|
PAMIĘTNIK -
archiwum
   


30-11-2002r.
Jutro
wystawa w Poznaniu. Idziemy tylko z Nikitą, startujemy pierwszy raz w
pinczerach miniaturowych (w klasie szczeniąt oczywiście) i musimy
wszystkiemu dokładnie się przyjrzeć. Przyznam, że do tej pory obserwowałam
z zainteresowaniem tylko średniaki. Przygotowywaliśmy Nikitę do pierwszego
jej występu, ale ile z tego wyszło okaże się jutro.... I jeżeli niewiele z
tego wyjdzie, to niestety, ale to będzie moja wina - chyba jednak
średniaki wystawia się trochę inaczej niż miniatury. Ale chodzić na ringu,
to na pewno już się nauczyła! Kiedy zaczynaliśmy naukę chodzenia w kółko,
to Niki siadała, zapierała się czym tylko mogła i patrzyła na mnie z
absolutnym brakiem zrozumienia, tak, jakby myślała: "po prostej, to
jeszcze można zrozumieć, chodzę w końcu w takim tempie, w jakim chcą, ale
w kółko?! To już chyba lekka przesada...." Teraz kółeczka już jej nie
przeszkadzają... No, zobaczymy.

01-12-2002r.
Już
po "wielkim występie"....No cóż, jakby to powiedzieć..... mogło być
lepiej, ale mogło być gorzej..... Niki była jedyną przedstawicielką w
swojej klasie, dostała ocenę "obiecująca". Oczywiście z chodzeniem po
ringu nie było problemu, ale z postawą....... Niewiele nam z tego wyszło.
Cała się skuliła i patrzyła na mnie z prośbą: "idźmy już do domu...".
Usiłowałam ją ustawić i na moment się udawało, ale zaraz potem zadek pod
siebie. Wolałabym, żeby sama się ustawiała w postawie, ale chyba czeka nas
jeszcze wiele pracy w tej materii - sędzia napisał, że "wymaga obycia".
No, wiem. Będziemy ćwiczyć. Chyba zaczniemy spacery po dworcu kolejowy -
podobno to pomaga przywyknąć do hałasu i zamieszania....
Postanowiłam zbudować stronę w Internecie - poświęconą oczywiście moim
pieskom. Tylko jeszcze nie wiem jak to się robi....

09-12-2002r.
Wczoraj byliśmy w Grudziądzu - z naszą "kochliwą" Bigą, u jej obecnego
męża Askana; miejmy nadzieję, że z powodzeniem. Jeżeli wszystko pójdzie
dobrze, to ok. 09-02-2003r. powinny się urodzić szczeniaczki. Już chyba
zaczyna się robić zima - im dalej jechaliśmy na północ, tym bardziej
zimowo. Nie lubię zimy, czekam na wiosnę.

15-12-2002r.
W
pocie czoła coś tam grzebię i powolutku powstaje moja strona - nie
wiedziałam, że to może być tak proste. No, ale wszystko robię metodą prób
i błędów, więc trochę ta zabawa trwa. Zdjęcia skanuję u koleżanki, potem
ona przesyła mi je pocztą, szukam w Internecie wszystkiego na temat
tworzenia stron, szczególnie we Front Page. Już niedługo !!!

27-12-2002r.
JEST!!!! Udało mi się!!!!! Strona od dzisiaj jest w sieci!!!! Chciałabym
bardzo, żeby oprócz moich piesków, na stronie był aktualny wykaz
reproduktorów i innych hodowli pinczerów średnich i miniaturowych.
Wszyscy mi mówią, że przecież każdy
sobie rzepkę skrobie, więc po co mam dawać darmową reklamę konkurencji,
ale ja pamiętam, jak sama szukałam informacji o pinczerach i oprócz
dobermanów, albo stron obcojęzycznych, niewiele znalazłam. Zależy mi
jednak, aby spopularyzować rasę, a nie tylko moją hodowlę. Pinczer średni
jest bardzo mało znaną rasą. Większość ludzi pyta mnie czy to
dobermany-miniaturki, albo niewyrośnięte dobermany, albo młodziutkie
dobermany, ale zawsze dobermany. No, dobra, raz mi powiedzieli, że mam
bardzo ładne dalmatyńczyki.... A pinczer miniaturowy - wbrew pozorom - też
nie jest znana rasą. Ludzie na ogół kojarzą go sobie z małym trzęsącym się
pieskiem w wyłupiastymi oczkami. Na widok Nikity mówią; "ojej, jaki ładny
piesek, prawie jak ratlerek, tylko ładniejszy". Kiedy mówię, że to JEST
ratlerek, ten prawdziwy, z rodowodem, to większość ludzi nie dowierza...




01-01-2003r.
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!! Zima na całego. Idziemy do parku zrobić
kilka zdjęć pieskom, a w szczególności Nikicie - czy wiecie, że nie mam
jej żadnego zdjęcia?! Na wystawę w Poznaniu oczywiście wzięliśmy aparat,
tyle tylko, że bez filmu.... Jarek wygrzebał swojego starego "Zenitha" i
okazało się, że coś tam jest zepsute, ale spróbujemy. Na dworze
-12C, ale nie ma wiatru.
Wróciliśmy ze spaceru zmarznięci.
Wszyscy. Psy najbardziej. Ile z tych zdjęć wyjdzie, to się dopiero okaże -
Nikita nie chciała się zatrzymać, dopiero jak zapięłam jej smycz, to na
chwilę stanęła. Ale było jej zimno w łapki, więc Jarek pstryknął tylko
kilka fotek i znów ją puściłam.

05-01-2003r.
Ciągle coś zmieniam na mojej stronie, ciągle mi czegoś brakuje, coś
uzupełniam. Umieściłam kilka reproduktorów i hodowli, nie wiem tylko czy
właściciele zechcą aktualizować dane, czy nie zapomną. Obdzwaniałam pół
Polski, żeby dostać zgodę na umieszczanie ich danych i jestem ciekawa, jak
to będzie dalej wyglądać - nie mogę przecież ciągle do nich dzwonić i
pytać o nowinki. No cóż - wyjdzie w praniu.
Podobno zbudowanie strony i
opublikowanie jej w sieci to nie wszystko, trzeba ją jeszcze
zarejestrować, trochę popróbowała, ale czy to dobrze robię?

07-01-2003r.
Już
są najnowsze zdjęcia! Ale jakość jednak nie najlepsza, zrobiłam z nimi co
mogłam i umieściłam w Internecie. Bardzo mi się ta zabawa podoba, nie wiem
tylko czy mojemu Jarkowi spodoba się rachunek za telefon?
Psiuty nie chcą wychodzić na spacery:
na dworze o godz.6.00 było -22C!!!, w południe, w słońcu -15C.
Załatwiają swoje potrzeby na ogródku czasie krótszym, niż 1/16 sekundy....
:-))) Muszę sprawdzić do kiedy zgłasza się psa na wystawę w Warszawie -
chyba pojedziemy z Nikitą. Na razie ćwiczymy, ćwiczymy, ćwiczymy. Idzie
nam niestety opornie, jednak wprawdzie małymi kroczkami, ale posuwamy się
do przodu. O wycieczkach na dworzec kolejowy możemy na razie zapomnieć -
poczekamy, aż będzie cieplej.

10-01-2003r.
Czy
znacie kota, który szczeka? Albo inaczej: psa, który zachowuje się jak
kot? Moje średniaczki, owszem, myją się jak koty, Biga codziennie robi
sobie manicure, jak był jeszcze Daffi, to kładł się spać dopiero po
wieczornej toalecie, która obejmowała mycie siebie i dwóch pozostałych
pinczerów (oczy, uszy itd.,), ale Nikita przechodzi samą siebie!
Codziennie łasi się jak kot, kładzie się na ramionach i zawija wokół szyi,
wskakuje na wszystko, na co da się wskoczyć - im wyżej tym lepiej, jeszcze
trochę to zacznie mruczeć...:-))) Jest kochanym, przecudownym psiakiem!!
Swego czasu kupiliśmy jej legowisko w postaci budki dla kotów (! ;-)))) i
wcale nie chciała się tam kłaść, dopiero gdy ktoś wepchnął to pod stół w
kuchni - uznała za swoje miejsce. Teraz zawsze, gdy dostanie jakiś
smakołyk, to chowa się w budce przed średniaczkami. Kiedy jednak myję
podłogę w kuchni i wystawiam budkę - z wystawieniem Nikity jest problem:
"mojej budki nie ma, ale ja się nie dam przegonić".... ;-)))
A Psota się wycwaniła: dawniej biegła
na każdy dźwięk do drzwi albo furtki, teraz najczęściej tylko warknie nie
wystawiając nosa spod futrzaka na fotelu i czeka aż Nikita narobi hałasu.
Jeżeli mała nie zareaguje, to Psota warknie głośniej i już to wystarczy:
mała cała na baczność podnosi jazgot, tańczy koło drzwi, a Psota idzie
spać dalej, no, chyba że naprawdę coś się dzieje...... :-)))
P.S. Swego czasu, ładnych parę lat
temu, byłam chora i uziemiona w łóżku (a właściwie na fotelu) i z nudów
robiłam listę psich imion posiłkując się katalogami wystaw, atlasami,
słownikami i... pomysłami własnych dzieci. Teraz postanowiłam udostępnić
tę listę (mam nadzieje, że bez błędów). Wiem, że w sieci jest parę takich
list, ale jedna więcej chyba nie zaszkodzi? Przestałam się wygłupiać ze
spisywaniem psich imion wtedy, gdy wytłumaczyłam mojemu mężowi, że imię
powinno być krótkie, wpadać w ucho, itd., a on powiedział żebym dopisała
"sedes", bo to krótkie i łatwo zapamiętać.......;-))) I nie pytajcie
mnie co oznaczają poszczególne imiona, bo nie mam zielonego pojęcia.....
:-)))


11-01-2003r.
Wiele osób pyta mnie, czy pinczery nie kłaczą. Bo przecież mają taka
krótką sierść. Informuje uprzejmie wszem i wobec, że kłaczą!
W zasadzie, z małymi wyjątkami kłaczą
wszystkie psy - jedne mniej, drugie bardziej, ale kłaczą. W okresie
linienia mam ich sztywne, twarde włoski wszędzie. I każdy, kto chce kupić
pinczera lub psa o podobnej sierści musi zdawać sobie z tego sprawę.
Dzisiaj moje psice rozśmieszyły mnie
do łez: kiedy usłyszą trzaśnięcie furtki albo trzaśnięcie drzwiami od
naszego samochodu, rzucają się do drzwi witać pańcia. Oczywiście jazgot
jest niesamowity, bo jedna chce drugą przekrzyczeć i na ogół jest problem
z ich uciszeniem. Dzisiaj Jarek przyszedł, psy z ujadaniem do drzwi, Jarek
wszedł i wydał polecenie "psy - na dwór" . Momentalnie nastała cisza jak
nożem uciął, psy wcięło. Ale nie wybiegły na dwór, o nie! Wszystkie
schowały się pod łóżko !! No, ale pogoda
na dworze nie zachęcała do wyjścia, było -12C. :-)))
Zauważyłam, że sobota jest bardzo
ciężkim dniem: moi panowie ( 3 sztuki) albo mają ogrom zajęć, albo są
bardzo zmęczeni, albo wręcz obłożnie chorzy. Czy wszystkich facetów tak
trudno zagonić do sprzątania..... ?!?!
Ktoś, na którymś forum, wytknął
mi, że na mojej stronie jest za mało informacji o zdrowiu pinczerów, za
mało zdjęć szczeniąt u nas urodzonych i odczułam to jako podejrzenie, że
te szczenięta, które od nas wyszły - nie interesują mnie. A to przecież
nieprawda !! Owszem, nie ze wszystkimi
właścicielami szczeniąt mam nadal kontakt, ale to z różnych względów,
najczęściej z powodu przeprowadzki i nie pozostawienia nowego kontaktu.
Dlatego też na stronie o szczeniętach zamieściłam prośbę o zgłaszanie się
do mnie właścicieli piesków z naszej hodowli, ale nie wszystko wychodzi od
razu..... :-(((( Co do zdjęć, to
też wszystko wymaga czasu, gdyż nie mam skanera i korzystam z czyjejś
uprzejmości. Czekam też na aktualne zdjęcia piesków z mojej hodowli i
kiedy je otrzymam, też zależy od ich obecnych właścicieli.......
A przecież staram się, siedzę przy
komputerze bardzo długo, obdzwaniam pół Polski i nie tylko, zmieniam to,
co wydaje się tego potrzebować, a strona jest nowa i jeszcze długo będzie
wymagała poprawek.... :-(((
Choroba, trochę mi skrzydełka
opadły..... :-((((

