lizzi" - teraz twierdzi, że będzie ją nazywał Thia, ale to imię nam się nie bardzo podoba - niech myśli, krzywdy sobie nie zrobi, a może będzie z tego jakiś pożytek?

21-03-2003r
    WIOSNA!!!!!!!
No, prawie - na dworze wprawdzie słońce, ale zimno.
        NIKITA dzisiaj ma swoje pierwsze urodzinki, a BIGA miała wczoraj siódme - oczywiście, jestem bardzo niedobra i nie kupiłam im tortu...... 
        Jeszcze tylko tydzień, a przyjedzie do nas nowa suczka - już nie mogę się doczekać. Teoretycznie można by ją odebrać już jutro, ale Jarek nie może jutro jechać, więc jeszcze trochę cierpliwości. Czas się strasznie dłuży. Maluchy dają mi do wiwatu, mają nie spożyte ilości energii - i całe szczęście, oznacza to, że są w dobrej kondycji. Lester już daje się przytrzymywać w pozycji na plecach - i nie warczy. Jest co raz pokorniejszy. Grandzi ze wszystkimi szczeniakami, uratowałam już życie Macieja czapce i jego papuciom, próbowały nawet się dobrać do worka z karmą. Gdy biegają po domu, to mają dostęp do miski z suchą karmą dla dorosłych psów i do miski z wodą. Za każdym razem dopadają do wody - jakby nie piły wieki , a dostają w kojcu swoje jedzenie i swoją wodę. No, ale wiadomo, że w innej misce wszystko jest lepsze. Potem zaglądają do suchego jedzenia dla dorosłych - Walentyna dosiada się do niego i je, ale największe przedstawienie robi Legolas: włazi dwoma, a czasami nawet czterema łapami do miski i grzebie w jedzeniu - zanurzając przy tym głowę aż po same uszy. Miska jest spora, cały się w niej mieści, ale najlepsze jest to, że nie je granulek z wierzchu, tylko rozgrzebuje łapami i nosem, wyciągając jakąś jedną spod spodu i potem cały szczęśliwy ją je.....

23-03-2003r.
        Och, jaka jestem dumna! Jesteśmy po przeglądzie miotu i tatuażach. Nic nikomu nie sugerowałam, ani słówkiem. A pani - oglądając maluchy zatrzymała się przy Lesterze, postawiła go na stole ( wszystkie zresztą stawiała na stole), obejrzała, pomacała i powiedziała, że jest to najładniejszy piesek z miotu, o doskonałej budowie i postawie, o mocnej psychice i..... bez śladu agresji! Gdy opowiedziałam, jak on się przedtem zachowywał, to stwierdziła, że musieliśmy włożyć w niego mnóstwo pracy - bo teraz jest doskonały psychicznie! Chyba spuchłam z dumy! Wszystkie szczenięta zostały wysoko ocenione, zarówno w rozwoju psychicznym, jak i fizycznym, dowiedziałam się również, że doskonale noszą ogony! Bardzo mnie wczorajszy dzień podniósł na duchu! Szczególnie ocena Lestera - po pierwsze dlatego, że moje oceny szczeniąt były takie same, a po drugie: bo nasza praca z Lesterem dała pożądane efekty. A Layla została uznana - zgodnie zresztą z moją własną opinią -  za niesamowicie zrównoważoną. Chyba nie umiem dziś o niczym innym napisać..... No, ale wspomnę, że już zaczynają się samowolne wycieczki po domu - najpierw Layla, potem Lester, a teraz już chyba wszystkie, umieją wydostać się z kojca. Na dodatek uznały, że w kojcu nie należy zbytnio brudzić i na kupkę chcą wyjść - najlepiej na środek pokoju.. Ale o tym w następnym odcinku...

24-03-2003r.
        Jest takie powiedzenie:" nie podskakuj z radości zbyt wysoko w górę, bo ci może ktoś ziemię spod nóg usunąć"..... Pisałam wczoraj, jaka jestem zadowolona i dumna, a w nocy dostałam zimny prysznic. Napisała Pani Kristyna z hodowli Black Bohemia, że nie dostanę Liselotty! A miałam ją odebrać wczoraj, nie pojechaliśmy ze względu na Jarka pracę, planowaliśmy pojechać w sobotę. Lizzi urodziła się jako jedyna suczka w miocie i postanowili zostawić ją sobie w hodowli, gdyż jej mama - Aida - bardzo, bardzo zachorowała i nie wiadomo czy z tego wyjdzie, a jeżeli tak, to już nie będzie mogła mieć szczeniąt. Jak mi smutno........

29-03-2003r.
        Dziś była piękna, słoneczna sobota. Dwie suczki pojechały do swoich nowych domków - i jakoś tak smutno. Najpierw przyjechał Pan z Tarnobrzegu (czy z Tarnobrzega? - nigdy nie wiem) ze swoim synem, po Walentynkę. Już nie będzie nazywać się "Walentynka", tylko "Xena", bardzo ładnie moim zdaniem. Mam nadzieję, że będę otrzymywać zdjęcia i informacje o jej postępach i wybrykach. Byli bardzo krótko, bo droga daleka i męcząca. Jestem ciekawa, jak maluda przetrwała tę podróż. Później przyjechali Iza z Maćkiem po Laylę. Obiecałam, że przegonię maluchy dziś na dłużej w ogródku, tak by spały w drodze. W efekcie gdy przyjechali, szczeniaki spały i nie chciały nawet oczu utworzyć. No fakt, grandziły od 11.00 do 15.00 prawie bez przerwy, więc miały prawo. Layla przywitała się z Izą otwierając jedno oko i spała dalej. Co ją postawiłam, to uciekała do budki Nikity i chyba już w czasie tego biegu zasypiała. O kontakt z Izą nie mam co się martwić - najwyżej zrobię jej nalot w Szczecinie..... Jutro rano przyjeżdża Pani po Lolę - moja najmniejsza sunia pojedzie daleko, bo aż do Białegostoku - pociągiem, z przesiadką. Na pewno długa i męcząca droga. A po południu przyjedzie Ola i nowi Państwo Askana, który od jutra będzie mieszkał w Toruniu. Aż za cicho jest w domu, mimo że dopiero ubyły dwie sztuki, co będzie później? Ale tak jest za każdym razem.

31-03-2003r.
        No i pozostali tylko Lucky i Lester. Trochę ciszej, trochę smutniej ...... Szczeniaki rozrabiają za całą szóstkę, a Niki nareszcie jest w stanie łapać ja na raz.... Przeganiają się po całym domu i ogrodzie, tratując wszystko po drodze, a potem, jak dwa aniołki, zasypiają. Lola podobno dojechała do Białegostoku bez problemu, pozostałe zresztą trafiły do swoich domków też spokojnie, natomiast Layla daje Izie popalić - ciągle płacze. Jest to o tyle kłopotliwe, że mieszkają w bloku i  sąsiedzi raczej nie będą z tego faktu zadowoleni. Zobaczymy kto kogo przetrzyma - Layla Izę, czy Iza Laylę... Trzymam za nie kciuki.
        O ile smyki nie stratują moich kwiatków, to już niedługo powinno być kolorowo w ogródku, rozkwitają krokusy, miniaturowe żółte żonkile, trawa zaczyna nabierać soczystej barwy - ech, wiosna....

05-04-2003r.
        Ale czas szybko płynie - już tylko jeden szczeniak został z nami. Nie, nie Lester - Lucky! Przyjechali dziś jego państwo z Sosnowca i zaskoczyła ich możliwość wyboru szczeniaka. A że Lester stał się naprawę bardzo posłusznym i karnym psiakiem, nie wiem nawet, czy nie bardziej niż Lucky - więc uważałam, że nie popełniłam błędu. Tym bardziej, ze ci państwo wydali mi się bardzo rozsądnymi ludźmi, nie uciekali od starszych psów ( co niektórym się zdarza), pobawili się ze szczeniakami - i po dłuższym zapoznawaniu się z maluchami ( no, już nie takie znów maluchy, właśnie są wzrostu Nikity!) wybrali Lestera. Chociaż pan Maciej przyznał, że wybór trudny.....   Ale zostawili mi niemiły prezent! Przywieźli ze sobą jeszcze gorszą pogodę, oni pojechali z powrotem do domu, a u mnie zaczął padać śnieg! Teraz jest zimno i bardzo, bardzo wietrznie! Maciek od czwartku jest w domu (gardziołko, gardziołko, przestał mówić, tylko chrypiał) i nie dopuszcza (prawie) swojej ukochanej Mamusi do komputera - niedobry dzieciak.....
        Nadal rozglądam się za suczką czarną-podpalaną, kontaktowałam się już z kilkoma hodowlami w Czechach, ale przeważnie są rude. Zależy mi na obcej krwi, bo w Polsce jest już zbyt duże pokrewieństwo i  trudniej przez to znaleźć reproduktora. Chyba nie będę o tym pisać, bo znów zapeszę - jak będę już miała następne szczęście w domu - to wtedy napiszę. 

09-04-2003r.
        Niedługo Święta, nie wiem tylko czy do dzieciaków przyjedzie Zajączek czy..... Gwiazdor Podobno od poniedziałku ma być cieplutko, ale teraz nas zasypał śnieg! Już rozkwitły żółte i fioletowe miniaturowe irysy, tulipany mają już spore pączki, wystawiłam meble ogrodowe, węgiel się kończy w piwnicy - a tu znów zima. Na szczęście, ponoć na krótko i zaraz zacznie się..... lato  
        Lucky już sygnalizuje - nie zawsze, tak mniej więcej co drugi, trzeci raz - chęć załatwienia swoich potrzeb na dworze. Dopada wtedy do drzwi i okropnie piszczy, potem biegnie na koniec mojego miniaturowego ogródka i tam ma swoje miejsce. No, ale gdy spadł śnieg, to nie było już to takie proste - do tej pory maluchy goniły się po trawie, a tu coś białego, zimnego i mokrego, na dodatek cały czas sypie się na grzbiet i na głowę! Dzisiejsze pierwsze wyjścia były tylko do progu, potem podbiegał kawałek i szybciutko z powrotem do pokoju zrobić siusiu ...... Jednak później zobaczył, że duże psy wybiegają i nic złego im się nie dzieje, więc popróbował razem z nimi. W efekcie musiałam wracać do domu sama ( wyszłam bez kurtki), a Lucky został z psami na dworze. Gdy po chwili wróciłam, już odpowiednio ubrana - Lucky nurkował w śniegu i bardzo mu się ta zabawa spodobała. A pojutrze, w piątek, Lucky pojedzie do swojego nowego domu - zamieszka niedaleko Wrocławia. Będzie to wyjazd na pół-rodzinny, bo u kuzynki tej pani mieszka już Basta, siostra Bigi.
        Teraz muszę się zorientować czy jeszcze mogę zgłosić Nikitę na wystawę do Łodzi i gdzie zgłosić ją na późniejsze terminy - w końcu musi się pokazać. Wprawdzie nie bardzo umiem ją wystawić - ale popróbujemy. Cały szkopuł chyba w tym, że to nie ja powinnam ją wystawiać, tylko ktoś inny - wtedy patrzy na mnie i pięknie stoi, gdy idzie ze mną, to po zatrzymaniu się, Nikita siada, albo stoi jak ostatnie cielę....
        Ostatnio do działu "reproduktory" dołączyłam zdjęcia i dane młodego pinczera średniego, który właśnie otrzymał uprawnienia: GRASANT (Dager) Galant - możecie się już z nim zapoznać.

10-04-2003r.
        Dzisiaj są imieniny mojego synusia Michała i moje urodziny, choroba, znów jestem młodsza . Zauważyłam, że jak Biga weźmie zabawkę, to zachęca Lucky'ego do zabawy, gdy Nikita ma zabawkę, to ucieka do swojej budki - żeby Lucky nie mógł jej nic zabrać. Niki zabiera wszystko, co tylko jej się uda podprowadzić - w budce znajduję tyle zabawek i "kradzionych" rzeczy, że czasami dla samej Nikity już nie ma miejsca. Kupiłam szczeniakom kilka piłeczek i piszczydełek - żadnego nie mogę znaleźć, bo ta ruda zaraza gdzieś to wszystko wyniosła. Jutro pojadę do Związku - zgłosić ją na wystawę do Łodzi na 04.05 -podobno przedłużono termin przyjmowania zgłoszeń do 13.04., wprawdzie nie bardzo umiem ją zmobilizować do prawidłowej postawy, ale spróbujemy. Layla - wg słów swojej pani - zadomowiła już się na dobre i doskonale odróżnia domowników od obcych. No i najważniejsze - już nie płacze, gdy zostaje sama w domu....
        Mój Tato powiedział, że kupił nowe wycieraczki do samochodu, bo Olek (mój brat) ochrzanił go za taki badziew. Najpierw dostałam sms-a: "kupiłem nowe wycieraczki", potem Tato przyjechał i znów zakomunikował; "kupiłem nowe wycieraczki". Dla świętego spokoju spojrzałam przez okno i powiedziałam "ach, jakie pięęęękne!". A Tato znowu: "kupiłem - ale nie widzieliście". Jarek w końcu wyszedł przed dom i oglądał, ja również wyszłam i ..... okazało się, że to cały "cinkuś" jest nowy! A na to mój Tato: " no co, kupiłem nowe wycieraczki, a ta reszta też była do nich przyczepiona".....

13-04-2003r.
        No i znów mieszkamy z chipsami, ta znaczy z trzema psami..... Wczoraj po południu Lucky pojechał do swojego nowego domu. Przyjechali po niego państwo ze swoim młodszym synkiem - Piotrkiem (II klasa podst.). Piotrek nie wiedział, że przyjechali po psa. Wiecie jaka była radość, gdy najpierw przywitał się z psami, potem podbiegł do niego Lucky, wskoczył mu na kolana (Piotrek siedział na podłodze) i machając ogonkiem jak wiatraczkiem - wycałował, a Piotrka mama powiedziała, że to jest jego pies? Potem przez cały czas Piotrek bawił się z Luckym i Nikitą albo opowiadał o tym, jak to będzie po powrocie do domu. Fajny dzieciak. A u nas? Teraz tak jakoś tak..... pusto. Nikt już nie zagryza na śmierć moich tulipanów, istnieje szansa, że irysy też przeżyją, ale ...... Zawsze gdy odchodzi ostatni szczeniak z miotu - jest najsmutniej. Brakuje takiego małego hultaja. Z psów, to chyba Nikicie najbardziej brakuje maluchów - średniaczki już są "za dorosłe" dla rocznej miniatury i najchętniej bawiła się właśnie ze szczeniakami. No, ale teraz ja będę się znęcać nad Nikitą i codziennie będę próbować ją i siebie nauczyć postawy wystawowej  - do tej pory to tak nie bardzo wychodziło nam to ćwiczenie, więc i trudno oczekiwać większych efektów.
        Mój kolega małżonek powiedział, że kupił mi prezent. Na urodziny, na zbliżającą się 19 rocznicę ślubu (28.04), na imieniny i chyba.... już na gwiazdkę . Żeby było śmieszniej - faktura jest na Jarka. No i przez cały wczorajszy wieczór nie dostałam "swojego" prezentu do ręki, dopiero jak panowie poszli spać, to się dorwałam. A że wczoraj wieczorem jeszcze mieliśmy gości, w tym dwóch panów, to "mój" prezent był dość oblegany. Ach, zapomniałabym napisać co to jest: aparat cyfrowy! Nikt z nas jeszcze nie miał do czynienia z tym cudem techniki, więc zabawa jest przednia. Oczywiście jeszcze nie do końca umiemy posługiwać się tym ustrojstwem, ale to, co już wyczuliśmy - daje wiele frajdy. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła opublikować pierwsze samodzielne fotki. Szkoda tylko, że nie zdążyłam zrobić tym zdjęć szczeniakom - jakość nieporównywalna.
Zaczęłam trochę zmieniać sposób przeglądania zdjęć na mojej stronie - ale pewnie to trochę potrwa. Aha, Lester w domu nazywany jest "Fred" 

17-04-2003r.
         Jak wiecie, cały czas rozglądam się za nową, czarną suczką. Dostałam właśnie wiadomość, że w czeskiej hodowli, w Ostravie, 12 kwietnia urodziły się szczenięta. Same suczki, a jest ich 10!! Mama ruda, tato rudy i wszystkie maluchy - oprócz jednej - rude w różnych odcieniach. 
           
Można zamawiać, bo nikt się nie spodziewał, ani tak licznego miotu, ani tego, że będą same dziewczynki. 
            No a ta jedna jedyna czarna, ma być dla nas - mam nadzieję, że tym razem się uda i nie będzie żadnych niespodzianek! Imiona mają zaczynać się na literę "A". Ale najbardziej mnie rozśmieszył przydomek hodowlany: Skubanek! Zobaczcie fotki Elissy Black Bohemia (mamy) i jej dzieciaków - podpięłam dla Arii (mam nadzieję, że naszej) osobną stronkę.
        No a z wiadomości nie związanych z psami - to muszę napisać o wyczynach moich synalków: Maciek w piątek grał w piłkę i w efekcie jakiegoś faulu zbił sobie tak mocno rękę, że na kilka dni miał założony gipsowy opatrunek. Teraz ma już zdjęty, ale nadgarstek nadal powinien być usztywniony - nakłada sobie ochraniacz, taki, jak do jazdy na rolkach. A Michał wczoraj miał stłuczkę swoim pięknym, czerwonym bolidem - facet ewidentnie zajechał mu drogę, bo myślał, że zdąży skręcić ....... Same fajne sprawy. Najgorsze jest to, że Michu jechał ze swoją koleżanką i przy tym uderzeniu Ania rozbiła głową szybę. Podobno nic jej nie jest, Jarek woził ją wczoraj po szpitalach, ale ja i tak nie jestem jeszcze uspokojona. Głowa - to głowa.

22-04-2003r.
        I po Świętach... Na szczęście pogoda była ładna, więc można było cały czas przebywać na dworze, a i Dyngus w słoneczku jest o wiele przyjemniejszy..... Psy na wszelki wypadek w Lany Poniedziałek pochowały się po kątach... Dzieciaki natomiast przeprowadziły tu istną wodną wojnę - zabawy i śmiechu było co niemiara!

 Maciek&Damian - przygotowania Maciek&Pati _ bitwa Pati&Mariusz - bitwa
 Jarek&Maciek - zemsta mokrego Taty Weronika - tak bezpieczniej.... Damian - ktoś odłączył węża!! Silna ekipa w trakcie wodnej wojny....

02-05-2003r.
        Pracuję nad trochę inną formą strony i nie bardzo mam czas na coś innego. I codziennie ćwiczymy z Nikitą postawę i chodzenie w kółeczko. Mam tylko nadzieję, że osiągniemy przynajmniej taki poziom, żeby nas nie wyrzucili z ringu.....

04-05-2003r.
        Ponieważ przybywa zdjęć Arii - to postanowiłam zrobić jej osobną stronkę. Jest już podpięta, więc usunęłam z "pamiętnika" jej uprzednie fotki.

05-05-2003r.
        No, a teraz o wczorajszej wystawie...... Jechałam cała w skowronkach, bo zależało mi bardzo na poznaniu nowych "pinczeromaniaków" (rozdawałam wizytówki - może tu zajrzą) i liczyłam na dobrą zabawę. No i na dzień dobry kubełek zimnej wody na głowę: nie dosyć, że obie rasy szły na zupełnie innych ringach, to jeszcze te ringi były położone w zupełnie skrajnych krańcach wystawy! Średniaki były na płycie głównej, a miniatury z drugiego końca - poza płytą! A żeby nie było jeszcze zbyt różowo - obie rasy rozpoczynały prezentację o tej samej godzinie! Czarna rozpacz! Najpierw pognałam do średniaków, pozostawiając mój dobytek na pastwę losu i "oko" dobrych ludzi. Udało mi się pstryknąć kilka fajnych zdjęć. Potem już musiałam pilnować ringu miniatur i też trochę fotek zrobiłam. Nikita była pokazywana w klasie młodzieży - oprócz niej jeszcze jedna suczka. Nikita, jak to ona, podkuliła te swoje resztki po ogonku, cytuję opis sędziego: "typowa suka, nożycowy zgryz, całkowicie odpowiada standardom, w ruchu minimalnie wysklepiony grzbiet - ocena bardzo dobra". Trochę skąpy opis, ale rozumiem, że Niki jest po prostu przeciętnie dobrym psem. Rzeczywiście - ta druga suczka była zdecydowanie mocniejsza w budowie, a grzbiet miała idealnie prosty. Podobno powinnam chodzić z Nikitą dużo na smyczy, żeby wyrobiła sobie mięśnie w lędźwiach - wtedy nie będzie się garbić. Nie jestem pewna czy to coś da, bo przecież ona bardzo dużo biega i teoretycznie ma te mięśnie wyrobione. Ale nic nie szkodzi spróbować. Jarek chce ją pokazać jeszcze w Lesznie - nie wiem czy zdążymy, a poza tym niedługo moje trzy panny będą miały cieczkę. Przyjrzałam się dobrze miniaturom i zdecydowanie bardziej podobają mi się te o mocniejszej budowie, nawet może trochę większe - w każdym bądź razie inne niż Niki. Niki wyglądała przy nich jak przecinek, taka mała sarenka, tamte wyglądały jak prawdziwa kopia pinczera średniego. No, nie wszystkie... ale większość. Żeby było śmieszniej - po wyjściu z ringu Nikita pięknie się wyprostowała i chodziła jak sprężynka... Wiem, wiem - świadczy to o braku obycia i jest to moja wina - kajam się. Co do średniaków to jeszcze nie znam wszystkich wyników - z przyczyn technicznych. Podepnę stronkę z wynikami i fotkami z Łodzi - narazie wiem, że GRASANT Galant zdobył CWC i CACiB (jest umieszczony w dziale "reproduktory"), a TOKIO de la Capelliere wygrał  rasę.

10-05-2003r.
        To, co zdążyłam , to już pozmieniałam na stronie - reszta musi poczekać. Powoli będę dodawać podstrony o poszczególnych szczeniakach, ale te zdjęcia sprzed lat są makabryczne, więc nie będzie ich dużo. Odebrałam od fotografa filmy (dwa) i mam jeszcze kilka zdjęć maluchów z miotu "L" - niektóre są przesłodkie.... No i najważniejsze: dopiero teraz do mnie dotarło, że wystawa klubowa pinczerów organizowana w Głogowie we wrześniu bieżącego roku, ma status wystawy ŚWIATOWEJ! Pewnie - jak zwykle - wszyscy zainteresowani o tym już dawno wiedzą, tylko ja obudziłam się ostatnia. Mam nadzieję, że w związku z rangą wystawy - przyjedzie multum pinczerów. Albo jeszcze więcej...... Nawet maluchy z naszego ostatniego miotu mogłyby już startować w klasie szczeniąt.... Nikitę zgłosiłam do Leszna na 24.05 i do Szczecina na 21.06 - a co tam, jak szaleć, to szaleć.... 
        Narazie przeprowadzam w moim ogródku prace ziemne. Jako, że w moim domu mieszka pełno chłopa (sztuk trzy), to ja biorę się za łopatę i udaję, że kopię. Dochodzę do wniosku, że zdecydowanie lepiej byłoby mieć córki na wydaniu, bo wtedy kawalerowie prześcigają się z chęcią niesienia "pomocy". Efekty narazie są mizerne, ale pomalutku, pomalutku posuwam się do przodu. Ułożyłam już ścieżkę z płytek, przekopuję się teraz przez okropną ziemię zmieszaną z gruzem i wybieram "tymi ręcami" to świństwo, jednocześnie usiłuję przygotować dziurę pod sadzawkę - tylko jeszcze nie wiem, jak dużą, zagrodziłam psom wejście na część ogrodu, co by mi tam nie siusiały - niech trawa ma jakieś szanse przeżyć. W międzyczasie chyba z tysiąc razy rozjechałam sobie stopę taczką z ziemią, poobijałam się gdzie tylko było można, zlikwidowałam słup z koszem do koszykówki (bo ja jestem taka niedobra....), a od poniedziałku mają przyjść jacyś panowie i będą tynkować mur, bo mimo młodego wieku wygląda przeokropnie i strasznie się sypie. 
        Michał - jak już pisałam - rozbił swojego czerwonego malucha. Ponieważ w tym poważnym wieku (18 lat) w żadnym wypadku nie można obejść się bez samochodu - natychmiast kupił drugiego. Jeszcze starszego - niedługo zabytek. No, ale należało go wyszykować i maluch powędrował do blacharza z jakimś drobiazgiem. W efekcie tej wizyty należało pomalować na nowo kawałek samochodu i tu zaczęły się schody: dobranie koloru (szaro-bury beż) graniczyło z cudem. Dwa czy trzy razy kupił w końcu odpowiednią farbę, ale albo była przeterminowana i się zważyła, albo coś innego się działo - a przecież młody człowiek u progu kariery, nie będzie jeździł nie pomalowanym bolidem! Jak to się skończyło? Wziął farbę od kolegi - tamten miał jej nadmiar - i pomalował swoje autko. NA CZARNO!  O rany..... Do tego wszystkie wykończenia na srebrno.... Od tygodnia grzebie przy tym pudle, jeszcze cały czas coś ulepsza - podobno już w poniedziałek będzie mógł zacząć straszyć Poznaniaków.... A sprawa odszkodowania jeszcze nie jest zamknięta, bo tamten kierowca.... nie potwierdził jeszcze swojej winy! Przecież on nie ma w tym żadnego interesu, to do końca życia można czekać na zakończenie sprawy...

12-05-2003r.
        Dostałam kolejny prezent od mojego kolegi małżonka. Nową łopatę....... Zieloną - bo była tańsza.... Romantyczny facet, nie ma co. I jeszcze takie ustrojstwo do robienia dziur pod cebule - potem z tego czegoś wysypuje się z powrotem ziemie do dołka i gotowe. Ale ja oczywiście już wymyśliłam do czego jeszcze mogę to coś wykorzystać i dziś przesadzałam przy pomocy tego czegoś trawę - świetna sprawa, ale trochę to długo trwa. Za to nie można poznać, w którym miejscu trawa została dosadzona.... Wprawdzie zagrodziłam psom wejście na część działki (na tę część, która choć w małym stopniu przypomina ogródek, bo druga część, to plac budowy i magazyn wszystkiego, co kiedyś na pewno się przyda.....), ale Nikita - diablica - mieści się między sztachetami płotka i cała w skowronkach nadal obsikuje moją trawę! Chyba naprawdę muszę ją podtuczyć - wtedy nie przeciśnie się.... Dzisiaj dwóch panów naprawiało mój murek i po południu dałam im obiad. Oni mieli rozrobiony materiał i obiad czekał na tarasie, a ja musiałam siedzieć obok i pilnować. Nie, nie, to nie przed psami - u nas pod dachem mieszkają wróble i chyba uznały, że to je chcę dokarmić: natychmiast zleciało się małe stadko i wystarczyło, że odeszłam na dwa kroki - już urzędowały na stole! Maciek pojechał na dwudniowa wycieczkę do Kotliny Kłodzkiej, mają też przejść na czeską stronę, o ile pamiętam, to do Skalnego Miasta. Oczywiście - najważniejsze zabrał: pastę do zębów na zieloną noc....

17-05-2003r.
        Dzisiaj byli u nas bardzo mili i bardzo oczekiwani goście: przyjechała znajoma rodzina z Wrocławia, która od niedawna powiększyła się o 10-miesięczną rudą suczkę rasy pinczer średni - pojechali po nią aż do Czech, nazywa się Izabella Black Bohemia - po domowemu Holly. Holly najpierw stanęła oko w oko z całą naszą psią trójką i troszkę ją to zdeprymowało, ale potem została tylko Nikita i we dwie rządziły w ogródku. Nikicie oczywiście się wydawało, że to ona dominuje, ale czas pokazał, że Holly nie daje sobie w kaszę dmuchać... Holly jest jeszcze troszkę przepłoszona, co wynika z niedawnej zmiany właścicieli, ale trafiła do dobrych i odpowiedzialnych ludzi, więc z biegiem czasu powinno się wszystko unormować...

 Holly i Nikita - małe podgryzanko Holly i Nikita - krótki odpoczynek 
Holly i Nikita - kto kogo dopadnie... Holly i Nikita - dogonię i złapię...
Holly i Nikita - no to z zaskoczenia....
Holly i Nikta - jeszcze troszeczkę ze mną pobiegaj...

20-05-2003r.
        Emocje rosną - do przyjazdu Arii zostało 17 dni! Znów dostałam kilka jej zdjęć - umieściłam je na jej stronce. Jak już będzie u nas, to postaram się o fotografowanie jej na bieżąco. Jestem bardzo ciekawa, jak ją przyjmą moje "stare" rezydentki? Mam tylko nadzieję, że nic nie stanie na przeszkodzie, plany się nie zmienią, dokumenty będą przygotowane (łącznie z moim paszportem, którego odbiór mam wyznaczony na 04.06) i już niedługo.... Ale narazie czeka nas jeszcze wystawa w Lesznie (najbliższa niedziela) a jeszcze nie dostaliśmy potwierdzenia, Nikita nic a nic nie przytyła, nadal jest jak przecinek, nadal podkula dupencję, zamiast stać na baczność - ale co tam, jak szaleć, to szaleć... W niedzielę wstałam obolała, chyba mnie coś przewiało i do dziś mam problem z utrzymaniem głowy w pionie, a najgorzej jest przy pochylaniu głowy, wczoraj nie mogłam nawet unieść szklanki z kawą - a praca czeka. Patrzę na ten mój ogródek i kombinuję, jak tu coś zrobić nie schylając się.... Narazie połknęłam dwa ibupromy i mogłam w miarę swobodnie pomyć naczynia, ale łopata musi jeszcze poczekać. Mam nadzieję, że do niedzieli mi przejdzie, bo inaczej obie z Nikitą wyjdziemy na ring pogięte jak paragrafy. Aha, no i już powstały fundamenty i podłoga szopki, teraz jeszcze mury, dach i starą szopkę będzie można rozebrać. Może przestanie tu wyglądać jak pobojowisko?


 
Pobojowisko - wymaga jeszcze wiele pracy, sił i cierpliwość (albo głównej wygranej w Lotto), sponsorzy mile widziani....

25-05-2003r.
         Już jesteśmy po następnej wystawie - tym razem w Lesznie. Nikita tym razem udawała, że nawet potrafi i chodzić po ringu, i stanąć do oceny. Mało tego, stała ładnie i bez ruchu, nawet długo. I pokazała panu sędziemu swoją paszczękę, i w ogóle było dobrze..... Generalnie przywiozłyśmy do domu srebro i ocenę doskonałą - nareszcie, może z tego mojego czegoś wyrośnie jakiś przyzwoity pies?...a właściwie suczka.... Pan sędzia powiedział, że ta druga suczka przedstawiona do oceny jest krótsza (i miał rację, na dodatek jest przepięknie ciemno podpalana.....) i to przeważyło szalę na jej korzyść. Ale ja się bałam, że Nikita znów podkuli siedzenie i wyjdzie jak ostatni połamaniec, jednak te nasze ćwiczenia przynoszą jakieś rezultaty... Podpięłam już wyniki z wystawy i zdjęcia. Oczywiście - żeby nie było tak różowo - mój mąż zrobił Nikicie na ringu aż 1 (słownie: jedno) zdjęcie! I to parszywej jakości. No, ale jeżeli chodzi o jakość, to pewnie namiot, pod którym odbywała się ocena, przyciemnił obraz...... 
        Ale jeszcze muszę opowiedzieć o suczce - średniaczce (też ma tylko jedno zdjęcie.....). Była jedyną przedstawicielką średniaków, ale za to jaką! Chciałabym, aby Aria była do niej podobna, naprawdę, nic więcej.... : mocna, krótka, piękna pierś, piękna łapa, piękna sierść, głowa też piękna, no w ogóle była ładna. Dostała wszystko: CWC, CACiB, Najlepsza Suka i Zwycięstwo Rasy. Jak najbardziej zasłużenie. Mam nadzieję, że wystarczająco zachęcałam właścicielkę do dalszego wystawiania Kery....
        Organizacja: podobało mi się, że pomyślano o osłonięciu od słońca psów, wystawców i sędziów: rozbito olbrzymi pawilon, pod dachem którego zmieściły się prawie wszystkie ringi, oprócz tego, na około rozbito wiele mniejszych namiotów, więc i tam można było schronić się przed słońcem. Natomiast mankamentem było to, że przy dużej liczbie zwiedzających i wystawiających, pod dużym namiotem nie było czym oddychać....., a wystarczyło złączyć ringi środkiem i nie wpuszczać tam ludzi (przejście było praktycznie niemożliwe, wystawcy rozłożyli się bardzo, bardzo swobodnie, niektórzy niemal na środku przejście. Przepraszam, wykreślam słowo "niemal". Jeszcze jak to był nieduży pies, to pół biedy, ale te wszystkie olbrzymy.....) i można by oglądać z zewnątrz, albo rozbić dwa olbrzymie pawilony z pojedynczym rzędem ringów. Ale i tak było lepiej, niż na otwartej przestrzeni - przy dzisiejszym upale trudno byłoby wytrzymać. Ogólnie świetnie. No, może oceny na niektórych ringach trwały zbyt długo, ale chyba któryś z sędziów nie dojechał i "jego" rasy rozparcelowali po innych ringach. No i może to nie zależało od organizatorów, ale na całym stadionie znalazłam jedno stoisko, gdzie można było kupić w miarę schłodzoną wodę z lodówki, reszta była naturalnie podgrzewana na słońcu.... Ale srebro jest...


ojej - wypłosz przed oceną.......

02-06-2003r.
        Już tyle czasu minęło, za kilka dni jedziemy po Arię!. Ja tymczasem szaleję w ogródku (w dalszym ciągu i naprawdę ciężko pracuję), ale końca raczej nie widać. Znów mam inne natchnienie i zmieniam układ skalniaka. Postanowiłam podsypać ziemię wzdłuż muru i podeprzeć kamieniami, obsadzić czymś małym. Zrobiłam narazie tylko część, bo na drodze stanęły mi truskawki (chyba aż ze 4 krzaczki, na dodatek z mnóstwem kwiatów, ale owoce zasychają) i piwonie (też nie kwitną). Uparłam się i poczekam - może to-to zakwitnie? A jak nie, to niedługo nastąpi pełna pacyfikacja i podsypię ziemię dalej. 

przed...

po.....

        W tzw. międzyczasie staram się uprzątnąć inną część działki i tam będę stawiać coś na kształt pergoli, żeby po obrośnięciu trochę zacieniała podjazd. No, ale jednocześnie chce przesunąć ogrodzenie, które dzieli mi działkę na część rekreacyjną i gospodarczą, bo proporcje są prawie 1:1, a gdy przesunę, to część rekreacyjna zajmie 2/3 działki. Myślę, że góra 15 lat i już będzie widać efekty....
        Dziś przyjechał do nas pan, który zaproponował nam różne karmy. Dałam na próbę Nikicie (chociaż były przeznaczone dla średniaczek) i o dziwo zjadła z apetytem. Tak nawiasem mówiąc - Eukanuba, którą kupiłam Nikicie na wystawie w Lesznie, leży w misce nietknięta.... Spróbuję kupić małe opakowania (4-5kg) różnych karm od tego pana i może wreszcie ten rudy potwór zacznie jeść? Psota i Biga też dostały i też zjadły, ale one raczej wszystko jedzą i nie mam z nimi kłopotu... No i muszę przygotować karmę dla Arii... W piątek chcemy wyjechać, a wrócić w niedzielę. Jeszcze 4 dni.....

09-06-20003r.
            JEST! JEST! JEST!
Aria przyjechała do nas w niedzielę wieczorem i od razu zachowuje się, jakby tu mieszkała od lat: ogon w górze, wszędzie wchodzi, jest bardzo ciekawska i bardzo miła. Najchętniej przyjęła ją Nikita, Biga toleruje, a Psota udaje, że nie widzi..... Dopiero za kilka dni będę mogła i opisać w szczegółach, i dodać nowe zdjęcia - bo oprócz Arii zamieszkała z nami (na tydzień) moja 3,5 letnia bratanica - Jolka - i okazało się, że ma temperaturę, kaszel i zapalenie oskrzeli, więc praktycznie nie mam czasu na siedzenie przy komputerze. Ale już niedługo to wszystko nadrobię....

13-06-2003r.
            Minęło kilka dni, a ja nie uzupełniłam pamiętnika. Kajam się bardzo, ale postaram się to nadrobić. A wszystko przez to, że Jolka dość mocno zachorowała, więc męczyła się strasznie, temperatura nie chciała zejść, kaszel powodował wymioty i w ogóle z daleka od domu, Mamy i Taty - to się ciężko choruje.... We wtorek późno w nocy przyjechał z Warszawy mój brat, pożyczył od Taty samochód i o godz. 0.40 ruszyliśmy do Jolki domu. Jolka całą drogę spała, a gdy obudziła się we własnym łóżku (dojechaliśmy o 4.40 - z przymusową przerwą pod Błoniami, gdzie czekaliśmy w korku, bo zapalił się jakiś samochód), to powiedziała, że to chyba jakieś czary: zasnęła w Poznaniu u cioci, a obudziła się w Warszawie u Mamy.... Potem kontrola u lekarza rodzinnego: diagnoza i leki potwierdzone. Anita (Mama Jolki, a moja bratowa) i Alex (mój brat) musieli być tego dnia w pracy, więc zostałam z Jolką cały dzień, a że byłam u nich pierwszy raz i niewiele pogadaliśmy , to zostałam do dnia następnego. Wróciłam wczoraj po południu. Taaaaak....... zostawiłam moich Panów na półtora dnia! Niby dom jeszcze stoi, ale w jakim stanie.... Nie mówiąc o moim świeżo powstałym skalniaku.... Moja sąsiadka włamała się do mnie do ogródka, żeby reanimować resztki roślin, poprzesadzała, dodawała ziemi, nie wiem tylko, czy wszystkie roślinki przeżyją... Aria - największy szkodnik pod słońcem i Nikita, która tylko czekała na taką okazję, dopadły do skalniaka i usiłowały dokładnie go przekopać i przegryźć..... No i podczas gonitw wpadały na wszystko po drodze tratując dokumentnie.... Po powrocie z Warszawy zabrałam się za pranie, sprzątanie, obiad (po drodze z dworca zrobiłam zakupy, bo w lodówce pusto) i reanimowałam dalej mój "teren zielony"......
            Aria jest bardzo wesoła, bawi się z Nikitą (ten sam wzrost) w podgryzanie, gonienie, kopanie, chowanego....... Nie bardzo boi się, gdy któraś średniaczka warczy, raczej próbuje dalej zaczepiać, ale zdecydowanie Niki jest jej przyjaciółką. No i zagryza wszystko na śmierć. Pisząc "wszystko" mam na myśli.... "wszystko".... I jest niesamowicie sprawna, jak na ośmiotygodniowe szczenię (no, już prawie dziewięciotygodniowe): wskakuje na tapczan (wskakuje, a nie wspina się), zeskakuje bezkolizyjnie, przeskakuje przez wysoki i dość szeroki próg drzwi na taras, sprawnie wbiega po schodach, schodzi również bez problemu, i oczywiście mieści się między szczebelkami płotka odgradzającego ogródek od podjazdu. Jeszcze.
            Właśnie chciałam iść skosić trawę, ale zdążyłam wyjąć kosiarkę, gdy wyjęłam przedłużacz - zaczęło padać, taka pogoda ma być przez jakiś czas, więc pewnie trawa się położy. Choroba. No, ale mogę trochę ogarnąć mój dom, popisać listy i uzupełnić stronę....

15-06-2003r.
            Wczoraj mój kolega małżonek miał dzień dobroci i przymocował mi konstrukcję, po której będą mogły się piąć wiciokrzewy. Jeden (ten środkowy - pomorski) jest kompletnie zdewastowany, ale trochę mu zielonego zostało więc mam nadzieję, że się przyjmie. 

            Aria doskonale wie, że jej tam nie wolno wchodzić i jak zauważy, że idę, to gna stamtąd na złamanie karku, jak zniknę jej z pola widzenia, natychmiast próbuje znów ogrodnictwa.... Czasami jeszcze nasiusia w domu, ale powoli się uczy. Cały dzień albo śpi, albo grandzi z Nikitą. Wczoraj chciała znów bawić się z Bigą, ale Niki- zazdrośnica - nie pozwoliła...
            A tak przy okazji - zajrzyjcie do Layli i Lucky'ego i Lestera-Freda: są nowe zdjęcia...

20-06-2003r
            Jarek od niedzieli jest w Kołobrzegu, wraca dziś wieczorem. Jestem ciekawa jakiego koloru będzie mieć twarz, gdy zobaczy co zrobiłam? Mam nadzieję, że mu para uszami nie pójdzie? No co ?! Musiałam trochę "przemeblować" w ogródku. Do tej pory mój płotek, który zresztą kolega małżonek postawił tuż przed Wielkanocą, po rocznym oczekiwaniu na dobry dzień, dzielił działkę na część tzw. gospodarczą (czyt. bałagan) i część wypoczynkową w proporcjach 1:1. Postanowiłam więc zmniejszyć część śmietnikową i.... przestawiłam płotek. Tym razem jest przytwierdzony do wysokich słupków, gdyż mam zamiar ustawić takie same po drugiej stronie podjazdu, połączyć je górą wszerz i wzdłuż, i puścić po tym coś pnącego, aby ocienić stojący samochód. Oczywiście - żeby nie było wątpliwości - wyszło mi krzywo i na pewno Jarek będzie się wściekał, że musi coś poprawić. Albo nie będzie poprawiać i tak zostanie..... Mam tylko problem, bo zabrakło mi płotka i nie mogę kupić takiego samego wymiaru - są, ale większe i z grubszymi sztachetkami. Myślałam, że uda mi się wszystko zrobić w tym tygodniu, a tu goo...zik. 


            Aha, i połączyłam dwie zrobione części skalniaka: wyrzuciłam nie kwitnące od lat piwonie i truskawki, które tylko miały piękne liście i kwiaty, a owocu żadnego. Narazie nic tam nie sadzę, muszę dokończyć płotek. 



            Za to Nikita z Arią znalazły nowy plac zabaw: albo gonią się po usypanej górze ziemi (byle jakiej zresztą - musiałam zebrać nadmiar), albo ganiają wokół płotka.... Właściwie, to Nikita głownie biega na około, a Aria usiłuje ją złapać - zabiega jej drogę raz z jednej strony, raz z drugiej, ale Nikita tylko przez nią przeskoczy i już jest po drugiej stronie... Aria dużo urosła i niedługo Nikita nie będzie miała wiele do gadania. W tej chwili jeszcze umie spacyfikować maludę, ale niedługo.... No i jeszcze jedno: Nikita pozwoliła RAZ pobawić się Bidze z Arią. Cały czas chodziła obok i pilnowała, w końcu powiedziała "dość", ale pierwszy krok już zrobiony. Psota nadal ma małą w głębokim poważaniu. 


tak reaguje Psota, gdy Aria chce do niej podejść...

            Robię moim psiakom zdjęcia, ale ciągle są podobne jedno do drugiego: Aria śpi, Aria się bawi z Nikitą, Aria śpi, Aria się bawi z Nikitą - i tak w kółko... Jutro jedziemy do Szczecina, śpimy u znajomych i w niedzielę wystawa. Nie zgłoszono żadnego pinczera średniego, miniatur jest zgłoszonych 6. Ocena będzie na ringu po dobermanach, jako ostatnia rasa. Podejrzewam, że znów wyjdziemy ostatni, nawet po organizatorach i zgasimy światło.... Oby tylko pogoda dopisała, bo dziś co chwila leje, a w taką pogodę raczej nie mam co liczyć na piękną postawę mojej "maszkary". Zresztą, nawet gdy pogoda dopisze - ona wcale nie musi się ładnie ustawić ..... 

22-06-2003r.
            O rany! Jestem w szoku! Właśnie wróciliśmy z wystawy w Szczecinie, gdzie prezentowanych było 5 pinczerów miniaturowych, a Nikita dostała złoty medal, Zwycięstwo Młodzieży i Zwycięstwo Rasy!!!

23-06-2003r.
            No więc tak... (wiem, wiem, od "więc" nie zaczyna się zdania.....):pojechaliśmy do Szczecina w sobotę i nocowaliśmy u Izy i Maćka (a właściwie to u naszej Layli....) - piękne mieszkanie na czwartym piętrze bez windy - chyba dlatego, żebym mogła zrzucić ten mój nadmiar kilogramów.... Wieczorem pojechaliśmy z psami na wybieg, na którym Layla codziennie biega (oprócz spacerków w parku oczywiście). Notabene - wybieg ogrodzony, przygotowany i dla psów, i dla ich właścicieli - wybudowany chyba z pieniędzy gminy albo Towarzystwa Opieki n/Zwierzętami - świetny pomysł! Każdy może tam wejść, nawet jak pies nabrudzi, to są kosze na śmieci, jest miejsce na samochody i miejsce do posiedzenia. Są także różne przeszkody dla psów: Nikicie bardzo tam się podobało, a ja nie bałam się, że nagle wybiegnie wprost pod samochód, albo, że komuś nie spodoba się pies biegający luzem. Naprawdę - pomysł do naśladowania. Layla pokazała nam co potrafi: przebieganie przez trapez (chyba tak to się nazywa) i skakanie przez przeszkody. Bawiły się z Nikitą świetnie. Jednak było już dość późno i ciemno, więc nie zabawiliśmy tam zbyt długo. Jarek pstryknął kilka zdjęć, ale.... no dobrze, nie będę znów narzekać

im wyżej - tym lepiej, Niki nie miała żadnych oporów przed wchodzeniem, a właściwie wbieganiem na tę przeszkodę. Gorzej było z zejściem - nie dlatego żeby się bała, ale po prostu spodobało się jej tam na górze....

Layla i Nikita przebiegają przez trapez - oczywiście: wcale nie narzekam na jakość zdjęcia....

            Następnego dnia poszliśmy na wystawę, Layla oczywiście też. Dużo ludzi, dużo psów i dużo czasu - miniatury były oceniane jako ostatnie. No, ale jak już wiecie - warto było poczekać: Zwycięstwo! Z wieloma osobami rozmawialiśmy, wielu osobom rozdałam wizytówki i zaprosiłam na stronę, szkoda tylko, że żaden pinczer średni nie został zgłoszony do oceny....

26-06-2003r.
            Zrobiła się prawie jesień: zimno, wietrznie i ciśnienie tak niskie, że najchętniej nie wystawiłabym nosa spod kołdry.... Nic nie zrobiłam w ogródku, płotek nie dokończony czeka na powrót Jarka, bo jednak ma być wyprostowany (płot, nie Jarek). Ale za to udało nam się kupić podobne w rozmiarze sztachety i już jest wszystko pozbijane, pomalowane - czeka na swój dzień.... Michał ma dziś egzaminy do Technikum, tak "bardzo" się tym przejął, że o mały włos, a byłby zapomniał! No pewnie, już wakacje, trzeba jeździć na ryby, a nie myśleć o egzaminach....
            Psota powoli schodzi ze swojego piedestału i już nawet RAZ polizała Arii ucho! Hrabianka jedna... Aria to jest zbój nad zbóje: gdy tylko może, to kradnie wszystko, co tylko jej w zęby wpadnie. Oczywiście najchętniej moje buty! Ale nie pogardzi zmiotką, doniczkami itd. Najgorsze, że wejdzie gdzieś po cichu i zaczyna żuć: paski, poduszki, narzuty - wszystko! Muszę mieć oczy na około głowy, bo te jej zęby załatwiłyby mi wszystko. Zabawki - owszem - ma, ale Nikita, wredny typek, wszystkie jej zabiera i gdzieś chowa! Aha, byliśmy z Arią i Nikitą u szczepienia, Psota i Biga mają cieczkę, więc muszą poczekać. Ale nie było naszej pani doktor, więc poszliśmy do kogoś innego. Ja - w swojej ignorancji - myślałam, że jest oczywiste, iż konsultuje się co podajemy psu, a tu niespodzianka - dowiedziałam się, że Aria dostała komplet szczepień, ale ten komplet to bez coronawirozy (czy jakoś tak), ale za to ze wścieklizną! Trochę mną zatrzęsło, bo nie podaję psom szczepienia p. wściekliźnie razem i inną szczepionką, dla mnie komplet, to komplet na wszystkie możliwe choroby, ale bez wścieklizny, a tu niespodzianka. No cóż, moja wina, bo inny lekarz, więc powinna wrzeszczeć od progu. A wytłumaczyła mi to tak, że nie chce mnie naciągać na pieniądze, więc podała tak, żeby było taniej! TANIEJ, choroba jasna! Ale moja pani doktor wraca niedługo z urlopu i już będę mogła dziewczyny do niej zaprowadzić. 
                Uzupełniam stronę reproduktorów o ich rodowody, powoli, te co mam - podpinam. Ale nie mam wszystkich, szczególnie bieda z miniaturami. Robię to dlatego, że po pierwsze - mnie samą to interesuje, więc pewnie tych, którzy chcą z tego skorzystać też, a po drugie - chce uniknąć nieporozumień.... Jakich? Ano takich, że niektórych piesków nie widziałam na oczy, nie słyszałam o nich, nie były pokazywane na wystawach i teraz nie wiem, czy na pewno mają uprawnienia Związku Kynologicznego! Za jakiś czas znikną ze strony te psy, których rodowodów nie dostanę - mimo informacji do właścicieli. A mam pewne podejrzenia.... No cóż, zobaczymy czy się sprawdzą...

29-06-2003r.
            Jestem znów w szoku, ale nie za sprawą Nikity, tylko... Arii. Przecież ona ma dopiero 11 tygodni, a wiecie jaka jest skoczna?! Od samego początku, gdy do nas przyjechała (miała tygodni 8) wskakiwała i zeskakiwała z tapczanu czy fotela i nie miała żadnego problemu z chodzeniem po schodach na piętro i z powrotem. Niedawno spróbowała przeskoczyć z fotel na łóżko (odległość ok. 70cm) i tak jej się to spodobało, że pół dnia przeskakiwała tam i z powrotem. Potem złapała w zęby mój but i z nim też przeskakiwała bez problemu. A dzisiaj?! Właśnie przegoniłam ją ze stołu w kuchni!! Ta mała diablica wskoczyła na krzesło, potem na stół i dobrała się do woreczka z płatkami zbożowymi! Ale nie to mnie zszokowało: ona zeskoczyła płynnie ze stołu na podłogę! Nawet się nie zachwiała! To ci dopiero numer, jeszcze trochę, a okaże się, że będę musiała chodzić z nią na agility - przy mojej kondycji?!


02-07-2003r.
            O jasna pogoda! Jaka jestem zła! Ta mała diablica wygryzła mi biedny wiciokrzew do końca! Uparła się właśnie na ten egzemplarz; od samego początku i konsekwentnie dążyła do pełnej pacyfikacji! Skutecznie, niestety... Przy okazji rozkopała ziemię dookoła niszcząc wszystko w pobliżu, zamiast roślinek - zostały smętne szczątki! A płotek jest nadal niedokończony! Czy ja muszę wszystko zrobić sama?! Nie mam tyle siły! A jeden słupek, ten, pod którym trzeba było kuć kangiem - wymaga przestawienia i miałam nadzieję, że mi któryś z moich panów pomoże. Goozik-prawda! Choroba jasna! Proszę i proszę w nieskończoność - a efektu nie ma! Zawalili mi jakimiś narzędziami i innymi śmieciami wszystkie kąty (im więcej mają miejsca, tym większy robią bałagan), szopka nie skończona - nie ma dachu, deski nie pocięte, bo do zimy daleko, a jeszcze mogą się przydać i tak w kółko coś odkłada się na później! Naprawdę jestem cierpliwa mieszkając tyle lat w takim śmietniku i na placu budowy, ale dziś to już mnie coś trafiło! Wygląda na to, że powinnam sama zająć się wszystkim w domu, prać, sprzątać gotować, wychowywać dzieci i psy, organizować wszystko wszystkim, przekopać ogródek, postawić płot, założyć dach nad szopką, zrobić szafki i półki w garażu, żeby można było w końcu to wszystko gdzieś poupychać, poupychać też bym musiała sama, ja muszę gasić światło w łazience i założyć rynny na dachu, jeszcze trzeba pomalować mur i elementy drewnianej konstrukcji do ogrodu, ja mam się zajmować sprawami hodowli i wystaw i jeszcze tysiącem innych spraw! Najgorsze jest to, że ten cały galimatias nie przeszkadza moim panom! Nie ma dla nich znaczenia czy dom i otoczenie wyglądają przyzwoicie czy nie! Jako osoba nie pracująca zawodowo - cierpię na chroniczny brak czasu, bo wszyscy uważają, że skoro nie mam co robić, to należy mi zorganizować choć bałagan do sprzątania! No dobra, nie jestem do końca sprawiedliwa, ale czasami po prostu mam już serdecznie dosyć! Doba ma tylko 24 godziny, a ja mam tyle siły ile mam - i jakoś mi ich nie przybywa! Noooo, dobra - wyżaliłam się trochę, na jakiś czas mi starczy..... Zaraz zabiorę się za porządki w tym moim śmietniku.....
            Wczoraj był paskudny dzień, bo padał deszcz, było ponuro i zimno, psy cały dzień nie wystawiły nosa z domu. No, może tylko na chwilkę. Psota i Biga, już przecież starsze panie, nie narzekały na taki układ, ale Aria wyraźnie się nudziła. Cały czas usiłowała gonić się z Nikitą po domu, a że Niki wolała spać gdzieś schowana, to Aria większość czasu spędziła na poszukiwaniach Rudej. Niesamowicie śmiesznie to wyglądało: oblatywała cały dom, namierzała miejsce, gdzie Niki mogła się schować i rzucała się z impetem w tym kierunku. Nikita najczęściej zakopuje się pod kołdrą albo pod futrzakiem na fotelu, pozostałe psy zresztą też. W efekcie, zanim Aria znalazła Nikitę, natknęła się niejednokrotnie na Psotę i Bigę, które warczały na nią oburzone... Aria odskakiwała i gnała dalej. Jak już znalazła Nikitę, np. pod kołdrą, to najpierw drapała łapami, a spod kołdry dochodziły dziwne dźwięki - coś, jakby się Nikita zagotowała.... Arii to absolutnie nie przeszkadzało i dalej szukała dojścia, w końcu znajdowała i wkopywała się pod kołdrę, żeby położyć się obok Rudej. Przez sekundę leżała spokojnie, ale potem zaczynała ja podgryzać, podszczypywać, pod kołdrą zaczynało się kotłować, a po chwili wyskakiwała stamtąd Nikita i biegła zakopać się w innym miejscu. Po chwili spod kołdry gramoliła się Aria i poszukiwania Nikity zaczynały się na nowo.... Pod koniec dnia Nikita już miała serdecznie dosyć takiej gonitwy i gdy szłam spać wsunęła się koło mnie do łóżka i biedna Aria nie mogła jej namierzyć.... W pewnym momencie dała spokój i zasnęła, ale przypomniała sobie o 2.oo w nocy! Znów zaczęła ganiać po domu, zaglądać we wszystkie kąty, podkopywać się we wszystkie możliwe miejsca. W końcu namierzyła Nikitę obok mnie i z delikatnością czołgu wsunęła się pod kołdrę - tak długo się kręciła, aż mogła się przytulić do Nikity i dopiero wtedy zasnęła....

03-07-2003r.
            Dziś mi już trochę złość przeszła, choć sprawa nadal nie jest rozwiązana... Usiłowałam posadzić te smętne resztki z wiciokrzewu, ale za każdym razem Aria go wykopywała i chodziła, trzymając w zębach jak trofeum. Dałam w końcu spokój, nawet nie wysilam się, żeby poprawić cokolwiek na sklaniaku - pilnuję tylko, żeby mi więcej nie poniszczyły. Bo okazało się, że to nie tylko Aria, ale jeszcze te dwie emerytki! Szukały cienia, więc położyły się pod murem, a że im coś nie pasował, więc troszkę pokopały - zarazy jedne... W efekcie siedzą w domu razem ze mną, gdy ja wychodzę pogrzebać coś w ogrodzie, to wtedy mam je na oku i mogą pobiegać po działce. Najgorzej, że nie chcę jeszcze wyprowadzać Arii w publiczne miejsca, więc ją biedną omija największa przyjemność.... Ach, zapomniałabym powiedzieć: obie starsze średniaczki mają już od 2 tygodni cieczkę i dają przedstawienia sąsiadom - chyba powinnam sprzedawać bilety na te seanse - Sodoma i Gomora..... Muszę je izolować od siebie, bo podejrzewam, że im więcej ze sobą - nazwijmy to: baraszkują - tym dłużej tę cieczkę będą miały.....
            Maciek od piątku jest u mojej Teściówki - do niedzieli, Michał jutro wyjeżdża na kilka dni, a Jarek od wczoraj do soboty jest w Kołobrzegu - hulaj dusza, piekła nie ma.... Miałabym niezłe wakacje, gdyby moi panowie wynieśli się choćby na tydzień, ale wszyscy w jednym terminie..... Wczoraj usiłowałam trochę ogarnąć garaż, bo inaczej nie będę mogła pozbyć się części narzędzi rozłożonych wszędzie, ale jest to syzyfowa praca.... Za to Aria położyła się w kącie garażu i cały czas mi towarzyszyła.....
            Znów zmieniłam trochę zapis na stronie - ale naprawdę niewiele, podpięłam część rodowodów reproduktorów, no i podpięłam też rodowód Arii, muszę przyznać, że imponujący - ciekawe, jak się to będzie miało do kariery Arii na ringach? Niestety, nie zawsze Interchampiony wśród przodków gwarantują piękne szczenię....
            Już myślałam, że na dziś skończyłam pisanie - ale przecież muszę jeszcze o czymś opowiedzieć! Właśnie wyjechali ode mnie mili goście: odwiedził nas Lucky! No dobrze, "jego" ludzie też byli.... Przy wejściu na działkę lekko się zawahał, ale potem już podbiegł do mnie w dzikich podskokach. Milusi, kochaniutki i piękny! Biegał po całym domu, jakby czegoś szukał? Nikitę, mamę i babcię też oczywiście poznał, ale one przyjęły go z rezerwą, a Nikita chciała go pacyfikować. Zachowywał się wtedy tak samo, jak był jeszcze maluszkiem: albo usiłował położyć się pod Nikitą, albo uciekał schować mi się pod nogi, gdy kucałam. Jednak nie przewidział tego, że od tamtej pory już wyrósł i się po prostu nie mieścił. A Nikita nie popuściła - smarkacz musi wiedzieć, że to ona tu rządzi (przynajmniej tak się jej wydaje.....). Ponieważ obie średniaczki mają cieczkę, więc w końcu musiałam je zamknąć - żeby nie kusić losu, choć to jeszcze dzieciak. Aria przywitała Lucky'ego jak swojego, ale w zabawie nie dawała mu rady, choć bardzo chciała dotrzymać kroku. Zdjęć mam z tej wizyty niewiele, bo psy tak szybko biegały, że nie miały czasu się zatrzymać.... Biga najpierw się zjeżyła, Lucky doskoczył do niej tak jak dawniej, nawet usiłował zajrzeć jej do cycusiów! Zachowywał się, jakby znów miał 6 tygodni.....


Lucky z mamusią....

Lucky z babcią.....

            No i kilka zdjęć wrzuciłam na stronę Lucky'ego - zapraszam. Aha! Prawdopodobnie Lucky weźmie udział w wystawie klubowej pinczerów w Głogowie!

04-07-2003r.
            No i sprawa się rypła... Jak już mówiłam wcześniej - muszę sprawdzić pewne moje podejrzenia: okazały się jak najbardziej prawdziwe, więc musiałam usunąć z mojej strony dane jednej z hodowli i jednego z reproduktorów. Moja wina, że wcześniej nie sprawdziłam tego namacalnie, okazało się, że po prostu ktoś je sobie wymyślił i ja w dobrej wierze umieściłam ich dane. Bardzo przepraszam zainteresowanych..... Może jestem zbyt naiwna, ale nie wpadłam na to, że ktoś może sobie wymyślić reproduktora i hodowlę, tylko dlatego, aby mieć o czym gadać!

10-07-2003r.
            W najbliższą niedzielę jedziemy z Nikitą do Koszalina - z obawą, z wielką obawą...... Aria już przechodzi sama siebie! Jak zaczyna ganiać to chyba trzeba jej baterie wyjąć, bo nie umie się zatrzymać... Już Nikita nie daje rady, więc Aria przerzuciła się na zaczepianie Bigi - Biga owszem, jak najchętniej, ale krótko, więc za chwilę Aria biegnie do Psoty, ustawia się w bezpiecznej odległości i przymila się: zadek do góry, ogonkiem kręci młynka, nos przylepiony do ziemi, przeskakuje raz z lewej raz z prawej i poszczekuje. Psota - dostojna dama - nie daje się wciągnąć w zabawy smarkacza, uniesie dumnie głowę, spojrzy spod oka i czasami cicho warknie. Wtedy Aria cała przypada do ziemi, zamiera na moment, a za chwile znów próbuje. Jeszcze nie udało się jej nakłonić Psoty do zmiany zdania, ale już jedzą z jednej miski, a Aria nawet próbuje zabrać coś z zębów Psoty - bez skutku oczywiście... Płotek nadal nie zrobiony, więc moje zielsko nadal jest w dużym niebezpieczeństwie. No, ale już możliwe są "zewnętrzne" spacerki, więc może się wybiegać w parku... Z tym, że jeszcze jest tak zaaferowana wszystkim dookoła, że nie ma czasu się wysiusiać, więc dopiero po powrocie do domu...

11-07-2003r.
            Dziś mój trawnik zaczął sam chodzić! Wiecie, jak to okropnie wyglądało?! Siedziałam na tarasie i widzę jakieś nienaturalne poruszanie trawy , a za moment w tych samych miejscach trawa zrobiła się czarna! To wszędzie wyroiły się mrówki! Wylazły wszystkie na wierzch, i te czarne, i te czerwone, dodatkowo pełno skrzydlatych. Było ich mnóstwo! Za chwilę zaczęły fruwać nad trawnikiem - całe roje. Po jakimś czasie wszystko się uspokoiło i pochowało, gdzieniegdzie jeszcze pokazywało się coś skrzydlatego, a później zaczęły łazić po całej działce ogromne mrówy z jeszcze ogromniejszymi odwłokami! I tak do wieczora. Jechałam wieczorem rowerem do sklepu i musiałam pamiętać, aby ust nie otwierać... Wyroiły się wszędzie, o jednej godzinie - jak na dany znak. Budzik mają nastawiony, czy co? I oczywiście nikt nie wie jak tego paskudztwa się pozbyć. Może i by mi nie przeszkadzały, ale a takich ilościach?! Poza tym dowiedziałam się, że mrówki przechowują przez ziem mszyce, dbają o nie, a z wiosna wynoszą je na rośliny, żeby same się pasły - opryskaliśmy wszystko, mszyce zniknęły, ale mrówek to ci u nas dostatek....

13-07-2003r.
            Wróciliśmy z Koszalina za złotem i Zwycięstwem Młodzieży! Wyniki i kilka fotek z dzisiejszej wystawy już są podpięte. Co tu dużo mówić - było fajnie..... Nikita bardzo się podobała, nawet sędzia, po ocenie, zapytał z jakiej jest hodowli, bo ma wspaniałą psychikę! Muszę napisać o tym p. Grażynie - hodowcy Nikity, pewnie ją to ucieszy? Nasza ocena skończyła się ok. 10.30, no a potem czekaliśmy na wejście na ring główny (nie oddają wcześniej opisów....) prawie do 16.00! Przez ten czas wielu ludzi zaczepiało nas (byliśmy jeszcze z Arią, bo ta smarkata bez Nikity płakałby cały dzień), robili sobie albo z Nikitą, albo z Arią zdjęcia, znów skończyły mi się wizytówki - no mówię, było fajnie.... A teraz już idę odespać poranną pobudkę przed 5.00... 
            Ale fajnie było...

26-07-2003r.
            Strasznie się opuściłam w pisaniu, ale co ja biedna mogę na to poradzić? Nie miałam czasu się podrapać, nie mówiąc o pisaniu.... A w międzyczasie (podobno tak się nie mówi?) nawiedziła mnie coroczna, letnia angina i zostałam wyłączona na kilka dni z obiegu. W ubiegły piątek przyjechali Eva i Petr - hodowcy Arii, przywieźli nam jej rodowód. Pobyli do sobory popołudnia - bardzo miła wizyta. Aria oczywiście rzuciła się im na szyję (jeżeli można to tak określić) a w nocy spała z nimi w łóżku, nawet nie oglądała się czy Nikita jest obok. Nie mogłam zrobić żadnego zdjęcia, bo mój młodszy (zresztą jedyny) brat wyżebrał ode mnie aparat na wakacje.... Ale Eva robiła fotki, mam nadzieję, że kilka mi prześle. Dziś byłam w Związku oddać rodowód Arii do nostryfikacji - kosztowało mnie to prawie 60zł. No, ale nie to jest problemem - kłopot mam z ewentualnym championatem młodzieży Nikity (apetyt rośnie w miarę jedzenia): ma już dwa Zwycięstwa Młodzieży, planowaliśmy pojechać 3 sierpnia do Lubina, a ona dziś dostała cieczkę - możemy nie zdążyć, bo skład sędziowski lubi się powtarzać... No, trudno, zobaczymy. Jeszcze mogłaby być szansa we Włocławku... 
            Aria zagryzła na śmierć mydło - jestem ciekawa czym będzie jutro siusiała? No, nie zjadła go dużo, tylko nadgryzła... Jest już sporo większa od Nikity, ciągle jednak Nikita wygrywa w tych ich potyczkach, chociaż co raz częściej się musi mocno wysilić, aby Arię spacyfikować. Aria zadziwia mnie swoją sprawnością: nie ma przeszkody, której by nie pokonała. Nawet plastikowe fotele ogrodowe, które na siedzeniu mają dziury nie stanowią dla nie przeszkody - przeskakuje z jednego na drugi bez problemu. A może nie powinnam się dziwić, może to moje pozostałe panny są dziwne? Wczoraj wieczorem obszczekiwała falującą wodę w basenie, Nikita nie miała pojęcia na co ona tak szczeka, usiłowała zajrzeć do środka, ale brzeg basenu jest miękki i nie mogła się oprzeć o niego. Wyglądało to tak, że Aria biega na około basenu i szczeka jak opętana, a Nikita za nią usiłując zrozumieć o co chodzi...
            No i jeszcze jeden problem: ludzie, których hodowle i reproduktorów umieściłam w wykazie - nie przesyłają mi ani zdjęć, ani rodowodów, ani informacji o nowych miotach. Mam tu na myśli właścicieli pinczerów mini. Nie zależy im, czy co?

05-08-2003r.
                            Wiem, wiem - znów wielka dziura w pisaniu.... Mam dom pełen gości (rekord był w niedzielę - 12 osób, w tym czworo biegająco-wrzeszczących dzieciaków + 4 psy, w wszystko w dwóch pokojach, kuchni i małym ogródku......) i nie mam czasu na nic. No, ale dziś wieczór mam z godzinkę wolnego, wiec trochę nadrabiam. Chyba taka ilość ludzi i decybeli źle wpłynęła na moje psice, bo nawet niezwykle przymilna Biga straciła cierpliwość i zaczęła na wszystkich warczeć. Aria oczywiście korzystała ( i nadal korzysta) z każdej okazji, aby coś zwędzić - i dobierała się najczęściej do talerzy naiwnych ludzi, którzy zakładali, że jak coś stoi na stole, to pies nie ruszy. Niezłą miała wyżerkę: a to kawałek czekolady, banana, brzoskwini, czasami trafił się kotlecik albo kurczaczek, a jak nie, to chociaż kawy można było się napić... I za każdym razem znikała - nie zupełnie bez śladu, bo zostawiała odciski brudnych łap na stole. Choroba, nie mogę jej tego oduczyć, a taka ilość okazji nie sprzyja lekcjom pokory. No, ale w efekcie wybryków Arii ucierpiała Nikita. Wszystko dlatego, że w końcu udało mi się zbója przyłapać i chwyciłam ją za kark w momencie przestępstwa. Oczywiście podniosła wrzask, jakbym przynajmniej obdarła ją ze skóry, na co Psota zareagowała warkotem. Nikita oczywiści nie wytrzymała i usiłowała Psotkę natychmiast spacyfikować, a że Biga również straciła cierpliwość to włączyła się do ogólnego zamieszania. Psota w końcu nie zdzierżyła odwiecznych ataków Nikity i potraktowała ją zębami. Efekt tego taki, że Aria nadal ma wszystko w głębokim poważaniu, Biga nadal chodzi naindyczona, a Nikita ma zranione ucho i przecięty policzek. Wieczorem mocno jej to napuchło, nie pozwala się dotknąć z lewej strony, ale absolutnie nie zrezygnowała z wskakiwania na kark Psotce przy jakichkolwiek warkotach z jej strony. Obawiam się, że gdy Psota naprawdę się wścieknie, może nie być wcale tak wesoło... 

13-08-2003r.
            Przed nami długi weekend: moi panowie wybierają się nad jezioro, ja zostaje w domu z psami. A w niedzielę jedziemy na wystawę do Torunia. Ostatnia z planowanych wystaw nam nie wyszła z przyczyn technicznych (cieczka Nikity), teraz chyba będzie wszystko dobrze. No, chyba....  Chcemy zabrać wszystkie psy, bo Nikita i Psota będą wystawiane, Arii nie chcę zostawiać samej na cały dzień, no i tylko zostałaby Boga - chyba byłoby jej smutno?...... No tak, ale wczoraj późnym wieczorem wylądowaliśmy u weterynarza z Arią. Opuchł jej najpierw nos, potem przeszło na oko, a później opuchlizna przeprowadziła się na górną wargę.

Jednocześnie na całym ciele pojawiły się odczyny alergiczne - może od ugryzienia, może coś zjadła, a może po prostu od słońca? Nie wiem, ale wyglądała okropnie i była bardzo, bardzo smutna. Dostała zastrzyki, ciut jej przeszło, nawet humorek wrócił, ale nadal nie jest jeszcze dobrze. Aha, no i wczoraj cały dzień wsuwała trawę - potem ją wymiotując. Nawet jej kupki były przede wszystkim trawiaste. Trawa nie była niczym pryskana, więc żadnej chemii nie mogła się najeść, nie mnie coś jej zaszkodziło. Po południu pojedziemy do naszej pani doktor, zobaczymy co powie. Dziś jest środa, mam nadzieję, że do niedzieli Aria już będzie w dobrej formie. O ile przyczyną opuchlizny i jej gorszego samopoczucia jest alergia?...

15-08-2003r.
            No i byliśmy u "naszej" dr Bukowskiej.... Jestem głupsza niż ustawa przewiduje..... Aria była zarobaczona! Wydawało się, że wszystko w porządku, bo przecież codziennie oglądam i sprzątam wszystkie odchody moich panienek, a jednak nie było dobrze. Organizm został osłabiony - stąd reakcja alergiczna na coś, co w normalnych okolicznościach wcale nie musi jej uczulać. Robale nie pokazywały się stopniowo - po prostu, jakby wszystkie wylazły na raz - błe... Pani doktor zaaplikowała małej jakiś środek, który powinien "rozpuścić" pozostałe świństwo, albo spowodować wydalenie go. To było wczoraj - Aria bardzo schudła, cały dzień spała, nic nie jadła, nie skusiła jej nawet szyneczka. Wiecie jak wygląda osowiały, smutny, chory psiak? To Aria wyglądała dużo gorzej. Nie biegała - no, czasami próbowała, ale zaraz się kładła, nie reagowała na zaczepki, tylko spała. Uszka w dół, ogonek w dół - chodzące nieszczęście. I te jej oczy! Była strasznie biedniutka. Wczoraj wszystkie psy dostały tabletki - już na wszelki wypadek. Dzisiaj ma być na diecie i podobno do wieczora ma być dobrze. Do wieczora..... Rano Aria obudziła mnie wskakując mi na brzuch, liżąc po rękach, odstawiła niesamowity taniec, ogonem zamiotła wszystko po drodze, wskakiwała na łóżko, zeskakiwała, - jak co dzień. Potem usiadła w kuchni i wyraźnie domagała się "wielkiego żarcia". Wiedziałam, że ma pościć, więc dałam jej troszkę ryżu z gotowaną marchewką - o mało nie urwała mi ręki przy łokciu, miskę wylizała do czysta, chyba nawet wywróciła ją na lewą stronę.... Następna porcja za godzinę. No, ale to znaczy, że już wszystko jest w porządku - dwa dni nie chciała jeść. Humor jej wrócił, biega z Nikitą, szczeka, skacze - mimo, że jeszcze nie ma "swoich" sił. Dziś będzie dzień rekonwalescencji, jest o niebo lepiej, poprawa jest bardziej niż wyraźna. Wielka ULGA!