12-01-2003r.
Dzisiaj jest Wielkie Granie
Owsiaka i pewnie dlatego Internet ciężko chodzi.....
Po wielkich bólach wrzuciłam wzorzec pinczera miniaturowego. Cały czas
usiłuję zebrać jak najwięcej danych o reproduktorach oraz hodowlach
pinczerów średnich i miniaturowych, ale opornie mi to idzie... A może
jestem za mało cierpliwa? No fakt, wszystko chciałabym mieć na wczoraj...
Równie opornie idzie mi nauczanie Nikity jak ma stanąć na moje życzenie .
Stoi, ale wtedy, kiedy ją kuszę smakołykiem (który natychmiast musi
dostać, bo inaczej przysiada, patrzy na mnie jakby pytała "o co w tym
wszystkim chodzi?") albo gdy ja wcale tego po niej nie oczekuję....
Cały czas dojrzewam do decyzji
pozostawienia ogonków w oczekiwanym miocie .

14-01-2003r.
Decyzja ostateczna:
szczenięta pozostaną z ogonkami !!!!
Podejrzewam, że narobi to trochę zamieszania, ale nie zmienimy
postanowienia. Jeżeli Ci, którzy zamówili szczenięta - rozmyślą się, to
trudno, od teraz nasze pinczery będą ogoniaste .
Zgodnie, zresztą, ze wzorcem.
Ach, nie mówiłam jeszcze o zębach!
Czasami zdarza się, że któremuś nie wyjdzie taki mały ząbek, wiecie, ten
za kłem. Dla suki oznacza to obniżenie oceny, dla psa koniec, a właściwie
brak kariery hodowlanej. Rozumiem, że wzorzec ściśle określa "uzębienie
pełne", ale dlaczego w takim razie do hodowli dopuszczane są suki bez tego
zęba? Przecież w którymś pra, pra - cośtam - wnuku to wyjdzie! No, ale to
jest moje przemyślenie, a nie ja o tym decyduję. Przykro mi było tylko,
gdy piękny pies z mojej hodowli ma zamkniętą drogę na wystawy z powodu
braku tego zęba, a oboje rodzice i wszyscy dziadkowie ten ząb posiadają!
To znaczy, że któraś tam pra, prababcia przekazała ten brak zęba... No i
kupując lub sprzedając szczenię, nie wiadomo, czy wszystko będzie ok.
Wstyd. Sama przecież czekam na suczkę i
nie wiem czy po swoich przodkach nie dostanie w spadku brak zęba!
Dzięki wydatnej pomocy pani
Jadwigi Pliszczyńskiej, właścicielki hodowli pinczera miniaturowego "Spod
Katedry" , mogłam w duuuużym stopniu uzupełnić strony o reproduktorach
i hodowlach miniatur. Bardzo, bardzo dziękuje pani Jadwigo
!!!! Nie do wszystkich właścicieli mam
podane numery telefonów, ale postaram się to jak najszybciej
nadrobić......


15-01-2003r,
Tak,
jak przypuszczałam: z tymi ogonkami narobiłam
zamieszania ! Wiele osób dzwoni i pisze, że
wspaniały pomysł, że popierają, ale są też tacy, którzy uważają, że nam
odbiło , że "ugotujemy się" z tymi
szczeniakami, bo nikt ich nie kupi. No cóż, zobaczymy; wyjdzie w praniu.
Decyzja podjęta, nie będziemy jej zmieniać. Wolę, żeby moje szczenięta
trafiły do nowych domów później, ale całe i zdrowe.
Może nadejdzie w Polsce taki czas, że
i Ustawa, i wzorzec rasy będą przestrzegane, a nie: przepisy swoje, a
życie swoje. Właśnie z powodu obawy o sprzedaż szczeniąt wielu hodowców
kopiuje ogonki, rozumiem, ale nie popieram. Gdyby w Związku Kynologicznym
zdecydowanie dążono do egzekwowania tych przepisów
- nie byłoby problemu. Proponuję obejrzeć
w Internecie chociażby skandynawskie strony o pinczerach: (w "linkach"
jest wykaz hodowli pinczerów na świecie) tylko starsze egzemplarze mają
cokolwiek kopiowane, od paru lat już się tego nie robi. Jestem ciekawa,
jak się to ma do naszego wejścia do Unii?
Mam tylko nadzieje, że jest co raz
więcej miłośników psów, którzy uważają, że nie muszą niczego obcinać
swojemu przyjacielowi, żeby go kochać
A podobno mieszkamy w cywilizowanym kraju.......

16-01-2003r.
Co to się porobiło?!
Od czasu, gdy zdecydowaliśmy, że nie
kopiujemy ogonów, odmówiłam sprzedaży szczeniaka kilku osobom, które
stwierdzały:
"Z ogonem? Nie szkodzi, potem się mu obetnie"
 
Ludzie, trzymajcie mnie..........

No, ale są
też dobre wiadomości: nie wszyscy muszą mieć poobcinanego pieska
.
Znalazłam w sieci wiele zdjęć pinczerów z
ogonkami i uważam, że są piękne, a że wyglądają inaczej niż te, do których
się przyzwyczailiśmy? I co z tego, teraz możemy przyzwyczaić się do
"ogoniastych". Pozwoliłam sobie na skorzystanie - w celach
dydaktycznych oczywiście - z paru fotek piesków z austriackiej hodowli
AVARENRING: proszę, przyjrzyjcie się tym ślicznościom :
QUINCY vom Avarenring
THERRY vom Avarenring
THESSY vom Avarenring
TIBERIUS SAMSON vom Avarenring
Komu jeszcze trzeba
tłumaczyć, że psa nie należy pozbawiać ogona?!?!
Ach,
i trafiłam chyba na fińską, albo norweska stronę o pinczerach, widziałam
również na amerykańskich stronach:
pinczery, z powodzeniem, biorą udział w ZAWODACH SPORTOWYCH
Wprawdzie jedna z przyszłych
właścicielek suczki z mojej hodowli (pozdrawiam Cię Iza
) deklaruje chęć uczestniczenia nie tylko
w wystawach psów, ale także właśnie w psich sportach, jednak w Polsce nie
widziałam jeszcze pinczera na agility. Oby, oby ! Będę trzymała kciuki i
podejrzewam, że reszta "pinczeromaniaków" także. 

17-01-2003r.
Jestem ciekawa, dlaczego
tak trudno doprosić się właścicieli reproduktorów o zdjęcia ich pupili?
Przecież nic ich to nie kosztuje i mają darmową, chyba niezłą reklamę.
Niby tak, chcą, ale czekam i czekam. Chyba znowu daje znać o sobie moja
niecierpliwość, ale wychodzę z założenia, że to im powinno najbardziej
zależeć? No cóż, pewnych spraw nie przeskoczę.
Wczoraj podpięłam jeszcze jedną
podstronę, pt. "pinczer to nie pies dla każdego", pewnie ją jeszcze
będę poprawiać, ale na pierwszy rzut oka jestem z niej zadowolona. Na
drugi też .


21-01-2003r.
Dzisiaj Dzień Babci. Moje dzieci odwiedzają Babcię i Dziadków, a ja leżę
już czwarty dzień chora - dostałam w prezencie od mojego starszego synusia
katar i jakieś inne świństwo.
Biga leży obok mnie i podtyka mi pod
rękę swój coraz większy brzuszek, i każe się po nim głaskać. Głaszczę i
głaszczę, a ona nie ma dosyć: jeszcze z lewej się obróci , i z prawej,
potem znów z lewej, a na końcu głaszczę jej oczka, uszka i zaczynamy od
początku..... Chyba dlatego pinczery maja taką krótką, gładką i lśniącą
sierść: od tego ciągłego głaskania
. Daję jej dodatkowe witaminki D3 i A, wapno,
bardzo lubi surową marchew - czasami zje jedną, a czasami ponad pół
kilograma., dostaje pietruszkę, seler i w ogóle dużo warzyw, ale te
warzywa, to żaden dodatek - moje psy zawsze to dostają, bo po prostu je
bardzo lubią.
Ruda ciągle coś chomikuje w tej
swojej kociej budce: wyciągam z stamtąd różne śmieci, pogryzione
oczywiście, no i zawsze wszystkie psie zabawki są tam schowane. Niedługo
dla niej samej zabraknie tam miejsca.... Ale najważniejsza wiadomość:
Nikita nauczyła się stać wtedy kiedy ja chcę i tak jak ja chcę. Nooooo,
prawie. Ale jest lepiej, dużo lepiej. Przez to zwiększone
zapotrzebowanie Bigi na pieszczoty - wszystkie moje pinczerki więcej się
łaszą, nawet Psota, która na ogół za tym nie przepada, teraz też domaga
się swojej porcji głaskania....

22-01-2003r.
Dzień Dziadka. Okazało się,
że ten mój "katar i inne świństwo" to angina i zapalenie krtani - jestem
uziemiona do końca tygodnia. No i dobrze: na wywiadówki do dzieciaków
wreszcie pójdzie tatuś......

27-01-2003r.
Biga
jest coraz grubsza i grubsza - mam nadzieję, że to przechodzi w jakość, a
nie ilość... Dzisiaj Jarek kupił 2 kg
pięknej, słodkiej marchewki - dał Bidze 4 sztuki, rzuciła się na nią,
jakby rok głodowała! Nawet mało nie spięły się z Psotą, której nie chciała
dać: w tym czasie, co dwie średniaczki zaczęły warczeć na siebie (a tak
ostro zdarzyło się pierwszy raz - o marchew!), to Nikita cichutko
podbiegła, złapała największy kawałek i uciekła do swojej budki pod
stołem. Maluchy jeszcze przed urodzeniem są
najbardziej wygłaskanymi szczeniakami pod słońcem - Biga pilnuje, żebym
przypadkiem nie miała wolnej ręki.