17-08-2003r.
            Jeżeli pewnego pięknego dnia zobaczycie mnie w telewizyjnym Teleekspresie, to będzie znaczyło, że dopadłam mojego kolegę małżonka za... jakość wykonywanych przez niego zdjęć psów na wystawach! Gdy przeglądam zdjęcia po powrocie do domu, mam ochotę wyć! Ale cóż zrobić - innych nie mam. Innego męża też nie.... No, ale do rzeczy: Nikita dziś w Toruniu stwierdziła, że cofamy się w rozwoju i nie będziemy pięknie chodzić, nie mówiąc o staniu. Była to jej pierwsza prezentacja w klasie pośredniej, były i podskoki, i nagłe zatrzymania, i chęć pójścia w zupełnie inną stronę. Stać też nie chciała, tylko cały czas oglądała się, gdzie jest "pańcio"! Wprawdzie dostała ocenę doskonałą i złoty medal, ale ...... Psotka natomiast zrobiła furorę! Sędzina powiedziała, że gdyby weteran mógł wygrać rasę, to Psota by właśnie ten tytuł otrzymała. I że jest w doskonałej kondycji, o wspaniałej psychice i życzyłaby sobie, aby wszystkie pinczery miały taki charakter! Zrównoważona, czujna, ale spokojna, pięknie chodziła, pięknie pokazała zęby, pięknie stała. Wiecie, jaka byłam dumna?! Aż żal, że zaniedbaliśmy wystawianie jej w odpowiednim wieku! No, ale trudno, zobaczymy, co wyrośnie z Arii. Przywieźliśmy więc dwa złote medale i puchar dla Psotki - najpiękniejszego weterana w rasie.....
            Na wystawie spotkaliśmy również naszego Lorda Askana - ma już 6 miesięcy. Huncwot z niego niesamowity, jest silny, uparty i mało posłuszny, właścicieli czeka sporo pracy, aby go odpowiednio ułożyć. Ale jest śliczny, kochany i słodki.


LORD ASKAN z Zadziornego Gangu

24-08-2003r.
            Właśnie wróciliśmy z kilkudniowego wypadu. Najpierw miał to być tylko wyjazd do Wilna z noclegiem w Sejnach, ale rozrósł nam się do pięciodniowej wycieczki po Suwalszczyźnie, w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Malbork. A i tak ciągle mało, jeszcze pozostało mnóstwo do zobaczenia. Wyjechaliśmy w środę o 7.00 rano, do Sejn dotarliśmy przed 19.00. Noclegi zamówiłam przez Internet, wycieczkę do Wilna również. Pani Ola, u której spaliśmy przekazała nam wykupione bilety i w czwartek o 5.40 rano zameldowaliśmy się w miejscu zbiórki. Do przejechania było prawie 200km oraz postój na granicy. Swego czasu zaczytywałam się Orzeszkową i Rodziewiczówną, przesiąknęłam chyba sentymentem do tamtych stron i tamtych czasów. A na Litwie jakby się czas zatrzymał - mały kraj, mało mieszkańców, po drodze czasami ukaże się mała chatka i jej maleńkie poletko, a poza tym lasy i ugory. Sielsko i anielsko. Na wakacje piękne miejsca, ale do mieszkania na stałe na pewno bardzo trudne. W mieście oczywiście jest inaczej, ale gdy kończy się miasto - odnoszę wrażenie, że kończy się cywilizacja. Tylko drogi zdecydowanie lepsze niż w Polsce. Dla mnie cudownie i romantycznie, nie jestem pewna czy mieszkańcy podzielają moje zdanie? Na Litwie jest ujemny przyrost naturalny, ludzi co raz mniej, sporo emigruje. A dookoła olbrzymie połacie lasów. Najpierw obejrzeliśmy Troki, które określane są jako miniatura Malborka (stąd pomysł zajrzenia tam w drodze powrotnej do domu). Zamek został chyba w całości odbudowany, jest to trzeci z zamków wybudowanych w Trokach, po poprzednich są tylko ruiny.


chciałam Maćka tak zostawić na jakiś tydzień, ale - choroba - uciekł...

            Potem Wilno - oczywiście tylko niewielki fragment, z przewodnikiem, w olbrzymim tempie i w olbrzymim skrócie. Byliśmy na cmentarzu na Rosie, obiegliśmy Starówkę, zwiedziliśmy kościół Św. Piotra i Pawła, widzieliśmy oraz w Ostrej Bramie.. Cała Starówka jest przepięknie odrestaurowana, jako całość została uznana za zabytek klasy zerowej i dzięki dotacjom może być tak doskonale zachowana. Kościołów (czynnych i nie) w Wilnie co nie miara - stoją nawet jeden przy drugim. Obejrzeć w kilka godzin się nie da, można tylko troszkę posmakować. 


                Warto pojechać na taką wycieczkę, chociaż raczej polecałabym wyjazd na 2-3 dni. Podczas naszego pobytu na Suwalszczyźnie propozycji wyjazdu do Wilna czy szlakiem Mickiewicza jest ogrom, można wybierać. No i dużą zaletą jest to, że nie ma problemu z noclegami. Tak więc czwartek spędziliśmy za granicą i pełni wrażeń powróciliśmy na kwaterę około godziny 21.00. 
                Następnego dnia pojeździliśmy trochę po okolicy, byliśmy w Stańczykach, gdzie są dwa najwyższe mosty kolejowe (nieczynne). Pamiętacie reklamę "kto skoczy po pieguski"? To właśnie na mostach w Stańczykach była nakręcona. I o ile się nie mylę, to również jeden z odcinków "Ekspedycji". Mosty są w stanie agonalnym, zniszczone, trochę łatane, ale się sypią i od dawna już nie można z nich skakać na banji. Ale byliśmy, widzieliśmy. Pojechaliśmy również obejrzeć kurhany Jaćwingów, weszliśmy na górę Cisową, byliśmy w skansenie - wiosce litewskiej, gdzie chaty są kryte strzechą, można obejrzeć sprzęty i wyposażenie, maleńkie to-to, ale warte obejrzenia. Skansen mieści się przy wjeździe do Puńska, jedynej wioski, gdzie Polacy stanowią tylko 20% mieszkańców, pozostali to Litwini. Szkoła jest oczywiście prowadzona również w języku litewskim. W Puńsku obejrzeliśmy kościół i stara plebanię przerobioną na muzeum regionalne. No i zrobiłam śmieszne zdjęcie, które zatytułowałam: "Gdy siana zabraknie...."


gdy siana zabraknie....

Sobota była naszym ostatnim dniem na Suwalszczyźnie, pojechaliśmy do Augustowa i obejrzeliśmy pałac Paca w Dowspudzie. W Augustowie oczywiście obowiązkowo popłynęliśmy rejsem po jeziorach i zajrzeliśmy do muzeum kanałów. Muzeum mieści się maleńkim, drewnianym domku niedaleko portu, prowadzi go pan, który jest pasjonatem historii kanałów. Nie tylko wie chyba wszystko, ale nadal szuka nowych źródeł, wciąż szpera w archiwach i ciągle znajduje coś nowego. Mógłby godzinami opowiadać o Prądzyńskim, o kanale, o ówczesnej myśli technicznej, wynalazkach, o problemach i sukcesach. Chyba tylko dzięki takim pasjonatom jak on wciąż żyją takie historie. Warto tam zajrzeć i posłuchać. Do Dowspudy pojechaliśmy z mieszanymi uczuciami, bo zdania na temat celowości takiej wycieczki były podzielone - niektórzy mówili, że nie ma tam co oglądać. Ale w końcu dotarliśmy i trafiliśmy na Festiwal Kultury Celtyckiej. Niesamowite wrażenie. Nie da się tego opisać, nawet zdjęcia nie oddadzą tamtej atmosfery, może gdybyśmy mieli kamerę?... Z samego Pałacu Paca niewiele zostało, fragment wejściowego portalu, część wieży i fundamenty. Swego czasu musiał być piękny i szykowny, teraz tam tylko hula wiatr.

Wróciliśmy do Sejn wcześniej, bo była uroczysta msza św. w 84 rocznice Powstania Sejenskiego (1918-1920), apel poległych z udziałem harcerzy, a później ognisko.
            Dziś - w niedzielę - wyjechaliśmy z Sejn przed 6.00 rano, około 11.00 byliśmy w Malborku. To jest dopiero zamek! Miasto w mieście. Zwiedzanie zamku i jego okolic zajęło nam 5 godzin, a i tak wszystko w biegu. Wrażenie ogromne. Całe szczęście, że był z nami mój młodszy synuś - przepędził Krzyżaków. Skutecznie....

 
No i kto przepędził Krzyżaków?....

            Do domu dotarliśmy przed 21.00. No i dowiedziałam się, że Aria znów opuchła, znów dostała zastrzyki, jutro do kontroli, bo nie wiadomo od czego. Już na pewno nie od robali, może zjada jakąś roślinę (lub nasiona) i to jej szkodzi? Muszę ją poobserwować. Biga natomiast dała nogę z działki, weszła w sąsiedztwie na budowę domu, nikt jej nie zauważył, właściciel zamknął wszystko i pojechał. Michał biegał po sąsiadach z pytaniem czy ktoś ma kontakt do tego pana, bo Biga dawała niezły koncert i nie mogła wyjść. Wypuścili ją dopiero po kilku godzinach. Gdy przyjechaliśmy, to przywitanie z psami trwało chyba ze 20 minut, teraz wszystkie leżą obok mnie i sprawdzają czy cały czas jestem. Fajnie było, ale najbardziej lubię powroty do domu...

 

06-09-2003r.
            Już wakacje się skończyły, dzieciaki - jeszcze z zapałem - zaczęły chodzić do szkoły, a psy czają się na orzechy.... Wszystko dlatego, że na działce sąsiada, tuż obok naszego tarasu, rośnie olbrzymi orzech i jego gałęzie sięgają na naszą stronę. Od kiedy się tu wprowadziliśmy, to (przede wszystkim Psota) polują na orzechy. Niech no tylko któryś spadnie - już jest jej. W ubiegłym roku przybyła do nas Nikita i okazało się, że jej uzębienie nie daje sobie rady z twardą łupiną orzecha, więc sąsiad łupał specjalnie dla niej orzechy i podawał przez płot. Psota i Biga same umieją dobrać się do wnętrza, więc cały trawnik miałam zapaskudzony łupinami, pogryzionymi w drobny mak i musiałam to codziennie sprzątać. W tym roku sezon na orzechy dopiero się zaczyna, ale Psota już odstawia modły pod drzewem: siada na tarasie, wpatruje się intensywnie w gałęzie i popiskuje. Ostatnio pozwoliła sobie naszczekać na sąsiada, który przysięga, że zmusiła go w ten sposób do zerwania jej orzecha....
            Jutro wyjeżdżamy na wystawę do Włocławka. Będzie prezentowana Nikita w klasie młodzieży i Psotka w klasie weteranów. Nadrukowałam sporo wizytówek, ale musiałam zrobić je czarno-białe bez zdjęcia, bo mi drukarka się zbiesiła. A za tydzień wystawa w Głogowie, dwa dni, w tym jeden o randze światowej. Nie mogę się doczekać - mam nadzieję zobaczyć i poznać wiele nowych (dla mnie ) pinczerów. No dobrze, i ludzi też. Prawdopodobnie będziemy nocować w samochodzie, oby nie było zbyt zimno, bo jestem strasznym zmarzlakiem...

 

07-09-2003r.
            JEEEEEEEEEEEEEST!!!!!!! Trzecie Zwycięstwo Młodzieży dla Nikity! Tym samym tytuł Młodzieżowy Champion Polski!   No ale wszystko (nomen-omen) od początku. Planowaliśmy wyjechać około 6 - 6.15 rano, tymczasem budzik nie zadzwonił i psy obudziły nas dopiero o 5.50. Zanim się pozbieraliśmy, zjedliśmy itd. zrobiła się 6.40. Wyjechaliśmy więc ciut spóźnieni w składzie: kolega Jarosław, moja osoba (własna zresztą), siostrzenica sąsiadki - Patrycja, lat 12 i trzy dziewczyny: Aria, Nikita i Psota.. Pogoda ładna, trochę chłodna, słonecznie, droga praktycznie pusta. Psice w samochodzie usiłowały zmieścić się wszystkie na moich kolanach na przednim siedzeniu, w efekcie ze mną jechała Nikita, a Aria i Psota pastwiły się nad Patrycją. Radio włączone, muzyczka gra - jedziemy w dobrych nastrojach. Po jakimś czasie Jarek ściszył radio, bo ocenił, że samochód inaczej "brzmi" - pewnie tłumik, stwierdził, trzeba będzie naprawić i chyba zrobił się ciut dużawy luz w kierownicy. Jedziemy. Dokładnie 35 kilometrów przed Włocławkiem, a jeszcze dokładniej tuż przed Skibinem, na górce, samochód się zbuntował i zdechł. Siłą rozpędu stoczyliśmy się z górki, prosto pod bramę.... warsztatu samochodowego. Wprawdzie niedziela i nieprzyzwoicie wczesna godzina, ale dzwonimy. Wyszedł młody człowiek, niestety nie mechanik, tylko zootechnik: teścia nie ma, pojechał do Poznania, będzie wieczorem. Klops. No, ale pogadał przez telefon z teściem, nasz samochód został u nich, a my pojechaliśmy dalej wypożyczonym Polonezem. Oddział Włocławski wprawdzie przysłał zawiadomienia i numery katalogowe, ale nie przysłał mapki. Ale w końcu Włocławek, to nie Londyn, mamy adres, mapę w dużym atlasie, więc nie powinno być kłopotu. O naiwności! Na mapie był zaznaczony stadion, więc podjechaliśmy tam. Pierwsze, co zobaczyliśmy to reklama wystawy i... zakaz wprowadzania psów. Zapytaliśmy więc parkingowego czy jest jeszcze inny stadion? A owszem, owszem, trzeba wrócić do ronda, skręcić w lewo i koło Reala jest stadion. Spoglądamy na mapę, stadionu drugiego nie ma. Pytamy więc czy trzeba przejechać drugie rondo (widoczne na mapie). Ależ tam nie ma już innego ronda, mamy jechać do Reala. Pojechaliśmy: jedno rondo, drugie rondo (którego nie miało teoretycznie być) i ..... Lidl. Parking pusty, ale stanęliśmy, bo chyba trzeciego stadionu we Włocławku nie ma? Nawiasem mówiąc nie zauważyłam ani jednego drogowskazu do psiej wystawy, ale może w moim wieku mogę już być trochę przyślepawa? W każdym bądź razie trafiliśmy, tyle że "od zaplecza". Pytam się bramkarza (lekarza weterynarii nie było), gdzie odbiorę katalog. Nie wiem, chyba na stadionie. Taka mądra, to i ja jestem. Ponieważ już zbliżała się 10.00, a ostatnio mieliśmy zaszczyt wchodzić jako pierwsi, wiec biegiem na płytę, złapałam pierwszego człowieka z katalogiem i sprawdzam ring i godzinę - tych informacji zabrakło na stronie Internetowej O key, mamy trochę czasu, bo najpierw idą dobermany. Trawa na boisku piękna, równiutka, zielona, bieżnia natomiast brudno szara, ławki odgrodzone od płyty. Pierwsze, co słyszymy z megafonów, to informacja, że Klub właśnie wszedł do pierwszej ligi i że na murawę mają wstęp tylko właśnie oceniane psy, pozostałe czekają na obrzydliwej bieżni lub dalej, na ławkach za ogrodzeniem. Kto wchodził na ring, musiał położyć swoje rzeczy w brudno szarym pyle. Psie łapy również były całe w tym paskudztwie, wycierane oczywiście o nasze ubrania i o co tylko się dało - błe. Potem megafon nas poinformował, że Oddział jest niesamowicie dumny, bo taśmy oddzielające ringi są z logo Związku! Aha, no i podobno był osobiście Prezydent i jakiś poseł. Podbudowało nas to ogromnie, dodało otuchy i poprawiło nastroje........ Patrycja dostała kartkę na odbiór katalogu i pobiegła, a my czekamy przy ringu, bo dobermanów wyjątkowo mało, widzę, że niektórzy ludzie biegają z papierami do sędziego. No, ale my dostaliśmy pocztą numery startowe, a do tej pory nie zdarzyło się ich otrzymać, jeżeli jakiekolwiek formalności nie zostały załatwione - jestem więc spokojna. Ludziska biegają nerwowo - my spokój wodza. Przyszła Patrycja z katalogiem, powiedziała, że kolejka ogromna, bo nie wystarczy oddać kartkę, trzeba jeszcze powiedzieć swoje nazwisko (podała moje, nie swoje - bystra dziewczyna), bo odhaczają i sprawdzają czy wszystko w porządku. Ją wypuścili z katalogiem, więc chyba wszystko gra? Wreszcie wchodzą miniatury, najpierw jeden piesek, potem wchodzi drugi i.... o dziwo sędzia mnie woła. Zdziwiona niezmiernie dowiaduję się, że ten drugi piesek, Nikita i ktoś tam jeszcze nie mają papierów na ringu. Pytam o papiery Psotki - są. Co robić? A no ocena będzie szła dalej, a my mamy obiec cały stadion, odstać jeszcze raz w kolejce (chyba tej samej co po katalog), uregulować co się należy i z dokumentami z powrotem do oceny. Ci, których to dotyczyło pobiegli (ja zostałam, Jarek się poświęcił), w tym czasie już trwa ocena suczek w klasie pośredniej i otwartej. Wraca pani od drugiego pieska, wraca Jarek, dokumenty trafiają do sędziego i po suczkach oceniany jest piesek, a potem Nikita z klasy młodzieży. Zamieszanie kompletne, wszyscy się pogubili, ja nie mam pojęcia jaką ocenę który pies dostał. A chodziło o 20,-zł, bo pieniądze były wpłacone chyba 1 dzień po terminie.. No, ale ja naiwnie założyłam (podobnie jak i pozostali wystawcy), że skoro przysłano numery startowe, to już wszystko gra. Jak się okazało nic bardziej mylącego. Jarek powiedział, że przy odbiorze dokumentów działy się dantejskie sceny, bo na wszystkich ringach był ten sam problem, ludzie się spieszyli, każdy chciał być pierwszy, a przy okazji obrywało się paniom, które te dokumenty wydawały za - chyba spory - błąd organizacyjny? No, ale moje serce zostało ugłaskane, bo Nikita szła ładnie, ładnie stała i otrzymała upragniony trzeci tytuł Zwycięzcy Młodzieży. Do porównania wyszły trzy miniatury: HARLAN Pilawa, ZIMKA z Gniazda Karzełków i Nikita. Sędzia głośno powiedział, że Harlan ma piękną budowę typowego, wręcz wzorcowego pinczera mini, Nikita jest wielce obiecująca młodą damą, jednak za najpiękniejszą uznał Zimkę. Ledwo zeszliśmy z ringu, już wbiegałam z Psotką - nie zdążyła nawet numeru zmienić. Psotka  - oaza spokoju i zrównoważenia, pokazała się wzorcowo. Sędzia długo szukał wśród papierków i nie znalazł karteczki z tytułem Najpiękniejszy Weteran, więc stwierdził, że skoro nie dali, o on uważa Psotkę za chodzącą doskonałość, to da jej ...... CWC i Zwycięstwo Rasy! Półgębkiem próbowałam sprostować, że przecież to emerytka, ale nic nie wskórałam. Dopiero na ringu głównym powstało zamieszanie, bo nie wiedzieli czy Psotę wpuścić na grupę czy do weteranów. W końcu, po obkolędowaniu kilku osób, któryś z panów (ten z mikrofonem) ZABRAŁ nam obie karteczki (no wiecie, te z CWC i ze Zwycięstwem Rasy), powiedział, że nam się nie należą (przecież wiem!) i że Psota ma iść w weteranach. Też mi odkrycie. Na ring weszły trzej weterani - Jarek mi krzyknął, że tym razem chyba jednak dostaniemy puchar, na to przyszedł jeszcze jeden, a po chwili piąty. No i oczywiście wyszliśmy bez pucharu, choć powiem szczerze, że byłabym mocno zdziwiona gdyby było inaczej.... I to już był koniec wystawy.... Oprócz Zwycięstwa Nikity i wspaniałej oceny Psotki zapamiętałam pierwszoligową trawę (na którą Nikita oczywiście nasiusiała, jak teraz by spadli do drugiej ligi, to zwalą wszystko na Nikitę - choroba), Pana Prezydenta, Pana Posła  i wspaniałą taśmę z logo Związku! No, jak miałam nie zapamiętać, gdy powtarzano to co chwilę? Wróciliśmy pożyczonym Polonezem do warsztatu, tam poczekaliśmy, aż z Poznania przyjedzie moje starsze dziecię w towarzystwie i samochodem kuzyna Jarka, z właścicielem warsztatu umówiliśmy się na naprawę samochodu i ..... do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się w Kruszwicy na obiado - kolację, gdzie okazało się, że nasz aparat fotograficzny też odmówił współpracy - jak szaleć, to szaleć. Po powrocie do domu musiałam zmyć z siebie tony upiornego brudno - szarego pyłu, mam nadzieję, że mi się wanna nie zamuli? No i wyniki dzisiejszej wystawy będę mogła opublikować później, gdy już dojdę do tego, kto co pozdobywał..... Nie wiem czy się śmiać, czy płakać?.... Trzymajcie tylko za nas kciuki, żeby do soboty nasz samochód był już w pełni sprawny, bo czeka nas klubówka.

 

09-09-2003r.
            WIEDZIAŁAM! Jak tylko za bardzo na coś czekam, jak za bardzo się cieszę, to na pewno stanie coś na przeszkodzie! Samochód nadal stoi pod Włocławkiem, a nasz wyjazd do Głogowa pod wielkim znakiem zapytania! Choroba! Nie znam się na tym ustrojstwie, wiem tylko, że mój mąż biega jak kot z pęcherzem i poszukuje silnika. Jak by ktoś miał na zbyciu, to się polecam: silnik diesel 2.3, może być Peugeot, bo też pasuje do naszego Forda Sierry. Już pomijam tak drobną sprawę, jak koszty....

 

12-06-2003r.
            Noooo... Jedziemy, wprawdzie nie swoim samochodem - bo seicento mojego Taty, ale jakoś dotrzemy w cywilizowany sposób. Na dodatek - cudem chyba - udało mi się wczoraj zarezerwować ostatni pokój w Internacie Wojskowym, więc nie musimy spać w samochodzie, ani telepać się do domu i nazad. Pogodę zapowiadają przyzwoitą, spać mamy gdzie, nastroje - takie sobie. Niezmiernie cieszę się na "pinczerkowe" spotkania i znajomości, jestem niesamowicie podekscytowana. Tak szczerze mówiąc, to nie liczymy na jakąś glorię i chwałę, więc pewnie dlatego nie denerwujemy się. Chciałam, żeby na Klubówkę pojechały wszystkie moje pieski, no, ale ze względu na gabaryty samochodu Biga - jako, że nie będzie wystawiana - odpokutuje samotność w domu. Martwi mnie natomiast Aria - z założenia ma być naszą jedyną suką hodowlaną, a coś mi się w niej nie podoba. Muszę pogadać z paroma "mądrymi", szczególnie na Klubówce i wtedy będziemy musieli się na coś zdecydować. Ale o tym w następnym odcinku......

 

14-09-2003r.
                Ufff..... już po wystawie.....Dwa dni wspaniałych spotkań i emocji - jestem usatysfakcjonowana. Wprawdzie Nikita - szczególnie w sobotę - pokazała wszystkim jak NIE powinien wyglądać pinczer, ale.... No dobrze, powiem jak było: nieduża hala, no wiecie, boisko do koszykówki plus trybuny, ponad pięćset psów, szczekających, skaczących, piszczących, każdy przynajmniej z dwiema osobami (średnio), prawie każdy z właścicieli z obłędem w oczach, pełni emocji i oczekiwań, nagłośnienie i mikrofony, do tego zwiedzający, obsługa itp. I w tym wszystkim malutka, biedna Nikita, przestraszona, skulona i w ogóle cała biedna - tylko wziąć na ręce i schować za pazuchę. W sobotę, na wystawie klubowej, oceniała sędzina z Niemiec. Gdy Niki weszła na ring, to zachowywała się jak pies autystyczny (oczywiście Nikita, nie sędzina...  .) . Dosłownie. Podkuliła kuperek, trzęsła się i cały czas chciała mi wskoczyć na ręce. Kompletny brak kontaktu, cała jej postawa i zachowanie mówiło: zabierz mnie stąd i przytul. Kompletna klapa. Dziś - czyli na światowej Klubówce - było już znacznie lepiej, ale żeby było dobrze, musiałabym tam chodzić co dzień i może po tygodniu treningów?.... Stała i chodziła już pewniej, ale nadal robiła za konika - garbuska. Totalny wypłosz. W oba dni czerwona wstążeczka - czyli ocena bardzo dobra. A już po zejściu z ringu skakała, szczekała, przytulała się oczywiście do wszystkich ludzi, no po prostu była już bardziej "normalna". Może następnym razem będzie lepiej? 
                Aria była prezentowana tylko w sobotę, bo na światową jest za smarkata. Najpierw na ringu dostała notę "wielce obiecująca", piękną rozetkę, pierwsze miejsce, puchar i tytuł Najpiękniejsze Baby w Rasie. Następnie na ringu głównym pierwsze miejsce (była jedyna do konkurencji.....), znów puchar i tytuł Najpiękniejsze Baby Wystawy Klubowej. 
                Psotka - weteranka była prezentowana na obu wystawach, w sobotę zdobyła tytuły: Najpiękniejszy Weteran Rasy i Najpiękniejszy Weteran Wystawy Klubowej (plus złoty medal i dwa puchary), dziś Najpiękniejszy Weteran Rasy (i złoty medal). Co mnie zaskoczyło? W sobotę sędzina sprawdzała dokładnie sierść Psoty, gdyby mogła - to chyba obejrzałaby ją pod mikroskopem, a potem westchnęła z nabożnym zachwytem : baeutiful..... Dlaczego byłam zdziwiona (zdziwiona?! mało nie usiadłam z wrażenia na ringu!) - bo Psota ma sierść szorstką, od której odchodzi się w hodowli poprzez dobieranie narzeczonego o gładkiej sierści, a tu taki zachwyt! Michał teraz mówi o Psocie: gdzie jest moja bjutiful?...
                Ogółem przywieźliśmy pięć pucharów (aha, no i III miejsce oraz brązowy medal i puchar za hodowlę) i trzy medale. Ale co najważniejsze - spotkaliśmy mnóstwo wspaniałych ludzi; prawdę mówiąc czuję niedosyt, bo chciałoby się z każdym porządnie pogadać, a tu brak czasu, nie można jednocześnie rozmawiać i obserwować ring, nie mówiąc już o robieniu dobrych zdjęć  - najlepiej byłoby się sklonować i być w kilku miejscach równocześnie. Niektóre z piesków podobały mi się bardziej, inne mniej, ale ogólnie było niesamowicie - rozkosz dla duszy pinczeromaniaka.... Wczoraj na ringu głównym były osobno pinczery i osobno sznaucery - bo to dwie różne wystawy klubowe, odbywające się równocześnie, a dziś, na ISPU i sznaucery, i pinczery na ringu głównym były razem. No i zawsze wygrywały sznaucery, pinczery były tylko dodatkiem: i w młodzieży, i w weteranach, i ogólnie w wyborze najpiękniejszego psa wystawy (nawiasem mówiąc całość wygrał sznaucer miniaturowy czarny). Wyniki opublikuję później, bo przyznam się, że nie wszystko zanotowałam, nie mówiąc już o tym, że o zdjęcia muszę poprosić znajomych - nasz aparat kaput.

 

21-09-2003r.
               Samochód naprawiony, aparat jeszcze nie (to musi potrwać....), natomiast znów mam opóźnienie z informacjami na stronie bo.... wkradł mi się jakiś podstępny wirus, program anty (3 programy!) go zidentyfikował jako trojana, ale nie mógł usunąć. W końcu chyba się udało, ale nie mam pojęcia na jak długo - bo przychodzi pocztą. Nadawcą jest Microsoft, security-cośtam, admin, administrator itp. - oczywiście tylko teoretycznie, blokowanie nadawcy nic nie daje, przychodzi po kilkadziesiąt meili dziennie - wszystkie zainfekowane. Norton uprzejmie mnie informuje, że dana przesyłka zawiera wirusa i.... wpuszcza ją do mojego komputer  . Wzięłam się na sposób - trochę uciążliwy, ale radzę sobie jak mogę i umiem - po pierwsze, nie ściągam poczty do outlooka, tylko czytam poprzez stronę wp, po drugie codziennie sprawdzam cały system przynajmniej dwoma lub trzeba programami anty, po trzecie nie włączam połączenia z Internetem zanim nie napiszę listów czy czegoś na stronie. Potem włączam, ale bez poczty, przesyłam na ftp, później włączam pocztę i tylko wysyłam. Sprytne, co? Tylko nie wiem, czy skuteczne?... Michał mnie straszy, że przeinstaluje system i stracę wszystko, co mam - zdjęcia, dokumenty, filmy. Ja się zessss.....rebrzę. Jeżeli ktoś do mnie napisał, a ja nie odpisałam, to istnieje prawdopodobieństwo, że z rozpędu wyrzuciłam również tego maeila. Przepraszam, ale skoro przychodzi ich po kilkadziesiąt na raz, to łatwo przeoczyć.

07-10-2003r.
            O w mordę jeża!.... Jestem wściekła jak nie wiem co! Ale po kolei. Jakiś czas temu - chyba kilka miesięcy - złożyliśmy w TP wniosek o założenie ISDN. Oczywiście od razu było wiadomo, że jest to na razie nie możliwe, bo do nas nie dotarła jeszcze cywilizacja, mamy linię napowietrzną, na dodatek wiszącą na PCM-ce i nie ma możliwości przesyłania sygnału cyfrowego. No i od tamtego czasu co rusz, to dzwoni jakiś młody człowiek z zapytaniem: czy chcą państwo założyć linię ISDN lub Neostradę. Ja oczywiście odpowiadam jak najuprzejmiej, że u nas pod strzechą jest to nie możliwe i że poproszę o telefon jak już się ucywilizujemy. Ostatnio znów miałam takie telefony, ale pan mnie zaskoczył, bo powiedział, że ... już jest to możliwe! Wzruszenie mnie ogarnąwszy niezmierne, więc poprosiłam o Neostradę (albo jedno, albo drugie - na kiego grzyba nam jednocześnie ISDN!). No i zaczęły się schody. Wprawdzie pan przyjął zlecenie telefonicznie, za 3 dni (w sobotę!) dostaliśmy telefonicznie informację, że już mogę przyjść podpisać umowę. Oczywiście w poniedziałek, 29 września (imieniny mojego Taty), skoro świt (około godz.13.00) zaszczyciłam mojego byłego pracodawcę swoją obecnością i podpisałam umowę. Dowiedziałam się, że sprawa włączenia sygnału (skrosowanie linii) to tylko kwestia kilku godzin, no, może jednego - dwóch dni. Ponieważ zaczynał się nowy miesiąc, a ja mam już w ręku modem do Neostrad, zrezygnowałam z pakietu internetowego TP - bo nie lubię płacić dwa razy za to samo (taka już dziwna jestem). Oczywiście pognałam do domu, aby podłączyć to ustrojstwo, ale tu mnie wyhaltował mój własny (młodszy o 13 lat zresztą) brat, że przyjeżdża do Poznania (na 4 października byliśmy umówieni na rajd SEP-owski) i zrobi mi porządek w komputerze. Faktycznie - już czas najwyższy! Moje młodsze dziecię instaluje co chwila jakieś nowe gry - albo tylko demka -, ja ściągnęłam z sieci jakieś wirusy, system co chwila się zawiesza, co raz gorzej. Ale co mi tam - do środy, na którą to Olek zapowiedział swój przyjazd, jeszcze dwa dni, ja przez ten czas jeszcze pomęczę się w tym bałaganie, a już będę miała Neostradę. Naiwna. Żeby sprawdzić czy linia jest już skrosowana, należy odłączyć stary modem i zacząć instalację nowego. W pewnym momencie program poprosi o podłączenie (telefony muszą być wtedy podłączone poprzez specjalne filtry) i albo zaświecą się dwie diody (to by było dobrze), albo nie. U mnie oczywiście się nie zaświeciły, więc przerwałam instalację i.... komputer zbiesił mi się doszczętnie. Co chciałam coś zrobić, to włączało mi się: "czy chcesz się zarejestrować?". Oczywiście, że chcę, ale muszę czekać, aż te dwie chol..e diody się zaświecą. A one ni w ząb. A komputer uparcie nie chce robić nic innego, tylko się zarejestrować. Zadzwoniłam nawet na infolinię, dostałam informację, że już lada moment będzie można. No to czekam. Wtorek - to samo. Środa - nic. Przyjechał Olek i zabrał się za mój komputer. Ale to też nie było proste, bo komputer chciał tylko i wyłącznie rejestracji. Olek wymontował twardziela, zabrał go do mojego Taty, tam sformatował dysk i znów podłączył u mnie. Kicha. Przyjechał kumpel mojego brata - Rafał (ten to ma łeb! robi już kolejny fakultet, tym razem uczy się... chińskiego!), w komputerach grzebie "od dziecka". Zajrzał w to moje padło i okazało się, że Olek coś źle podłączył. No to jedziemy z tym koksem. Stwierdzili, że windows 98 to już przeżytek, mam mieć xp. Mnie to wsio ryba, byleby chodziło. Jest xp, Neostarda nadal nie chodzi, a na dodatek system znów się wiesza. Krew mnie zalewa (raczej do cierpliwych nie należę - z tego wynika), co oni wyjdą - komputer strajkuje, gdy wchodzą do mnie do domu, ten cwaniak udaje, że wszystko w porządku. Na dodatek poprosiłam szwagra o sprawdzenie co się dzieję, że nadal nie mam Neostrady (piątek!), a on dowiedział się, że moje zlecenie jeszcze nie przekazano do realizacji! Mogłam sobie czekać do Gwiazdki! Choroba jasna. No, już poszło dalej (krosowanie wykonuje jakaś firma zewnętrzna) i podobno do wtorku mam mieć podłączoną. Tylko nie wiem, do którego wtorku.... Wczoraj Olek wrócił do Warszawy, a komputer powiedział, że nie widzi nagrywarki, potem już nie widział niczego, a w ogóle to "instert system disk!". Oczywiście zadzwoniłam do mojego brata, który uprzejmie mnie poinformował, że mogły po prostu pójść jakieś kabelki i dlatego najmniejsze dotknięcie powoduje odłączenie, albo równie dobrze szlag mógł trafić twardziela lub płytę główną. Ale śmieszne. Właśnie tłumaczyłam Jarkowi, że być może czeka nas kolejny wydatek, a tu zadzwonił Michał, że.... miał stłuczkę! Jarek mało nie dostał apopleksji (ja zresztą też), pojechaliśmy na Wildę do Michała. Okazało się, że na łuku jechał po torach tramwajowych, padał deszcz, na torach pozbruk, obok kostka brukowa, wpadł w poślizg i wyrzuciło go na prawą stronę. Na szczęście nic nie jechało, ale za to trzasnął w stojące na chodniku seicento, przejechał mu się po drzwiach i błotniku, i zaliczył tylne lewe światło stojącego, również na chodniku, malucha. Poszedł do właścicieli powiedzieć co się stało i dziś od rana biega i załatwia sprawy. No, ale wczoraj jeszcze grzebał w komputerze, kombinował jak koń pod górkę i udało mu się tyle osiągnąć, że sprzęt jakoś działa. Wprawdzie nie można podłączyć do jednej listwy nagrywarki i czytnika DVD, bo komputer wtedy nic nie widzi, ale samą nagrywarkę można podłączyć i wtedy jest jako-tako. Aha, żeby to nie był koniec, to nie mam programu FrontPage 2000, w którym to do tej pory pisałam stronę. Ściągnęłam więc z sieci (w kawiarence) FrontPage Express i usiłuję w tym coś zrobić, ale jakoś nie bardzo mi to wychodzi. Może to kwestia czasu i przyzwyczajenia, ale jak na razie czuję pewien dyskomfort. Neostrady nadal nie mam.
            No, ale nie napisałam nic o rajdzie! Od 9 lat, jesienią, poznański SEP organizuje rajd samochodowy, my opuściliśmy jeden. Tym razem start był z terenów Targów Poznańskich, pogoda dopisała, trasa wiodła przez Puszczę Zielonkę. Jechaliśmy "sportowo", tzn. mieliśmy zamiast mapy jakieś śmieszne kwadraciki z rysunkami kierunków i oznaczeniami, po drodze trzeba było odpowiedzieć na wiele pytań z trasy (np. ile okrągłych okien jest w przyziemiu jakiegoś pałacu, albo ile kosztował obraz w jakimś kościele), były zadania, np. strzelanie do dyndających na sznurkach puszek, przegląd techniczny pojazdu (to tuż po stracie), i test sprawnościowy samochodu. Na takich testach ja wysiadam (w naszym samochodzie jechał Jarek-kierowca, Maciek-pilot, ja i Jolka - córka Olka, no i oczywiście Nikita. Arię wcisnęłam Olkowi do samochodu, bo u nas skakała po Jolce, ale pod koniec też jechała z nami.) a Jarek i Maciek musieli wykonać jakieś manewry na placu. Były ustawione słupki, bramki, określona trasa i liczy się czas, jak i czystość przejazdu. Za każdy błąd, nie wykonane zadanie lub błędną odpowiedź, są punkty karne. No i jeszcze stan licznika na starcie i na mecie, i ogólny czas przejazdu. Meta była w przepięknym pałacu w Zakrzewie koło Kłecka, w parku była kuchnia polowa, żurek, grochówka, chleb ze smalcem, kiełbaski z ogniska, kawa, herbata - niebo w gębie. Komisja obliczała wyniki, a myśmy jedli, śpiewali przy ognisku, dzieciaki ganiały po parku, rzucały do tarczy rzutkami. Oczywiście dopiero na końcu dowiedzieliśmy się, że opuściliśmy jedno z zadań (na korcie tenisowym) i już było wiadomo, że dostaniemy za to sporo punktów karnych. A na manewrach Jarek przewrócił słupek - więc też karne. Ostatecznie zajęliśmy odległe 22 miejsce, ale zabawa była przednia. No i muszę nadmienić, że mój okropny brat, który jechał Taty samochodem (tym samym, którym my jechaliśmy do Głogowa), ze swoim kolegą (Rafałem - tym, który uczy się chińskiego) jako pilotem, z moją Arią, jako piszczącym i skowyczącym balastem (nawiasem mówiąc właśnie na rajdzie dostała cieczkę!) - zajął pierwsze miejsce! Skubany! Nie zrobił żadnego błędu, czas miał najlepszy i nie pominął żadnego zadania. Dostał piękny puchar i wybrał sobie nagrodę: skrzynkę narzędziową, parasol i jakieś gadżety. Ci, którzy zajęli dalsze miejsca losowali swoje nagrody - nam przypadła firmowa teczka Orlenu na dokumenty, koszulka z logo Skody i też jakieś drobiazgi. Jechała też Jarka siostra z rodzinką - mieli 21 miejsce, wylosowali lutownicę, no jechał mój kuzyn z żoną, zajęli 23 miejsce, wylosowali grzejnik naścienny - elektryczny. No i to byłoby na tyle. Napisać - napisałam, ale nie wiem kiedy będę mogła to opublikować na stronie. Nadal świeci się tylko jedna dioda...