30-01-2003r,
Czy to możliwe, żebym ja,
taka młoda dziewczyna, miała takie stare dziecko?? Mój Michał skończył
wczoraj osiemnaście lat
A jeszcze niedawno zmieniałam mu pieluchy!! Jak to możliwe, że ja się nie
starzeję, a dzieci tak? 
Jestem wściekła na mój bark
umiejętności w dziedzinie fotografii - jakość zdjęć moich psiaków jest po
prostu fatalna! Ale nie mam innych i
tyko takie mogę publikować. Na kilka dni miałam pożyczony skaner, ale
chyba nawet skanować dobrze nie potrafię. Może za jakiś czas dojdę do jako
takiej wprawy i wymienię zdjęcia, ale na razie muszą pozostać te - mimo,
że są okropne. Oglądam zdjęcia psów w Internecie i wszystkie są lepsze
jakościowo. 
BIGA - mimo swojej objętości -
całkiem żwawo biega: dzisiaj pogoniła kota i nawet się nie zasapała.
Jeszcze tydzień, najwyżej półtora i będą maluszki! Oby zdrowe.


02-02-2003r.
Dzisiaj w domu pełno gości, baloników, życzeń i zamieszania: Michał
obchodzi osiemnastkę, a Maciek imieniny (wg kalendarza 30.01.) Bidze chyba
podłożę deskorolkę pod brzuch - taka jest gruba. No, trochę
przesadzam..... Nikita lubi kłaść się obok Bigi z głową na jej brzuchu -
odnoszę wrażenie, że słucha szczeniąt.
W czeskiej hodowli Black Bohemia
30.I., w imieniny Maćka, urodziła się suczka dla mnie, dostała imię
Liselotta. My będziemy nazywać ją Lizzi.

04-02-2003r.
Psota
dostaje "głupawki": kładzie się w kojcu, kopie, jęczy - czy ona myśli, że
w ten sposób doczeka się szczeniaków? Wszystko przygotowane do przyjścia
maluchów na świat. Z Bigą do tej pory był cyrk, bo nie chce rodzić w
kojcu, tylko zawsze wchodzi do szafy. Raz udało nam się ją namówić na
wyjście z niej, to urodziła na fotelu - kojca nie używa, dopiero potem,
gdy są już wszystkie maluchy, przenoszę całą rodzinkę do środka. Biga
rodzi na ogół dość małe, ale silne szczeniaki - jestem ciekawa jak to
będzie tym razem. Wolałabym mniej, ale większe. No, ale to nie ja
decyduję. Szczenięta od Psoty są przy urodzeniu większe (Bigi są
ok.160-210g, Psoty 190-280g), ale jak dorosną, to nie ma różnic. Oby były
silne i zdrowe. Szafa już przygotowana.....

06-02-2003r.
Już
nie mogę się doczekać. Dziś w nocy znów głaskałam "wystające kartofelki" -
maluchy tak się rozpychają, że Biga podtyka mi swój brzuch, żebym jej
masowała. Kiedy już zasypiałam obudził mnie rejwach w szafie. Zerwałam się
z łóżka z myślą, że "już się zaczęło", a tymczasem Biga sobie smacznie
spała z przytulona do niej Nikitą, Psota natomiast buszowała w szafie,
drapała, szarpała przygotowane szmaty i układała się jak do porodu.
Zgłupiała chyba zupełnie.

07-02-2003r.
To
już chyba dzisiaj. Biga od rana co 2 minuty chce wyjść na dwór, a Psota od
rana piszczy! Ta moja emerytka ma źle poukładane w głowie: kilkakrotnie
tak dziś zaskowyczała, że gnałam z drugiego końca domu. Jak tak dalej
pójdzie, to przestanę reagować i nie zauważę, jak Biga urodzi.

08-02-2003r.
SĄ
MALUCHY!!!!!!!
Miałam rację, Biga urodziła wczoraj wieczorem.
Prawdę mówiąc, mimo że się tego
spodziewałam, jestem rozczarowana wagą maluchów. No, ale od początku: Po
południu, kiedy już Biga przestała biegać co chwilkę na dwór, Psota
położyła się i przestała udawać, że rodzi, ja też pozwoliłam sobie na małe
odpoczywanko. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie widzę Bigi i
powiedziałam żartem do Michała: "uważaj, jak ona już urodziła." Na wszelki
wypadek zajrzałam do szafy (Biga od kilku dni się w niej pokładała) i.....
zobaczyłam maleńkie, tyciuteńkie maleństwo! Biga nawet nie jęknęła, po
prostu robiła swoje. No, ale maluszek, który się pierwszy urodził jest
najmniejszy z miotu: 140g!! Naprawdę nie wiem, czy się uchowa? Czy taki
malec ma szanse? Cały czas pilnuję, żeby dostał się do cycusia, ciągnie
wtedy równo, ale pozostałe dość łatwo zabierają mu miejsce. W sumie
urodziły się 3 pieski, 3 suczki, największe są: jedna suczka i jeden
piesek: po 200g. W nocy niewiele spałam, bo gdy tylko maluchy zapiszczą,
to Psota i Nikita wskakują na mnie i uspokoją się dopiero, gdy wstanę i
zajrzę do kojca. Teraz, w ciągu dnia nie jest lepiej, nawet mam problem z
pisaniem tego tekstu, bo te dwie wariatki ciągle biegają od kojca do mnie
i popiskują. Biga nie dopuści ich do maluchów jeszcze przez kilka dni,
jeżeli któraś próbuje zaglądać, to tylko nad moim ramieniem, gdy kucam
przy kojcu, wiec kombinują jak mogą, żeby tylko być przy maluchach.
Asystowały obie przy porodzie, Nikita z wielkim zaciekawieniem, koniecznie
chciała położyć się znów koło Bigi. Psota natomiast próbowała karmić
maluchy, zabrać je Bidze i dość agresywnie odganiała Nikitę. Maluchy nie
mają jeszcze doby, ale już można je odróżnić:
Największa suczka jest po prostu
gruba, z pełna konsekwencja pcha się do cycusia i nic nie może jej stanąć
na przeszkodzie - nie daje rady tylko największemu pieskowi.
Średnia suczka miała dość przykre
przyjście na świat, bo otarła sobie łepetynkę o kość grzebieniową miednicy
i na główce ma rankę w kształcie serduszka - Jarek nazwał ją Walentynką.
Podpalanie odziedziczyła po tatusiu: duże, bardzo wyraźne plamy.
Najmniejsza suczka, nie jest dużo
mniejsza od Walentynki, ma skromniejsze podpalanie. Jak nie może dostać
się tam, gdzie chce, albo gdy Biga zbyt energicznie ją liże - piszczy
uparcie, aż osiągnie cel - miągwa jedna.
Najmniejszy piesek, jest po prostu
najmniejszy - i to widać, nie trzeba szukać cech charakterystycznych.
Biedne maleństwo.
Średni piesek jest dość silny,
uparty, pcha się do mleka ile wlezie. Jest trzeci w kolejności, jeżeli
chodzi o wielkość i siłę.
Największy piesek, znów z podpalaniem
po tatusiu, jest najsilniejszy, ma największą głowę i nikt mu nie
podskoczy: gdy on chce jeść, to po prostu wypycha pozostałe - nie ma z tym
najmniejszego problemu.
Ważyłam je wszystkie po porodzie i po
godzinie lub więcej. Wszystkie przez ten czas jadły i różnica była na plus
ok. 5g. Dzisiejsza waga jest taka jak wczorajsza. Widać, jak się szczeniak
naje, to ma balon zamiast brzuszka i wszystkie tak wyglądają. Najmniej
zjada ten najmniejszy, zasypia w połowie jedzenia i daje się wykolegować
pozostałym.


11-02-2003r.
Nie
mam za dużo czasu żeby pisać, bo prawdę mówiąc nie dosypiam. I to nie
zupełnie przez opiekę nad szczeniętami! Owszem, poświęcam im bardzo dużo
czasu, może nawet jestem przewrażliwiona, bo ciągle pilnuję, żeby nawet te
słabsze i mniejsze należycie się najadły, czasami jakiś delikwent
zawędruje gdzieś dalej i piszczy, Biga częściej je i pije (wszystko w
kojcu), maluchy są ciągle ważone, wszystko to prze 24 godziny na dobę. Ale
w zasadzie nie to jest przyczyna mojego zmęczenia: najwięcej mnie
absorbuje Psota!!! Ta wariatka bardziej pilnuje tych szczeniaków, niż
gdyby były to jej własne! Oczywiście Biga nie pozwala zaglądać do kojca
żadnemu psu (tak będzie przez kilka najbliższych dni), więc gdy tylko w
kojcu coś zapiszczy, Psota wskakuje mi na brzuch (nawet, a może
szczególnie w nocy) i nie uspokoi się dopóki nie usiądę przy szczeniakach,
i nie zrobię tam porządku. W kojcu ma być cicho i już, bo inaczej
babcia-Psotka dostaje głupawki. Obie z Nikitą są bardzo ciekawe co tam się
dzieje i kombinują jak mogą, żeby choć na chwilkę zajrzeć. Bardzo im
odpowiada, gdy ja jestem przy kojcu, bo chowają się za moimi plecami i
zaglądają z bezpiecznej pozycji. No, ale najważniejsze, że maluchy
przybierają na wadze i są coraz większe! Ten najmniejszy maluszek, Który
po urodzeniu ważył zaledwie 140g, przez pierwsze dwie doby przybrał tylko
10g, wczoraj wieczorem (koniec trzeciej doby) ważył już 180g. Nadal jest
malutki, ale już nie tak łatwo go wykolegować od cycusia. Natomiast
największa suczka na koniec trzeciej doby ważyła 315g! Chyba chce pobić
wszelkie rekordy. Tuż za nią jest największy piesek (310g) i zaraz potem
średni piesek 250g. Średnia suczka waży 230g, a Walentynka 200g. Widać
różnice.
Właśnie wypuściłam Bigę na spacer, a
tymczasem Psota ulokowała się w kojcu i tylko zerkała przez okno czy Biga
już nie wraca. Miałam duże trudności, żeby ją stamtąd wyrugować. Potem
Biga wróciła, ale zażyczyła sobie przeniesienie kojca. Jak to zrobiła?
Chodziła z kąta w kąt, jakby czegoś szukała, kładła się obok szczeniąt, za
chwilę wstawała, strasznie dyszała. Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy
zabrałam kojec od kaloryfera - widocznie było jej za gorąco?

12-02-2003r.
Okropny wieczór był wczoraj! Strasznie się zdenerwowałam! Cały dzień
wszystko było w normie, popiskiwania, walka o mleko, ale wieczorem
Maluszek zaczął jakoś inaczej popiskiwać: jakby kotek płakał. Oczywiście,
podeszłam, obejrzałam, myślałam, że po prostu jest głodny i nie może dobić
się do mleka. Ale okazało się, że wypluwa sutek i cały czas płacze. I to
jeszcze jak! Rozdzierający płacz przechodzący w zawodzenie! Biga masowała
mu brzuszek, ogrzewała, w końcu ja brałam go na ręce i masowałam - bez
skutku. Po ok. godzinie zrobił kupkę, niby trochę się uspokoił, ale potem
znów to samo. Po następnej godzinie płaczu z małymi przerwami (a była już
22.00), Michał zawinął go w ciepły ręcznik, wsadził do głębokiej miski i
zabrał do weterynarza. Nasza pani doktor była nieuchwytna, więc pojechał
na Grunwaldzką, gdzie jest dyżur 24h. Pan doktor obejrzał malucha i
stwierdził, że nic nie stwierdził...
Diagnoza była taka, że jeżeli to była
kolka, to powinna przejść, ale jest możliwość, że nieostrożna mama go
nadepnęła i malec ma teraz obrażenia wewnętrzne, które trudno stwierdzić:
albo przejdzie, albo nie! Ale mnie pocieszył! No, ale Maluszek wrócił do
mamy i dzisiaj je ile wlezie, więc myślę, że to była jednak kolka, ale za
to jaka! Wczoraj wieczorem jego waga wynosiła 200g, więc grubnie, ale dziś
rano 190g - przypuszczam, że to skutek kilkugodzinnej głodówki. Pozostałe
natomiast, a szczególnie najgrubsza Gruba - tyją w oczach. Zważyłam Grubą
dzisiaj rano, zaraz po jedzeniu : 410g!! Gruba (chyba to ona będzie miała
na imię Layla) jest bardzo spokojna, nie rzuca się do mleka, ona po prostu
podpełza i je kiedy chce, jest największa i najsilniejsza, nie rozpycha
się - ona idzie, a wszystko samo jej schodzi z drogi....
. Największy z piesków (chyba będzie miał na
imię Legolas), jest ciut mniejszy od Layli, ale bardziej marudny. Kiedy
chce jeść, a wszystkie cycusie są zajęte, popiskuje, i to z wielką
niecierpliwością. Walentynka ( ona na pewno będzie miała na imię Lady
Valentine) jest cały czas najmniejszą suczką, ale nie piszczy zbyt wiele i
zawsze znajdzie drogę do mleka. Wczoraj wieczorem ważyła 230g.

13-02-2003r.
Piękny, słoneczny dzień. Na dworze śnieg i mróz, ale coraz dłuższy dzień,
więc jak świeci słoneczko, to prawie tak, jakby nadchodziła wiosna. No,
wiem, że to dopiero luty i że jeszcze ma przyjść zima, ale dzisiaj jest
cudownie!
Dziś otrzymałam od Kristyny Klicovej
(hodowla Black Bohemia - Czechy) list z wiadomościami o mojej Lizzi. Będę
mogła odebrać ją po 21.III - już nie mogę się doczekać, mimo że mam w tej
chwili w domu kojec pełen własnych maluchów. Lizzi jest o tydzień starsza
od moich szczeniaczków i waży 560g. Niedługo mam dostać jej zdjęcie!
Zdjęcia moich maluchów postaram się zamieścić może we wtorek - a to dzięki
uprzejmości Lilki Kisiel, właścicielki Mafii (czyli Chili), która obiecała
przyjść w poniedziałek z aparatem cyfrowym - też już nie mogę się
doczekać. Na razie robię zdjęcia zwykłym aparatem, automatem, więc nie
wiem jakie wyjdą, no i muszę czekać aż się film skończy. Teoretycznie
imiona dla maluchów są wymyślone, ale jeszcze mogą się zmienić. Na razie
jest: Layla, Lady Valentine, Lori, Legolas, Lancelot i Lucky.
Dzisiaj Nikita próbowała oglądać
szczeniaki (pod nieobecność Bigi), ale nie odważyła się na wejście do
kojca, tylko z daleka, w powietrzu wąchała. Kiedy podetknęłam jej malucha
pod nos, to polizała, ale zaraz wycofała się na bezpieczną odległość.
Chyba jeszcze za bardzo nie wie, co to jest takiego, albo tak bardzo boi
się reakcji Bigi. Potem kilkakrotnie spróbowała podejść sama, ale Biga
zawarczała i Nikita czmychnęła.


14-02-2003r.
Biga
już na chwilkę zostawia maluchy, pochodzi sobie parę minut w domu albo na
dworze. Wczoraj wieczorem wpakowała mi się do łóżka i nie chciała wyjść,
zanim nie dostała swojej porcji pieszczot! No tak, minął już przecież
tydzień, jak utkwiła w kojcu, więc trzeba nadrobić zaległości. Rozłożyła
się na plecach, gdy już wygłaskałam brzuszek, dostałam pod dłoń jej głowę,
potem grzbiet, i oczywiście wszystko znów od początku. Nikita zaraz
skorzystała z okazji i przytulała się do Bigi, lizała jej uszy i oczy, a
Bigusia tylko leżała i mówiła; "tak mi rób, tak mi dobrze....". Potem Biga
znów poszła do kojca, a Niki usiłowała namówić ją do zabawy: chwyciła jeża
- piszczydełko i stała przy kojcu, podrzucała sobie zabawkę, kulała nią, w
końcu wrzuciła ja do kojca. Biga jednak nie wykazała zrozumienia, nie
chciała się bawić. Wprawdzie Nikita już z większą odwagą zagląda do kojca,
Biga pozwala jej na bliskie podejście nawet, gdy mnie nie ma, ale na
wyjęcie jeża z kojca się nie odważyła - przyszła do mnie piszczała,
skakała no i musiałam pójść i podać jej zabawkę. Teraz zresztą też cały
czas słyszę, że kusi Bigę piszczydełkiem. Psota natomiast ma zakaz wstępu,
jej odległość od kojca musi wynosić przynajmniej dwa psie kroki - ale to i
tak sukces, bo do tej pory nie powinna pokazywać się nawet w polu
widzenia... W nocy Biga nie zaniechała spacerów i byłam kilkakrotnie
brutalnie obudzona z psim nosem np. w oku - trochę nieprzytomna, ale
musiała wstawać i wypuszczać nasza mamę na dwór. Zmarzłam i znów boli mnie
gardło... 

18-02-2003r.
Mała
przerwa w pisaniu, ale zabiera mi to trochę czasu, a nie mam go zbyt wiele
ostatnio. Na wykonanie zdjęć aparatem cyfrowym umówiłam się na środę -
może tym razem wyjdzie. Maluchy zmieniają się tak bardzo i tak szybko, że
nie nadążam.. Nawet ten najmniejszy jest już
spory, bo waży ponad 400g!! Są okrąglutkie, tłuściutkie, czasami udaje im
się podnosić na łapkach - tak śmiesznie się wtedy kiwają. Są bardziej
zdecydowane w bitwach o mleko i głośno protestują, gdy Biga je na chwilę
zostawi. Psocie nadal nie wolno podchodzić do kojca, chociaż i tak jest
lepiej, bo mogę zabrać malucha i dać go Psocie, wtedy Biga nie protestuje.
Psota takiego delikwenta przytula, liże, wyczynia cuda i jest bardzo
zawiedziona, gdy go w końcu zabieram. Nikita natomiast ma większe względy
u Bigi, bo jej wolno wejść do kojca i położyć się koło szczeniaków. Niki
wtedy je zaczepia, ale tak jak pies zaprasza do zabawy - zupełnie nie ma
zrozumienia dla ślepych i nieporadnych, mają się z nią bawić i już! No i
na porządku dziennym jest zachęcanie do zabawy piszczydełkiem: efekt jest
taki, że cały dzień coś mi piszczy w domu - jak nie szczeniaki, to Nikita
zabawką.


19-02-2003r.
Nikita wczoraj zrobiła przedstawienie: jak tylko Biga wychodzi, to Niki
natychmiast musi być w kojcu. Maluchy raczej na nią nie reagują, ale
wczoraj któryś podpełznął i zaczął wpychać się jej pod brzuch. Jak się
zerwała, jak zaczęła szczekać!! A w tym jej szczekaniu było tak wyraźne
oburzenie! Potem już bardzo nieufnie zaglądała do kojca, cały czas
napięta, jakby się obawiała, że to "coś" może ją zaatakować....
Potem próbowała nosem i łapą szturchać maluchy, prowokować do działania, a
one tylko piszczały i kręciły się w kółko! Jak już się przekonała, ze nie
grozi jej nagła utrata życia, znów ulokowała się w kojcu. Psota nadal nie
podchodzi, powiedziałabym, ze jest wręcz obrażona. Cały czas schowana jest
pod futrzakiem na fotelu i nawet wieczorem, kiedy idę spać, nie wyłazi
spod niego. Do tej pory zawsze usiłowała wepchnąć mi się do łóżka, a teraz
nawet się nie fatyguje. Mam nadzieję, że jej przejdzie. Dostała kilka
e-maili w języku niemieckim (dotyczących oczywiście pinczerów) i nie
rozumiem ani w ząb. Michał niby uczy się niemieckiego, ale chyba bez
efektów. Może źle się wyraziłam: chodzi na niemiecki, co nie znaczy, że
się uczy....

20-02-2003r.
Wczoraj była sesja zdjęciowa - efekty na 4 stronie fotogalerii.
Maluchom już otwierają się oczka! Najpierw od nasady nosa robi się maleńka
szparka, co chwila większa, a potem już będą otwarte! Wczoraj uchyliły
powieki Layla, Lester i Walentynka. Na zdjęciach tego jeszcze nie widać,
no może na jednym ze zdjęć Layli.
Próbują też utrzymywać się na łapka: cały czas pełzają, ale jak mamusia
otwiera "bar mleczny" - jakby dostawały skrzydeł i wtedy łapki same rwą
się do chodzenia! Biga już nie spędza tyle czasu w kojcu, zaczyna tam
tylko zaglądać na karmienie. Ale jest cały czas w pobliżu, jak maluchy za
bardzo piszczą, to wtedy usadawia się w kojcu i zagania je do siebie. U
mamy wszystkie psie smutki mijają...