 

05-10-2003r.
            No i nadal nic mi nie wychodzi. Neostrada działa, ale nie do końca tak, jakbym sobie tego życzyła (być może to mój błąd czy niewiedza), ale bardziej mnie w tej chwili boli, że nie mam w komputerze FrontPage 2000, w którym robiłam te stronę. Mam FPExpress, ale nie jest to to samo. Nie za bardzo umiem się tym posługiwać i nie wszystko mi wychodzi. Dlatego też to wszystko tak długo trwa, strona nie jest uzupełniana na bieżącą, bo zaczynam do tego podchodzić jak pies do jeża. A na dodatek mój mąż zafundował mi od dziś remont (tapetowanie, a najpierw szlifowanie ścian i sufitu) w dużym pokoju, w domu mam bałagan, a będzie jeszcze większy.

 

28-10-2003r.
            Nie wiem jak i kiedy będę uzupełniać ten pamiętnik, bo zupełnie mi się odechciało: ciągle nie umiem obsługiwać FrontPage Express, FrontPage 2000 nie mogę dostać i wcale mi się to nie podoba. Nawet goopiego tabulatora nie mogę użyć, bo nie działa mi w tym programie. Zdjęcia jedne widzę, innych nie, i skąd mam wiedzieć jak to będzie wyglądać w publikacji?! A na dodatek wszyscy byli chorzy, biegałam z herbatkami i lekarstwami, a teraz sama poległam na polu walki i .... nikogo nie ma w domu.

 

30-10-2003r.
            Mam, mam!!! Mam już znów Front Page 2000 i znów mogę pisać!! Wkrótce będę działać!!

 

02-11-2003r.
            Chyba każdy na początku listopada popada w nostalgię? Nie byłam na cmentarzu, bo leżałam chora, dopadło o mnie obrzydliwe grypsko. I przez to czuję się jeszcze podlej. To już drugi rok bez Mamy. Niby wszyscy wiemy, że ludzie umierają, niby spodziewamy się czasami najgorszego, ale zawsze wydaje nam się to po prostu niemożliwe. Szczególnie, że Rodzice są po prostu od zawsze. I na zawsze. Minęło już tyle czasu, a jeszcze nie raz nachodzi mnie myśl, że to się po prostu nie stało.  I nie ma znaczenia czy to jakieś święto, czy zwykły dzień - po prostu nagle wraca tamten ból, szok i niedowierzanie. Nie raz łapię się na tym, że chcę zadzwonić do Mamy, że chcę z Nią pogadać o wszystkim i o niczym. I nie mogę. Niby człowiek żyje dalej własnym życiem, z rodzinnego domu wyfrunęłam już 20 lat temu, ale ciągle się o tym myśli, ciągle wraca. I stale dudni mi w głowie myśl, że przecież mój Tato ma już ponad 70 lat! Okropnie się czuję. A pamiętam, jak Mama trafiła do szpitala z podejrzeniem o jakieś problemy sercowe. Bardzo się denerwowaliśmy, bo i Babcia, i brat Mamy umarli na zawał (dziadek zginął pod Modlinem). Została gruntownie przebadana, i okazało się, że serce ma jak dzwon. Okazało się, że ma guza mózgu. Pamiętam szok lekarki, która powiedziała o tym Mamie, a Mama zamiast się zmartwić - ucieszyła się. Ja wiem dlaczego - lekarka tego nie wiedziała, więc uznała, że coś jest z Mamą nie w tak. Mama dlatego przyjęła to ze spokojem, bo w najbliższej rodzinie jest osoba, u której wiele lat temu wykryto guza (nie operacyjnego) i - odpukać - nie ma żadnych problemów. Żyje, badania są robione cyklicznie, guz nie rośnie, a nawet wykazuje tendencje do zmniejszania się. Ale u Mamy guz był wielkości piłeczki do ping-ponga i uciskał na jakiś ośrodek odpowiadający za mowę i chyba kontrolę równowagi. Nie pamiętam. W każdym bądź razie stwierdzono, że nie można czekać i potrzebna jest natychmiastowa operacja (lewa skroń). Najgorsze było to, że gdy zabrano Mamę do szpitala z podejrzeniem o problemy z sercem - zaczęto Jej podawać leki przeciw zakrzepowe - już kiedyś dostawała zastrzyki, które miały "rozpuścić" skrzep, ale to dość dawno. Gdy zdecydowano się na operacje - zaczęto podawać leki na to, aby krew lepiej krzepła. Zresztą - ustalanie co do operacji, jej ewentualnych skutków itp. odbywały się w wielkiej tajemnicy: tylko Rodzice i lekarze. Dopiero po operacji Tato się przyznał jakie były rokowania. Okazało się, że skutkiem operacji ma być prawostronny paraliż i nieumiejętność mowy. I Mama się na to zgodziła...... Po operacji Mama się nie wybudziła, znów przeprowadzono badanie, okazało się, że krew nie krzepnie i że sączy się do mózgu. Przeprowadzono kolejną operację. Obudziła się po kilku godzinach, ale zupełnie bez kontaktu. I wtedy dowiedziałam się, że ma pozostać sparaliżowana i że nie będzie mówiła. Po pierwszej operacji byliśmy właściwie nastawieni, że już nie ma żadnych szans. Po drugiej nadzieje ożyły. Tym bardziej, że wbrew oczekiwaniom lekarzy - Mama zaczęła poruszać i prawą ręką, i prawą nogą, nawet zaczynała mówić. Powoli, powoli, ale co dnia było lepiej. W ostatnią niedzielę byłam w szpitalu, żeby pomóc przy jedzeniu, a tu Mama sama jadła zupę prawą ręką. To było coś! Nawet zaczęła się ze mną przekomarzać. Pognałam do domu jak na skrzydłach, natychmiast zadzwoniłam do Taty (nie mógł być w szpitalu, bo miał grypę i nie wpuściliby go na oddział) i powiedziałam, że cuda się zdarzają, że już teraz, to może być tylko lepiej. A za kilka godzin, w nocy, Tato zadzwonił, że już niestety - lepiej nie będzie. Zator tętnicy płucnej.
            A potem zaczęliśmy kojarzyć i dowiadywać się o pewnych dziwnych sprawach. Najpierw o Maćku - moim młodszym synku. Wyznaczyliśmy mu datę imienin na 24.o2 i od samego początku Maciek się z tym nie zgadzał. On chce mieć imieniny w innym terminie i koniec. Ostatecznie dwa lata temu zostało ustalone, że jego imieniny będą 30.01. Nie wiem dlaczego się tak uparł, ale Mama umarła właśnie 24.o2.... Druga sprawa: oczywiście zaraz w nocy dzwoniłam do mojego brata do Warszawy, ale do siostry do Krakowa nie mogłam się dodzwonić. Olek rozmawiał z Grażyną dopiero o 6.oo rano. I ledwo skończyła rozmowę, gdy zadzwonił do niej jej teść, który Mamę widział może z trzy razy w życiu, z zapytaniem co się dzieje z Mamą, bo mu się śniła - roześmiana, radosna, ale on się tym snem zdenerwował. A ja z kolei rozmawiałam z Mamy przyjaciółką, która twierdzi, że Mama przyszła do niej tamtej nocy - znów wesoła, roześmiana, w kolorowej sukience i czerwonych butach, i powiedziała z przekorą: I co Jadzia, nie zdążyłaś przyjść do mnie do szpitala? Ale to nie koniec: gdy kilka miesięcy później miałam straszny dylemat, gryzłam się okropnie, rozważałam za i przeciw, w końcu podjęłam decyzję, ale nie do końca przekonana, że słuszną - zadzwoniła pani Jadzia i powiedziała, że nie wie o co chodzi, ale Mama kazała mi powiedzieć, że nie mam się martwić na zapas i że wszystko będzie dobrze..... No i jeszcze jedno: Mama była osobą bardzo religijną. Gdy pomagaliśmy Tacie uporządkować parę spraw, znalazłam małą książeczkę z jakimś zestawem modlitw. Moja siostra mi wyjaśniła, że jest to zestaw modlitw, które trzeba odmawiać codziennie przez rok - a w zamian dostaje się gwarancję, że nie umrze się nagle, tylko będzie się miało czas przynajmniej 15 na przygotowanie. Były też inne obietnice, ale już nie pamiętam. No i zaczęłyśmy kojarzyć - wyszło na to, że idąc na operację Mama przygotowywała się jak do ostatniej drogi, rozmawiała z księdzem, wyspowiadała się itp. Było to 5 lutego, 19 dni przed śmiercią. A że umarła w szpitalu - cały czas podczas reanimacji (godzinnej) był ksiądz i udzielił Jej ostatniego namaszczenia. 
            Wylałam chyba morze łez, ale musiałam sobie zrzucić trochę z wątroby. Jeżeli te moje wypociny mogą komuś pomóc - to bardzo dobrze, jeżeli nie - to trudno, ja już czuje się lżej.

04-11-2002r.
            Ale dziś było ciepło! No, nie wiosna, ale całkiem przyjemnie. Mam nadzieję, że grypa już mi przeszła (a może to tylko niecne przeziębienie?), bo już mam dosyć siedzenia w domu. W ogrodzie tyle do zrobienia przed zimą. Wiecie jak niesamowicie wyglądają kwitnące bratki w listopadzie? Już kilka razy był przymrozek, a one się nie dały. Czy ja już pisałam, że wyremontowaliśmy duży pokój? Oprócz cyklinowania podłogi - niestety. Ale już nie mam koszmarnego pomarańczowego kolorku na suficie, więc nie dostaję klaustrofobii. Nawet kupiliśmy nowe krzesła i narożnik z fotelem. No i mamy spokój z zakupami na długo - bo się kasa skończyła. Ale za to teraz nawet mi się podoba. Oczywiście - na zrobienie całego domu trzeba jeszcze poczekać, jakieś małe 15-20 lat.
W najbliższą niedzielę wystawa w Poznaniu, idzie Nikita, Aria i Psotka. Odwiedziła na Lola - fajna sunia z niej wyrosła.

 
LOLA z Zadziornego Gangu

            Aha, bym zapomniała - Michał znów zrobił sobie kuku, Wprawdzie twierdzi, że otwierał o murek butelkę z piwem i ona pękła mu w ręce, ale ja byłabym skłonna założyć, że raczej ktoś mu chciał zakosić komórkę i Michu chwycił za ostrze noża. Jak zwał - tak zwał: sześć szwów, zdjęcia nie pokażę, bo niektórych by zemdliło, tak jak mnie.  Jakby mocniej naciąć, to by nie miał lewego kciuka.

10-11-2003r.
            i już po ostatniej w tym roku wystawie. Nikita - wbrew moim obawom - tym razem nie robiła z siebie psa autystycznego. Startowała w klasie pośredniej, dostała ocenę doskonałą i złoto. Aria szła jako szczenię - dostała ocenę "wielce obiecująca" i tytuł Najpiękniejsze Szczenię w Rasie, a Psotka w weteranach ocenę doskonałą i tytuł Najpiękniejszego Weterana Rasy. Ale naj, naj, najbardziej spuchłam z dumy, gdy pies z mojej hodowli KASTOR z Zadziornego Gangu - startujący w klasie otwartej - zdobył CWC, CACiB, NPwR, BOB i Zwycięstwo Polski: gratulacje dla Kastora i jego właścicieli oraz wielkie podziękowanie za chęć wystawiania. Jestem niesłychanie dumna z niego.

18-11-2003r.
            Znów zaczęłam grzebać na stronie - chcę stworzyć nowy dział. Ale jak już się za coś zabieram - to zapominam o całym świecie i nie wiem, kiedy dzień się kończy.... A tu wszyscy wracają do domu głodni. Nie rozumiem: jedli wczoraj i przedwczoraj - dzisiaj znowu?! Ale część już zrobiłam. Pewnie potrwa to trochę, bo będę poprawiać i poprawiać, ale myślę, że dam radę pomiędzy zakupami, gotowaniem, sprzątaniem, wyprowadzaniem psów (dzisiaj pada, więc udają, że nie chce im się siusiu), wizytą w szkole u Maćka.... Jeszcze trochę. Cierpliwości. Ale za to już dodałam trochę linków. Usiłowałam też zrobić coś na kształt mojego bannera, ale chyba jeszcze pozmieniam? Jakieś taki niemrawy...

22-11-2003r.
            No, prawie mi się udało - zmieniła wygląd menu, bo strasznie się rozbudowała i sama już się w tym wszystkim gubiłam. Ale też dodałam nowy dział "zanim kupisz'... Przed publikacją muszę dokładnie sprawdzić całość, bo ta strona to taka moja radosna twórczość artystyczna i czasami za bardzo skupiam się na jakimś szczególe i nie zauważam błędu gdzie indziej. Muszę też trochę popisał w pamiętniku, bo ostatnio już całkiem to zaniedbałam - a przecież jestem potworna gadułą... Teraz już lecę - mój Tato zaprosił mnie na koncert symfoniczny. Chyba od pierwszego koncertu poznańskiego chodzili razem z Mamą, teraz  ja mam tę przyjemność raz w miesiącu. Swego czasu chodziłam na takie koncerty bardzo często, a już w szczególnie w szkole podstawowej - kończyłam muzyczną - gdzie było to nie tyle obowiązkiem, ile w dobrym tonie.

24-11-2003r.
        E tam, taka była z siebie zadowolona, a po publikowaniu wcale strona nie wygląda tak, jak chciałam - w menu zabrakło strzałek "w dół", tylko są jakieś kropki. Nie będę na razie do tego dochodzić, ale za jakiś czas posprawdzam co i jak. Chyba, że jakaś dobra dusza wyjaśni mi, gdzie popełniłam błąd?
        Wczoraj ponad 3 godziny spacerowaliśmy z psami po Cytadeli - oczywiście w towarzystwie innych psiarzy. Po powrocie psy padły, ale ja też - przysnęłam sobie na prawie dwie godzinki. 

03-12-2003r.
        Dostałam opr.  - i słusznie - za brak wpisów do pamiętnika. Przyznaję się bez bicia. Chyba ostatnio za bardzo staram się na uzupełnienie linków (jeszcze i tak wielu brakuje) i nie mam już czasu na pisanie. Na razie - dzięki pomocy Jo - zrobiłam listę reproduktorów w Niemczech. Muszę zrobić taką sama dla miniatur. No i chyba jednak te linki muszę uporządkować - żeby było wiadomo gdzie średniaki, a gdzie miniatury. Nadal nie mam listy polskich reproduktorów z miniatur - w takiej formie, jakbym chciała.  Ostatnio coś mi zżarło wpisy, ale i tak było tego nie wiele. Chodzi o to, że właściciela reproduktorów w ogóle nie odpowiadają na moje prośby o rodowody i zdjęcia. No dobrze, tym razem nie obdzwaniam pół Polski (koszty, koszty!)- tylko rozmawiam podczas wystaw, ale i tak nie wiele to dało. Odnoszę nadal wrażenie, że - z małymi wyjątkami - nie zależy im. Po prostu. Jeżeli chodzi o linki, to dodałam również spis schronisk i ośrodków szkoleń dla psów, a także kilka adresów psich psychologów - wszystko nadal do uzupełnienia: jeżeli w Waszym mieście są tego typu ośrodki, a nie mam ich w linkach - to bardzo proszę o adres. Mam jeszcze zamiar dodać linki o Poznaniu - w tym plan miasta. Moje piękne menu - mimo kilku prób poprawiania - nadal nie wygląda tak, jak to sobie zaplanowałam. Już nie chodzi o te koszmarne strzałki "w dół", których nie widać, ale w tej postaci, po najechaniu na odnośnik do rozwinięcia nie pokazuje się '' łapka z palcem wskazującym". No i kto ma wiedzieć, że to trzeba kliknąć? Muszę chyba po prostu opisać te miejsca.
         Z najnowszych - i jakże zaskakujących - wiadomości: Michał znów kogoś stuknął i przysięga, że jechał najwyżej 40km/h. Ciekawe tylko dlaczego musi naprawiać cały przód? Pewnie wiar był złośliwy i mu wgniótł? Wiem, że ma prawie 19 lat, ale metryka nie świadczy jeszcze o dorosłości, odpowiedzialności itp. Ale chyba jeszcze kilku (nastu) lat mu brakuje, aby powiedział: "jeszcze muszę się sporo nauczyć".
        Dziś nie byłam z psami na spacerze, i pewnie przez kolejne też nie pójdziemy. Najpierw zaczęła kasłać Nikita (krztusi się, jakby jej coś w gardle utkwiło), byliśmy u naszej pani doktor, która zaaplikowała zastrzyki, rutinoskorbin, wapno i zakaz długich spacerków. Dobrze, że mamy choć malutki ogródek - Nikita wychodzi dosłownie na 2 minuty i zaraz wraca do domu. No i oczywiście na te dwie minuty opatulona jest jak na Syberię - w mój stary szalik. Wygląda jak gruba beka na chudych nóżkach. Po każdym takim wyjściu - mimo, że maksymalnie krótkim - znów zaczyna kasłać. No a dziś zaczęła kasłać Aria - jutro jadę ze wszystkimi psicami do pani doktor, nie będę czekać, aż zaczną wszystkie po kolei.  
        Byli też u nas z wizytą państwo, którzy po prostu chcieli zobaczyć pinczery "na żywca". Jak tylko stanęli w drzwiach, to wszystkie psy podbiegły, szczekały, ja zdążyłam chwycić Bigę i Psotkę - no wiecie, żeby odsunąć..... No i Biga pisnęła (może źle chwyciłam), na to ten rudy potwór ....udziabał ją! No, nie mocno, ale wystarczająco, aby Biga się zjeżyła i zaczęła warczeć. Wyobraźcie sobie - przychodzą ludzie, którzy chcą poznać rasę, a tu przy drzwiach taka jatka. Oczywiście Nikita została zaraz spacyfikowana, po chwili wtarabaniła się gościom na kolana, Bidze umyła oczka i w ogóle była "do rany przyłóż", ale wejście miała mocne.
        Mam zastrzeżenia co do Mozilli, której od niedawna używam - porównuję ją z IE i wyraźnie wolniej wczytują się strony, a bardzo często się zawiesza. Chyba muszę spróbować zainstalować na nowo. No i dziwna sprawa - gdy otwieram stronę w Mozilli - czyta Javę bez problemu, gdy otwieram poprzez IE - nie ma Javy.. .Ale już od dawna wiem, że gros problemów - to wina starego komputera i mojej niewiedzy w obsługiwaniu go.
        Wiecie co? To jest straszne; ponieważ te koszmarne strzałki nie są widoczne - zmieniłam je na widok otwartego i zamkniętego folderu - strzałki wyrzuciłam. I co? W plikach jest folder, a na stronie nadal strzałka..... Zapomniała zniknąć, czy co?

04-12-2003r.
        Wszystkim Barbarom i ty, mi znanym, i tym nie - wszystkiego naj... naj.. najlepszego. 
        Zaliczyliśmy wizytę u pani doktor w komplecie - Nikita dostała drugi zastrzyk i zniosła to prawie dzielnie, Aria dostała pierwszy i o mały włos, a wylądowała by na suficie. O rany,  ile ona ma siły?! Dobrze, że byłam z Jarkiem, bo bym tego potwora nie utrzymała. A najlepsze jest to, że w domu dziewczyny wcale mocno nie kasłały, Aria tylko tak aby-aby, za to po wejściu do poczekalni (jechaliśmy samochodem, więc nie były za długo na dworze) zaczął się niesamowity koncert: i Nikita, i Aria, na wyścigi kasłały, kichały - która więcej, która głośniej. Właśnie wychodził pacjent i gdy pani doktor usłyszała te odgłosy, to zwątpiła, czy przedwczorajszy zastrzyk Nikicie pomógł? Ale po wejściu do gabinetu zamilkły, odnosiłam chwilami wrażenie, że prawie nie oddychają - może ich nikt nie zauważy? No, ale szybko było po strachu, Psotka i Biga też zostały obadane. Nie wiem tylko, czy po Nowym Roku nie będę musiała pojechać z Nikitą na usunięcie kamienia nazębnego - niesamowicie szybko się odkłada. Mam dla niej jakąś pastę (średniaczkom nigdy nie czyściłam i nie mają w ogóle nalotu), ale chyba jest zbyt delikatna? Niki ma dopiero 20 miesięcy, więc jeszcze wiele lat będzie używać tych swoich krokodylich zębów - muszą więc być w dobrym stanie. Podobno to miniatury mają skłonność do odkładania się kamienia - nie wiem, nigdy wcześniej nie miałam miniatur. 

05-12-2003
        Nie wiem czy zwróciliście uwagę na dzisiejszą datę? Nie, nie kojarzy mi się z czymś szczególnym - no, może tylko to, że jutro są Mikołajki - ale właśnie przed chwilą zrobiłam to zdjęcie w moim ogródku..... Myślicie, że już niedługo będzie wiosna? Tak bym chciała...

        A tymczasem na dworze popaduje sobie z cicha, wiatr jest mało przyjemny i najchętniej to bym zapadła w zimowy sen...... Dziewczyny zakopały się pod kołdrą i udają, że ich nie ma, Nikita i Aria wychodzą tylko do ogródka i to opatulone w moje szaliczki.  Dla Arii jest to kolejna okazja do zabawy - gdy bawią z Nikitą, to mała, ruda jędza łapie Arię za ogon i ciągnie, teraz Aria może się wyżyć, bo chwyta za szalik i usiłuje majtać Nikitą we wszystkie strony. Oczywiście rudzielec się nie daje, więc gonią się do upadłego. No i to jest problem - nie mogą biegać po dworze, tylko mają zrobić siusiu i koniec. Muszę więc wypuszczać je osobno, a gonić się mogą w domu. Trzy światy i pół Ameryki...

06-12-2003r.
        Strasznie wieje dzisiaj, porwało nam namiot z tarasu (pozostawiony w celach strategicznych - bo osłaniał stare tapczany, przeznaczone do wywiezienia na śmieci). Popadał śnieżek, czasami przypominał drobny grad, a czasami świeciło ostre słońce. Czy dzisiaj kupiliście Mikołajkowe prezenty? Ja tak - wykupiłam pół apteki.... Znów byliśmy u pani doktor, Aria ćwiczyła skoki ze stołu, najlepiej ze strzykawka wbitą w kuper, Michał łapał ja w locie, a ona próbowała skoku z drugiej strony. Wiła się jak piskorz. Ale jak już dostała pierwszy zastrzyk, to się uspokoiła i z drugim nie było problemu. Ma jeszcze powiększone węzły chłonne. Nikita podczas osłuchiwania usiłowała schować się Michałowi pod kurtką, czepiała się przy tym pazurami co najmniej jak dobrze wyćwiczony kot, ale zastrzyki zniosła mężnie. Biga z kolei odstawiła taki skowyt, jakby ktoś jej nogi żywcem powyrywał - oczywiście przy pierwszym zastrzyku, przy drugim już nie. Zaczynam się zastanawiać co było w tym pierwszym, bo już po nim żadna się nie bała Psota za to spokój wodza - bo ona jedna nie kaszle i nie dostaje zastrzyków. Chociaż i tak - chyłkiem, chyłkiem, usiłowała zbliżyć się do drzwi wyjściowych..... Potem wizyta w aptece. Ponieważ Maciek wstał dziś z bólem gardła i chrypką, więc zaopatrzenie dotyczyło i dzieci, i psów. Pani farmaceutka trochę się pogubiła, bo najpierw dostała receptę na psy, potem poprosiłam o lekarstwo dla dzieci, potem znów przypomniałam sobie o czymś dla psów, potem znów o tabletkach do ssania dla dzieci, a na koniec poprosiłam o wapno w syropie. Zapytała mnie: dla dzieci czy dla psów? Gdy opowiedziałam, że dla psów, to zapytała: a jaki smak życzą sobie pieski?....

09-12-2003r.
        Wczoraj już wszystkie cztery dostały zastrzyki -  Nikita ostatni. Pierwsza zachorowała i pierwsza skończyła. Jutro jedzie do weta zestaw geriatryczny (Psota i Biga) oraz smarkata - Aria. Już się przyzwyczaiły, że bez szalików nie wychodzą na dwór i grzecznie czekają, aż je obiorę. A Aria - jak każdy dzieciak  - jeszcze nie powinna szaleć, ale już się lepiej czuje i ją nosi. Oczywiście ten nadmiar energii spala w domu - biega w kółko, szaleje, a potem pada na posłanie i kaszle.  Maciek robił to samo - jak była gorączka to leżał w łóżku, gdy temperatura opadła - szaleństwo nie do upilnowania. A tu na dodatek na dworze zimno i nie bardzo mogę pozwolić Arii na dłuższe spacerki - nadal tylko ogródek.
        Wczoraj byłam w Maćka szkole na tzw. "konsultacjach" i znów się podłamałam. Ze sprawdzianów, klasówek, odpowiedzi ma najmniej czwórki, ale też sporo piątek i trafia się szóstka, ale za to roi się od jedynek za.... brak zadań, brak ćwiczeń itp. I od jakiegoś czasu znów zaczął przeszkadzać na lekcji - chyba jednak należy go wstrząsnąć przed użyciem. Z próbnych testów (jakieś wstępne do wstępnych - nie wiem co to za twór) dostał 34 pkt. na 40 możliwych. To jest szósta klasa - za chwilę gimnazjum. Wszyscy nauczyciele mówią zgodnie: niesamowicie zdolny i niesamowicie leniwy. I co ja ma zrobić?!

11-12-2003r.
        Mam obolałe palce u lewej stopy! Duży palec spuchł i nie mogę chodzić -  po zrobieniu dwóch kroków znów wszystko zaczyna "pulsować". A wszystko dlatego, że zeszłam do piwnicy aby dosypać węgla do pieca, węgiel już się kończy i żeby się do niego dostać musze przekroczyć dość wysoką deskę odgradzającą, wchodząc przedtem na pieniek do rąbania drewna. No i gdy już wracałam z szypą pełną węgla ten pioruński pieniek się przewrócił i "zaliczyłam glebę". Całe szczęście, że nic w zasadzie mi się nie stało, bo zostałabym w tej koszmarnej piwnicy aż do powrotu któregoś z moich panów - czyli ze trzy godziny. Nie macie pojęcia jak się zezłościłam!
Zrobiłam Nikicie ubranko na drutach (chyba z dziesięć lat nie dziergałam?), ale jak ma marznąc, to lepiej niech to nosi. Spróbuję jeszcze wydziergać coś pozostałym. Prawdę mówiąc - koszmarny ten sweterek, ale trudno. Może potem coś uszyję z polaru?

17-12-2003r.
        Nareszcie!! Po wielkich bólach udało mi się wczoraj wrzucić stronę na serwer Neostrady! Od tamtych prób dałam sobie spokój, bo mi już nerwy puszczały, a wczoraj znów zajrzałam. Stronę główna mają zmienioną i chyba bardziej czytelną, nadal pięć tysięcy haseł do kont pocztowych i panelu administracyjnego, ale w końcu udało się! Zależało mi dlatego, że ma Republice mam 9 MB pojemności i już mi brakuje miejsca, żeby dodawać zdjęcia  a na Neostradzei mam 20MB (z możliwością zwiększenia np. do 90) i się marnuje. Do wczoraj. Teraz jeszcze muszę pokombinować, jak uporządkować wszystko.
        No dobrze, teraz następne nowinki - znów o Michale. Nie, nie rozbił następnego samochodu  - na szczęście - ale za to ma nowego....przyjaciela.  Przytargał go przedwczoraj do domu, a mnie o mało co coś nie trafiło! WĄŻ!  Prawdę mówiąc porządnie się zezłościłam, bo już kiedyś Michałowi powiedziałam, że nie może takiego stwora trzymać w domu. Nie mam nic przeciwko wężom, ale nie są moimi ulubieńcami, a Michał ma na ogół słomiany zapał i u niego w pokoju , to i kaktusy pewnie by uschły! Jest to jakiś wąż smugowy, nie jest jadowity i ma około 1 roku. Michu skacze wokół niego ( bo to dopiero drugi dzień, więc jeszcze ma ochotę), Maciek się cieszy nowym domowym stworzonkiem, i wszystkim mówi, że to ON ma węża, ja się wściekam , a Jarek ma radochę! Okey, nie będę się czepiać, dopóki Michu będzie się nim zajmował starannie - jak zacznie zaniedbywać - wylatuje wąż, a jak będę bardzo wściekła, to obaj   (albo oboje - choroba wie czy to nie dziewczynka?)....

 

18-12-2003r.
        Jeszcze chwilka i już będą Święta, a zaraz potem Nowy Rok. O rany! Jak sobie przypomnę czasy, gdy miałam ...naście lat i koniecznie chciałam być już dorosła, ale jednocześnie wiek "po trzydziestce" wydawał mi się koszmarnie zgrzybiały... A teraz? Chyba jednak nie da się zatrzymać czasu i ten kolejny, nowy rok nadejdzie niedługo...
        Co do Noestrady - dziś jest ciut lepiej, ale ogólnie to wcale nie jest tak różowo: zanim wczyta się strona - mogę iść zrobić sobie kawę, a nawet czasami cały obiad! No dobra, trochę przesadzam, ale jak na mój gust wczytuje się za wolno i obawiam się, że niewielu osobom będzie się chciało czekać. No, ale zobaczymy - może Tepsa się obudzi i ulepszy swój serwer. Najgorzej właśnie gdy robią promocję - najczęściej bez przygotowanego zaplecza technicznego, klienci rzucają się jak na ciepłe bułeczki, a realizacja pomysłu kuleje. Mam jednak nadzieję, że się w końcu ustabilizuje, bo cierpliwość  nie jest moją mocną stroną. Ostatnio tak się denerwowałam - i oczywiście rzucałam mięsem - przy pracy na komputerze, że mój Maciek usiadł koło  mnie i powiedział, że poczeka. Zapytałam "na co?" W odpowiedzi usłyszałam, że właśnie wymyślił, iż za każde niecenzuralne słowo będziemy płacić 2 "zeta" (tak się wyraziło moje dziecię) i że gdy siedzę przy komputerze i usiłuję zmieniać stronę - on się w szybkim tempie wzbogaci....
        Chyba należałoby już wysłać życzenia świąteczne? Przyznam się szczerze i bez bicia, że mam bardzo ładne kartki, leżą w szufladzie od... kilku lat, bo ciągle zapominam... Łatwiej mi wysłać meile. Kapusta się pyrczy w garnku - trochę mało, muszę dokupić; grzyby namoczone od wczoraj, dziś też nastawiłam i w całym domu pięknie pachnie. Już zauważyłam jak moim panom, im bliżej świąt - tym więcej spraw zwala się na głowę. A wszystko po to, aby uniknąć przedświątecznego sprzątania. Ale oni są dziwni... 
        Nie wiecie może jak spowodować, aby te moje kundle nie darły się, gdy ktoś przychodzi? Wszystko przez Nikitę - sama się wydziera ile wlezie, a że wzięła pod swoje skrzydła Arię - ta też się nauczyła. Dla mnie to koszmar - Aria ma dość niski głos, Nikita za to piskliwy i się przekrzykują która głośniej. Do tego włącza się najczęściej Psotka, która zawsze chodzi za mną, więc w efekcie szczeka i warczy mi nad głową. Na dodatek wcale nie biegnie do drzwi, tylko uniesie głowę i usiłuje przekrzyczeć te dwie smarkate przy drzwiach. 

20-12-2003r.
        Chrzanię taką robotę...Zrobiłam kapuchę, ale stwierdziłam, że za dużo grzybów i dokupiłam jeszcze kapusty. W międzyczasie jakoś tak dziwnie zniknęła w znacznym stopniu ta gotowa. Oczywiście moi panowie "tylko spróbowali"... No dobra, zrobiłam drugą porcję, pomieszałam z resztą poprzedniej, doprawiłam i chciałam spróbować, czy uda mi się przechować gotowe pierogi - nie chcę ich robić w Wigilię. Zrobiłam 20, z czego połowę wsadziłam na surowo do zamrażalnika, a połowę dałam do zjedzenia. No i co? I dziś rano okazało się, że nie mam nawet połowy farszu! Znów "próbowali"!! Kurcze blade! Znów nastawiłam grzyby - już resztkę - i idę dokupić kapusty. Ale jak tak dalej pójdzie, to na Święta zostanie tylko te 10 z zamrażalnika.... Na dodatek dowiedziałam się - i nieopatrznie powiedziałam o tym mojej rodzince - że u niektórych na stole wigilijnym pojawiają się ruskie pierogi. Maciek poleciał do sklepu i kupił ser, Michał siedzi i obiera ziemniaki, a ja się zastanawiam czy mnie coś nie trafi? Przecież oni i tak to zjedzą przed Świętami! Na dodatek mój mąż stwierdził, że jak będą ruskie na Wigilię, to właściwie po co komu coś innego? Powariowali wszyscy... 
        Neostrada nadal mnie wnerwia, bo ma "humorki" - najczęściej po prostu zbyt wolno wczytuje stronę, ale czasami jest gorzej, bo wczytuje np. do połowy. A podobno czas przedświąteczny - ta czas radości i pokoju? Chyba po nowym roku wykupię inne miejsce na serwerze  - szybsze. Aha, zrobiłam - jak wiecie - ubranko dla Nikity i dla Arii, a Maciek zażyczył sobie sweter, cały czarny. Zrobiłam już plecy i zaczęłam przód.  Aria zapewne bardzo chciała mi pomóc, bo dorwała kłębek włóczki i totalnie poplątała i porwała. Potem znalazła gdzieś jakiś wieszak, taki byle jaki, zrobiony z jednego kawałka drutu schowanego w "koszulce"  - i tak się nim bawiła, że na koniec weszła do środka i chodziła z nim. Na dodatek bardzo jej się to podobało i gdy Maciek zdjął z niej to chomąto - zaraz znów do niego weszła.