21-02-2003r.
Czy
ja już mówiłam, że mam psy-wariatki? Albo trzy wariatki? Podobnie brzmi, a
oznacza dokładnie to samo!
No więc, od początku: Psota, jak już
pisałam, nie ma prawa zaglądać do kojca, natomiast Nikita może w nim nawet
mieszkać. Wczoraj położyłam się w dużym pokoju, tam jest kojec, ale
zasłonięty przez stół. Więc - leżąc - nie widziałam go. Po pewnym czasie
słyszę warkot. Ale jaki?! Głęboki, głuchy, taki aż spod wątroby. Okazało
się, że Biga zajrzała do kojca, a tam rozłożyła się Psota. Biga zjeżyła
się do granic możliwości, ale nie atakowała, tylko stała nad kojcem
okropnie warcząc. Musiałam wziąć obie za frak i zrobić porządek, tzn.
wyrzuciłam Psotę z kojca. I chyba zrobiłam źle?
Nie wiem, jak to przyjęły obie
"mamy", ale dzisiaj było jeszcze gorzej! Obudziła mnie Biga (oczywiście
wpychając mi swój zimny i mokry nos do ucha), myślałam, że chce wyjść na
dwór. A ona biegnie prosto do kojca. poszłam za nią i co zobaczyłam? Psotę
w kojcu! O dziwo, Biga nie warczała, więc uznałam, że już nadszedł czas,
kiedy Psota bez przeszkód może zaglądać do maluchów. Obok stała Nikita i
chciała też zajrzeć do szczeniaków, a tu Psota warknęła na nią! Wzięłam
smakołyki do ręki, podbiegły wszystkie trzy. Ale która pierwsza połknęła,
ta ładowała się do kojca i nie dopuszczała pozostałych! Nikita od początku
była na przegranej pozycji, cała sprawa rozegrała się między średniaczkami.
Efekt był taki, że Psota ulokowała się w kojcu (to ona jednak jest nadal
przywódcą tego stadka) i nie pozwalała ani Nikicie, ani Bidze zbliżyć się!
Wylizała wszystkie maluchy, przytulała je i nadstawiała im swoje puste
cycusie. Poleżała trochę, maluchy jednak były głodne, a przecież babcia,
mimo najszczerszych chęci, nie mogła ich nakarmić, więc zaczęły
popiskiwać, i to coraz bardziej zdecydowanie. Biga więc chciała je
nakarmić, ale kojec jest zbyt mały, jak na dwie mamy, a Psota nie chciała
wyjść. No i zaczęło się! Obie zjeżone i warczące, Nikita schowana pod
stołem, do tego piszczące rozpaczliwie maluchy. Oczywiście znów wzięłam
smakołyki do ręki, znów wszystkie podbiegły, zwabiłam więc Psotę do
drugiego pokoju i Biga mogła się położyć w kojcu. Ale Psota wyszła z
sypialni (chyba źle zamknęłam drzwi) i podbiegła, żeby nie powiedzieć
"podleciała", do kojca i chciała Bigę wykolegować. Tego Bidze było już
nadto, wyskoczyła z kojca zjeżona i z zębami na wierzchu. Psota tak samo.
Znów musiałam wziąć obie za frak, żadna tym razem nie chciała popuścić.
Powiem szczerze, gorąco było. Teraz jest spokój , a ja czekam tylko, kiedy
maluchy będą większe i obie "mamy" przestaną się o nie kłócić.
Dotychczas nie było nigdy tak ostro,
ale faktem jest, że kojec był na ogół na tyle duży, że mieściły się obie,
co zresztą widać na jednym ze zdjęć w fotogalerii. Teraz Jarek miał tylko
tyle materiału, żeby zrobić mniejszy kojec, chociaż już szykuje większy,
który będzie stał w kuchni. Planuje zbudować go za kilka dni, gdy maluchy
będą już chodziły siusiać na gazety, ale nie wiem, czy nie będzie musiał
wcześniej się za to zabrać.
Jeszcze tylko miesiąc - i wiosna! Oby
nadeszła jak najprędzej, dosyć mam już palenia w piecu i zimna na dworze.
Wróble już ćwierkają nam nad głową, a to oznacza, że znów chcą zbudować
gniazda u nas pod dachem.


23-02-2003r.
No
więc - jakby to powiedziało moje dziecko - ja wymiękam......
Biga wchodzi do kojca karmić maluchy,
potem natychmiast się stamtąd ewakuuje i jej miejsce zajmuje Psota.
Jeszcze na siebie warczą, ale już mniej zdecydowanie i raczej starają się
schodzić sobie z drogi. Gdy Psota już wlezie do kojca, ułoży się, zagoni
maluchy do cycusiów i ...... one "piją"! O matko, przecież ona tam nic nie
ma! A jak przy tym mlaszczą! I, o dziwo, uspakajają się, przytulają i
zasypiają. Psotka chyba robi za psi smoczek? Czy wy też podrzucaliście
swoje dzieci babciom? Biga robi to na dodatek tak cwanie, żeby babcia
myślała, że to jej okazuje się wielką łaskę, a tymczasem Biga korzysta i
idzie ułożyć się na fotelowym futrzaku - od niańczenia dzieci ma swoją
mamę. Gorzej, gdy maluchy zgłodnieją - Biga chce wtedy je nakarmić ( ale
już tak nie gna do kojca - podchodzi dopiero na zdecydowane, ponaglające
popiskiwania), no a Psota nie bardzo chce jej ustąpić miejsca i wtedy
muszę interweniować. Czy Psota może dostać mleko? Zaczynam już we wszystko
wierzyć. I wiecie co? Psota nie wyjdzie z kojca bez ważnej przyczyny (np.
jedzonko albo spacerek) - może tam leżeć cały dzień i noc!
Maluchy mają już 16 dni i chyba
zacznę próbować dodatkowo podawać im sztuczne pożywienie - może wtedy
Psota da im spokój? Nie było tak do tej pory. Owszem, zawsze jedna była
zazdrosna o szczenięta drugiej, ale kończyło się to po kilku dniach, kiedy
maluchy przestawały być takimi oseskami. Teraz już wszystkie mają otwarte
oczka, reagują na ruch i światło - na dźwięki jeszcze tylko, gdy są głośne
- i próbują, z coraz lepszym skutkiem, poruszać się na łapkach. A Psota
dalej je traktuje jak noworodki.

24-02-2003r.
Najnowszy scenariusz wygląda tak: Psota nie ma zamiaru po żadnym pozorem
opuszczać kojca. Maluchy przyssane do niej mlaszczą, mimo że muszą być
głodne - nie piszczą, tylko zawzięcie ciągną. Psota - mimo że musi ją to
boleć - ani piśnie. Ba, nawet jest bardzo zadowolona. Biga nie widzi
potrzeby karmienia maluchów skoro są spokojne ( no i mlaszczą - mniam,
mniam!). W końcu ja wyrzucam Psotę z kojca, Biga zostaje do niego
zagoniona i karmi głodne maluszki. Gdy te się do niej dorwały, oczywiście
zaczęły się straszliwie przepychać (jak zawsze zresztą) - najeść się
najadły, ale Biga wychodzi z kojca podrapana - całe podbrzusze ma mocno
zaczerwienione. Psota oczywiście natychmiast zajmuje należne jej miejsce i
maluchy, najedzone, wylizane i ogrzane - zasypiają. A co Biga? No cóż, też
ma swoją opiekunkę: Biga kładzie się na plecach, a Nikita obok niej i
wylizuje jej wszystkie zaczerwienione miejsca!
O rany! Podobno człowiek całe życie
się uczy, a i tak umrze głupi...

Biga jest faktycznie mocno podrapana,
obcinałam maluchom pazurki, niby spiłowałam boki, ale jednak są bardzo
ostre. Gdy psiaki tak się przepychają do baru, to mocno swoją mamę drapią.
I nie tylko swoją mamę: siebie nawzajem również, Walentyna i Lester mają
takie ślady na łebkach jakby im ktoś sznyty porobił...
Wczoraj szczeniaczki dostały do
spróbowania papkę dla szczeniąt, ociupinkę. Layla została nadwornym
odkurzaczem - wszystko wciągnęła (całe pół naparstka.. ..),
Lori kompletnie wzgardziła, Walentynka z chęcią się zabrała, ale zaraz
wypluła, chłopcy popróbowali tylko.

25-02-2003r.
No i
stało się. Psota ma mleko. Nie wiem co mam z tym zrobić. Ona zawsze
wchodziła do kojca Bigi, ale leszcze nigdy nie dostała w ten sposób
mleka!! Faktem jest, że ostatnie szczenięta urodziła w 2000r., ale czy to
może być powód? Może nie powinnam pozwolić jej kłaść się do kojca? Obie
mają bardzo silny instynkt macierzyński, obie są nawzajem zazdrosne o
swoje szczeniaki, ale mleko?!?! Wiem, wiem, muszę skontaktować się z
weterynarzem, ale w tej chwili jest nieprzyzwoicie wcześnie i muszę
poczekać, aż normalni ludzie obudzą się i zaczną swój dzień. Jarek mówi,
że trzeba będzie ja wysterylizować, bo sytuacja może się powtarzać, ale ja
nie wiem czy to dobry pomysł. Psota jest bardzo opiekuńcza, umie
wychowywać szczeniaki, ma tyle zapału, a gdyby ja poddać sterylizacji - to
czy charakter jej się nie zmieni? No i jak mam postępować teraz? Czy
odizolować ją od szczeniaków, czy wręcz przeciwnie? Och, muszę to wszystko
przetrawić.....


26-02-2003r.
Wieczorem Jarek z Michałem zrobili większy kojec. Psice tak są nauczone,
że z chwilą przejścia do większego kojca, maluchy dostają sztuczne
pożywienie. Oczywiście, każda ze średniaczek dałaby się posiekać na
kawałki, tylko po to, aby móc wyjeść resztki po maluchach. Ponieważ na
ogół już w tym czasie niechętnie karmią - chyba ze względu na podrapane
podbrzusze, Biga np. karmi na siedząco: maluchy, wtedy tak bardzo jej nie
drapią - więc wprowadziłam zasadę, że suka może zjeść to co zostanie po
karmieniu szczeniąt pod warunkiem, że w czasie karmienia leży w kojcu i
maluchy mogą się napić. Oczywiście, jeżeli to są pierwsze próby
dokarmiania - tak jak dzisiaj - to w misce zostaje większość tego co
przygotowałam. Gdy Jarek wstawił kojec do kuchni, jeszcze nie przeniosłam
szczeniąt, a już Biga w nim leżała i czekała. W efekcie Psota chodziła
koło kojca, ale nie weszła, Biga pilnowała maluchów i ich miski.
No i wyłożyłam gazety - już całkiem
dobrze im idzie znajdowanie miejsca do siusiania. Coraz lepiej też
utrzymują się na łapkach, trenują wytrwale, mimo wielu wywrotek, a nawet
fikołków. Bardzo śmiesznie to wygląda, gdy taki maluch próbuje przejść i
zacznie np. ziewać - ruch głową i leży. No a Lester?! Ciągle warrrrrczy!
Słowo! Nie może dopchać się do cycusia - warczy, ktoś go obudzi - warczy,
jak je - też potrafi warczeć, może podoba mu się ta nowo nabyta
umiejętność? Albo niezły będzie z niego złośnik. Ale spróbujemy go
ułagodzić, mamy kilka sposobów.... Biga całą noc była z maluchami, dopiero
rano Psota mogła wejść.
Wczoraj był piękny dzień, w słońcu
16C! Dzisiaj również jest słonecznie - może to już się ma ku wiośnie?!

27-02-2003r.
Layla
usiłowała przejść przez kojec, oczywiście jeszcze bardzo niepewnie, ale z
determinacją, i nagle głośno i wyraźnie szczeknęła: tak ją to zaskoczyło,
że z wrażenia wywinęła koziołka! Wylądowała na plecach i przez
moment zamarła z łapkami w górze.... Legolas dzisiaj wciągnął co się dało
z miski i próbował zaczepiać pozostałe maluchy - one akurat piły mleczko i
nie bardzo zgadzały się na przerywanie. Legolas więc chwycił najbliższy
ogonek i pomrukiem próbował go skonsumować....... Na szczęście jeszcze nie
ma ząbków..... Lori też próbuje pierwszych zabaw. Otworzyła mordkę z
zamiarem pochwycenia czyjejś łapki, ale gdy łapka umknęła - zadowoliła się
wielkim ziewaniem. Walentynka nie bardzo lubi jeść z miski, podobnie jak
Lucky woli, żeby jeszcze dawać jej z ręki. A Lester nadal warczy, teraz i
inne próbują, więc czasami z kojca dochodzą niezłe dźwięki. Wczoraj Psota
spacyfikowała Nikitę, gdy ta ośmieliła się zajrzeć do kojca. Niki
podchodzi do maluchów nadal z wielkim zdziwieniem: niby to-to pies, a nie
szczeka, nie biega, jakoś dziwnie chodzi i ciągle śpi. Bardzo jest
zainteresowana, gdy wyciągam jakiegoś delikwenta z kojca, to koniecznie
musi go obwąchać i za każdym razem usiłuje namówić go do zabawy. A maluchy
nic, tylko piszczą i kręcą się w kółeczko... Biedna Niki - maluchy jej nie
rozumieją, Psota ją przegania, tylko do Bigi może się przytulić. Bierze
więc tego swojego jeża - piszczydełko i biega po domu w kakofonii
dźwięków. Jeszcze troszeczkę, a poprawi się jej nastrój, bo maluchy też
zaczną "prawdziwe" zabawy....