        A to dzisiejsze zdjęcie moich bratków - już był śnieg, już były przymrozki, a one nadal kwitną..... Obawiam się, że za to jak już nadejdzie zima - to da nam nieźle popalić... A może zapomni nadejść i od razu będzie wiosna?

23-12-2003r.
        Zrobiło się zimno i nieprzyjemnie, bo wietrznie. Właśnie piecze się piernik - z proszku, jak zawsze poszłam na łatwiznę, ale bardzo go lubimy. Tylko zamiast wody dodaję mleka no i oczywiście bakalie. W zamrażalniku jest ponad 40 pierogów ruskich i ponad 50 z kapustą i grzybami. Byłoby więcej, ale wczoraj prawie 50 pierogów zjedliśmy, razem z moim bratem i jego kolegą. I tak narzekali, ze tak mało - niech się cieszą, że w ogóle coś dostali. Ryba będzie robiona jutro i właściwie wszystko gotowe. Tylko choinka jeszcze nie ubrana - ku rozpaczy Maćka. A Maciek też jest niezły as - od jakiegoś czasu liczy głośno dni do Wigilii, teraz już przeszedł na liczenie godzin. Zapytałam w końcu czy nie może doczekać się prezentów - na to mi odpowiedział: " Nie, wtedy wreszcie dostanę coś porządnego do zjedzenia"... A mówił to jedząc obiad, na który składały się: kotlety z piersi kurczaka, ziemniaki, sos i surówka. Ale on - jak cała nasza rodzinka - jest "pies" na pierogi i już nie może się doczekać. I już mam zapowiedziane, że w sobotę będę robić następne.... Alex - mój brat - przyjechał w drodze z Warszawy (gdzie mieszka) do Jordanowa - niedaleko Zakopanego (gdzie mieszkają jego Teściowie, i gdzie będzie na Wigilii). Dobrze, że chociaż na chwilę mógł przyjechać, bo Tata bardzo tęskni. Moja siostra z kolei mieszka za Wieliczką i miała jechać do swojego Teścia do Biecza, ale dzieciaki się pochorowały i zostają w domu. Jak nie urok, to przemarsz wojsk, te maluchy ciągle na coś chorują. U nas będzie 10 osób - jak na nasze możliwości mało - gdyby byli wszyscy, to razem byłoby 18. Pewnie ledwo byśmy się pomieścili, ale za to byłoby wesoło.

24-12-2003r.
        Właśnie obejrzałam większą część programu World Idol - koszmar.  Żenujące - to mało powiedziane. Najpierw musiałam wysłuchać kilku opinii o różnych wykonawcach -  w wykonaniu Kuby W. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ktoś taki ma być przedstawicielem polskiego jury? O rany! Nie chodzi mi o to, co jemu się podobało czy nie - ale o sposób, w jaki zaistniał na tym konkursie... No cóż, różne są kółka zainteresowań. Nie wszystkich musi śmieszyć jego zachowanie, nie wszyscy muszą rozumieć jego niewybredne uwagi. Nie podobało mi się. A co do Alicji Janosz vel Alex: zmanierowała się dziewczyna okrutnie, nie pokazała tego, co mogłaby pokazać. Nie podobało mi się wykonanie, nie podobał mi się jej wygląd - dla mnie kompletnie bez rewelacji. Stać ją na wiele więcej.  Wyników jeszcze nie ma - ale  mnie podobał mi się Australijczyk, Belg, Amerykanka i Norweg. Występ Brytyjczyka mnie rozczarował - liczyłam na więcej. Holender, Kanadyjczyk i przedstawiciel RPA - poprawnie, ale bez rewelacji.

był u nas św.Mikołaj.....

26-12-2003r.
        Ja się chyba zastrzelę! Chociaż po namyśle - nie. Bo ile by było sprzątania?! Ale do rzeczy - włączyłam rano stronę na neostradzie i weszła jak błyskawica - złośliwa małpa. A ja już zamówiłam serwer na idysk-u. No i oczywiście znów mam problem, bo muszę najpierw zobaczyć z czym to się je. Ponieważ mój angielski jest na żenująco niskim poziomie - raczej domyślam się niż wiem co należy zrobić. Ale powoli - wszystko będzie dobrze. Mam nadzieję, że jeszcze chwilka i już nie będzie problemów ze stroną. Chyba właśnie dziś mija rok od opublikowania mojej strony w Internecie?....

28-12-2003r.
        Niech żyje Telewizja!! Ostatnio uaktualniałam kanały na dekoderze Polsatu i są dwa nowe kanały: Kino Polska (choroba, nie drukują programu w To&Owo), a także TVN Turbo! Mnie wcale nie interesują samochody, ale za to moi chłopcy siedzą przed TV jak zahipnotyzowani - więc ja mogę posiedzieć przed komputerem! Nareszcie! Nikt nie stoi mi nad głową i bręczy, że też chce usiąść... Teraz akurat przełączyli na jakiś film na Polsacie, więc mam przynajmniej 90 minut...
        Dziś w nocy, prawie nad ranem - udało mi się opublikować stronę pod nowym adresem - www.pinczeromania.idysk.com. Na poprzedniej napisałam informację - mam nadzieję, że to nie utrudni? Na nowym serwerze chodzi jak błyskawica...

29-12-2003r.
        No i nadszedł ten dzień -Biga dostała cieczkę. Krycie za około 10-12 dni w... Lublinie. Mam nadzieję, że pogoda się nie zmieni i nie będzie trzeba przepychać się przez zaspy? Obliczyłam, że szczenięta powinny się urodzić w okolicach 10 marca. Już nie mogę się doczekać. Biga już dziś zaczęła kroczyć, zamiast biegać - czyżby czuła pismo nosem? Jarek oczywiście kreci nosem, bo do tej pory udawało sie i termin krycia przypadał na dzień wolny, a teraz środek tygodnia. No trudno, rozpuścił się chłopak przez te lata luksusu....

30-12-2003r.
        Dziś byłam na spacerze w Parku tylko z trzema dziewczynami - Biga, z wiadomych powodów, dostała szlaban. A i tak przywlokłyśmy do domu jakiegoś amanta... Nikita za to w parku nie zachowuje się zbyt mądrze - gdy widzi jakiegokolwiek psa, z góry zakłada, że należy go "ustawić" . Dziś dorwała 3,5 miesięcznego labka - ten biedak nie wiedział nawet skąd nadszedł atak... Oczywiście, że nic mu nie zrobiła, bo ona tylko doskakuje i straszy - ale maluchowi to wystarczyło i zwiał z podkulonym ogonem. Na dodatek babcia-Psotka stanęła mu na drodze i jak zwykle nie życzyła sobie kontaktów towarzyskich ze smarkaczami i też na niego warknęła. Aria z kolei głupieje z dnia na dzień, uwstecznia się w rozwoju - dziś znów nie umiała iść na smyczy, a przecież ma już 8 miesięcy! Maciek prowadził Psotkę, ja Nikitę i Arię. Niby idzie normalnie, a za chwilę wyskakuje w powietrze, przeskakuje przez Nikitę i chce gnać do przodu. Potem znów przez moment dobrze, ale zaraz znów trenuje te swoje skoki. Gdy wracamy z parku, jest już wybiegana do granic możliwości - gonią się z Nikita i innymi psami w kółko - i wtedy idzie na smyczy grzecznie, wie co to jest "równaj" i nie ma mowy o skakaniu. Małysz jaki czy co?....

31-12-2003r.
        Jest 5 rano, a ja nie śpię... Niedawno Aria i Psotka zażyczyły sobie wyjścia na dwór, a jako że o tej nieprzyzwoitej godzinie nie mam zwyczaju spacerować - wypuściłam je do ogródka. No i okazało się, że moje starsze dziecię wprowadzało wieczorem samochód do garażu i nie zamknęło bramy - otwarta na oścież wręcz zapraszała moje psice do biegania! Oczywiście chcąc nie chcąc musiałam się odziać i wyjść na ulice, co by te czworonogi zawołać - wróciły wielce zadowolone, w radosnych podskokach, tylko sąsiad jadący do pracy jakoś tak dziwnie na mnie patrzył... Już się rozbudziłam i mimo, że właśnie dziś powinnam pospać - w końcu Sylwester i nie zamierzam przespać północy - to ja wstałam wcześniej niż zwykle. 

01-01-2004
        No i mamy Nowy Rok! Wszystkim najserdeczniejsze życzenia, oby był lepszy niż poprzedni, pełen radości i śmiechu, oczywiście dużo zdrowia i pieniędzy, ale przede wszystkim pogody ducha! O północy wyszliśmy przed dom, podobnie jak i wszyscy sąsiedzi, chodziliśmy z szampanem, składaliśmy życzenia i puszczaliśmy petardy. Maciek oczywiście powiedział, że za wcześnie zagnałam go do łóżka (była prawie 2 w nocy!), bo on jeszcze się bawi. Psy miały w głębokim poważaniu strzelanie - nie było z tym problemu. Raczej pilnowałam, aby siedziały w domu, a nie na dworze, bo jednak obawiałam się, że jakaś zabłąkana petarda mogłaby którąś przestraszyć. Za to później zaczął prószyć śnieg i pierwszy dzień nowego roku mamy biały. Około 4.oo psice jeszcze pobiegały po białym puchu, świat zrobił się jaśniejszy i czystszy. Jeszcze raz; wszystkiego lepszego!

Aria - sylwestrowo

03-01-2004r.
        Właśnie wróciliśmy z kina - kolega małżonek zaszalał i kupił dla wszystkich bilety na III część Władcy Pierścieni. 3,5 godziny! Niektóre sceny - szczególnie zbiorowe - rewelacyjne. Przepięknie zrobione sceny walki. Jednak jak dla mnie, to stanowczo wycięłabym przynajmniej... no, w sumie 1 godzinę. Przede wszystkim skończyłabym film w chwili gdy, Aragorn przyklęknął przed Hobbitami. Dalsze sceny, to tylko niepotrzebna dłużyzna. Zresztą, jak wiele innych. Koszmarnie ciągnące się, niepotrzebnie patetyczne. Odniosłam wrażenie, jakby zupełnie kto inny robił tę cześć filmu. Ale dla tych dobrych scen warto pójść - świetnie zrobiona np. scena, gdy Umarli włączają się do walki. No i trochę żal, że wątek rywalizacji Legolasa i Gimli jest bardzo mizerny. 
        A teraz z innej beczki: mamy taki przyrząd, który służy do masażu. Można włączyć tylko na rozgrzewanie, tylko na wibracje, lub na jedno i drugie. Wczoraj Jarek stwierdził, że wysiada mu kręgosłup, więc Maciek włączył to cudo na maksa i masował swojemu tacie plecy. Jarek leżał u nas na łóżku, obok rozłożyły się psy. I Biga, i Psotka jakoś tak dziwnie, pomalutku, niby zupełnie niezauważalnie, przesuwały się w kierunku Jarka. W którymś momencie po prostu Biga podstawiła swój grzbiet do masowania. Potem Psotka. W efekcie Maciek masował psy, które z zadowolenia prawie mruczały jak koty, a czasami również masował Jarka. Ale co dziwne: w pewnym momencie Aria wskoczyła na łóżko i zobaczyła ten przyrząd (świeci na czerwono) - jak stamtąd wyrwała! Maciek nawet jej nie dotknął, tylko to zobaczyła. Oczywiście masowanie trwało nadal, a Aria do późna wieczora nie chciała wejść do naszej sypialni. Nawet gdy urządzenie było już schowane - ona krążyła po domu, z daleka od naszego pokoju i popiskiwała. W którymś momencie wbiegła na piętro do pokoju Michała i nie chciała stamtąd wyjść. W końcu weszłam na piętro, wzięłam ja na ręce i zniosłam. Znów chodziła i piszczała. Dopiero dziś wskoczyła znów do mnie na łóżko, ale ostrożnie, jakby parzyło i tylko z brzegu. Nie wiem - może to dźwięk ją wystraszył? Gdy byliśmy dziś w kinie, dorwała nasadkę do masowania (leżała osobno - to cześć wymienna, są różne) i pogryzła na drobne strzępy....

07-01-2004r.
            A u nas bielusieńko... Ja jestem wprawdzie zdecydowanie ciepłolubna, ale musze przyznać, że taki biały, świeży, puszysty śnieg, to jest niesamowite zjawisko. Już od kilku dni jest biało, ale dopiero dziś rano trzeba porządnie odśnieżać. Aria kompletnie oszalała - to jej pierwsza zima i byłam mocno ciekawa, jak jej się to zjawisko spodoba. Ona natomiast najchętniej siedziałaby cały dzień na dworze. Co wejdzie do domu na chwilę - zaraz chce biec na dwór z powrotem. Trochę to dziwne, bo gdy spadł pierwszy śnieg i zrobiło się zimno - Aria tylko stawała w drzwiach, ale wyjść nie chciała. Teraz chyba się jej to po prostu spodobało? Jutro wyjazd do Lublina, a drogi zasypane - oby dojechać i wrócić bezpiecznie.
        Wczoraj znów były próbne testy do Gimnazjum. Maciek pierwszy - próbny do próbnego? - pisał i nawet dobrze mu poszło, bo na 40 możliwych dostał 37 czy 38 punktów. Ale wczoraj już nie - bo od niedzieli jest kaszląco-smarkato-pociągający i do końca tygodnia nie pójdzie do szkoły. Na dworze bywa do -15 i podejrzewam, że skończyłoby się to zapaleniem płuc - kiedyś bardzo często chorował na oskrzela. Na dodatek nadal nie jestem pewna co z lekarzami - podobno już podpisano porozumienie, ale wiadomo, że musi to wszystko wrócić do normy.  A'propos polityczno-gospodarczych nieporozumień - to proponowałabym, aby w większości, jeżeli nie wszystkich, spornych kwestii rozwiązań szukać poprzez tzw. "burzę mózgów". Zaangażować do tego studentów odpowiednich kierunków, mają świeże spojrzenie i może by coś z tego mogło dobrego się ukształtować? Jak na razie, to mam wrażenie, że większość postanowień jest robiona po omacku i dopiero później wychodzą olbrzymie błędy czy niedopatrzenia. Ale to tylko takie dywagacje laika....

10-01-2004r.
            Wróciliśmy z Lublina. Wyjazd był w czwartek rano, około 8.30. Droga całkiem dobra, nawierzchnia czarna, ciężarówek nie za dużo, miejscami słoneczko i przepiękne widoki: cały świat biały, taką czystą, śnieżną bielą... Pięknie. Im dalej na wschód, tym zimniej, do Lublina dojechaliśmy około 16.oo. Śniegu pełno i bardzo zimno. Biga-ulicznica nie dała się długo prosić - a może nawet wręcz przeciwnie - i w zasadzie po godzinie moglibyśmy wracać do Poznania. Ale wiadomo - na jeden dzień to już by było za dużo. Nocowaliśmy u właścicieli pieska, a przed południem w piątek pojechaliśmy do Warszawy - do mojego brata. Tam spędziliśmy drugą noc i dziś wracaliśmy do domu. I całe szczęście, że powrót był z Warszawy, a nie z Lublina, bo drogi już nie takie czarne, ponad godzinę jechaliśmy z prędkością 25-30 km/h,  bo zakorkowały nas - i cały sznur innych aut - trzy pługi odśnieżające. Dopiero od Sochaczewa jechało się jako tako, od Koła natomiast zaczął prószyć śnieg i znów jechaliśmy wolniutko. Ale i tak dość szybko dotarliśmy na miejsce, bo z Konina jechaliśmy A2 aż do Komornik (to 10 minut od naszego domu) i zaoszczędziliśmy prawie godzinę jazdy. Teraz tylko wypada poczekać około 9 tygodni i powinny być maluszki. Zrobiłam psiakom trochę zdjęć, trochę pstryknęłam z auta krajobrazowi  - ale nie wiem czy wyszły, bo zapomniałam zabrać aparatu z Warszawy, więc musze tydzień poczekać, aż mi go Alex przywiezie. Jarek pojechał mimo zapalenia ucha i teraz się kuruje, Maciek nadal kaszlący, psy posnęły, a i mnie się oczy kleją - tylko Michał zniknął, pewnie na randkę? Musimy przejrzeć plan wystaw na przyszły rok, bo chcielibyśmy zacząć pokazywać Arię.

21-01-2004r.
            Dzień Babci, jutro dzień Dziadka. Moje dzieciaki na szczęście same pamiętają... A ja jestem chora i wykończona. Mój brat przyjechał w ubiegły czwartek, razem z Jolką, swoją 4-letnia córką. 

        Jolka ma wielką wyobraźnię i wspaniale umie się bawić - ale najbardziej lubi, gdy ktoś bawi się z nią. A najlepiej wszyscy. Miałam już domu fryzjera, gabinet kosmetyczki (nawet kasa fiskalna była zrobiona z kalkulatora), piłam herbatkę z królową, wszyscy "robiliśmy" za poddanych, moje psy zostały wyleczone z wielu okropnych chorób, ja byłam również gołąbkiem ze złamanym skrzydełkiem, pociągiem, Michał zdaje się robił za wielbłąda itp., itd.  Codziennie wieczorem Jolka szła do Michała pokoju, zaglądała do terrarium i mówiła "dobranoc kochany wężu". Główną role jednak w tych jej zabawach grały Aria i Nikita, a szczególnie ta ostatnia - Jolka ją leczyła, karmiła, ubierała, kładła spać itd. Niki z zadziwiającym spokojem znosiła wszelkie zabiegi , nawet te upiększające i oczywiście bardzo "bolesne" zastrzyki. Tylko jak już miała kompletnie dosyć, to chowała się w swojej kociej budce pod stołem w kuchni. Ale najlepsze jest to, że Jolka przyjechała z lekkim katarkiem i małym kaszlem - ja zaraz ją zaczęłam faszerować cerutinem i tatum verde, w efekcie wyjechała prawie zdrowa, za to mój brat i ja rozłożyliśmy się kompletnie  - łamanie w kościach, zawroty głowy, osłabienie i koszmarny katar. Błee.... Acha, - ale aparat już mam... 



droga powrotna, trasa Lublin-Warszawa


            Na spacerki może wychodzić tylko Aria - ewentualnie Nikita, ale ona marznie dużo szybciej i musimy wracać po pół godzinie. Biga i Psotka nie idą, bo mają cieczkę. Teraz jest pięknie, słoneczko, śnieg, nie ma wiatru - a ja jestem uziemiona - więc psy też. W parku Aria gania do upadłego, nurkuje w śniegu, widać, że sprawia jej to wielką radochę. Ale dziś po prostu nie czuję się na siłach, żeby pójść tak daleko. Dobrze, że jest ogródek. Wprawdzie przy takim wykorzystywaniu go na psią ubikację - nie wiem czy na wiosnę nadal będzie przypominał ogródek, czy pomoże mu jakakolwiek reanimacja?...

22-01-2004r.
            Koszmarnie się czuję - nos jak wielki balon, oczywiście zatkany, kolejna nocka przekszlana i przesmarkana, z ciągle otwartym dziobem muszę mieć bardzo inteligentny wyraz twarzy....  Już nie mogę policzyć ile ton chusteczek zużyłam.... Eh.... czasami muszę się trochę nad sobą poużalać...
            Wczoraj dostałam pismo.... Ale od początku. Gdy w końcu mieliśmy własne - nie wynajmowane - mieszkanie, to wprowadziliśmy się do zupełnie nowiutkiego bloku: 16 pięter, 128 mieszkań. Wszyscy byli nowi i nikt się nie znał. No, nie zupełnie nikt, bo my mieszkaliśmy na 12, a Jarka siostra z mężem i Mamą na 9. Ale na tym  koniec znajomości. Z nowymi sąsiadami poznawaliśmy się różnie: ci z psami - wiadomo, na spacerkach, mamy z dziećmi - w piaskownicy, w kolejce w sklepie czy  u lekarza, panowie najczęściej przy samochodach, no i oczywiście w windzie.  Ale mieliśmy gospodarza domu, który był nieprzeciętny! Zwoływał zebrania (!) w holu i rozdawał np. karteczki z naliczonym czynszem. Jak był problem - to też na zebraniu, np. brak parkingu. Ludzie się poznawali, pomagali sobie, wspólnie rozwiązywaliśmy problemy np. ze źle naliczonymi pieniędzmi przez Spółdzielnię itp. Wśród mieszkańców znaleźli się prawnicy, pracownicy Radia czy TV, także gazet i inni - i o rozwiązanie problemów nie było trudno. W holu do dziś na Święta stoi piękna, wielka choinka, cały rok gra radio przy wejściu, zawsze jest czysto i ładnie. Co nie znaczy, że nikt nie mazał po ścianach czy w inny sposób nie grandził! Ale p. Andrzej - kawał chłopa - potrafił przebiec się po tych 16 piętrach w samych skarpetkach - po to tylko, żeby dorwać delikwenta. Jak już go złapał - to ten za karę musiał np. zamieść schody z góry na dół, umyć windy lub coś podobnego. Mieszkaliśmy tam krótko, w latach 1993-1998 ,wyprowadziliśmy się stamtąd już dawno, ale bywamy, bo odwiedzamy Jarka siostrę. Chyba nic się nie zmieniło. No, ale na początku nikt nie znał nikogo - bo o to tu chodzi. Mieliśmy w domu dwa rowery, Jarka siostra - Benia -też dwa, i trzeba było to-to gdzieś trzymać. P. Andrzej udostępnił na wózkarnię, z której nikt do tej pory nie korzystał. Zresztą wózkarnia nie była przygotowana - brak zabezpieczeń. Wstawiliśmy nowe, dobre zamki, kratę na drzwi i okna, i wstawiliśmy nasze dwuślady...... 
            Długi wstęp napisałam, nie?    Ale gaduła jestem....  Idźmy dalej. Poznałam na spacerach z Psotką - wówczas szczeniakiem - panią R. i jej dobermankę Balbinę. Balbina zaadoptowała Psotkę jak własne szczenię, uczyła ją kopać dziury, bawić się piłką i kijem, w ogóle wszystkiego, czego powinna nauczyć ją mama. Potem poznałam syna pani R.-Jacka. Chłopak kilka lat starszy od Michała, bardzo grzeczny, uprzejmy i uczynny. Zawsze "dzień dobry", zawsze uśmiechnięty. No, słowem - złoty chłopak... Kiedyś poprosił mnie - jako, że mieszkałam w bloku obok 6 lat - czy nie mogłabym znaleźć mu w okolicy kogoś, kto potrzebuje pomocy, bo zbliża się Dzień  Matki, a on chciałby kupić jej jakiś drobiazg. Dzieciaki zawsze pomagały komuś na osiedlu - a to kartony ze sklepu wyniosły, to komuś pomogli coś przenosić (przeprowadzki), Jacka wzięła dozorczyni z innego bloku i kazała okopać brzegi trawników. Dała mu łopatę i taczkę. I - niestety - pieniądze. Jacek jeden dzień pracował, poprosił mnie o klucz do wózkarni - żeby mógł schować tam narzędzia i... na tym koniec pracy. Ani dozorczyni nie miała wykonanej pracy, pieniądze przepadły, a pani R. znów nie obchodziła Dnia Matki. Pomyślałam, że to jednorazowy incydent. Po kilku dniach jednak Benia chciała pojeździć na rowerze, okazało się, że jej stojący w wózkarni rower jest ....rozebrany na części pierwsze.... Jacek chciał swój naprawić, więc o prostu wziął sobie.....  Pewnego dnia Michał wrócił ze spotkania z Jackiem ze... czerwonym śladem buta na plecach. Jacek go kopnął, mając na nodze buty typu wojskowego. Dla żartu...  Sprzedawczyni w sklepie opowiedziała, jak Jacek przyszedł do niej do sklepu zapłakany, wręcz rozhisteryzowany, mówiąc, że .... mama nie ma w domu papierosów i przez to wariuje, bije go , wyzywa, prosił, żeby mu ta pani dała paczkę papierosów, bo on się boi do domu wrócić!  Tylko, że ja w tym samym czasie siedziałam u mamy Jacka na kawie i wiem, że takich historii nie było, i nie mogło być.  Innego dnia Jacek "znalazł" pieska - małą, czarną-podpalaną "sarenkę" - po dwu tygodniach okazało się, że podprowadził ją spod sklepu na osiedlu - właściciel go namierzył... Podczas wizyty w pokoju u Michała zwinął karty telefoniczne, które Michał zbierał, miał ich KOMPLET, łącznie z tymi unikatowymi, wszystkie pełne.... Nikt go nie złapał za rękę, ale po jakimś czasie chciał je ...odsprzedać Michałowi. Wydzwonione... No i tak kolejno, zbiegiem czasu, dowiadywaliśmy się o różnych innych wyskokach Jacka. Koszmar. Żeby nie było - Jacek nie był u nas mile widzianym gościem i Michał miał zakaz wpuszczania go do domu. Gdy już kupiliśmy nasz dom - zaczęło się pakowanie. Nikt nas nie popędzał, klucze otrzymaliśmy w marcu, zamieszkaliśmy pod koniec sierpnia, i praktycznie przez cały tan czas częściowo się przeprowadzaliśmy. Jednym słowem mieszkaliśmy "na kartonach". Latem to już całe mieszkanie było rozbebeszone, a tuż przed ostateczną przeprowadzką - totalny bałagan, szafy pootwierane, kartony na środku, częściowi spakowane, cześć już zaklejona itd. No i pech. W momencie, gdy spakowaliśmy część dokumentów - i pojechaliśmy zawieźć, Michał został sam w domu. Na to odwiedził go Jacek. Michał - mimo zakazy wpuścił go, potem mówił, że się po prostu bał, że jak tego nie zrobi, to Jacek się na nim odegra... Jacek wszedł do pokoju, zobaczył rozbebeszone szuflady i szafy, i skorzystał. Poprosił Michała o szklankę wody (!), a gdy Michał wrócił z kuchni - Jacka już nie było. Oczywiście - my nie wiedzieliśmy o tej wizycie. 
            Dowiedzieliśmy się w krótkim czasie, gdy okazało się, że na koncie mam mniej pieniędzy niż przypuszczaliśmy.  Tym razem nie darowałam: zrobił na debet na 1800zł, dodatkowo kosztowało mnie zblokowanie pozostałych czeków. Dlaczego wcześniej nie wiedziałam,  że ich nie mam? Bo nie korzystaliśmy, a w ferworze przeprowadzki nikt nie sprawdzał. Oczywiście zgłosiliśmy na policję, ale po pewnym czasie okazało się, że Jacek jest "nienamierzalny", nie przebywa w domu itp. Wprawdzie to była nieprawda, bo widywano go (my już tam nie mieszkaliśmy), ale listów poleconych nie odbierał, jego mama "podobno "  też go nie widziała. Byliśmy również  u Dzielnicowego - okazało się, że tam go doskonale znają, od jak najgorszej strony.... Sprawę zawieszono z powodu braku możliwości dostarczenia wezwania.... No i wczoraj dostaliśmy pismo z prokuratury, że sprawę odwieszają, bo znają już adres Jacka i mogą dostarczyć  mu wezwanie.... do przytułku dla bezdomnych w innym mieście.... Więcej, co sobie w pierwszej chwili pomyślałam? Że taki biedny, samotny i opuszczony, że życie mu wystarczająco dokopało....  Ale nie! Dobrze wiem, jak on potrafi grać, jaki z niego świetny aktor, jak na zawołanie potrafi przybrać postawę zbitego psa, jak płacze na zawołanie, jak potrafi grać na ludzkich uczuciach. Nie liczę na odzyskanie pieniędzy, dobrze wiem czym to się skończy. Ale żałować go nie zamierzam - trafił tam na własne życzenie. Mogę tylko modlić się za niego, żeby  mu rozsądek wrócił.... To nie życie podstawiało mu nogę, ma matkę - nauczycielkę, która by za niego dała ręce poobcinać, mimo, że samotna- stworzyła mu warunki do życia, nauki. Nie skorzystał - najpierw drobne , potem większe przestępstwa, na końcu od jego matki odwrócili się wszyscy, bo nikt nie chciał mieć do czynienia z Jackiem, który gościom potrafił przetrzepać kieszenie.  Jest młody i zdrowy, jednak woli robić sobie z siebie ofiarę losu..... No cóż, może jutro mi przejdzie i znów będę go żałować, dziś nie.

27-01-2004r.
            Wcale nie czuję się lepiej - no, może troszeczkę - ale pomimo tego postanowiłam popisać. Mniej więcej tydzień temu wysłałam za pomocą meila  (na stronie www.zkwp.pl ) wniosek o wystawienie dyplomu Mł.CH.Pl dla Nikity - i dziś przyszedł!! Szybko, prawda? Zabezpieczono go tekturką, żeby się nie połamał, a nasza pani listonosz złożyła go na pół i wepchnęła do skrzynki na listy... No cóż... Pogięty, ale już jest!.  W tej chwili ten nasz młodzieżowy champion gania w śniegu po ogródku i goni się z Arią. Obie powarkują, ale szczególnie Nikita, bo się złości, że nie może Arii dogonić.. Aria dorasta i już kilka razy zdarzyło się, że ostro warknęła na Nikitę - kiedy ta na za dużo sobie pozwala. Ten mały rudy potwór zyskał niedawno nowy domowy przydomek - "przyczajony tygrys, ukryty smok".. To, że kradnie wszystkie zabawki, to już norma - wszystkie są jej. Ostatnio kłócą się z Arią o węzeł. Może on leżeć i jest ok, ale gdy Arii tylko zbliża się do niego, Nikita wyrasta jak spod ziemi, warczy, jeży się i pokazuje zęby. Bywają w związku z tym niesamowicie komiczne sytuacje, gdy Aria próbuje jednak ten węzeł zdobyć: albo udaje, że w ogóle go nie widzi i zupełnie "przez przypadek " zbliża się do niego, innym razem czai się jak kot przed norką myszy i nagle usiłuje skoczyć na zabawkę, ale jeszcze inaczej - biegnie w drugi koniec domu, Nikita oczywiście za nią, a że Aria jest szybka więc natychmiast zawraca i usiłuje dopaść do węzła pierwsza. Rzadko bo rzadko, ale bywa, że jej się udaje.. I co wtedy robi? Chwyta ten węzeł w zęby i paraduje przed Nikitą w tę i z powrotem, a Ruda siedzi i się "gotuje".....  
            Jestem ciekawa - trochę się boję - jak to będzie, gdy już Biga urodzi maluchy? Jak zareaguje Aria, czy Nikita będzie bardziej odważna, czy Psotka znów będzie chciała je adoptować?  No i czy nie będą się kłócić o szczeniaki? Teraz Psotka i Biga większość dnia przesypiają, tylko czasami słyszę warkot, gdy te dwie smarkate wpadną na którąś w zabawie. JA zbieram gazety ( na wc dla szczeniaków) oraz szmaty - czyste, czyste - do porodu i do kojca.
            A mnie jest ciągle zimno.... Nadal mam katar i kaszel, jak chodzę to mi się w głowie kręci, ale najgorsze jest zimno. W domu jest ciepło, kaloryfery grzeją, moi panowie chodzą na ogół w krótkim rękawie - a ja ubieram się "na cebulkę". Dziś jestem obrana w trzy długie rękawy, w tym jeden polar, do tego wełniana kamizela, legginsy i spodnie od dresu oraz grube , wełniane skarpety. I mam zimne stopy. W nocy psy ładują mi się pod kołdrę i grzeją jak piecyki, a i tak marznę. Nie lubię tego.....

31-01-2004r.
            Ostatnio chyba za dużo myślę i dochodzę do niezbyt pocieszających wniosków. No i chyba przez to jeszcze więcej myślę. i wcale nie jest co raz lepiej... A podobno myślenie nie boli?... 
            Ludzie zawsze dążyli do tego żeby mieć więcej i lepiej, gdy już to osiągnęli, to znajdowali następny cel, znów im było źle i znów mieli za mało. Może to i dobrze, bo gdyby nie ta cecha człowieka - pewnie do tej pory mieszkalibyśmy w jaskiniach. Ale z drugiej strony - jak się już ma to, do czego się dążyło, to określenie następnego celu, następnej poprzeczki czasami jest - delikatnie mówiąc - nieprzemyślane. Jak to śpiewał Niemen: "Dziwny jest ten świat"....Bo naprawdę jest dziwny, a może raczej przerażający? Pamiętam jak moja Babcia ciągle mówiła: "a za moich czasów to było nie do pomyślenia...". Bardzo mnie to jeżyło, bo w końcu szło nowe, a co tam mogła wiedzieć stara kobieta urodzona na długo przed wojną? Łapię się jednak na tym, że sama zaczynam tak myśleć. Zaczynam rozumieć Jej zagubienie we współczesności, Jej bezsilność czasami i oburzenie, że coś podobnego w ogóle mogło komuś przyjść do głowy. W domu nie oglądaliśmy TV - zresztą czarno-białego jeszcze, raz w tygodniu czy dwa, to czasami Tato się zgodził. Oprócz tego, że mieliśmy masę obowiązków - obie z siostrą chodziłyśmy do szkoły muzycznej i po kilka godzin dziennie przeznaczałyśmy na ćwiczenia - to u nas w domu dużo się rozmawiało. Najczęściej opowiadała moja Mama, z ojca trudno było cokolwiek wydusić. 
            A teraz? Dla mnie to jest chore: ciągła licytacja kto ma więcej. I to najlepiej, żeby osiągnąć wszystko bez wysiłku. Cwaniactwo, rozbój - nie ma znaczenia, byleby mieć. Zawsze się mówiło, że niemoralność i pieniądz rządzą światem - teraz, dla mnie, przekracza to wszelkie granice. Nauczyciel nie ma żadnych praw, dzieciaki mogą mu wejść na głowę, taksówkarz, który obronił się przed śmiercią musi odsiedzieć w więzieniu 10 lat, policjant, który złapał delikwenta - odpowie za to, że był po piwku, wprawdzie po służbie, ale kogo to obchodzi? Na każdym kroku spotykam się z bezsensem. Zaczynam się bać wszechobecnej agresji i złości, zawiści i nietolerancji, bezwzględności i nie wyżycia, i zwyczajnej głupoty..... Dlaczego ludzie są tak pełni pogardy dla innych, dlaczego najważniejsze jest aby komuś dokopać - poprawiają w ten sposób własne ego? Czasami się zastanawiam czy jedną z bolączek naszego narodu nie jest przypadkiem....wolność? Na przestrzeni wieków, w okupowanym kraju, starsi uczyli młodszych patriotyzmu, konieczności zrzucenia jarzma itp. I cały ten nadmiar energii był skierowany na walkę polityczno-narodowościową. W różnej formie. A teraz? Zachłysnęliśmy się wolnością? Nie ma z kim walczyć. Albo wyścig szczurów, bezwzględne dążenie po trupach do celu, albo w ramach zabijania nudy - równie bezwzględne traktowanie innych ludzi i... zwierząt. 
            No, tak zapowiedzieli w TVN program o walkach psów - jak bardzo zdegenerowani muszą być ci młodzi ludzie, którym takie okropieństwo sprawia radość? Dlaczego istnieją ludzie, którzy mogą cos takiego wymyślić?! Chyba jedną z oznak starzenia się jest rozpamiętywanie tego co było, a nie patrzenie w przód. Ale jak tu nie wracać do przeszłości, kiedy wtedy człowiek czuł się bardziej bezpieczny? Teraz już się naprawdę zaczynam gubić. Ciągle czytam w necie wiadomości - one też potrafią być tragiczne - ale równie, jeżeli nie bardziej, przerażają mnie komentarze - często bezduszne, bezmyślne, obrażające, wulgarne.....Czy to jest współczesny sposób na życie?