28-02-2003r.
Dzisiaj jest ciepło, choć pochmurno. Podobno jutro ma padać - znów dookoła
pełno błocka.
Wczoraj moje trzy damy dały nogę z
działki, źle była zamknięta brama. Poszłam za nimi ze smyczami, sąsiedzi
mi tylko mówili, na którym są zakręcie....Kiedy czasami robią sobie takie
wycieczki - Nikita była pierwszy raz i zaraz wróciła - to na ogół
wychodzą z działek i kierują się do parku. Nauczyły się tego od Daffiego,
który był kiedyś z nami. Daffi ciągle wietrzył gdzieś jakąś "kochliwą"
suczkę i zaczęły się wędrówki. Przedtem brama mogła być otwarta, a Biga i
Psota nie ruszyły się z działki. No i zasmakowały w tych wędrówkach, ja
jednak bardzo się o nie boję. Poszłam więc po te delikwentki, jak mnie
zobaczyły, to podbiegły w podskokach. Zabrałam je do parku, chociaż wiem,
że po takiej ucieczce powinnam zaprowadzić je do domu. Ale poszłyśmy na
spacer, wybiegały się do woli. Wróciły totalnie utytłane. Musiałam teraz
dwóm "mamom" dezynfekować sutki, obie dokładnie umyłam , a Nikitę, jako że
błoto miała nawet na czubku głowy, wsadziłam pod prysznic.
Karmienie maluchów zajmuje mi
każdorazowo pół godziny, czasami dłużej. One jeszcze nie wszystkie
załapały zasadę jedzenia z miski, każdego po kolei uczę. Biga w tym czasie
leży i czeka: gdy któreś maleństwo zmęczy się, albo już naje - idzie do
mamy na mleko. Muszę widzieć czy każdy ma okrągły brzuszek, wtedy jestem
pewna, że nie są głodne. Poza tym lubię na nie patrzeć. Co dziennie są
inne, coraz więcej się uczą. To rozkoszne, jak takie najedzone, senne,
usiłują się bawić - warczą, próbują chwytać czyjeś uszy, łapki i ogonki,
niektóre w trakcie zabawy zasypiają i szczekną jeszcze przez sen......
Potem w kojcu robi się cisza, Biga wstaje i zjada resztki z miseczki.
Następuje zmiana warty - do kojca wchodzi Psota. Maluchy na chwilkę się
budzą, zaraz potem przytulają się do babci, któryś jeszcze próbuje coś pić
i spokój......... I tak co trzy-cztery godziny. Ostatnie karmienie jest
ok.23.00, pierwsze o 6.00. Jeżeli budzą się w nocy, to zawsze z nimi jest
Psotka i to im wystarczy. Ale o 6.00, gdy dzwoni nasz budzik, zaczyna się
niesamowity rejwach, szczenięta wygłodzone po nocy alarmują o krytycznie
pustym brzuszku, więc Psota idzie na dwór, a do kojca wchodzi Biga - i tak
codziennie....Jeszcze nie do końca umieją korzystać z gazet - to znaczy
umieją, ale nie zrezygnowały z siusiania na kołderkę, przynajmniej nie
wszystkie. Mam nadzieję, że to im przejdzie, bo zmieniam im posłanie kilka
razy dziennie.....


01-03-2003r.
Od
dzisiaj w dzień można jeździć bez świateł - co bardzo ucieszyło mojego
Michała: uzbierał pieniążki i tuż po 18 urodzinach kupił sobie wiekowego "maluszka",
"kaszlaka" czy jak to-to jeszcze nazywają. Michał mówi o nim "mój piękny,
czerwony bolid"....... Codziennie wieczorem podłącza go "pod kroplówkę",
bo coś źle jest z czymś (przecież ja się na tym nie znam, więc nie wiem co
i z czym) i całą noc ładuje się akumulator. No, a od dzisiaj nie używa
świateł, więc jest lepiej. Podobno......
Z dnia na dzień umiejętności
szczeniaków rosną. Powiedziałbym nawet, że z godziny na godzinę... Dzisiaj
Lester usiłował podbiec! A to dlatego, że gdy postawiłam im miskę w kojcu
- nie wpuściłam Bigi i maluchy nie miały wyboru: musiały zadowolić się
miską. Potem, gdy już widziałam, że trochę podjadły, pozwoliłam Bidze
wejść i szczeniaki rzuciły michę w kąt i szybko do mamy. Przebierały tymi
łapkami na wyścigi, Lester chciał podbiec, ale łapki się poplątały i
wylądował na mordce. Usiadł z wrażenia, próbował się otrząsnąć, co
oczywiście skończyło się znów lądowaniem na mordce. W efekcie, biedak
zamiast pierwszy, był ostatni i nie mógł się dopchać... Ostatnio maluchy
są bardziej marudne. Nadszedł czas pokazywania się ząbków, a to nie należy
do przyjemności... . Biga karmi je siedząc, a maluchy - jak winogrono -
przyczepiają się do niej z dwóch stron w iście akrobatycznych
pozycjach.... Jak już wyjdą zęby, to mamusia już niechętnie karmi - przy
takiej przepychającej się gromadce, łatwo o trochę bólu.
Błoto, błoto i jeszcze raz błoto.
Obrzydliwe, glajdowate błocko. Psy, po powrocie z dworu, mają na sobie
tonę błota i za każdym razem muszę je myć. Czy one nie mogłyby chodzić
tylko po suchym? Błe.....

06-03-2003r.
Kilka
dni przerwy i tyle zmian. Nie zdołam wszystkiego opisać, zresztą chyba się
nie da - więc w wielkim skrócie. Coraz więcej pracy, więcej hałasu i
sprzątania, ale też coraz więcej radości. To niesamowite, jak szczeniaki
szybko się uczą. Z chodzeniem nie ma już żadnych problemów, teraz są na
etapie szarpania, podgryzania (mają już przecież ząbki), warczenia i
zaczepiania. Po każdym jedzeniu jest czas zabawy - mogę tam siedzieć i
patrzeć, nawet gdyby mi się miał obiad przypalić...... Maluchy zaczepiają
i Bigę, i Psotę, ale tak to komicznie wygląda - one małe i nieporadne
podskakują wysoko, żeby dosięgnąć nosa mamy czy babci. Wczoraj był
pierwszy spacer po domu - najpierw przyczaiły się przycupnięte przy
podłodze, a potem zaczęło się zwiedzanie. Nikita tylko pilnowała, żeby nie
weszły do jej budki. Próbowała zaczepiać maluchy, trącała dość
zdecydowanie nosem i łapą, one najpierw nie reagowały, a potem Lester jej
odszczeknął - ale się zdziwiła.... Niektórym się podobało, innym mniej,
ale wszystkie ciekawie sprawdzały otoczenie. Najdalej odchodził .......
Lucky, wszędzie musiał wsadzić nos, Layla i Legolas przeszły aż przez
korytarz do pokoju, ale szły za Psotą, a Lucky chodził sam. Walentyna
usiadła na środku korytarza i płakała, aż przyszła Biga i ukoiła psie
smuteczki. Później mała już zwiedzała bez oporów. Dzisiaj dalsza lekcja
życia poza kojcem. No i są po pierwszym odrobaczeniu.
Biga i Psota ostatnio narozrabiały -
trzy dni z rzędu musiałam prać futrzak z kanapy! Najpierw był to ser
smażony z kminkiem, potem czekolada do smarowania chleba a na końcu paczka
tartej bułki. Dawno tak nie napsociły.... W sobotę przyjeżdża ze Szczecina
Iza - będzie sesja zdjęciowa maluchów! Muszę pozawiązywać im jakieś
kokardki na szyjach, bo nie będzie wiadomo który jest który.

07-03-2003r.
Iza i
Maciek właśnie od nas wyjechali, przyjechali po 13.oo i od razu zaczęli
robić zdjęcia. Maciek zrzucił je przed wyjazdem do mojego komputera i
teraz muszę przejrzeć i przygotować do publikacji niektóre z nich. Nie
łatwo wybrać, bo jest ich ponad 90, a co jedno, to ładniejsze! Już
wyobrażam sobie , jak Iza i Maciek przygotują swoją stronę, ile tam będzie
pięknych zdjęć Layli! Stwierdziłam, że aparat cyfrowy, to jest to co w tej
chwili tygrysy lubią najbardziej......
Wycieczka maluchów poza kojec pierwszy raz trwała tak długo i z tyloma
emocjami, że w końcu zasypiały na siedząco. Teraz sobie smacznie śpią -
tylko zjadły kolacyjkę i już się nawet nie bawiły..... Iza nie mogła
rozstać się ze swoja Laylą, więc zaproponowałam jej, żeby na te trzy
tygodnie, które pozostały do odbioru szczeniąt, zabrała Nikitę. No wiecie,
auto zastępcze na czas naprawy..... No,
ale Niki na szczęście - mimo że prawie cały czas wchodziła Izie lub
Maćkowi na kolana - zrezygnowała z wyjazdu....
Zajrzyjcie do fotogalerii - może jeszcze nie
dziś i nie jutro, bo trochę muszę nad tym popracować - ale niedługo będą
opublikowane efekty dzisiejszej sesji zdjęciowej...

10-03-2003
Już
trochę zdjęć przygotowałam - reszta trochę później. Wiecie do jakiego
wniosku doszłam? Że najładniejsze są fotki Nikity z Izą...... No, ale one
właśnie będą później, najpierw maluchy. Jeżeli oczywiście uda mi się dziś
połączyć z serwerem, bo ostatnio coś mi to łącze szwankuje.
Z kojca dochodzą ciągle jakieś piski:
albo Nikita je budzi - robi to, niestety, regularnie - albo podgryzają się
nawzajem. A że nie umieją jeszcze ograniczyć siły nacisku swoich ostrych
szpileczek, to co chwila któryś ma mocniej nadgryzione ucho, łapkę albo
inną część ciała i podnosi larum. Lester niby trochę złagodniał, ale
będzie wymagał zdecydowanego właściciela. Lucky - ten najmniejszy,
najsłodszy i najbardziej przylepny szczeniak - zdenerwował się na ciągłe
podgryzanie przez Lestera i nieźle mu się odwarknął. Rozbisurmaniły się
ostatnio wszystkie - z Nikitą na czele. Niki do tej pory obchodziła kojec
z daleka, siadała mi tylko na kolanach, gdy ja tam byłam. Teraz też to
robi, ale doszła do wniosku, że Psota już jej nie przegania z kojca i
bardzo jej się spodobały zabawy ze szczeniakami. Nie czeka już więc, aż
wystawię maluchy, tylko co chwila wskakuje do środka i je budzi. Jednego
obudzi, drugiego, maluchy zaczynają piszczeć - a Nikicie o to właśnie
chodzi. Gdy któryś jednak dalej przysypia - zaraz się nim zajmie:
poszturcha, poprzewraca i zabawa gotowa. Muszę pilnować, żeby dobrze
jadły, bo Biga zawsze czai się na ich miskę i korzysta z każdej okazji,
żeby im wyjeść kolację. One oczywiście chętnie dopadają do cycusiów, ale
jest tam już coraz mniej (Psota już w ogóle nie ma mleka) i raczej to jest
takie przytulanie do mamy, niż jedzenie. A Biga w ten sposób je usypia, a
potem zabiera się za pozostawione przez maluchy jedzenie. Ostatnie
karmienie jest już coraz wcześniej - dziś np. o 23.30, a do niedawna o
1.00 w nocy. Zresztą, nie jedzą wtedy dużo, raczej pochodzą, popiszczą,
trochę dopchają brzuszki i śpią do rana. Zazwyczaj, bo czasami jednak
podniosą alarm w nocy - ale coraz rzadziej.