07-02-2004r.
            Jak dziś wiosennie! Spod ziemi wydłubały się już pierwsze kiełki kwiatów, na gałązkach bazie-kotki, gdzie niegdzie pojawia się nowa trawka, cieplutko.... Ale nie ma tak dobrze, zapowiadają ochłodzenie! Jarek od prawie tygodnia jest w domu -  w okresie poświątecznym prawie zawsze jest posucha, ale niedługo znów będzie miał pracę. Teraz nareszcie ma czas na trochę odpoczynku i na posprzątanie garażu i szopki - to już był koszmar. U nas dzieciaki już są po feriach, całe szczęście, że chociaż w te wolne dni mieli pełno śniegu - teraz wszędzie błocko.
            Kilka dni temu, gdy Biga położyła się przy mnie i przysnęła - wyczułam w jej brzuszku takie malutkie kuleczki - wielkości żółtka od jajka. Dziś już mogę wyczuć wyraźniej - ale tylko jak leży i jest całkiem rozluźniona. No i są większe - prawie jak całe jajko. Nie jest to wielkość rzeczywista, bo przez powłoki brzuszne wygląda to-to na dużo większe. Ale są - wyczułam trzy czy cztery.... Maleństwa... Jeszcze miesiąc i już będą, bardzo szybko rosną. Biga dostaje codziennie stertę witamin - pozostałe dziewczyny też, obowiązkowo surową marchew, za którą wszystkie przepadają. No i podjada mi jabłka... Na spacerku już nie jest taka życzliwa dla innych psów - do tej pory albo się bawiła, albo ignorowała zaczepki, teraz zaczyna powarkiwać na psy, które ośmielą się ją nagabywać - przecież spodziewa się maluchów i musi na nie bardzo uważać.
            Wiecie co mi się przypomniało? Jak moja Mama była w szpitalu już po operacji i próbowaliśmy z Nią rozmawiać - nie mogliśmy się dogadać. Nie umiała nic powiedzieć, ani pokazać co chce - i przy tym bardzo się niecierpliwiła, że ja taka durna nic nie pojmuję. W ostatnich dniach mówiła odruchowo - np. na czyjeś "dzień dobry" odpowiadała odruchowo "dzień dobry", ale jak sama coś chciała, to nie za bardzo to wychodziło - trzeba było się domyślać. W pewnym momencie nawet zła była na mnie i westchnęła ciężko: Jezus Maria - ona nic nie rozumie... Nie wiedziałam jak to "działa" - dopiero dużo później oglądałam program o policjantce, która w wyniku postrzelenia miała bardzo podobne uszkodzenia mózgu i tez nie można było się z nią dogadać. Ta policjanta opowiadała, że właśnie w okresie, gdy funkcjonowało jej tylko mówienie odruchowe, ona była przekonana, że mówi wyraźnie i jasno o co jej chodzi. I była oburzona, że otoczenie sobie z niej kpiny urządza i udaje, że nie rozumie. Nie mogła pojąc, jak ktoś nie rozumie tego, co ona mówi? Przypuszczam, że tak było i z Mamą - była przekonana, że wyraźnie mówi i pokazuje o co jej chodzi, a my takie tępaki...

14-02-2004r.
            Wczoraj wróciłam do domu i Maciek mnie poinformował, ze już zdążył posprzątać - okazało się, że dziewczyny dobrały się do worka ze śmieciami (ale to normalka), ale co gorsza: Michał wychodząc nie podciągnął żaluzji w oknie balkonowym i Aria zrobiła sobie z niej zabawkę. Na szczęście przegryzła tylko jedną blaszkę i nie pozrywała sznurków, pozostałe zostały nieźle pogięte i poplątane, ale jakoś zaradziłam temu. Aria w ogóle zachowuje się jak czołg - chce to wlezie, taranując wszystko po drodze. Nieźle ją trzeba pilnować, bo tratuje wszystko. Już co raz lepiej stoi i na dodatek co raz cierpliwiej czeka - a to przy jej charakterku dość trudne do osiągnięcia. Uczę ją pozostawania w miejscu - na razie na krótko, ale już ćwiczymy moje znikanie: chodzi o to, że jak mnie nie widzi, nadal ma siedzieć. Powoli, powoli widać efekty... A, no i uczę ją, żeby na komendę "równaj" obeszła mnie z prawej strony i stanęła przy nodze - zrobiła to już kilka razy, aczkolwiek niechętnie.. A co tam - nauczy się... Smakołykiem może być wszystko, ostatnio był to dmuchany ryż...
            Bigusia nadal szczupła, choć już nie tak bardzo "podkasana" - tylko jak leży na boku można coś zauważyć... Ostatnio  musiałam wyganiać ją z szafy - a przecież do porodu jeszcze sporo czasu! Choroba - jak ma przygotowany kojec, to nawet do niego nie zajrzy - ale szafę sprawdza miesiąc przed rozwiązaniem?! Mogłaby mi zrobić tę przyjemność i dla odmiany urodzić w kojcu, szafa stoi w bardzo niedostępnym miejscu i na dodatek słabo oświetlonym. Wprawdzie już raz nie pozwoliłam jej rodzić w szafie - to i tak nie poszła do kojca, tylko rodziła na fotelu. Na szczęście starym i do wyrzucenia. Na nowym nie pozwolę. Psotka natomiast zaczęła.. .zaczepiać Arię do zabawy! Tego jeszcze nie było... Nikita nadal chętnie bawi się z Arią, ale już kilkakrotnie nacięła się, bo Aria na nią warknęła. No cóż - smarkata dorasta nie bardzo jej się podobają rządy rudej terrorystki... Nikita się nie daje - nadal myśli, że jej wszystko wolno. Zobaczymy - Aria ma dopiero 10 miesięcy, więc wszystko jeszcze przed nimi...

16-02-2004r.
            Z historii nigdy nie byłam dobra... Jasne, że znam datę bitwy pod Grunwaldem i chrztu Państwa Polskiego. Ale nie interesowałam się specjalnie historią, nie zgłębiałam tematów. Ponieważ lubię czytać - to często brałam do ręki książki o tematyce historycznej, ale szczerze powiedziawszy w pamięci pozostawały mi jakieś nie istotne fakty, a nie całość. Lubię po prostu ciekawostki - chyba z każdej dziedziny, a na pewno z wielu (np. ostatnio usłyszałam w zapowiedzi programu na Discovery, że beton wymyślono ileś lat przed naszą erą! oczywiście, nie pamiętam jaki to program, więc go nie obejrzałam). Lubiłam też opowieści mojej Mamy o Jej dzieciństwie (mimo, że to był czas wojny i strasznej biedy - miała 4 lata , gdy zaczął się horror - chyba jedną z nich, z pierwszej Jej podróży do Poznania, będę musiała opowiedzieć. Niedługo....), czasami jakaś historyjka wymknęła się mojej Babci czy Cioci, ale Tato opowiada bardzo mało. Mama rysowała mi drzewo genealogiczne (też go nie znam, nie pamiętam, a rysunki Mamy były na wyrzucanych później kartkach), opowiadała, że mój pradziadek, Aleksander, jako pierwszy sprowadził do Polski ze Szwecji wirówki do mleka. Że mimo wojny chodziła na lekcje muzyki - opowiadała też, że kiedyś wracała z takiej lekcji, sama, miała kilka lat i przechodziła obok bocznej uliczki, gdzie widziała samochody i żołnierzy, którzy wyrzucali wszystkich z domów, a na ulicy leżały ciała zamordowanych. Była w takim szoku, że skręciła w te ulicę i chciała iść dalej, zagapiona, z otwartą  buzią, ale jakiś żołnierz chwycił ją za rękę i zawrócił, mówiąc: idź stąd dziecko, nie ma na co patrzeć. Całe życie się zastanawiała, co by się stało, gdyby ten ktoś jej nie zatrzymał... 
            Tato natomiast mówi z rzadka i niechętnie, musi być naprawdę w dobrym nastroju, żeby coś z Niego wydusić. Opowiadał np. o tym, że była u nich tylko jedna para butów, która zakładał się tylko przed wejściem do kościoła, zima nie zima - biegali boso. Albo, że jako dzieciak pamięta wyplatanie koszy - i nie tylko - z wikliny. Zresztą, sama widziałam w domu stryja Jacka piękne meble zrobione przez niego osobiście. No i ciągle się dopytywałam jak to się stało, że mój Tato, jego dwaj bracia i siostra mieszkają w Polsce, a reszta rodziny pozostała na Ukrainie. Opowiedział mi o tym, jak ciocia Hania, która miała pracę w Hrubieszowie, zabrała z rodzinnego domu dwóch najmłodszych braci i jednego ze starszych do siebie - i nagle okazało się, że już nie ma powrotu. Podobno ciocia Hania musiała podać dane do wyrabianych w Polsce dokumentów (oryginalne były niedostępne) i ... zmyśliła daty urodzenia. Nie pamiętała. Również "podobno" któraś śp. ciotka przez przypadek dotarła do tych dokumentów i okazało się, że dzięki własnej siostrze mój Tato jest odmłodzony o 2 lata... Prawdziwej, dokładnej daty urodzin do dziś nie znamy...  Pytałam także o rodzeństwo Taty: oprócz tych dwóch w Polsce - miał jeszcze trzech braci, z tego jeden, Stefan - zaginął. Po prostu: wyszedł pewnego dnia i więcej nie wrócił. Nikt nie umiał powiedzieć co się stało.  
            Czasami zaglądam na listę dyskusyjną  o genealogii - nie spisuję własnego drzewa, ale bardzo lubię poczytać, jak inni to robią, to bywa fascynujące. No i dziś też zajrzałam, zobaczyłam link do strony, gdzie zostały spisane nazwiska osób represjonowanych na terenie byłego ZSRR. Z głupia frant wpisałam nazwisko zaginionego stryja i... znalazłam!!!! Okazało się, że w 1940 roku został aresztowany przez NKWD, jest podana nawet sygnatura akt! Napisałam do nich z prośbą czy mogę dowiedzieć się coś więcej - nie wiem czy odpiszą i kiedy. Ale zadzwoniłam natychmiast do Taty - chyba do tej pory siedzi z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami. Tato już dzwonił do obu żyjących braci, będziemy czekać. A to ta strona: http://www.indeks.karta.org.pl/   może się komuś przyda?

19-02-2004r.
            Nie dostałam nawet potwierdzenia , że ktoś w ogóle przeczytał tego meila z zapytaniem o stryja Stefana.... Nie wiem co zrobić - pisać jeszcze raz? Muszę się zastanowić.        

            Nareszcie po Bigusi już widać, że będzie mamusią. Brzuszek się lekko zaokrąglił, nawet czasami widać małe, wystające kulki - może to brzydko zabrzmi, ale przypomina to worek z ziemniakami. No, dobrze - jeszcze z malutkimi ziemniaczkami... Biga uwielbia kłaść się na plecach - zresztą, w ten sposób usiłuje również karmić szczeniaki - i prosi o głaskanie. Wczoraj położyłam obok niej i dwoma rękoma masowałam jej brzuch - możecie nie wierzyć, ale mruczała jak zadowolony kot... W ubiegłym roku Nikita przytulała się do Bigusinego brzuch i wydawało się, że "słucha" szczeniaków - teraz nie, raczej woli poganiać z Arią, Bidze natomiast zapewnia kosmetykę: co dzień myje jej uszy i oczy, sprawdza po kilka razy czy już dobrze umyte i biegnie dalej. Jestem ciekawa, jak Aria zareaguje na szczenięta?...

20-02-2004r.
            Wczoraj wieczorem musiałam wyjść - Michał wrócił około 22.00  i mówił, że gdy szedł przez park znalazł pobitego, zakrwawionego faceta, który poprosił go o pomoc. Wezwał karetę i... wrócił do domu! Jasny gwint - dlaczego tak go zostawił? Po półgodzinie wrócił Jarek i powiedział, ze nie widział żadnej karetki w parku  (a park malutki - wielkości znaczka pocztowego). Nie wytrzymała i poszłam - wzięłam Psotę i Nikitę, Michał poszedł ze mną. Nie mogłabym spokojnie spać nie upewniwszy się, że karetka przyjechała. Na szczęście faceta już nie było, a koło ławki znaleźliśmy ślady opon samochodowych i dwa zapomniane opatrunki. Z tym, że Michał mówił później, że facet było kompletnie pijany, a krew leciała mu głównie z nosa - więc równie prawdopodobne jest, że go nikt nie pobił, tylko gość przewrócił się i nieźle przydzwonił w ławkę...
            Z Bigusi powoli robi się Bigusia-Grubusia. Zauważyłam, że jak stanęła, to oddech poruszał jej całym tułowiem - nie tylko klatką piersiową. Non stop chce być głaskana, ciągle podstawia łepetynę lub brzucho. Wczoraj dostały znów marchew, dziś stała pod drzwiami - myślałam , ze chce wyjść - ona jednak podreptała do skrzynki z marchwią, żeby poczęstować się jedną. No i przez tą marchew była draka - widać, że Aria dorasta. Do tej pory bezwzględnie podporządkowywał się Nikicie, dziś pokazała pazury. A właściwie  - zęby. Otóż dałam im po marchewce - Biga chwyciła swoją i pobiegła na dwór, Psota ulokowała się na dywaniku koło komputera, Nikita natomiast głabnęła swoją i zaniosła do tej kociej budki pod stołem w kuchni. Zanim się obejrzałam, już była z powrotem i capnęła marchew Arii - tę też schowała w budce. Aria oczywiście nie popuściła i wlazła pod stół - Nikita skoczyła cała zjeżona i warczące, ale tym razem Aria nie dała się zastraszyć i pokazała zęby. Ostro było, bo ruda jędza za nic nie chciała oddać marchwi. W końcu się uspokoiły, Aria wzięła swoją marchew i zaczęła jeść na środku kuchni. Marchew była dość spora, więc odgryzała po kawałku. W pewnym momencie słyszę znów awanturę: to Nikita cichaczem przydreptała do Arii, stanęła za jej plecami i gdy ta nie patrzyła zabrała marchew. Nie zdążyła dobiec ze swoją zdobyczą do budki pod stołem, Aria warcząc zagrodziła jej drogę. Myślicie, że rudzielec się przestraszył?! A skąd! Odpowiedziała równie wściekłym warkotem. Obie naprężone i nie popuszczą. Nie wiem czy dobrze zrobiłam, ale zabrałam im powód do kłótni i za chwilę razem się bawiły w najlepsze. Kurcze, myślę, że takie utarczki mogą się zdarzać częściej, bo Aria zaczyna kojarzyć, że jest silniejsza od tej małej terrorystki i ruda może nie raz oberwać.

23-02-2004r.
        Jest już ciepło na dworze - nie wiadomo na jak długo. Tak już bym chciała, żeby była wiosna...  Na dodatek, nie wiadomo skąd, złapałam obrzydliwy katar, bolało mnie gardło i ogólnie mnie rozłożyło. Chodzę z kartonem chusteczek i mam co raz bardzie czerwony nos. Koszmar.
        Bigusia robi się psem niskopodwoziowym. Przez tyle czasu nie było nic widać, potem powoli zaczęła tracić figurkę, a teraz wygląda jak... jak... No, wyobraźcie sobie, że przez kij od szczotki przewieszacie pierzynę - widać kij, a pod spodem zebrało się całe pierze. U Bigusi podobnie - brzuszek jej opadł, kręgosłup się wygiął i mam wrażenie, że wystaje nad sylwetkę. Jeszcze zależy jak stanie, ale czasami tak to właśnie wygląda. Nie mogę zrobić zdjęć, bo aparat nadal w naprawie, mam nadzieję, że będzie odebrany już w tym tygodniu. 
        No i postanowiłam napisać Wam o pierwszej wizycie mojej Mamy w Poznaniu - choć nie mogę zapewnić, że pamiętam opowieść Mamy dokładnie : być może trochę pozmyślam.... Mama (Teresa Zofia Fedorowicz) urodziła się w Brześciu n/Bugiem, Dziadek, który był oficerem - zginął pod Modlinem 14.09.39. Babcia została z dwojgiem małych dzieci - dopóki trwała wojna, pozostawała razem ze swoją dość liczną rodziną. Wiem, że przez jakiś czas pracowała w sklepie w Warszawie, ale szczegółów nie znam. Mama za to pamięta Kowiesy , tam jakiś czas mieszkała. No i po wojnie powstał problem - do Brześcia nie było co wracać, miejsca nie było, ani przyszłości. Babci znajoma sprzed wojny, jeszcze z czasów balów oficerskich, zaproponowała im przyjazd do Poznania - sama mieszkała tu już od jakiegoś czasu. Babcia musiała pewnie pozałatwiać parę spraw - nie wiem, domyślam się - w każdym bądź razie najpierw do Poznania przyjechała moja Mama - na wakacje. Był rok (nie dam sobie za to głowy uciąć) 1945. Mama, na czas pobytu, zamieszkała przy ul. Orzeszkowej, w domu (chyba) siostry tej pani. Ale to też się domyślam, nie pamiętam jakie było powiązanie. Nie o to chodzi - ważne jest to, że Mama miała wtedy 9 lat (urodziła się w Dzień Ojca - 23.06,1935r.), a w rodzinie, z która zamieszkała była dziewczynka - chyba Krysia - prawie rówieśnica, różnica była chyba 1 roku. Krysia miała również małego braciszka - ale on nie bierze udziału w historii. Tato Krysi był jakąś wysoko postawioną osobą w Poznaniu - nie wiem czy nie wojewodą? Choroba, nigdzie nie zapisałam tej opowieści Mamy i teraz nie jestem pewna. Mama opowiadała, że pewnego razy w domu tym było przygotowywane przyjęcie, a mała Terenia chodziła i oglądała. Wiadomo, że nikt nie lubi, gdy w fazie przygotowań dzieciak plącze się pod nogami i przepędzali Ją z miejsca na miejsce. I tak znalazła się w salonie, gdzie już stół był nakryty i przygotowany. Z ciekawości zaczęła oglądać i.... zobaczyła na talerzu pumpernikiel. Wiecie - taki ciemny, sprasowany chleb. Złapała go i łakomie odgryzła spory kawałek, przekonana, że to... piernik!. Rozczarowanie było ogromne - i jednocześnie zażenowanie: zjeść nie zje, a wyrzucić nie ma gdzie. Nie chciała z tym iść do kuchni, bo wydałoby się, że wyjadała ze stołu. Więc wpadła na genialny - swoim zdaniem - pomysł i wepchnęła nadgryziony kawałek pod resztę chleba. Oczywiście, w czasie przyjęcia wszystko się wydało - Mama dostała niezłą burę. Innym razem zrobiły z Krysią niezłe zamieszanie - wprawdzie nigdy nie mogłam pojąć, jak im się to udało?! Otóż ten Wojewoda (albo i nie "wojewoda"?) miał zarezerwowaną na stałe lożę w Operze. Jak nie chciał skorzystać - to dzwonił do Opery, że miejsca te można sprzedać. No i pewnego dnia nie odwołał rezerwacji, ale nie poszedł - prawdopodobnie, razem z żoną, udali się na jakieś przyjęcie. W domu ich w każdym bądź razie nie było. Co wymyśliły dziewczyny? Krysia dobrała się do precjozów swojej Mamy, obie - Krysia i Terenia - wystroiły się we wszystko, co tylko znalazły: jakieś pióra czy etole, biżuterię, na głowę jakieś ozdoby, obwiesiły się jak choinki. I tak pięknie wystrojone... wybrały się do Opery. wpuszczono je do środka, ale zaraz zadzwoniono do rodziców i po pierwszym akcie zostały ciupasem odstawione do domu. Ale dla Mamy to nie było ważne - mimo, że bura była w tym wypadku ogromna! Najważniejsza była Opera - a wystawiali Rigoletto. Była pierwszy raz, mówiła, że siedziała cały czas cichutko, z rozdziawionymi ustami i chłonęła wszystko dookoła. Zachwyciła Ją atmosfera, stroje, muzyka - słowem wszystko. Zresztą - od tamtej pory, od czasu dziecięcego wybryku, została wielką miłośniczką Opery, regularnie chadzała na przedstawienia. Przez wiele, wiele lat.....

24-02-2004r.
            Druga rocznica pożegnania z Mamą...

25-02-2004r.
            Bigusia ma chore ucho - bardzo ją boli, a właściwie swędzi. Gdy zaczyna się drapać - strasznie płacze. Dostała krople do ucha i jest ciut lepiej, ale bardzo nie lubię, gdy jej coś dolega. Nadal jest zima  - śniegu wprawdzie właściwie nie ma, ale jest zimno. Och, mogłaby już przyjść wiosna! Znalazłam w necie Książkę Adresową 1929r. - a w niej wioskę, w której urodził się mój Tato (Podbereż, ale w książce jest Podbereże, nie wiadomo dlaczego?).    Spis maciupeńki, kilka nazwisk - ale jest i mój dziadek: koszykarz - Rak J. (Jakub). Śmieję się, że Maciek, który grać w kosza - może z czystym sumieniem powiedzieć, że z niego jest koszykarz z dziada pradziada.... A że jeden mógłby grać w lidze, a drugi wypłatać wiklinę - to chyba nie ma znaczenia?

03-03-2004r.
            Jak ten czas szybko ucieka! Już tylko kilka dni - może 10, może tydzień - i maluchy się pojawią! Bigusia leży na plecach, podtyka to swoje brzuszysko do głaskania - a ja skwapliwie z tego korzystam. Nie macie pojęcia jakie to wspaniałe uczucie, gdy pod palcami można wyczuć malutkie łapki, jak się rozpychają, niesamowite! Przypuszczam, że podobnie jak w ubiegłym roku - maluchy mogą być małe, mieć małą wagę urodzeniową. Tego zawsze się boję - że któreś będzie ZBYT małe. Cały czas trzymam kciuki, żeby było ich mało, ale za to większe. Jednak  jak znam Bigę - to trzymanie kciuków niewiele pomoże. Nauczona doświadczeniem wiem, że nawet tyciuteńkie Bigusine maleństwo ma duże szanse i wyrasta na zdrowego, normalnych rozmiarów psiaka. Ale co się nadenerwuję - to moje. Z jednej strony nie mogę się doczekać - z drugiej chciałabym, aby pozostały u mamy w brzuszku jak najdłużej, bo każdy dzień się liczy.

06-03-2004r.
            Choroba, no i wykrakałam! Poszłam spać około 2 nad ranem, a tuż o piątej miałam pobudkę! Maluchów jest 7 - jak narazie, bo jedna sunia jakaś taka słabowita jest. Wet widział maluchy i podobno są w przyzwoitej kondycji (na pewno większe niż ostatnio), ale trzeba czekać. Myślę, że 2-3 doby i wszystko się wyjaśni. Ta jedna mnie martwi..... Pilnuję, nie śpię, nie myślę już chyba - trzymajcie kciuki Aha, są 4 dziewczynki i 3 chłopców... Oto jedno z nich:

        Już minął dzień, maluchy popiskują, popijają, tylko to jedno maleństwo ma jakieś opory - nawet przystawiona do sutka pociągnie tylko troszkę, delikatnie i kończy - zasypia. Dałam jej glukozę, będę podawać dalej, zobaczymy. Jak weźmie się szczenię do ręki to się napręża, wykręca, a ta jedna nie za bardzo - jakby niezdecydowanie, jakby nie miała siły albo ochoty. Kurcze... No i oczywiście jestem niedospana, bo jak które tylko miauknie ja zaraz muszę zajrzeć do środka, a że piszczą co chwilkę, to nie mam szans na spanie. Jarek mówi, że oczywiście przesadzam, że mam im dać spokój itp. Ale jak ja mam je zostawić, jak one takie malutkie? I te większe rozpychają się bardziej, a maludy mają być głodne? Wprawdzie te mniejsze też się rozpychają (z wyjątkiem tej jednej, niestety, właściwie dwóch - obie urodzone jako pierwsze), ale ja zakładam, że tracą przy tym dużo więcej siły niż większe i przez to , nawet jak się dopchają do baru - mają mniej siły na jedzenie. Przecież to wcześniaki! Ciąża u ludzi trwa 9 miesięcy, u psa - 9 tygodni. To jak szczenięta urodzą się o tydzień wcześniej, to jakby człowiek urodził się o miesiąc wcześniej, czyż nie? No i zapłodnienie wcale  nie musiało nastąpić w dniu krycia, tylko nawet do 76 godzin później, więc te małe po prostu są super wcześniakami!  Ach, nie napisałam ile ważyły. Obudził mnie płacz szczeniaka - jak zajrzałam, były już dwie suczki - właśnie te, o które się niepokoję - więc nie wiem o której się urodziły ani która pierwsza, Jarek mówił, że o 5.00 nie było jeszcze szczeniąt, nawet nie zauważył żeby się na nie zanosiło, a ja zostałam obudzona przez płacz o 5.20.

lp.

godz.

płeć

waga w g

1.

5,20

suka

150

2.

5.20

suka

160

3.

5,35

pies

240

4

6.05

pies

170

5.

7.30

pies

240

6.

7,45

suka

160

7.

8,10

suka

250

            Zdjęcia robię, ale nie mam czasu na zmniejszanie i kadrowanie, więc uzupełnię to później, narazie tylko krótko informuję. Maciek rano wstał i od razu chciał wymyślać imiona - ale ....znów zasnął . Gdy Biga rodziła - w szafie, ale obok mojego łóżka, taki pseudokomandor bez drzwi, Aria i Nikita leżały na waruj na łóżku i wzrok miały wbity w maluchy. Teraz już ich tu nie wpuszczam, bo Biga się bardzo denerwuje - a po co, niech odpoczywa. Ugotowałam jej warzywa na mięsie i dostała z makaronem, na siusianie wybiegła tylko raz i zaraz biegła do małych. Teraz jest cisza, Jarek zrobił porządny kojec, teraz schnie po myciu i niedługo przeniosę maluchy na nowe miejsce.  

07-03-2004r.
                   No więc chyba, a raczej na pewno - tej małej nie umiem uratować. :((((( Nie je kompletnie nic, ani z piersi, ani ze strzykawki - nie przełyka po prostu. A o ssaniu już w ogóle nie ma mowy. Kładę ją jak najbliżej Bigi, ale pozostałe zaraz ją odpychają i ląduje z boku. Jest dużo chłodniejsza, ogrzewam ją, ale ona bardzo słabo się rusza. I co znamienne - wszystkie popiskują, ale jak ona się odezwie - Biga cała się trzęsie, telepie i strasznie denerwuje. Jakby inaczej piszczała, jakby ją co bolało? Pozostałe , gdy płaczą, jest t o raczej głos buntu, że co to - nie ma mleka, zimno mi, głos jest niecierpliwy i ponaglający, jak mała zapłacze, to jest w tym jakaś żałość, raczej jęk niż płacz.... Biga jej nie odrzuca, wręcz przeciwnie, ale mała jest chłodniejsza od innych i taka trochę bezwładna? Jak dotknie się szczeniaka czy weźmie w rękę, to małe się pręży, wywija, a przy cycusiu to nawet te najmniejsze próbują rozpychać się (muszę pilnować, bo to rozpychanie nie zawsze im wychodzi i zmęczą się niepotrzebnie - a i tak nie przepchną przez grubasków) - a ta mała bezwolnie się poddaje. Podawałam jej strzykawką glukozę, to jej po prostu nie przełyka, a boję się otworzyć jej pyszczek na siłę i wlewać, bo nie wiem czy to pójdzie tam, gdzie trzeba - do żołądka, czy np. do płuc. Nie poddaję się, cały czas próbuję, ogrzewam ją, pilnuję, żeby nie została odepchnięta przez inne, przystawiam do sutka i podaję jej mleko po kropelce, ale ponad połowa i tak leci jej po brodzie......  
             W nocy zasypiałam na 15-30 minut, raz mi się udało chyba na 1,5 czy 2 godziny - a tak cały czas muszę jakiegoś wędrowniczka sprowadzać na dobrą drogę, bo piszczy w niebogłosy. Przed piąta Biga zażyczyła sobie jedzenia i spacerku, więc wypuściłam ją na ogród i znów przygotowałam mięso z warzywami i makaronem. Jarek kupił kurczaki - ale mrożone - i to mogłam nastawić dopiero dziś rano, bo bałam się, że wieczorem nie dopilnuję

08-03-2004r.
            No więc mam tylko pięć maluchów... Jedna - ta najsłabsza  -suczka odeszła w dzień, druga dziś nad ranem. A wydawałoby się, że maja przyzwoitą wagę - jednak dużo, bardzo dużo spadły - do 100g. Nie pomogło karmienie, wręcz "dojenie" Bigusi prosto im do pyszczków - po dwóch łykach zasypiały i już. ... Choroba.... Jestem trochę niedospana, więc nie będę dużo pisać - później uzupełnię i wiadomości i zdjęcia.

09-03-2004r.
            Jaka niesamowita zmiana - Biga była bardzo zdenerwowana, drżała, nie mogła się ułożyć, kurczowo trzymała się kojca - jak druga suczka odeszła, Biga natychmiast się uspokoiła, odprężyła i już bez oporów wychodzi z kojca na dwór. Ba, nie tylko  - nie boi się zostawić maluchów na chwilę, choć dopiero minęły 3 dni - i chodzi sobie po domu. U maluchów już można odróżnić różnice w charakterkach - jestem ciekawa jak to się przełoży na ich dorosłe życie. Są trzy pieski - najmniejszy jest najbardziej uległy, inne z łatwością wypychają go z baru , a on bez buntu zasypia. No, chyba, że jest strasznie głodny, to zaczyna się przepychać i popiskiwać, ale bez buntu i awantur. Średni piesek jest.... średni No tak, nie awanturuje się, jest spokojny i przylepny, wzięty na ręce nie wyrywa się, lubi przytulanie. Jest silny, więc nie ma problemów z dopchaniem się do cycusia. Największy jest najbardziej histeryczny - ciągle głodny, a jak obudzi się z dala od mamy - piszczy rozpaczliwie, piszcząc kręci się w kółko i szuka, a jak już dopadnie do mlekopoju - jeszcze trochę musi popiszczeć. Wzięty na ręce nie buntuje się, ale zdecydowanie woli być przytulony do mamusi. Mniejsza suczka, wbrew pozorom, nie jest taka mała , jak na dziecię Bigi. Jednak w porównaniu ze swoją siostra to knypek. Ale jaka sprytna? Uparta i sprytna. Taki mikrus, a wszędzie się wepchnie, już kilkakrotnie udało się jej wykolegować z baru dużego brata Jak ją odepchną, to podejdzie z drugiej strony. I tak się naje. No i jeszcze druga - większa suczka. No cóż, może to nieładnie z mojej strony, ale ona jest po prostu....GRUBA! I ciągle je. I nie musi się rozpychać - po prostu idzie jak czołg. I uwielbia spać z głowa położona na którymś z rodzeństwa....

lp.

godz.

płeć

waga w g 6.III

waga w g 9.III

3.

5,35

pies

240

340

4

6.05

pies

170

230

5.

7.30

pies

240

360

6.

7,45

suka

160

250

7.

8,10

suka

250

400

 

10-03-2004r.
            Ale numer  - słyszałam warczenie z kojca ! Nie zdążyłam zidentyfikować , które to taki bystre, ale jak doszłam, to stwierdziłam, ze wszystkie śpią - znaczyć się musiało któreś warczeć przez sen. Jakie to śmieszne - maluchy jak małe kreciki, ślepe i głuche, a tu taki odgłos ! Biga co raz częściej wychodzi z kojca i biega po dworze - jej pewnie też zimowe siedzenie w domu dało się już we znaki? Psotka - odwrotnie niż w roku ubiegłym - absolutnie nie interesuje się maluchami, zajrzała jedynie, sprawdziła i koniec. Zupełnie obojętnie przechodzi obok kojca, a Biga - tez odwrotnie niż w ubiegłym roku - nie broni go histerycznie. Nikita weszła do maluchów pod nieobecność dotleniającej się mamusi, obwąchała, polizała i wyszła. zagląda czasami, ale bez specjalnego zaangażowania. Aria natomiast zupełnie zgłupiała - może to również być efektem cieczki i bałabym się w takim wypadku urojonej - zagląda do maluchów co chwila, jak który zapiszczy - Aria wsadza tam swój nos. Niewiele obchodzi ją ostrzegawcze powarkiwanie Bigi - ona MUSI sprawdzić. A jak ważę maluchy - to prawie razem z nimi wpycha się na wagę. Strasznie jest przejęta. A jednocześnie - wszędzie łazi za Bigą, razem z nią musi również wyjść na dwór. Pierwszego czy drugiego dnia Biga tylko wybiegała, siusiała i jeszcze szybciej wracała do domu. Dziś widziałam już jej wędrówki po ogrodzie (jeżeli to dziadostwo można w ogóle jeszcze tak nazywać - tak bardzo jest zniszczona trawa), wchodziła na górę ziemi i obszczekiwała okolicę. Oczywiście - z Arią przy boku. Z karmieniem Bigi mam trochę problemów - suchego nie tknie, ale to normalne, nigdy po porodzie nie jadła, wody tylko ociupinkę. Gotuję jej ryż z warzywami i kurczakiem - a ona nie za bardzo chce to jeść. Kłuje ją w zęby czy co? W końcu zjada - ale widzę , że najchętniej posilałaby się samym mięskiem - cwaniara jedna. Pozostałe dziewczyny tylko czekają, żeby coś zostawiła w misce. Muszę ją karmić w łazience, żebym była pewna, że to ona zjadła, a nie któraś z pozostałych. No i są już wybrane 3 imiona DAPHNE, DELPHI i prawdopodobnie DAGER (to po tatusiu, ale nie wiem dla którego psa). Może DAGER-JUNIOR? Jeszcze zobaczymy. Te dwa pierwsze wybrał przyszły właściciel dla dziewczynek, więc to pewniaki.
            Maciek brał udział w jakimś konkursie czy teście z przyrody, zajął drugie miejsce w szkole i będzie ją reprezentował na podobnym teście międzyszkolnym. Pisałam już o tym? Nie wiem, czasami lubię się powtarzać. A że ostatnio chodzę niedospana , więc mój przewód  myślowy jakby się wydłużył. W każdym bądź razie niedługo będą składane podania do gimnazjów i Maciek idzie do gimnazjum na os. Newtona: blisko domu, stosunkowo nowy budynek szkoły, no i co dla niego ważne - ma siłownie i basen. Och, i niedługo Kangur. Ale nie wiem jakie ma szanse - dwa lata temu zajął 3 miejsce w szkole, a teraz twierdzi, że wszystko zapomniał. No ładnie, na kilka tygodni przed egzaminami do gimnazjum.
            Michał od poniedziałku chodzi na kurs barmański - cieszę się, że mu to pasuje, że interesuje do i że chodzi z przyjemnością, ale wraca po 22.00, a ja muszę wysłuchiwać jakie są rodzaje win, kieliszków i czegoś tam jeszcze.... Wcale mnie to nie interesuje... Ale co mam robić, zachwycam się ile umiem  Kurs będzie trwał 12 dni w sumie 100 godzin. Ale to dopiero pierwszy stopień, jestem ciekawa na jak długo starczy mu zapału? Dobrze, że ten jego czarny maluch jest sprawny, bo zajęcia kończą się bardzo późno, a odbywają się na drugim końcu miasta. Tam już chyba ptaki zawracają.

11-03-2004r.
            Zawiązałam szczeniakom kolorowe wstążeczki - tylko po pierwsze nie wiem jak długo będą je miały, a po drugie nie wiem po jakiego grzyba to zrobiłam. I tak je rozróżniam, może tylko do zdjęć. No, dziś w każdym bądź razie są - zobaczymy jak długo. Zrobiłam oczywiście od razu zdjęcia i wyszła w sumie sesja Daphne - to ta , co ma czerwoną wstążeczkę. Delphi ma kremową. Chłopcy: największy ma zieloną, średni  - niebieską, a najmniejszy żółtą.

12-03-2004r.
            Jest już godzina 22.00 a ja..... właśnie się obudziłam. Wczoraj przyjechał z Warszawy mój brat i siedzieliśmy prawie do 3 nad ranem, a pobudka skoro świt  - bo psy głodne i musza wyjść na spacer. w ciągu dnia parę sytuacji, które spowodowały u mnie wzrost adrenaliny - no i w efekcie popołudniu padłam jak kawka. Przespałam chyba 4 godziny! O rany....
            Rano zobaczyłam na ogonku średniego pieska (tego w niebieskiej wstążeczce) takie coś, co w pierwszej chwili wzięłam za.... napitego kleszcza! Włos mi się zjeżył! Okazało się, że to "ropień" (tak mądrze to-to nazwałam, a wcale nie wiem czy to dobre określenie?). Jak wzięłam małego do światła i dotknęłam tego czegoś - wybuchło ropą i krwią. A na tym miejscu powstał krater... O rany, właśnie przeczytałam to, co napisałam i wygląda to strasznie - ale tak naprawdę takie nie jest, po prostu ropka wyszła i została ranka. ale na malusieńkim ogonku malusieńkiego pieska - nabiera to innych wymiarów. Przyjaciółka-lekarka doradziłam mi zdezynfekowanie i posmarowanie odpowiednią maścią, zresztą - zaraz zaschło. Mam nadzieję, że zagoi się jak na psie. Obejrzałam sobie zdjęcia z poprzedniego dnia - i w tym miejscu na jego ogonku dojrzałam jedynie lekkie prześwitywanie, chyba zaczynało się "budować". Już kiedyś jeden z maluchów miał coś takiego - na łopatce. Tam sierść zakryła intruza i zorientowałam się dopiero po wzięciu małego na ręce i pogłaskanie. Też wydawało mi się, że została po tym olbrzymia dziura. Nie mam pojęcia skąd to może się brać - mają czysto, są zadbane, no nie wiem.....

lp.

godz.

płeć

waga w g 6.III

 waga w g  9.III

waga w g 10.III

waga w g 11.III

waga w g 12.III

3.