15-03-2003
Nie
mam zupełnie siły, żeby siedzieć i pisać - wszystkich nas rozłożyła grypa.
Jak mój mąż się położył, to znaczy, że już jest naprawdę źle!
Maluchy codziennie co raz dłużej
biegają po domu, najpierw je roznosi energia a potem robi się coraz ciszej
i ciszej, aż w końcu zbieram je - prawie śpiące...... Nikita równo je
"ustawia", ale niektórym się to już mniej podoba i odwarkują jej.
Najwięcej oczywiście Lester. Trochę już spuścił z tonu, ale nadal jest
zadziorny i niepokorny. Przy tym wspaniale bawi się piłeczką i uwielbia
się przytulać! Ktoś, kto się na niego zdecyduje, będzie miał dużo pracy,
ale i wiele satysfakcji - bardzo pojętny psiak. Dzwoni prawie codziennie
ktoś z zapytaniem o szczenięta, ale nie mogę go oferować komuś, dla kogo
ma być to pierwszy w życiu pies, albo jeszcze na dodatek jest w domu np.
2-letnie dziecko! Któryś z rozmówców bardzo się zdziwił, że wypytuję go o
doświadczenie, warunki mieszkaniowe i sytuację rodzinną, a na dodatek
uprzedzam o charakterku Lestera - po raz kolejny usłyszałam "to chce pani
sprzedać tego psa, czy nie?".... Jestem ciekawa, jakby się czuł po tym,
gdybym nic nie mówiąc, sprzedałabym mu psa, a on nie dałby sobie z nim
rady? I co stałoby się z psiakiem? Lester naprawdę nie zasługuje na
poniewierkę.... Wymaga zdecydowania w prowadzeniu, ale jest bardzo
pojętny, wesoły, przymilny, skoczny..... Nie może trafić do osoby, która
go po prostu zmarnuje. Na dodatek jest bardzo dobrze zbudowany, nie wiem
czy nie najlepiej ze wszystkich szczeniąt! Jest krótki, ma dobrą głowę i
doskonałe kątowanie.

17-03-2003r
Już
jest ciepło i słonecznie - chyba będzie taka prawdziwa wiosna! Śnieg już
nigdzie nie leży, błoto zaczyna wysychać, więc wyprowadziłam maluchy na
dwór - najpierw przypadły do ziemi, potem niepewnie kręciły się w kółko, a
później przyszła mama i dała mleczka - świat wrócił do normy.....
Nikita oczywiście maltretuje maluchy ile wlezie - ale im się to podoba!
Lester wręcz goni Niki, a potem się przewarkują - które głośniej. Rano
pobudka jest między 6.00 a 6.30 - maluchy dostają jeść - wygłodzone po
nocy działają jak odkurzacze - a potem spacerek po domu. No, może źle
użyłam słowa "spacerek" - jest jedna wielka gonitwa, poszczekiwanie,
warczenie, szarpanie, pisk - trzeba zabezpieczać firany, buty, ostatnio
któreś próbowało nadgryźć..... kaloryfer!
Po takim bieganiu padają na posłanie śpią
ok. 2 godziny - i potem znów to samo! Coraz bardziej wyróżniają się
zachowaniem - każdy trochę inaczej reaguje na wołanie, na zachętę do
zabawy, na zaczepki innych psiaków - niezłe mam tu co dzień
przedstawienia.... Zrobiłam im kilka zdjęć na dworze, ale opublikuje
je dużo później - no wiecie, musi się najpierw skończyć film, a potem do
wywołania i dopiero po zgraniu ich na płytkę albo zeskanowaniu będę mogła
je zamieścić.
Maciek cały czas wymyśla "domowe"
imię dla oczekiwanej przez nas Liselotty (chyba jeszcze dwa tygodnie),
zdecydowanie nie podoba mu się "Lizzi" - teraz twierdzi, że będzie ją
nazywał Thia, ale to imię nam się nie bardzo podoba - niech myśli, krzywdy
sobie nie zrobi, a może będzie z tego jakiś pożytek?


21-03-2003r
WIOSNA!!!!!!!
No, prawie - na dworze wprawdzie słońce, ale zimno.
NIKITA dzisiaj ma swoje pierwsze
urodzinki, a BIGA miała wczoraj siódme - oczywiście, jestem bardzo
niedobra i nie kupiłam im tortu......
Jeszcze tylko tydzień, a przyjedzie
do nas nowa suczka - już nie mogę się doczekać. Teoretycznie można by ją
odebrać już jutro, ale Jarek nie może jutro jechać, więc jeszcze trochę
cierpliwości. Czas się strasznie dłuży. Maluchy dają mi do wiwatu, mają
nie spożyte ilości energii - i całe szczęście, oznacza to, że są w dobrej
kondycji. Lester już daje się przytrzymywać w pozycji na plecach - i nie
warczy. Jest co raz pokorniejszy. Grandzi ze wszystkimi szczeniakami,
uratowałam już życie Macieja czapce i jego papuciom, próbowały nawet się
dobrać do worka z karmą. Gdy biegają po domu, to mają dostęp do miski z
suchą karmą dla dorosłych psów i do miski z wodą. Za każdym razem dopadają
do wody - jakby nie piły wieki , a dostają w kojcu swoje jedzenie i swoją
wodę. No, ale wiadomo, że w innej misce wszystko jest lepsze. Potem
zaglądają do suchego jedzenia dla dorosłych - Walentyna dosiada się do
niego i je, ale największe przedstawienie robi Legolas: włazi dwoma, a
czasami nawet czterema łapami do miski i grzebie w jedzeniu - zanurzając
przy tym głowę aż po same uszy. Miska jest spora, cały się w niej mieści,
ale najlepsze jest to, że nie je granulek z wierzchu, tylko rozgrzebuje
łapami i nosem, wyciągając jakąś jedną spod spodu i potem cały szczęśliwy
ją je..... 

23-03-2003r.
Och,
jaka jestem dumna! Jesteśmy po przeglądzie miotu i tatuażach. Nic nikomu
nie sugerowałam, ani słówkiem. A pani - oglądając maluchy zatrzymała się
przy Lesterze, postawiła go na stole ( wszystkie zresztą stawiała na
stole), obejrzała, pomacała i powiedziała, że jest to najładniejszy piesek
z miotu, o doskonałej budowie i postawie, o mocnej psychice i..... bez
śladu agresji! Gdy opowiedziałam, jak on się przedtem zachowywał, to
stwierdziła, że musieliśmy włożyć w niego mnóstwo pracy - bo teraz jest
doskonały psychicznie! Chyba spuchłam z dumy! Wszystkie szczenięta zostały
wysoko ocenione, zarówno w rozwoju psychicznym, jak i fizycznym,
dowiedziałam się również, że doskonale noszą ogony! Bardzo mnie wczorajszy
dzień podniósł na duchu! Szczególnie ocena Lestera - po pierwsze dlatego,
że moje oceny szczeniąt były takie same, a po drugie: bo nasza praca z
Lesterem dała pożądane efekty. A Layla została uznana - zgodnie zresztą z
moją własną opinią - za niesamowicie zrównoważoną. Chyba nie umiem
dziś o niczym innym napisać..... No, ale
wspomnę, że już zaczynają się samowolne wycieczki po domu - najpierw Layla,
potem Lester, a teraz już chyba wszystkie, umieją wydostać się z kojca. Na
dodatek uznały, że w kojcu nie należy zbytnio brudzić i na kupkę chcą
wyjść - najlepiej na środek pokoju.. Ale o tym w następnym odcinku...


24-03-2003r.
Jest
takie powiedzenie:" nie podskakuj z radości zbyt wysoko w górę, bo ci może
ktoś ziemię spod nóg usunąć"..... Pisałam wczoraj, jaka jestem zadowolona
i dumna, a w nocy dostałam zimny prysznic. Napisała Pani Kristyna z
hodowli Black Bohemia, że nie dostanę Liselotty! A miałam ją odebrać
wczoraj, nie pojechaliśmy ze względu na Jarka pracę, planowaliśmy pojechać
w sobotę. Lizzi urodziła się jako jedyna suczka w miocie i postanowili
zostawić ją sobie w hodowli, gdyż jej mama - Aida - bardzo, bardzo
zachorowała i nie wiadomo czy z tego wyjdzie, a jeżeli tak, to już nie
będzie mogła mieć szczeniąt. Jak mi smutno........


29-03-2003r.
Dziś
była piękna, słoneczna sobota. Dwie suczki pojechały do swoich nowych
domków - i jakoś tak smutno. Najpierw przyjechał Pan z Tarnobrzegu (czy z
Tarnobrzega? - nigdy nie wiem) ze swoim synem, po Walentynkę. Już nie
będzie nazywać się "Walentynka", tylko "Xena", bardzo ładnie moim zdaniem.
Mam nadzieję, że będę otrzymywać zdjęcia i informacje o jej postępach i
wybrykach. Byli bardzo krótko, bo droga daleka i męcząca. Jestem ciekawa,
jak maluda przetrwała tę podróż. Później przyjechali Iza z Maćkiem po
Laylę. Obiecałam, że przegonię maluchy dziś na dłużej w ogródku, tak by
spały w drodze. W efekcie gdy przyjechali, szczeniaki spały i nie chciały
nawet oczu utworzyć. No fakt, grandziły od 11.00 do 15.00 prawie bez
przerwy, więc miały prawo. Layla przywitała się z Izą otwierając jedno oko
i spała dalej. Co ją postawiłam, to uciekała do budki Nikity i chyba już w
czasie tego biegu zasypiała. O kontakt z Izą nie mam co się martwić -
najwyżej zrobię jej nalot w Szczecinie.....
Jutro rano przyjeżdża Pani po Lolę - moja najmniejsza sunia pojedzie
daleko, bo aż do Białegostoku - pociągiem, z przesiadką. Na pewno długa i
męcząca droga. A po południu przyjedzie Ola i nowi Państwo Askana, który
od jutra będzie mieszkał w Toruniu. Aż za cicho jest w domu, mimo że
dopiero ubyły dwie sztuki, co będzie później? Ale tak jest za każdym
razem.

31-03-2003r.
No i
pozostali tylko Lucky i Lester. Trochę ciszej, trochę smutniej ......
Szczeniaki rozrabiają za całą szóstkę, a Niki nareszcie jest w stanie
łapać ja na raz.... Przeganiają się po całym domu i ogrodzie, tratując
wszystko po drodze, a potem, jak dwa aniołki, zasypiają. Lola podobno
dojechała do Białegostoku bez problemu, pozostałe zresztą trafiły do
swoich domków też spokojnie, natomiast Layla daje Izie popalić - ciągle
płacze. Jest to o tyle kłopotliwe, że mieszkają w bloku i sąsiedzi
raczej nie będą z tego faktu zadowoleni. Zobaczymy kto kogo przetrzyma -
Layla Izę, czy Iza Laylę... Trzymam za nie kciuki.
O ile smyki nie stratują moich
kwiatków, to już niedługo powinno być kolorowo w ogródku, rozkwitają
krokusy, miniaturowe żółte żonkile, trawa zaczyna nabierać soczystej barwy
- ech, wiosna....