5.35

pies

240

340

390

400

440

4

6.05

pies

170

230

240

270

340

5.

7.30

pies

240

360

400

440

520

6.

7.45

suka

160

250

270

300

360

7.

8.10

suka

250

400

430

480

560

            A po południu Maciek poszedł na boisko pograć w piłkę nożną i wrócił po krótkim czasie. Okazało się, że w trakcie biegania czy czegoś tam (a skąd ja mam wiedzieć czego?) Maciek został popchnięty i wpadł twarzą na słupek od bramki. Zamroczyło go, zaczęło mu się kręcić w głowie, położył się na ławce i (podobno) akurat tamtędy wraca do domu jakiś lekarz, który go obejrzał. Niby nic się nie stało tylko nos ma obolały. Kurcze, przestraszyłam się bardzo, ale oczywiście wszyscy twierdzą, że panikuję i przesadzam.... 
            Kurcze blade - już po północy. Właśnie wypuściłam z domu pogotowie, które musiałam wezwać do...... Jarka! Bóle w okolicy obojczyka i cała lewa strona, problem z oddechem. Zrobili ekg (z trudem, bo kolega małżonek ma owłosiona klatkę piersiową i te dynksy nie chciały trzymać na przyssawkę) - nic nie wykazało. Prawdopodobnie to bóle od kręgosłupa. Jarek mówi, że lepiej się czuje jak siedzi, ale kazali mu leżeć, więc się położył. Gorzej ze wstaniem. Dostał jakieś zastrzyki O Jezu, jak to dobrze, że to nie serce...

16-03-2004r.
            Wiosna już tuż tuż. Oczyściłam część działki, ale prawdę mówiąc - po zimie  i po psich gonitwach  nie wygląda najlepiej. Aria zagryzła na śmierć większość zielska, stratowała kiełkujące kwiaty... Choroba, muszę szybko pogrodzić. Maluchy już próbują unosić się na łapkach - przekomicznie to wygląda, jak po wejściu Bigi do kojca - na ogół zostawia je same i wyleguje się na moim łóżku - budzą się wszystkie i które silniejsze to pierwsze dotrze do baru. Kiwają się na tych łapkach, chwieją, tyle wysiłku wkładają w utrzymanie się, a tu z boku nadciągnie jakiś brat albo siostra i już nici z całego wysiłku Przepychają się przy cycusiach, mały (żółty) jest najmniej sprytny i jego zawsze wykolegują. Muszę smerfa pilnować, bo cielątko jedno - jak go odepchną to idzie spać. Chociaż w którymś momencie zauważyłam, ze jednak się nie poddał tylko dopychał ile sił. Widocznie był bardzo głodny i zdesperowany. Jejku, już niedługo otworzą oczka

lp.

kolor

godz.

płeć

waga w g 12.III

waga w g 13.III

waga w g 14.III

waga w g 16.III

3.

niebieski

5.35

pies

440

490

560

640

4

żółty

6.05

pies

340

360

390

410

5.

zielony

7.30

pies

520

560

640

700

6.

biały

7.45

suka

360

420

470

520

7.

czerwony

8.10

suka

560

590

680

700

Niedługo skończy mi się skala na tej mojej wadze kuchennej....

19-03-2004r.
            Nie wiem czy pamiętacie  - w ubiegłym roku Psotka bardzo nachalnie pchała się do kojca, ba! próbowała podbierać maluchy już podczas porodu Bigi, a w ogóle to jeszcze przed porodem kładła się do szafy (tam, gdzie Biga miała rodzić) i stękała, drapała, jakby to ona szykowała się na przyjście na świat szczeniąt. W tym roku - nic z tych rzeczy. Kompletny brak zainteresowania. Kojec omijany szerokim łukiem, bez zaangażowania. No i dziś rano Jarek mnie obudził i mówi - zajrzyj do kojca. No i co zobaczyłam?!

20-03-2004r.
                Maluchy skończyły dziś dwa tygodnie. A Biga 8 lat. Rejwach w kojcu co raz większy, zaczynają otwierać oczka, próbują chodzić na łapkach - im mniejszy szczeniak tym mu łatwiej, przepychają się ile wlezie, drapiąc przy tym mamę niemiłosiernie. Pazurki już miały obcinane, niesamowicie szybko rosną. Gdy zaczną już chodzić - będą je ścierać, ale teraz mają po prostu szpileczki. Daphne - ta największa suczka - najczęściej chce jeść i woła mamę. Kręci się po kojcu i pomiaukuje. Jak tylko Biga położy się zaczyna się wielki wyścig, wszystkie się budzą i przepychają. A jak przy tam miauczą! Oczywiście najmniejszy piesek nie jest w stanie powstrzymać inwazji większej siostry czy brata i choć dzielnie walczy muszę pilnować , żeby go nie wykolegowali. Jedzą kiedy chcą, a właściwie kiedy im Biga pozwala - ostatnie karmienie wypada jej około północy, potem dopiero nad ranem , około 5.00 czy 6.00 godziny. Jarek wstaje o 6.00, więc psy również, a że małe zaczynają słyszeć, to budzą się razem z nimi. Dziś jest sobota, pobudka o godzinę później - i widzę, że maluchy też dopiero o tej godziny dostały pierwsze śniadanko. Psotka chciałaby leżeć z maluchami i je dokarmiać, ale nie za bardzo na to pozwalam, bo nie mogą się w ten sposób najeść, a tracą siły na przepychanki. Natomiast gdy najpierw dobrze się najedzą u mamy, a potem przyjdzie babcia - to jest to  tylko wielkie przytulanie i ewentualne wykorzystywanie Psotki jako smoczka i grzałki Najgorzej, że Psotka wpycha się do maluchów jeszcze podczas gdy leży tam Biga, kładzie się z boczku bardzo ostrożnie, a jednocześnie jeży się i warczy na Bigę, żeby ją z tego kojca wygonić.  No i oczywiście warczy również na Nikitę czy Arię, gdyby któraś ośmieliła się podejść za blisko. Dobrze, że tym razem kojec mam w sypialni - jedynym pokoju z drzwiami - więc mogę po prostu uniemożliwić jej robienie zadymy.
               Wieczorem Biga leżała w kojcu, gdy weszła do niego Psotka i rzuciła się na Bigę z zębami! Kurcze, w pokoju był półmrok, dopadłam do Psoty i wyniosłam z kojca, w międzyczasie Nikita dopadła do Psoty podbrzusza, Aria chyba łapała ją za łapy, Biga wyskoczyła z kojca i też chciał mieć swój udział,  Nikita skoczyła na Bigę, Biga na Arię, Psotka się wyrwała i pognała do kojca, zamknęła Bigę w łazience, Nikitę i Arię wyrzuciłam na dwór i na koniec wyprosiłam Psotkę z kojca z nakazem nie pokazywania się w jego pobliżu. Za chwilę wszystkie cztery leżały zgodnie na posłaniu w dużym pokoju, ale przez moment była jatka. Biga ma ranę na głowie, chyba od zęba Psotki. Choroba, nie chciałam tego robić, ale nie wiem czy nie będę zmuszona wysterylizować emerytki, bo co raz gorzej się zachowuje, co raz bardziej nachalnie chce kraść szczeniaki.
                Jutro Nikita ma 2 urodziny...

22-03-2004r.
                Choroba, Psotka znów zaatakowała Bigę. Rozmawiałam z wetem, trzeba czekać, aż jej hormony wrócą do normy i chyba jednak będziemy sterylizować. Lada dzień maluchy będę musiała przenieść do większego kojca, a ten mogę ustawić jedynie w kuchni. Problem w tym, że tam nie ma drzwi i nie mogę zamknąć pomieszczenia. Narazie znalazłam jedno rozwiązanie - Psotka na smyczy, przywiązana do czegoś. Na dworze jest jeszcze zdecydowanie za zimno, żeby miała tam siedzieć godzinami, więc muszę coś wymyślić - inaczej będzie znów awantura o maluchy. W ubiegłym roku tak nie było, choć widać, że bardzo zależało jej na dzieciakach - w tym roku nie przejawiała większego zainteresowania i nagle jej odbiło. Niedługo będzie miała 10 lat, więc te ciąże urojone też są dla nie niepotrzebnym obciążeniem.
                Dziś odrobaczyłam całe towarzystwo - dla maluchów drontal-junior, dla starszych "dorosły" drontal. Dzieciaki pluły tym prawie na odległość, błe, różowe świństwo... No i kolejny raz zostały obcięte pazurki - strasznie drapią tę swoją biedną mamusię, dobrze, że ona ma tyle cierpliwości.... Oczka już prawie całkowicie otwarte, próbują dreptać - strasznie śmiesznie to wygląda, jak pierwsze roboty z filmów SF

24-03-2004r.
                Dziś, gdy maluchy się obudziły - zaczęły strasznie się kręcić i płakać, wołając swoją mamusię - przez brzeg kojca byl przewieszony kocyk i Daphne chyba jakimś cudem wskrobała się na niego  i nagle znalazła się poza kojcem. Przypadła do ziemi przestraszona, nawet przestała piszczeć. Wzięłam ją zaraz na ręce, wtuliła nosek w moje ucho i już było dobrze...

lp.

kolor

godz.

płeć

waga w g 16.III

waga w g 20.III

waga w g 23.III

3.

niebieski

5.35

pies

640

840

970

4

żółty

6.05

pies

410

600

740

5.

zielony

7.30

pies

700

900

1060

6.

biały

7.45

suka

520

720

940

7.

czerwony

8.10

suka

700

900

1120

            Wczoraj dałam im do spróbowania po jednej kuleczce suchej karmy dla szczeniąt - oczywiście namoczonej, o konsystencji papki. Zjadły niechętnie. Dziś dostały już po 3 namoczone kuleczki - zjadły o wiele chętniej, a ten najmniejszy piesek, w żółtej wstążeczce - zjadł z wielkim apetytem i pewnie chciałby więcej. Dostanie jutro - muszę powoli zwiększać porcje. Jak się maluchy budzą - to już powarkują, próbują się bawić, ziewają, łażą po całym kojcu - śmieszne są. I takie przytulne.....

01-04-2004r.
            Ojoj, ale zrobiłam przerwę w pisaniu?! A tu tyle dzieje. Już kojec jest powiększony i przeniesiony do kuchni, wczoraj Jarek musiał go podwyższyć, bo najpierw niebieski piesek, potem zaraz zielony usiłowali się wydostać. czerwona Daphne nie próbowała - po prostu wyszła....  Biga karmi małe na siedząco - mają wtedy dostęp do wszystkich sutków, ale i tak strasznie się przepychają i bardzo ją drapią po brzuchu. Pozostały czas Biga spędza poza kojcem, wchodzi tylko w razie potrzeby. Psotka jest cały czas odizolowana, ale pozwalam jej na nocne czuwanie przy szczeniakach. Nocą zamykam się w sypialni z Bigą, Nikitą i Aria, a Psotka rządzi. Tzn. jak tylko ją wypuszczę to wpada do kojca i leży tam do samego rana. Korzyść z tego jest taka, że maluchy przesypiają całą noc, babcia służy im za smoczek, przytulankę, a i troszkę mleczka ma dla nich. A rano Biga wpada do kojca i maluchy mają pożywne śniadanko. Dostają też już dodatkowe jedzenie - co dnia co raz więcej go znika. najpierw było tylko w zasadzie próbowanie, teraz już zaczynają jeść. Przed chwila właśnie trochę zjadły z miski, potem przyszła mama i dokarmiła mleczkiem - jakie wtedy słychać mlaskanie, cmokanie - a potem dokończyły z miski. Śpią jeszcze większość czasu, czuwanie to około 15-30 minut, które poza jedzeniem spędzają na zabawie. Powarkują, poszczekują, zaczynają biegać. Jeszcze nie stoją pewnie na łapkach, ale co raz lepiej im to wychodzi. Kilka razy już wystawiłam je poza kojec, o dziwo nie bały się, od razu bardzo dzielnie zaczęły zwiedzać duży pokój. mam już problem ze zważeniem ich , bo wskazówka wagi skacze jak oszalała. Ale jak maiłoby być inaczej, gdy te smurfy tak się wiercą? W każdym bądź razie żółty nadal jest najmniejszy i wazy około 1,2kg, największa jest czerwona suczka i jej waga jest w okolicy 1,5kg.
            Wieczorem maluchy po raz kolejny zwiedzały dom i tym razem natknęły się na kocią budkę Nikity - jak było do przewidzenia, usiłowały wszystkie wejść do środka. Jednocześnie. Wstawiłam im to-to do kojca i w niej teraz zasnęły. Ale jest mały problem - tylko 4 się mieszczą. Zawsze któryś pozostaje na zewnątrz. Spróbuję kupić gdzieś większą budkę, bo to i tak jest zniszczona - to Aria swego czasu ostrzyła sobie na niej zęby. No i muszę kupić drugą miskę - z tej już nie mogą jeść jednocześnie, przestały się mieścić. Dziś zielony nie mógł się  dopchać i jadł na końcu, ale z tym to różnie bywa. Jedzą już całkiem sporą porcję na każdy posiłek, Biga natomiast wyraźnie zrzuciłam problem karmienia maluchów na mnie - co raz rzadziej chce wchodzić do kojca, jak już naprawdę rozpaczliwie ją wołają. Psotka natomiast pierwszy raz wyszła z kojca dobrowolnie - wg jej kalendarza szczeniaki mają już dwa tygodnie i może sobie pozwolić na ich zostawianie....

05-04-2004r.
            Choroba, nie wiem w co najpierw ręce włożyć. Czy doba w tygodniu przed Świętami nie mogłaby mieć 46 godzin? Maludy co raz krócej śpią, wychodzą już na trawę, bawią się - chyba im się to podoba, bo po obudzeniu chcą od razu wyjść. No i zostało zatwierdzone:

czerwona

DAPHNE

biała

DELPHI

zielony

DRAGON

żółty

DAGER

niebieski

DRAGO

            Psotka (wg swojego wymyślonego terminu) "urodziła" szczeniaki dwa tygodnie po tych rzeczywistych - czyli teraz te jej mają dwa tygodnie. Widać to po zachowaniu - włazi do kojca tylko w razie potrzeby. Jakby kto spojrzał z boku, to maluchy mają dwie "mamusie" - jak w ubiegłym roku zresztą. ale na trawie bawi się z nimi.. Aria i Nikita. Psotka wygrzewa się w słońcu, a Biga niby chce, ale one zaraz by chciały jeść, więc mama wieje ile sił w nogach. No, chyba, że tylko jeden lub dwa się do niej dobiorą.

07-04-2004r.
            Właśnie zważyłam maluchy - o dziwo mniej się kręciły i można było odczytać wartość.

lp.

kolor

godz.

płeć

waga w g 6.III

waga w g 20.III

waga w g 23.III

waga w g 07.IV.

3.

niebieski

5.35

pies

240

840

970

2060

4

żółty

6.05

pies

170

600

740

1580

5.

zielony

7.30

pies

240

900

1060

2040

6.

biały

7.45

suka

160

720

940

1560

7.

czerwony

8.10

suka

250

900

1120

2000

            Delphi szczeka podczas jedzenia z miski. No, nie zupełnie "szczeka", ale na pewno coś tam do siebie gada. Wszystkie już biegają po domu, gonią się po pokoju, jedzą z miski, walczą ze sobą - są słodkie. Jeszcze czasami opierają się na większej części tylnych łap (tak do zgięcia kolana, łokcia?), ale już co raz lepiej sobie radzą. Dager dogonił wagowo Dalphi, już nie jest najmniejszy - za to ma sporo energii i jest skory do zabawy. Maluchy uwielbiają bieganie po domu i zaczynają się tego domagać. Za każdym razem, gdy się przebudzą. Nawet o 1.00  w nocy.... Jedzą kilka razy dziennie (nie liczyłam, bo nie jest  to regularne), pierwszy raz ok.6.00 rano, ostatnio około północy. Któreś nadal woli załatwiać się na posłanie zamiast na gazety, ale mam nadzieję w końcu dorwać delikwenta. Gdy biegają po domu, to rozkładam gazety w pokoju i korytarzu, ale wtedy jakoś im tam trudniej trafić. Usiłuję dopilnować wszystkie i sadzać na właściwe miejsce, ale jak narazie z mizernym efektem - raz trafią, a raz nie. Ani wczoraj, ani dziś nie były w ogródku, bo pogoda nie najlepsza: rano trawa jest mokra, a później mocno się ochłodziło. Szkoda - bo to dla nich fajna sprawa. Usiłuję również nauczyć je przychodzenia na wołanie - czasami już reagują i biegną wtedy ile sił w łapkach. jak usiądę z nimi na podłodze, to zawsze któreś chce się wepchnąć na kolana - przez to mam problem z robieniem zdjęć. Zauważyłam, że Biga już zupełnie przestała karmić - chyba, że jest tylko jeden, ale to też tylko na chwilkę. Raczej woli się z nimi bawić, podgryzać przewracać, ale jakby który chciał się dobrać do baru, to Biga ucieka. Psota już też się rozmyśliła i znów nie ma szczeniaków - wreszcie dała im spokój, a tym samym odczepiła się od Bigi i już jej nie prześladuje. 
            Do Świąt kilka dni, a ja nie mam wypranych firan i pościeli: szambonurek przyjedzie dopiero pojutrze, w piątek. Mam nadzieję, że ze wszystkim zdążę. A to wszystko przez Maćka, który pewnego pięknego dnia przyniósł mi kilka worków, w których były wszystkie jego ubrania (chyba) i powiedział, że nie ma w czym chodzić. Powiedział, że zapomniał znosić je do prania  - więc ja trzy dni z rzędu prałam wyłącznie jego rzeczy i szambo się zapełniło. Dostał burę i teraz widzę, że znosi codziennie. Dziś był ostatnio dzień szkoły przed Wielkanocą. Maciek brał udział w olimpiadzie przyrodniczej - w szkole zajął 2 miejsce i razem z dwoma dziewczynkami reprezentował szkołę. Zajęli 5 miejsce, a Maciek do dziś nie może przeboleć, że dziewczyny uparły się, że to Norwegia leży poniżej poziomu morza.... Wczoraj był turniej międzyszkolny w siatkówce - zajęli 1 miejsce.

10-04-2004r.
            Właśnie dziś odmłodziłam się znów o rok, a moje starsze dziecię ma imieniny. Oczywiście - imprezujemy w Święta, dziś jeszcze nie. Ciasto popieczone, sosy porobione, nawet zdążyłam wyprać firany i kilka innych rzeczy. Maluchy jak  na złość mało dziś spały o koniecznie chciały z nami sprzątać, piec i gotować. Teraz i my odpoczywamy - i psy.  Właśnie przed chwilą ostatni ze szczeniaków znalazł swój przyszły dom. Musze zmienić informację na stronie - za dużo jest zdjęć ze wczesnego dzieciństwa, a za mało aktualnych. Chciałabym zrobić dla każdego malucha osobna stronkę, ale nie wiem czy dziś zdążę. Jak nie - to po Świętach. Wszystkim życzę spokojnych, radosnych i pogodnych Świąt Zmartwychwstania

16-04-2004r.
            Byłam chora. Ta źle się czułam, że nie miałam siły myśleć, nie mówiąc już o robieniu czegokolwiek. Jarek zresztą też, a to wszystko za sprawą Macka, który pierwszy przyniósł do domu jakąś zarazę. Teraz został tylko katar, więc mogłam zacząć doprowadzać dom do porządku. Gdy tak odkopywałam kuchnie spod sterty brudnych naczyń, odkurzałam i myłam podłogi - to ciągle chodziła mi po głowie melodyjka : "... być kobietą, być kobietą...".  Byłam z w sklepie zoo i kupiłam maluchom pierwsze wędzone ucho  - raczej się tym bawią, niż jedzą, ale są mocno zainteresowane. Duże wyrzuciłam na dwór, bo to straszne złodziejki i natychmiast by podprowadziły przysmak. One też dostały - ale zniknęło w mgnieniu oka.  Zamówiłam dla nich obróżki i smycze, mam nadzieję, że dojada do sklepu na czas. No i kupiłam zabaweczki - strasznie to-to drogie!! No cóż, ale maluchy musza mieć się czym bawić.  Maluchy lubią wychodzić na dwór - bardzo się tego domagają. Stoją pod drzwiami na taras i drapią. Najbardziej mi się podoba, jak czekają z kupka, aż wyjdą na dwór. Oczywiście - tylko czasami, ale mam nadzieje, że to pierwszy krok w dobrym kierunku. Tak sobie myślę: już za tydzień do nowych domków, smutno mi się robi... Mam nadzieję, że się przyzwyczaja szybko, że nie będą za dużo płakać itp.... One chcą być cały czas z kimś, najgorsze będą pierwsze dni, gdy pozostaną same w domu. Najlepiej dać im np. takie ucho i zabawki. No i zmęczyć zabawą przed wyjściem. Będę trzymać kciuki.

17-04-2004r.
            Właśnie wróciliśmy - wystawa krajowa, Kwidzyn-Miłosna. Na terenie stadniny ogierów, pięknie. Wiało jak jasna pogoda i w zębach trzeszczał mi piasek, ale w sumie podobało mi się. Nikita dostała CWC i Zwycięstwo Rasy, Aria srebrny medal i ocenę doskonałą, a Psotka złoto, doskonałą i Najlepszy Weteran. No i puchar - dla Psotki i pięknie zrobiona pamiątka dla Nikity. Pojechaliśmy zakatarzeni, po drodze zerwała się linka od sprzęgła (chyba?), dobrze, że to sobota, bo w Grudziądzu był otwarty sklep z częściami i Jarek mógł od razu wymienić. Nie czekaliśmy do końca wystawy, nie wyszliśmy na ring główny - raz, że nie wiadomo było czy w samochodzie znów coś nie trzaśnie, a po drugie - już mieliśmy dosyć - jednak chyba przeziębienie nas zmogło i od wiatru rozbolały głowy. Maluchami zajęli się  moi chłopcy (nie wiem który bardziej) i zdali na piątkę: w kojcu czysto, maluchy wybiegane i nakarmione. Bigusia przywitała nas dzikim tańcem radości a pozostałe rzuciły się do miski z wodą i jedzeniem. Mieliśmy to wszystko ze sobą na wystawie, ale chyba w domu bardziej smakuje...

25-04-2004r.
            Szczerze? To jest po prostu straszne.... W domu pusto i cicho... Właśnie odjechały ostatnie szczenięta, a ja.....? Wróciłam do domu i zaczęłam szykować następną porcję jedzenia dla nich.... Chyba jestem szurnięta....  Wczoraj przyjechali najpierw  po Dagera - tego najmniejszego, z żółtą wstążeczką. W drzwiach minęli się z właścicielami Dragona ( z zieloną wstążeczką) , a gdy i ci wychodzili  - przyjechała Jo z właścicielem Daphne i Delphi. Wyjeżdżali dziś, zabierając ze sobą jeszcze Drago, po którego właściciel przyjedzie do Jo do domu. Daleka droga przed nimi. Te trzy ostatnie maluchy jadą razem, więc może w ten sposób lepiej zniosą podróż?...

            Okropnie pusto się zrobiło, to chyba najgorszy czas, właśnie gdy maluchy wyjeżdżają. Już wczoraj, gdy dwa pojechały - ja i tak szykowałam porcję jedzenia dla pięciu. Mało tego - cały czas liczyłam szczenięta i nie mogłam znaleźć. Dopiero po chwili docierało do mnie, że mam liczyć do trzech, a nie do pięciu...... Właściciel Dragona już napisał wczoraj - że dojechali szczęśliwie, Dragon zaakceptował swoją budkę i poszedł spać. U nas w domu wszystkie wyjątkowo długo biegały, dużo było wrażeń, no i oczywiście dochodzi do tego stres związany ze zmianą domu, ludzi, zapachów, brakiem mamy i w zasadzie wszystkiego, co znajome - dopiero pewnie dziś zacznie zwiedzać dom na dobre. O podróży Dagera dowiem się dopiero dziś wieczorem, gdy napisze do mnie Jo - jak wróci do domu, to ma się z nimi skontaktować i wypytać. Ja po prostu jestem niekumata jeżeli chodzi o języki obce, więc Jo wykonała kawał dobrej roboty, służąc za tłumacza. Nie wiem , jak się Jej odwdzięczę. Ze spaniem też  jakoś sobie poradziliśmy - Michał był na nockę w pracy, a Maciek pojechał spać do Babci, więc dwa pokoje były do dyspozycji. Jo spała w pokoju Michała - a więc w tym, w którym stoi terrarium z wężem. Oczywiście - zapomniałam wężowi zgasić światło, więc paliło się całą noc...
        A Michał był w pracy - o czym wcześniej nie napisałam - jako barman. Zgłosił się wraz z kolegą, Sebastianem, i zostali przyjęci na próbę, na 4 nocki. Po dzisiejszej mają się dowiedzieć czy dostają tę pracę czy nie. Razem z nimi byli przyjęci jeszcze dwaj chłopcy (czy lepiej napisać "mężczyźni"? Bo to w końcu stare konie....) i przez ten czas byli oceniani. Jestem bardzo ciekawa, ale muszę czekać, aż Michał wróci, bo po pracy  - gdzieś nad ranem - poszli spać do Sebastiana...
        Chyba muszę sprzątną kojec? Jakoś nie mogę się za to zabrać.... Umyć podłogi, przestawić stół w kuchni, pochować zapasowe miski, poprać legowiska maluchów.... Potem pozmieniać na stronie www, każdemu zrobić osobną podstronę.... Choroba, zrobię to później. Liczę na to, że będę dostawać na bieżąco informację o maluchach, trzymam za nie - i za ich właścicieli  - kciuki.

01-05-2004r.
            No i podobno mamy już lepiej - teraz jesteśmy w Unii. W ramach świętowania całkowicie unijnie wypieliłam ogród, Jarek - również oczywiście unijnie  - założył podbitkę pod częścią dachu, a jutro  - jak najbardziej unijnie - jedziemy na wystawę do Łodzi. Niestety - bez NIkity, bo od poniedziałku jest "kochliwa" Pogoda była bardzo ładne, ale po południu zabrało się na deszcz i burzę, mam nadzieję, że jutro nie będzie padać - bo to żadna przyjemność....  Maluchy już prawie tydzień są w nowych domach - mam nadzieję, że po niedzieli dostane nowe wiadomości o nich. Wiem, że najtrudniejsze są pierwsze dni, dla właścicieli również. Podobno Drago - ten z niebieską wstążeczką, który mieszka w Kolonii - siusia w domu wyłącznie na jedno miejsce, na gazetę, a na kupkę żąda wyprowadzenia na dwór  - niezły jest, prawda? Na dodatek prawie wcale nie płakał!! Pozostali chłopcy trochę popłakują, ale mam nadzieję, że niedługo dostanę pomyślne wiadomości. Dziewczyny mają dużo lepiej - nie dosyć, że są razem, to na dodatek w domu, gdzie już mieszkają pinczery - na pewno jest im łatwiej. 

04-05-2004r.
            W niedziele byliśmy na wystawie w Łodzi - Nikita została w domu, bo ma cieczkę, pojechały z nami Aria i Psotka. Aria zdobyła swoje pierwsze Zwycięstwo Młodzieży, a Psotka kolejny raz dostała tytuł Najpiękniejszego Weterana następna wystawa  w Lesznie.
            No i całkiem prywatna sprawa: Panie Radku - od Tory - rozmawialiśmy przez telefon, ale nie zostawił mi pan żadnego kontaktu do siebie. Jeżeli trafi Pan na tę moją prośbę, to bardzo proszę o podanie mi jakiegokolwiek adresu e-mail, bo jeżeli coś znajdę, to będę podawała adresy stron www, a o wiele łatwiej jest to napisać niż dyktować przez telefon.

05-05-2004r.
            No więc może trochę o moim ogródku - jeżeli to coś w ogóle można tak nazwać? Porobiłam dziś kilka zdjęć i w ten sposób się dowartościowałam, bo ukryłam wszelkie miejsca nie zrobione - czyli większość powierzchni. Ale pewnie zajmie mi to lata , zanim będę mogła powiedzieć, że mam ogródek. Jak narazie - jest to częściowo zagospodarowany plac budowy - moja radosna twórczość artystyczna. absolutnie się na tym nie znam, jak coś posadzę, to raczej bez dociekania czy dana roślinka może tam rosnąć, na dodatek psy robią sobie po tym przebiegi i jak mogą to jeszcze nasiusiają. Ale coś rośnie - może już całkiem odporne? Mam oczywiście zamiar odgrodzić miejsce dla psów, ale to trzeba by jechać do sklepu po dalsze części płotka - a to już wielka wyprawa z kierowcą, który ma na to czas... w nocy... No dobrze, trochę mogę robić sama - i robię, ale oczywiście żeby zrobić całość potrzeba czasu i... pieniędzy. Dziurę po oczko już wykopałam - ale dwa lata temu, więc teraz to  niczego nie przypomina. A dalej zobaczymy - zapewne jak cały dom: za jakieś dwadzieścia lat będzie już gotowy... i zaczniemy remont...



 



 

 

 


 



 

            Oczywiście - nie mam zielonego pojęcia jak co się nazywa - a nawet gdybym się dowiedziała - to i tak zapomnę. No dobra, wiem, że tulipan - to tulipan .... Większość tego to sadzonki sprezentowane od innych, kilka kupiłam - ale już pewnie nie będę miała okazji, bo zlikwidowali sklep ogrodniczy, który był niedaleko nas. No trudno - dalej będę żebrać "po ludziach"... 

09-05-2004r.
            Kupiłam..... na dodatek - jak tylko posadziłam, to się rozpadało. Ale już coś zacznie rosnąć - a to mnie najbardziej cieszy. Zupełnie nie wiem co kupuję, bo tylko patrzę czy mi się podoba. Może naiwnie wierzę sprzedawcy? Mówię jakie mam stanowisko przygotowane, jak to mniej więcej ma wyglądać no i czekam na opinie. No, ale jedno wymieniłam - najpierw kupiłam kiwi (tak to pan nazwał po polsku, po łacinie też mówił, ale moja pamięć jest na takie mądre słowa odporna) - a potem się dowiedziałam, że to może być jakaś odmiana , która potrzebuje roślinki męskiej i żeńskiej, i zwątpiłam - wolałam nie ryzykować. Choć kto wie - może jeszcze się skuszę? No, jeżeli chodzi o moje chęci, to najbardziej bym chciała podjechać ciężarówką i załadować te śliczności z centrum ogrodniczego. Np. bungewillę czy jak to się pisze   - mały krzaczek prawie 100... Zresztą, i tak nie mam nic przygotowane - ani miejsce, ani podłoże, a posadzić byle gdzie to się nie opłaca - biedactwo mogłoby nie przetrzymać moich eksperymentów. Powoli, powoli, coś zacznie rosnąć. I jeszcze muszę clematisowi zrobić porządną podpórkę - wiciokrzewowi zresztą też, bo niedawno ktoś nam połamał. - wczoraj kupiłam, jutro będę malować i gotowe. Obłożyłam kamieniami - jako teoretyczną ochronę przed tornadem o imieniu Aria.  Na szczęście cały dzień pada, więc psy leżą pod kołdra i udają, że im się wcale siku nie chce...


10-05-2004r.
            Dziś byłam na spacerze w Ogrodzie Botanicznym - z Teściówką. Oczywiście, że kupiłam jakieś zielsko  i oczywiście, że nie wiem jak się to-to nazywa. Tzn. kupiłam obok ogrodu, bo na miejscu nic nie można kupić. Spacer zajął na trzy godziny, było pięknie, ciepło i słonecznie - a tuż przed domem dorwała mnie burza z piorunami i ulewa. Teraz już się przejaśniło, mogłam więc posadzić dzisiejszy zakup. To takie maleństwa, na skalniak. Teściowa za to zachorowała na piwonię krzewiastą czy też drzewiastą - nie wiem jak się nazywa. i na jeszcze parę innych. Do Ogrodu Botanicznego należało by chodzić prawie co tydzień - bo ciągle coś innego jest "w pełni sezonu". Najpierw zdjęcia moich nabytków - to żółte to podobno fiołek, jest wielkości leśnego fiołka, no, może ciut ciut większy. I pachnie... Te dwa pierwsze zdjęcia - to roślinki z szabru, ale nie z Ogrodu Botanicznego, słowo!

 

18-05-2004r.
                No więc trochę dziś poszalałam - zrobiłam dalszą część skalniaka. No - prawie zrobiłam.... A jaka byłam z siebie zadowolona, że uwinęłam się tak szybko z robotą - okazało się, że to w zegarku padła bateria i już prawie o zachodzie wciąż miałam 14.30..... Po ciemku trochę trudno się grzebie, więc jutro będę dalej tworzyć. Przemyślałam trochę i muszę poprzesadzać starsze roślinki - starsze, bo niektóre od ubiegłego roku. Wysokie najbardziej -  muszą mieć miejsce. No i cześć skalniaka, którą zrobiłam w ubiegłym roku muszę poprawić - psice ciągle tam wbiegają i się cały rozjechał. Znalazłam jednak na nie sposób - tylko muszę mieć odpowiednie kamienie, zobaczymy, co da się wykombinować. Kilka dni temu Michał umocował połamaną w Święta cześć podpory na wiciokrzewy i dołożył jeszcze jeden segment - powoli, powoli zaczyna to wszystko nabierać kształtów. Bardzo powoli.... Dostałam od Taty przepiękną, miniaturową azalię i się zastanawiam czy wysadzić ją do gruntu? Kwitnie obficie, cudownie - na różowo


                Aha, zapomniałabym - w hodowli, z której pochodzi Aria, urodziły się dziś szczeniaczki - 11 !! Cztery pieski - dwa rude i dwa czarne i siedem suczek - cztery czarne i trzy rude. Gratulacje!!

21-05-2004r.
                Pozmieniałam  - coś mi nie pasowało, teraz moim zdaniem jest lepiej....

                Teraz jeszcze muszę dokupić ziemie ogrodową, no i oczywiście - roślinki. ale to ze spokojem, ziemia ważniejsza. I chciałabym jakiegoś krzaczora - ładnego oczywiście, jak narazie w grę wchodzi sporo, muszę przeprowadzić selekcję. Podobają mi się różne, różniste - ale muszę dobrać ze względu na rozmiar, warunki, stanowisko itp. 

24-05-2004r.
                Dostałam prezencik imieninowy od Taty - sama go sobie wybrałam - podobno to prymulka? Jutro jadę do Castoramy dokupić sztachety do płotka - brakuje mi 4 sztuk - i zamierzam w końcu wygrodzić miejsce dla psów, bo kolejny kwiat został zmaltretowany... A Aria....ma ciążę urojoną!! O rany...

26-05-2004r.
                Dzień Matki...... Byłam na cmentarzu u mojej Mamy, a potem pojechaliśmy do Mamy Jarka.... Mimo wszystko - to dla mnie smutny dzień....

30-05-2004r.
                Wystawa w Lesznie. Pogoda piękna, ciepełko, wszystko pod olbrzymim namiotem  - więc dużo cienia. Nikita szła w klasie otwartej - dostała złoto, ale nie dostała CWC (a bardzo by jej się przydało.....), Psotka oczywiście w weteranach - również dostała złoto i tytuł Najpiękniejszego Weterana, a Aria..... złoto, Zwycięstwo Młodzieży i Zwycięstwo Rasy!!! Za tydzień jedziemy do Gorzowa Wlkp. Mam nadzieję, że również będzie świecić słoneczko. Dziś jestem już zmęczona, więc więcej nie piszę - dodałam wyniki w wystawach i oczywiście zdjęcia, jak zwykle  - podłej jakości....

02-06-2004r.
            Wczoraj Maciek nie poszedł do szkoły - z okazji Dnia Dziecka - i tak mieli tylko jedną lekcję. Za to od samego rana usiadł do komputera  - dostał od Tufi grę i kompletnie wyłączył się ze świata. Na szczęście później przyszedł jego kolega i wyciągnął go na rower, bo inaczej tkwił by tu do wieczora. Wczoraj jeszcze było cieplutko i słonecznie, dziś tylko cieplutko. Właśnie się rozpadało - a ja zdążyłam pomalować tylko dwie drabinki do kwiatów - i to tylko jeden raz. Drabinki zrobił Jarek - ciut inne niż kupne, ale dobre i mocne. I tańsze.... Gdy malowałam to psy były ze mną na dworze - jak zwykle zresztą, kontrola musi być pełna. Tzn. one mnie kontrolują... No i mimo tego, że niby cały czas je widziałam Aria zeżarła mi hortensję! Choroba jasna! Wywlokła ją z korzeniami - przy okazji okazało się, że to są dwa krzaczki - i poobgryzała większość gałązek. Jeden z krzaczków dałam sąsiadce - posadziła tuż przy moim płocie, więc jest szansa, że choć tak będę widziała piękną roślinę. Bo co się uchowa u mnie to nie wiadomo... Ponieważ na wystawie w Lesznie - w Łodzi i Kwidzynie zresztą też - Aria nie za bardzo chciała pokazywać zęby, ćwiczę z nią to codziennie. I ta zaraza pokazuje bez problemów, spokojnie siedzi, daje sobie pogrzebać w paszczęce, jestem ciekawa, jak to wyjdzie za kilka dni w Gorzowie? Tym razem wchodzimy zaraz o 10.00, więc czeka nas wczesna pobudka, żeby ze wszystkim zdążyć: dojechać, znaleźć, odebrać nr startowy i dotrzeć na ring. A Psotka natomiast już w ogóle ma wszystko w głębokim poważaniu - na wystawie wcale nie chce się ustawiać. Umie, owszem i jak już się zdecyduje, to stanie ładnie. Ale ostatnio zauważyłam , że interesuje ją wszystko dookoła tylko nie ring.  Może czas zacząć wystawiać drugą weterankę - Bigę?

05-06-2004r.
            Pralka mi się zepsuła.... Dlaczego muszę znów wydać nie zaplanowane pieniądze?? To nasze ustrojstwo kupiliśmy 8 lat temu w komisie - używaną, raz była naprawiana i zapewne miała już prawo się wysłużyć. Ale... No trudno, usiadłam przed komputerem i zaczęłam sprawdzać modele, parametry itp. Oczywiście selekcjonowałam je pod względem ilości pobieranej wody, zużytej energii itp. Jak już się nasiedziałam i pospisywałam - mój kolega małżonek stwierdził, że... pranie musi być prane w porządnej ilości wody, bez wody się nie da. I powiedział, że on sam pojedzie - do tego samego komisu chyba - i kupi pralkę. Byleby była tania... Kurcze blade...

07-06-2004r.
            Aria zakończyła Młodzieżowy Championat Polski !!! Dojechaliśmy na miejsce z małymi problemami - bo zachodziła uzasadniona obawa, że nie zdążymy na 10.00. W końcu jak już dotarliśmy, to okazało się, że aby odebrać nr startowy muszę przebiec się daleko, daleko do biura wystawy - biuro umiejscowili w kompletnej izolacji od wystawy - jakby za drugim stadionem, więc było co biegać - i wrócić na wystawę w ciągu dwóch minut. Oczywiście pognałam, mało tego - wepchnęłam się w kolejkę - i zdążyłam na ring. Przed czasem, bo sędzia przyszedł po 5 minutach. I całe szczęście, bo byłam tak zasapana, że zapewne nie miałabym siły słowa powiedzieć. Najpierw szedł rudy piesek mini - on wygrał rasę, potem Nikita - dostała CWC, potem była Aria: Zwycięstwo Młodzieży - już 3 raz więc tym samym została Młodzieżowym Championem Polski - oraz BOB czyli Zwycięstwo Rasy, no i na końcu Psotka-emerytka, też złoto. I o godzinie 10.10 byliśmy po wystawie. No, nie zupełnie - zapowiedziano, że dla wszystkich Zwycięzców Ras są puchary - do odebrania na ringu głównym, po godzinie...16.00... Czekaliśmy, a jakże. Pogoda piękna, słoneczna, spotkaliśmy sporo znajomych , kibicowaliśmy innym psiakom, robiliśmy zdjęcia i odpoczywaliśmy. A co, tez nam się należy niedzielny piknik. Zdjęć trochę porobiłam, ale pinczerów niestety nie było... No trudno. No i coś grzebią na serwerze - bo od soboty nie można się tam dostać. Podobno na krótko, ale zaczynam się jeżyć.  Teraz biegnę do sklepu sprawdzić czy mają szkiełka spawalnicze bo jutro ma być widoczna Wenus na tle słońca i Maciek z dzieciakami z klasy chcą to zobaczyć.

13-06-2004r.
            Serwer niby poprawiony ale znów coś się kiełbasi i nie mogę nic dodać. No cóż - poczekamy .... A dziś byliśmy na wystawie w Kaliszu, Nikita CWC, Aria Zwycięstwo Młodzieży i Psotka Najpiękniejszy Weteran . Wyniki już zapisałam, nawet jest kilka zdjęć - ale nie wiem kiedy będę mogła wrzucić na serwer. W każdym bądź razie mieliśmy farta, bo o 10.oo wchodziły na ring miniatury, potem średniaki, a potem... zaczął padać deszcz. Dziewczyny zaprowadziliśmy do samochodu i przeczekaliśmy "płaczącą chmurę", potem jednak już nie byliśmy zbyt długo. Prawdę mówiąc spieszyliśmy się do domu, bo Maciek dziś wracał z trzydniowej wycieczki i musieliśmy go odebrać. No trudno, na ringu głównym zabrakło moich dziewczynek, ale myślę, że wyszła Okinawa, która wśród średniaków zdobyła BOB-a. Organizacyjnie? Jakby tu powiedzieć?.... Wystawa mała, teren ładny, ringi duże, ale... No właśnie: zapłaciliśmy odpowiednio wcześnie, a potwierdzenie przyszło z dopiskiem "dopłacić". Dodzwoniłam się do nich kilka dni temu i pan powiedział, że to pomyłka ale przed wejściem na ring mamy się zgłosić do biura wystawy. No dobrze, pognałam oczywiście truchcikiem, a tam tłum ludzi - większość oczywiście z psami, więc zamieszanie spore. Niby obsługa wystawców była podzielona wg alfabetu (nazwiska właścicieli) ale siedzieli tak blisko siebie, że praktycznie jeden drugiemu stał na głowie. Mało tego - pani, która obsługiwała naszą literę chyba nie bardzo wiedziała co ma robić. Przede mną była dziewczyna i gdy podeszłam , pani czekała. Nie robiła nic. Bo to koleżanka wiedziała jak rozwiązać tę sprawę. Ponieważ nic nie robiła, to poprosiłam czy może mi wydać numer startowy dla Arii, bo zaraz wchodzimy na ring. Spojrzała na mnie jakbym przynajmniej miała rogi i przeciągle powiedziała: "zaaaaraaaazzzz". A gdy już w końcu mną się zajęła to zapytała o co mi chodzi. No więc powtarzam, że zapłaciłam prawidłową kwotę, a przysłano mi tylko 2 numery startowe, więc proszę o wydanie trzeciego. Przedstawiłam oczywiście dowód wpłaty. Na to pani wzięła dowód wpłaty do ręki i czyta, czyta, czyta (wydruk komputerowy, litery duże i wyraźne, kwotę pokazałam palcem). jak już przeczytała to pyta: a dlaczego nie zapłaciła pani za trzeciego psa? Więc tłumaczę, że to weteranka i że idzie bezpłatnie. Aha - odpowiedziała pani - a ile pani zapłaciła? Kurcze blade! Mówię, że zapłaciłam za dwa, a wystawiam trzy, tylko że trzecia to weteranka. Aha - powiedziała pani - chwileczkę... I zaczęła tłumaczyć wszystko od nowa koleżance!. Więc się zjeżyłam i mówię, że zaraz wchodzę na ring i czy mogłaby się streścić. Na to pani za spokojem: "to pani wina, bo trzeba było przyjechać godzinę wcześniej". I... zaczęła szukać numerka.... Jak już znalazła, to oczywiście musiała zapytać koleżanki czy może go wydać!! Koszmar!! W końcu prawie wyrwałam jej to z ręki, zebrałam swoje papiery - a na koniec usłyszałam, że robię im zamieszanie!!! Łomatko.... No i żeby nie było.... Ocenę i dyplom dostaliśmy bez teczek. Wszystko fruwało, trzeba było wepchnąć do plecaka i dowieźliśmy do domu pogniecione... Na wystawie spotkaliśmy również nie wystawianego pinczera średniego - okazało się, że właściciel spóźnił się  o jeden dzień i już zgłoszenia nie przyjęli. No trudno, pies bardzo ładny, był tylko raz wystawiany - w Częstochowie, teraz musi trochę się po pokazywać. Prawda, że ładny?

 

ROKI Ekado (RAF)
o: CANO Trzynastka
m: JESSY Ekado
właściciel: Piotr Henzel - Kalisz

15-06-2004
            Dziś ma przyjechać do naszego domu nowa pralka. Nowa - podkreślam! Byliśmy w kilku komisach - tego, w którym kupiliśmy poprzednią już nie ma. Tamten facet rozebrał pralkę na części, wszystko wyczyścił, wymienił uszczelki i co tam trzeba było, przetestował, znów wyczyścił i dopiero sprzedawał. Teraz zastaliśmy w komisach pralki wskazujące na wysokie użytkowanie - po prostu, ktoś odłączył od prądu i wstawił do sklepu, nawet z resztek nie oczyszczone, po prostu oblepione tym czymś. Stwierdziliśmy, że jak mieliśmy szczęście 8 lat temu to już nie będziemy ryzykować i Jarek wczoraj pojechał do sklepu i zamówił Candy. Oby się sprawdziła. Wczoraj malowałam drewniane konstrukcje do kwiatów i mam nadzieję, że w końcu mój kolega małżonek dowiezie do domu wkrętarkę, bo bez tego trochę trudno mi będzie to coś przymocować. No i muszę podwyższyć płotek, a to tez się trzyma na wkrętach. Michał natomiast skrobał ze starej farby bramę garażową, robota goopiego, ale trzeba bo się już straszliwie sypie. Oczywiście - zrobił tylko połowę, nie ma tak dobrze. Obiecał, że w sobotę dokończy i pomaluje. Zobaczymy. Teraz idę malować resztę i zamierzam szybko to wszystko zakończyć, bo już mam serdecznie dosyć wykopanych dołów, podgryzionych roślin itp. Mam tylko nadzieję, że 120 cm Aria nie przeskoczy??. A wieczorem  chcę  pojechać z dziewczynami do weterynarza - czas szczepień. Tylko coś mi się nie podoba Nikita, a raczej jej kupencje.... No tak, a teraz zwymiotowała. Na moje łóżko.
            Michał ma mały problem - w ubiegłym roku zawalił szkołę i chciał w tym roku pójść do Technikum, ale niestety , nie uda się. Okazało się, że on jest ostatnim rocznikiem kształconym wg starego systemu i już nie ma dla niego klasy - teraz wyłącznie może iść do Liceum Wieczorowego, a nie tak jak chciał do Technikum dziennego. No cóż, sam sobie winien, choć on mówi, że wina jest po naszej stronie, bo urodził się o rok za wcześnie..

21-06-2004
            Wczoraj wróciliśmy bardzo późno, więc już nic nie pisałam - ale dziś nadrabiam.  Nie dosyć, że cały tydzień Nikita była na diecie więc zawsze szczuplutka - zrobiła się jeszcze bardziej, to jak dojeżdżaliśmy do Szczecina to zwymiotowała - no cóż, powiedzieć, że jest zagłodzonym przecinkiem to już chyba komplement. Za to humorek jej się poprawił i od wczoraj jest już wszystko ok. No ale na wystawie, sędzia napisał jej "przesadnie podkasana" - to dopiero jest niedopowiedzenie! Chuda jak osa. Szła pięknie, stała pięknie, pokazała się pięknie i dostała CWC!!!! Hura, hura, hura!! Nie można jeszcze przyznać jej tytułu Championa Polski, bo od pierwszego przyznanego CWC musi minąć pół roku - przypuszczam więc, że ta sztuka uda nam się dopiero w przyszłym roku. Aria natomiast zajęła II miejsce i dostała srebrny medal, Psotka oczywiście szła sama i dostała złoto. Teraz w wystawach robimy przerwę, pokażemy się z dziewczynami dopiero we wrześniu  w Łodzi na Klubowej i w Poznaniu. Po wczorajszej wystawie zostaliśmy zaproszeni do Izy na ciacho i kawę - w efekcie w jej mieszkaniu na 4 piętrze (gdzie na co dzień mieszka tylko Layla) gościła Nikita, Psotka, Aria, Frajda i Anda!!!

od lewej: Aria, Nikita, Psotka - w kagańcu, bo jak zwykle miała za dużo do powiedzenia,
Anda-dobermanka, przed nią Frajda i na końcu gospodyni - Layla

Nikita, Aria, Psotka, Anda, Layla i Frajda


            Ach, nie napisałam jeszcze, że w czwartek przyjechał mój brat ze swoją córeczką, Jolą. Nie pojechali z nami do Szczecina, za to prawie cały dzień byli w Nowym Zoo, Jolka zachwyciła się motylarnią - pewnie by tam zamieszkała, gdyby mogła, ale chyba najbardziej spodobała jej się zagroda małych kózek, do której można wejść, głaskać maluchy, karmić - Olek nie mógł jej stamtąd wyciągnąć. Teraz Jolka ogląda Toma i Jerry'ego. TV ryczy na cały regulator - no, prawie - bo Jolka... niezbyt dobrze słyszy. Olek pójdzie z nią do laryngologa w Warszawie. Z Maćkiem też tak było, lekarz powiedział, że to przerośnięty trzeci migdał i że narazie nie ruszać - faktycznie, samo przeszło.

25-06-2004
            Koniec roku szkolnego, koniec VI klasy i koniec szkoły podstawowej. Te naiwne dzieciaki chyba jeszcze nie zdają sobie sprawy, że teraz wcale nie będzie łatwiej.... Pewnie sądzą, że wszystko się zaczyna od nowa, ha! No nic  - teraz dwa miesiące wakacji. Na zakończenie szkoły była akademia przygotowana przez wszystkie szóste klasy, dzieciaki z piątej przejęły sztandar szkoły i pożegnały "emerytów", kwiatki rozdane, parę łez popłynęło i....koniec.

            Ku mojemu niebotycznemu zdumieniu Maciek TEŻ dostał świadectwo ukończenia szkoły - a myślałam, że tym razem już mu nie darują lenistwa? No ale dostał - chyba tylko z dobroci serca... No dobrze, trochę przesadzam, coś tam umie. Reprezentował nawet szkołę w konkursie z przyrody. Wiecie czego mi najbardziej brakuje? Ja już nie czekam na WAKACJE! Po prostu - wiecie jakie to strasznie dołujące??
            No ale za to mam zielsko w ogródku - jeszcze, bo ślimaki, mszyce i inne świństwo nie pożarły wszystkiego na jeden raz, w końcu muszą czymś żyć przez cały sezon.... Posypywałam, opryskiwałam, eee tam , jakbym nic nie robiła. Jarek się śmieje, że najlepiej to wetknąć w ziemię plastikowe kwiaty - nawet podlewać nie trzeba...


            A co robią psy w czasie deszczu?? Pilnują oczywiście, na parapecie i pod dachem.... Aria za żadne skarby nie chciała wejść do domu, wskoczyła tylko na parapet co by nie zmoknąć i czekała tam aż przestanie padać. Podniosłam płotek między ogródkiem a podjazdem, Aria już nawet nie próbuje go przeskoczyć, tylko... zabrakło mi kamlotów, żeby zapchać od dołu. Ale powoli, powoli  i to zrobię. Jarek z Michałem je przywożą, a ja ganiam z nimi po ogródku. No dobrze - "ganiam' to może lekka przesada, ale sama je przekładam, turlam i ustawiam. Jeszcze kilka lat i już będzie gotowe. Chyba....

            Dziwicie się pewnie dlaczego ciągle dokładam zdjęcia kwiatów, a psów już nie tak dużo? Ojej, no przecież psy mam ciągle te same, a ogródek zmienia się. Jak mu Aria pomaga - to z godziny na godzinę....

            A wieczorkiem oglądałam sobie TV - jak zwykle z którąś psicą do mnie przyklejoną, tym razem to była Nikita. Po jakimś czasie Nikita zaczęła się do mnie jeszcze bardziej przytulać, na co dwie zazdrośnice - Biga i Aria - natychmiast chciały zrobić to samo. Nastąpiła INWAZJA!!!... Zaczęła się kotłowanina, każda chciała być najbliżej, ja kombinowałam jak koń pod górkę co by nie zostać zalizaną na amen, a Jarek tylko śmiał się i pstrykał zdjęcia....




02-07-2004r.
            Elu, odeszłaś wczoraj na wieczny spacer po łąkach, mimo że tak bardzo kochałaś i ludzi, i zwierzaki. Za wcześnie, jeszcze tyle planów było, tyle spotkań, wystaw, pogaduszek......  Byliśmy z Tobą sercem i myślami w ciężkich chwilach, nadal myślimy o Tobie. Już nie cierpisz, znów możesz się uśmiechać.......

05-07-2004r
            Musiałam złożyć reklamację na poczcie, pierwszy raz w życiu - więc może mam trochę szczęścia, ale i tak jestem zła. Wysłałam 11 czerwca trzy listy polecone do Niemiec, zawierające rodowody psów - no i jeden, Dagera,  nie doszedł. Pani powiedziała, ze maksymalnie zajmie im to trzy miesiące i że jest prawdopodobne, że się znajdzie. A jak nie - to dostanę odszkodowanie, ale po jakiego grzyba mi ono, jak potrzebny jest rodowód? Właściciel wyjechał ze szczeniakiem pod koniec kwietnia i czeka na dokumenty - a ja mam mu powiedzieć, że to jeszcze potrwa ze trzy miesiące?? Mam jednak nadzieję, że to nie potrwa tak długo i że dokument się odnajdzie. 
            Dziś w końcu jedziemy do naszej pani wet-doktor, bo musimy umówić się na operację - odwlekam, to odwlekam i w końcu już nie mogę dłużej. Psotka i Biga mają mieć usunięte guzki okołosutkowe, wyczyszczone zęby i prawdopodobnie zostaną wysterylizowane, Psotka dodatkowo ma mieć obcięte pazury - nie daje sobie zaraza jedna obciąć. Mogłabym jej chyba na żywca oko wydłubać, ale jak tylko dotknę jej pazurów to strasznie panikuje. No i ma długie, bardzo długie - bo jak mam się tak nad nią znęcać? Piszę, że "prawdopodobnie" będą sterylizowane, bo bardzo się tego boję - nie sterylizacji ale, że to wszystko ma być na jeden raz, to chyba jednak spore obciążenie? Z drugiej strony dwie operacje (osobno sterylizacja) i dwie narkozy to też nie najszczęśliwsze rozwiązanie. Psotka ma już ponad 10 lat, niby jest w dobrej kondycji, ale i tak bardzo się boję. O Bigę zresztą też, mimo że jest o dwa lata młodsza. No dobra, ja się boję wszystkiego, nawet mam problem, żeby własne dziecko zaprowadzić do szczepienia. Wszyscy mi mówią, że mam nie marudzić tylko gnać do weta, no ale...
            Maciek od dziś poszedł na półkolonie - jak co roku - a na początku sierpnia chce jechać na obóz sportowy z piłką nożną. jeszcze go nie zapisałam, bo nie może się zdecydować na termin. Zapewne od 2.VIII. - do Olsztyna. Mógł jechać na podobny obóz do Kołobrzegu - ale pod namioty, jednak pogoda nie nastraja optymistycznie i mogłoby się okazać, że z piłkarskiego zrobił się obóz błotny.

            No i za długo odwlekałam - pani doktor powiedziała, że operację powinno się wykonać jakieś 3 miesiące po cieczce, a obie - czyli Psotka i Biga mają ja mieć teraz, w lipcu. Więc będziemy czekać do października.... Wszystkie dostały komplet szczepień - podobno (bo ja nie byłam, tylko Jarek z Michałem) Nikita i Aria nieźle spanikowały, wyrywały się itp. Po przyjeździe do domu ganiały ile wlezie, ale potem położyły się i gdy Aria po godzinie wstała, to okazało się, że kuleje na tylną łapę - z tej strony, gdzie dostała zastrzyk. No i żeby to nie było wszystko - zwymiotowała mi - ku mojej radości - do łóżka. Musiała się bardzo postarać , bo za jednym strzałem załatwiła mi obie kołdry i prześcieradło, nie mówiąc już o materacach... Chodziła pokulona, z podwiniętym ogonem oklapłym uszkami, smętna i smutna - ale jak rzuciłam kawałeczek szyneczki to nagle łapa przestała ją boleć i wystartowała jak z procy. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.
            Choroba - Biga spuchła... Wygląda jak pies z kreskówek.... Przy ostatnim szczepieniu spuchła Psotka - ale dużo gorzej wyglądała, jak zatuczony rottweiler, była niespokojna, nie mogła sobie znaleźć miejsca, dyszała - wtedy Jarek zawiózł ją na jakiś zastrzyk, pewnie z wapna. Tym razem dostała inna szczepionkę. Teraz Biga ma tylko opuchnięte fafle i dałam jej wapno w syropie, trzy łyżeczki. No i oczywiście nie śpię - a już jest dobrze po północy, czyli jutro?? i pilnuję czy opuchlizna się nie powiększa. Biga - w przeciwieństwie do Psotki z ostatniego razu - jest spokojna, robi sobie manicure, zakopała się pod kołdrą. Dałam jej miseczkę lodów - od ust sobie odjęłam, bo to było dla mnie - nie wie czy pomoże, ale na pewno bardzo jej smakowało.

            Ja nie byłam u weta, bo zadzwoniła pani z poczty i powiedziała, ze przyszedł zwrot listu poleconego z Niemiec - i jechałam nadać go ponownie. Podobno adresat nie odebrał przesyłki.....

06-07-2004r.
            Już dawno stwierdziłam, że rano, szczególnie, gdy wstanę za wcześnie, znika gdzieś moja tolerancja czy wyrozumiałość. Oczywiście właśnie wtedy nie omieszkam poinformować moich panów o stopniu mojego niezadowolenia - na co zawsze słyszę, że "...dlaczego muszę od rana wynajdować domowe oraz rodzinne usterki i narzekać?...." No cóż, może dlatego, że jak narazie nie ma ustawowego nakazu narzekania od na przykład 8.30 - kiedy to wszyscy domownicy zdążą się już dawno ewakuować. A jak nie ponarzekam rano, to po pierwsze - do popołudnia i tak zapomnę, a po drugie - sama już dawno wszystko popoprawiam i posprzątam, i nie mam powodów do marudzenia. Dziś mój kolega małżonek naraził mi się okrutnie. Nie spałam pół nocy, no dobrze, spałam, ale tak na jedno oko (albo przynajmniej tak mi się wydawało), bo co chwila sprawdzałam co z Bigą. Co na nią spojrzałam, to sobie smacznie spała w nogach łóżka, opuchlizna zanikała, więc przewracałam się na drugi bok i drzemałam dalej. Przed 6.00 wypuściłam psy na dwór i wreszcie porządnie zasnęłam. O 7.05 obudził mnie oburzony głos Jarka: " &@#$, A co to jest??!!!..." No jasna pogoda, skąd ja mam wiedzieć, co facet ma na myśli?? Otworzyłam to jedno ślipię, na które już mogłam patrzeć i zobaczyłam mojego małżonka, który z wielkim obrzydzeniem na twarzy wgapia się we mnie. No cóż, wiem, że rano człowiek nie wygląda najpiękniej, szczególnie, jak jest niedospany, ale żeby zaraz "obrzydzenie"?? Więc wychrypiałam bardzo cichutko "to tylko ja", obróciłam się na drugi bok i chciałam spać dalej. Ale nie - nie ma tak dobrze! Zostałam brutalnie obudzona i powiadomiona, że "chyba pies sobie haftnął"... No tak - w tłumaczeniu na ludzki język oznaczało to: "kochanie, spieszę się do pracy i nie zdążę tego posprzątać, czy mogłabyś wstać i umyć to wszystko? Bardzo ci dziękuję i przepraszam, że ośmieliłem się ciebie budzić o tak nieludzkiej porze....." No i co miałam zrobić? Zwlokłam się z mojego cieplutkiego, przytulnego łóżeczka - które nota bene wołało do mnie "połóż się, śpij, nie odchodź" - wreszcie spojrzałam na.... to coś!. Po wielkich dociekaniach doszłam do wniosku, że to niestety prawdopodobnie Biga nie obudziła nikogo, tylko załatwiła swoją potrzebę pod moim biurkiem. Niby wszystko ok, bo w końcu kto  by się ośmielał mnie budzić w środku nocy tylko dlatego, że chce wyjść na dwór, tylko, że wybrała sobie miejsce chyba najmniej do tego odpowiednie - wszystkie kable od komputera!. A tak ją nieźle przeczyściło, że faktycznie w pierwszej chwili nie wiadomo było, czy to wszystko wyszło górą czy dołem (no dobra - przodem czy tyłem), to zapaćkanie miałam wszystko na przestrzeni metra:  musiałam odsunąć szafki, komputer, powyławiać kable (tam są jeszcze od telefonu i subufera (cokolwiek to oznacza). Panowie zdążyli się przygotować do wyjścia, zjeść śniadanko, wypić kawkę i na odchodnym rzucili tylko "....przy drzwiach też coś jest...", Najgorsze jest to, że się zmyli z domu i nie zdążyłam wyrazić swojego ubolewania nad niesprawiedliwością tego okrutnego świata, źle wychowanych dzieci i męża-sadysty ............

            Po południu pojechałam do centrum, żeby w końcu załatwić Maćkowi ten wyjazd na obóz. Wczoraj ustaliłam wszystko telefonicznie i dziś pojechałam zapłacić i odebrać kartę do wypełnienia. Obóz, niestety, nie jest darmowy, więc najpierw czekała mnie wizyta w banku. Mogłam wejść do oddziału, gdzie zawsze wszystko załatwiam, ale w tym celu musiałabym wysiąść z tramwaju i potem się przesiadać. Aby zaoszczędzić na czasie, wysiadłam prawie na miejscu  i poszłam do innego oddziału banku. Podałam pani mój dowód osobisty i powiedziałam o co chodzi. Pani otworzyła dokument, spojrzała na zdjęcie, na mnie, znów na zdjęcie, zajrzała do komputera i... zadała mi tzw. pytanie kontrolne. Trochę zdziwiona odpowiedziałam, pani natomiast najpierw znów mi się bacznie przyjrzała, no a dopiero potem zdecydowała się wypłacić. Już byłam podłamana - bo w końcu ile można się zmienić w stosunku do własnego zdjęcia, tym bardziej, że do wczoraj wszyscy mnie rozpoznawali.... No może wyjątkiem był dziś rano kolega małżonek... W każdym bądź razie wydrukowała ta pani kwit i kazała mi podpisać - nie namyślając się zrobiłam to i... okazało się, że zamknęłam kółko w literze P, a we wzorze podpisu było otwarte. Pani powiedziała, że mi pieniędzy nie wypłaci. Zażądała prawa jazy - nie mam, karty miesięcznej na tramwaj ze zdjęciem - nie mam, legitymacji ubezpieczeniowej  - nie wzięłam. W końcu wyjęłam pani wszystkie moje karty do bankomatu, gdzie jak wół jest wytłoczone moje nazwisko i P w podpisach ma kółko zamknięte.  Przyjęła do wiadomości i.. zaczęła mnie pytać o inne dane z komputera. Recytowałam jak leci, w końcu pani pyta o mój telefon komórkowy, podaję - a ona z satysfakcją: NIE ZGADZA SIĘ! NIE WYPŁACĘ! Tłumaczę jak komu dobremu, że już dawno zmieniłam, ale poza tym na wszystkie pytania odpowiedziałam poprawnie. Nie i nie. W końcu oparłam się o ladę i powiedziałam, że w takim razie poczekam na grafologa. W końcu pani z wielkim ociąganiem wypłaciła mi żądaną sumę, ale wzdychała przy tym tak strasznie, że nie wiedziałam czy przypadkiem nie oddaje mi swoich własnych pieniędzy...

11-07-2004r.
            Co to się porobiło?! Aria miała cieczkę w marcu, teraz jest termin Bigi - dostała kilka dni temu, a za jakieś dwa tygodnie Psotki. Tymczasem cieczkę dostała również Aria!! Widocznie doszła do wniosku, ze skoro ona zamierza rządzić w tym domu - a na to wygląda - to nie może mieć cieczki w innym terminie niż wszystkie. W parku jakiś pies od kilku dni koniecznie chce wskoczyć na Arię, ta mu się wywija, a ja tłumaczę właścicielowi, że ona NIE ma cieczki!  Ale wstyd... Dobrze, że zauważyłam dziś - bo mogłoby nie być wesoło.
            Jarek wczoraj pojechał nad morze - zawieźć Michała z kolegą, przy okazji wziął na przejażdżkę Maćka. Pogoda paskudna ale im się podoba, bo mogą pospacerować. Dziś wieczorem wracają.
            Aha, ten płotek, który niedawno podwyższyłam - Aria przeskakuje bez problemu. Chyba się załamię.... Wygląda na to, że muszę wymienić sztachety na dłuższe, a to spory wydatek , więc... Choroba jasna... Na dodatek nie mam pewności ILE ona może przeskoczyć - a przecież nie będę wydawać pieniędzy po to, by się w końcu okazało, że to dla niej żadna przeszkoda.. Jak to sprawdzić?...

12-07-2004r
            Leje. Pogoda do niczego, a moje starsze dziecię wymyśliło sobie pobyt nad morzem - chyba przesiedzi w knajpach. O ile oczywiście starczy mu pieniędzy... Jarek z Maćkiem wrócili wczoraj po 21.00, Maciek oczywiście pognał zaraz na dwór, pograć w piłkę. Mieli przywieźć morską wodę w butelce - ale Ani, mojej sąsiadki - ale skleroza nie boli. Ja natomiast mam opiekować się Michała wężem... brrr... Na szczęście polega to na wyłączeniu żarówki wieczorem i włączeniu rano No i najgorsze - muszę go nakarmić. O nie, to już niech robi Jarek - ja takich rzeczy się nie podejmuję.....

     Czy już mówiłam , że na dworze wcale nie jest przyjemnie? Zimno, wieje wiatr i co chwila pada. Psice zakopały się pod kołdrą i udają, że im się nie chce wyjść za potrzebą. Aria na co raz więcej sobie pozwala - w stosunku do pozostałych - nawet warknęła na Psotkę (na Psotkę!!!!) i nie pozwoliła jej podejść do miski. Ruda - kamikadze - nadal próbuje ustawiać ogoniastą, ale co raz trudniej jej to wychodzi. Już kilkakrotnie skończyło się pokazywaniem pełnego uzębienia. Najgorsze jest to, że gdy Aria w zwarciu umieści swoją łapę na grzbiecie Nikity - to stoją spokojnie. Za moment Nikita wyskakuje jak z procy i dopada do Arii z zębami. Ryzykantka.....

14-07-2004
Wybrałam się z Nikitą na dłuuuugi spacer (Aria i Biga mają cieczkę, a dla Psotki to chyba za daleko) i spotkałam się z koleżanka Katarzyną, jej kolegą małżonkiem i trzema nowofundlandami  Wzięłam ze sobą aparat, co by temu mikrusowi zrobić zdjęcie z trzema czarnymi włochaczami - niestety, ta panikara za każdym razem, gdy któraś z  niufek się do niej zbliżyła - startowała na nią z zębami. Już na poprzednim spacerze przyzwyczaiła się w pewnym stopniu do najmłodszej, 5-cio miesięcznej, ale teraz, gdy pojawiły się trzy - nie zdzierżyła.... Zdjęcia zrobiłam - niufy i panikująca Nikita, usiłująca za wszelką cenę schować się u Kasi na rękach - ale i tak nie wiem jak to-to można tutaj wstawić. Może później mi się uda...

O, udało mi się  A to tylko dlatego, że Anula zlitowała się nade mną i oświeciła - pokazała jakie to proste, ślepota ze mnie straszszszszna.... Dzięki, Anulko 

21-07-2004
No więc moje dzieci mają szurniętą rodzicielkę - nie wiem dlaczego, ale ubzdurało mi się, że to dopiero jutro jest 21 lipca! W efekcie moje dziecko nie pojechało dziś na obóz, bo mi się dni pokiełbasiły! Najpierw była gonitwa, natychmiastowe pakowanie itp -ale oczywiście autokar nie czekał -w końcu ma swój plan odbioru dzieciaków i dowozu na miejsce. Pierwotnie myśleliśmy, że uda się go dogonić w Bydgoszczy, bo tam też zabiera pasażerów, ale okazało się, że Jarka autko nie da rady - jutro idzie do mechanika - szwagra nie ma, kuzyna nie ma, sąsiad w pracy, drugiemu wczoraj w  kuper wjechali, mojego Taty autko pożyczone Olkowi (czyli jest w Warszawie) - jednym słowem: okropnie. W końcu zdecydowaliśmy, że odwiozę Maćka pociągiem. Wszystko niby ok, ale.... no właśnie: przyjeżdżamy do Olsztyna o 21.oo a powrotny pociąg mam dopiero 6.22 rano ewentualnie po 12 w południe! Mam nadzieję, że mnie tam gdzieś przenocują, bo inaczej będę kwitła na olsztyńskim dworcu. No i również mam nadzieję, że w tym pośpiechu i zamieszaniu Maciek spakował potrzebne rzeczy - nie pozwolił mi sprawdzić tylko wyliczał. Zobaczymy - obawiam się, że wyjmie to z torby pogniecione jak psu z gardła, ale w końcu to on ma w tym chodzić, więc co ja się martwię? Oj ciężki dzień.....

A! Żeby nie było za nudno - wszystkie trzy średniaczki mają cieczkę, Psotka też dostała - nie będę mówiła, co wyprawiają, ale mogłabym bilety sprzedawać na te przedstawienia....

22-07-2004
Wróciłam!!! Cała i zdrowa... W sumie nie wyszło źle, bo dzieciaki, które jechały autobusem tłukły się przez pól Polski ładnych parę godzin - prawie 8, a my w 4.45 byliśmy na miejscu, bez problemu, w pociągu przynajmniej można połazić. Ludzi dużo nie było, więc spokój wodza . Tylko Maciek narzekał, że Warsie powinny stać... automaty do gry.... W tamtą stronę spotkaliśmy pewną  miłą panią, pielęgniarkę, której syn jest piłkarzem - rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym , w końcu znudzony Maciek jęknął: a nie można pogadać o piłce nożnej? No i jak dosiadł ulubionego konika to już nie mógł skończyć. Droga minęła nam szybko, na miejscu wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Kortowa. Już było ciemno, więc nic nie widziałam, tylko komary mnie chciały pożreć żywcem. Ale co tam - Maciek został dokwaterowany do jakiegoś chłopca z innej grupy, ale zaraz odnalazł tych "swoich" piłkarzy i jak zaczęli gadać na korytarzu, to gadaliby do upadłego, gdyby ktoś z opiekunów się nie pojawił i nie zagnał tego towarzystwa do łóżek. Aha, nie tylko moje dziecko chodzi w koszulkach ulubionych zawodników - z daleka można było poznać, który dzieciak, w której jest grupie - po korytarzach pałętały się same Raule, Jordany i inne takie... Ja też znalazłam swoje łóżko - Maciek zaraz na wstępie mnie uprzedził, że nawet mam na niego nie patrzeć, a co dopiero mówić do niego, a już biada jak powiem do niego "synek" - przecież to obciach, co nie?  No więc wykąpałam się, poczytałam i około północy poszłam spać ( po uprzednim polowaniu na komary i inne jednostki latające). Obudziłam się przed piątą rano, ale nie na tyle przytomnie, żeby wstać i zdążyć na pociąg o 6.00, więc znów przymknęłam oko. Maciek zajrzał do mnie po siódmej i był szczerze zdziwiony, że jeszcze jestem.... No nic, oni mają pobudkę dopiero po ósmej, potem idą na śniadanie. Ja postanowiłam nie ruszać się z pokoju do dziesiątej, więc poleżałam, potem poczytałam i jakoś czas zleciał. Maciek jeszcze wpadł na chwilę, pokazać mi kciukiem, że jest OK i pognał dalej - zdaje się , że po dziesiątej mieli pierwszy trening (dwa dziennie po półtorej godziny). A ja zeszłam na dół i poprosiłam pana, któremu oddawałam klucz, żeby wezwał mi taksówkę. Pan oczywiście zrobił to bez żadnego problemu i mówi: a może przejdzie się pani na spacer? Pomyślałam sobie, że co ja będę łazić z moją walizą po ośrodku, jeszcze na kogoś wlezę i co? No ale wyszłam przed budynek i.... poszłam na spacer. Piekne miejsce! Pełno zieleni, a Maćka budynek jest na oko 50 metrów od jeziora. Po ciemku, poprzedniego dnia, nic nie widziałam - dopiero dziś. Miasteczko Akademickie to zes