05-04-2003r.
Ale
czas szybko płynie - już tylko jeden szczeniak został z nami. Nie, nie
Lester - Lucky! Przyjechali dziś jego państwo z Sosnowca i zaskoczyła ich
możliwość wyboru szczeniaka. A że Lester stał się naprawę bardzo
posłusznym i karnym psiakiem, nie wiem nawet, czy nie bardziej niż Lucky -
więc uważałam, że nie popełniłam błędu. Tym bardziej, ze ci państwo wydali
mi się bardzo rozsądnymi ludźmi, nie uciekali od starszych psów ( co
niektórym się zdarza), pobawili się ze szczeniakami - i po dłuższym
zapoznawaniu się z maluchami ( no, już nie takie znów maluchy, właśnie są
wzrostu Nikity!) wybrali Lestera. Chociaż pan Maciej przyznał, że wybór
trudny..... Ale zostawili mi niemiły prezent! Przywieźli ze
sobą jeszcze gorszą pogodę, oni pojechali z powrotem do domu, a u mnie
zaczął padać śnieg! Teraz jest zimno i
bardzo, bardzo wietrznie! Maciek od czwartku jest w domu (gardziołko,
gardziołko, przestał mówić, tylko chrypiał) i nie dopuszcza (prawie)
swojej ukochanej Mamusi do komputera - niedobry dzieciak.....
Nadal rozglądam się za suczką
czarną-podpalaną, kontaktowałam się już z kilkoma hodowlami w Czechach,
ale przeważnie są rude. Zależy mi na obcej krwi, bo w Polsce jest już zbyt
duże pokrewieństwo i trudniej przez to znaleźć reproduktora. Chyba
nie będę o tym pisać, bo znów zapeszę - jak będę już miała następne
szczęście w domu - to wtedy napiszę.


09-04-2003r.
Niedługo Święta, nie wiem tylko czy do dzieciaków przyjedzie Zajączek
czy..... Gwiazdor Podobno od poniedziałku
ma być cieplutko, ale teraz nas zasypał śnieg! Już rozkwitły żółte i
fioletowe miniaturowe irysy, tulipany mają już spore pączki, wystawiłam
meble ogrodowe, węgiel się kończy w piwnicy - a tu znów zima. Na
szczęście, ponoć na krótko i zaraz zacznie się..... lato
Lucky już sygnalizuje - nie zawsze,
tak mniej więcej co drugi, trzeci raz - chęć załatwienia swoich potrzeb na
dworze. Dopada wtedy do drzwi i okropnie piszczy, potem biegnie na koniec
mojego miniaturowego ogródka i tam ma swoje miejsce. No, ale gdy spadł
śnieg, to nie było już to takie proste - do tej pory maluchy goniły się po
trawie, a tu coś białego, zimnego i mokrego, na dodatek cały czas sypie
się na grzbiet i na głowę! Dzisiejsze pierwsze wyjścia były tylko do
progu, potem podbiegał kawałek i szybciutko z powrotem do pokoju zrobić
siusiu ...... Jednak później zobaczył,
że duże psy wybiegają i nic złego im się nie dzieje, więc popróbował razem
z nimi. W efekcie musiałam wracać do domu sama ( wyszłam bez kurtki), a
Lucky został z psami na dworze. Gdy po chwili wróciłam, już odpowiednio
ubrana - Lucky nurkował w śniegu i bardzo mu się ta zabawa spodobała. A
pojutrze, w piątek, Lucky pojedzie do swojego nowego domu - zamieszka
niedaleko Wrocławia. Będzie to wyjazd na pół-rodzinny, bo u kuzynki tej
pani mieszka już Basta, siostra Bigi.

Teraz muszę się zorientować czy
jeszcze mogę zgłosić Nikitę na wystawę do Łodzi i gdzie zgłosić ją na
późniejsze terminy - w końcu musi się pokazać. Wprawdzie nie bardzo umiem
ją wystawić - ale popróbujemy. Cały szkopuł chyba w tym, że to nie ja
powinnam ją wystawiać, tylko ktoś inny - wtedy patrzy na mnie i pięknie
stoi, gdy idzie ze mną, to po zatrzymaniu się, Nikita siada, albo stoi jak
ostatnie cielę.... 
Ostatnio do działu "reproduktory"
dołączyłam zdjęcia i dane młodego pinczera średniego, który właśnie
otrzymał uprawnienia: GRASANT (Dager) Galant - możecie się już z nim
zapoznać.

10-04-2003r.
Dzisiaj są imieniny mojego synusia Michała i moje urodziny, choroba, znów
jestem młodsza . Zauważyłam, że jak Biga
weźmie zabawkę, to zachęca Lucky'ego do zabawy, gdy Nikita ma zabawkę, to
ucieka do swojej budki - żeby Lucky nie mógł jej nic zabrać. Niki zabiera
wszystko, co tylko jej się uda podprowadzić - w budce znajduję tyle
zabawek i "kradzionych" rzeczy, że czasami dla samej Nikity już nie ma
miejsca. Kupiłam szczeniakom kilka piłeczek i piszczydełek - żadnego nie
mogę znaleźć, bo ta ruda zaraza gdzieś to wszystko wyniosła. Jutro pojadę
do Związku - zgłosić ją na wystawę do Łodzi na 04.05 -podobno przedłużono
termin przyjmowania zgłoszeń do 13.04., wprawdzie nie bardzo umiem ją
zmobilizować do prawidłowej postawy, ale spróbujemy. Layla - wg słów
swojej pani - zadomowiła już się na dobre i doskonale odróżnia domowników
od obcych. No i najważniejsze - już nie płacze, gdy zostaje sama w
domu....
Mój Tato powiedział, że kupił nowe
wycieraczki do samochodu, bo Olek (mój brat) ochrzanił go za taki badziew.
Najpierw dostałam sms-a: "kupiłem nowe wycieraczki", potem Tato przyjechał
i znów zakomunikował; "kupiłem nowe wycieraczki". Dla świętego spokoju
spojrzałam przez okno i powiedziałam "ach, jakie pięęęękne!". A Tato
znowu: "kupiłem - ale nie widzieliście". Jarek w końcu wyszedł przed dom i
oglądał, ja również wyszłam i ..... okazało się, że to cały "cinkuś" jest
nowy! A na to mój Tato: " no co, kupiłem nowe wycieraczki, a ta reszta też
była do nich przyczepiona".....

13-04-2003r.
No i
znów mieszkamy z chipsami, ta znaczy z trzema psami..... Wczoraj po
południu Lucky pojechał do swojego nowego domu. Przyjechali po niego
państwo ze swoim młodszym synkiem - Piotrkiem (II klasa podst.). Piotrek
nie wiedział, że przyjechali po psa. Wiecie jaka była radość, gdy najpierw
przywitał się z psami, potem podbiegł do niego Lucky, wskoczył mu na
kolana (Piotrek siedział na podłodze) i machając ogonkiem jak wiatraczkiem
- wycałował, a Piotrka mama powiedziała, że to jest jego pies? Potem przez
cały czas Piotrek bawił się z Luckym i Nikitą albo opowiadał o tym, jak to
będzie po powrocie do domu. Fajny dzieciak. A u nas? Teraz tak jakoś
tak..... pusto. Nikt już nie zagryza na śmierć moich tulipanów, istnieje
szansa, że irysy też przeżyją, ale ...... Zawsze gdy odchodzi ostatni
szczeniak z miotu - jest najsmutniej. Brakuje takiego małego hultaja. Z
psów, to chyba Nikicie najbardziej brakuje maluchów - średniaczki już są
"za dorosłe" dla rocznej miniatury i najchętniej bawiła się właśnie ze
szczeniakami. No, ale teraz ja będę się znęcać nad Nikitą i codziennie
będę próbować ją i siebie nauczyć postawy wystawowej - do tej pory
to tak nie bardzo wychodziło nam to ćwiczenie, więc i trudno oczekiwać
większych efektów.
Mój kolega małżonek powiedział, że
kupił mi prezent. Na urodziny, na zbliżającą się 19 rocznicę ślubu
(28.04), na imieniny i chyba.... już na gwiazdkę
. Żeby było śmieszniej - faktura jest na
Jarka. No i przez cały wczorajszy wieczór nie dostałam "swojego" prezentu
do ręki, dopiero jak panowie poszli spać, to się dorwałam. A że wczoraj
wieczorem jeszcze mieliśmy gości, w tym dwóch panów, to "mój" prezent był
dość oblegany. Ach, zapomniałabym napisać co to jest: aparat cyfrowy!
Nikt z nas jeszcze nie miał do czynienia z
tym cudem techniki, więc zabawa jest przednia. Oczywiście jeszcze nie do
końca umiemy posługiwać się tym ustrojstwem, ale to, co już wyczuliśmy -
daje wiele frajdy. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła opublikować
pierwsze samodzielne fotki. Szkoda tylko, że nie zdążyłam zrobić tym zdjęć
szczeniakom - jakość nieporównywalna.
Zaczęłam trochę zmieniać sposób przeglądania zdjęć na mojej stronie - ale
pewnie to trochę potrwa. Aha, Lester w domu nazywany jest "Fred"


17-04-2003r.
Jak wiecie, cały czas rozglądam się za nową, czarną suczką. Dostałam
właśnie wiadomość, że w czeskiej hodowli, w Ostravie, 12 kwietnia urodziły
się szczenięta. Same suczki, a jest ich 10!! Mama ruda, tato rudy i
wszystkie maluchy - oprócz jednej - rude w różnych odcieniach.
Można zamawiać, bo
nikt się nie spodziewał, ani tak licznego miotu, ani tego, że będą same
dziewczynki.
No a ta jedna
jedyna czarna, ma być dla nas - mam nadzieję, że tym razem się uda i nie
będzie żadnych niespodzianek! Imiona mają zaczynać się na literę "A". Ale
najbardziej mnie rozśmieszył przydomek hodowlany: Skubanek! Zobaczcie
fotki Elissy Black Bohemia (mamy) i jej dzieciaków - podpięłam dla Arii
(mam nadzieję, że naszej) osobną stronkę.
No a z wiadomości nie związanych z
psami - to muszę napisać o wyczynach moich synalków: Maciek w piątek grał
w piłkę i w efekcie jakiegoś faulu zbił sobie tak mocno rękę, że na kilka
dni miał założony gipsowy opatrunek. Teraz ma już zdjęty, ale nadgarstek
nadal powinien być usztywniony - nakłada sobie ochraniacz, taki, jak do
jazdy na rolkach. A Michał wczoraj miał stłuczkę swoim pięknym, czerwonym
bolidem - facet ewidentnie zajechał mu drogę, bo myślał, że zdąży skręcić
....... Same fajne sprawy. Najgorsze jest to, że Michu jechał ze swoją
koleżanką i przy tym uderzeniu Ania rozbiła głową szybę. Podobno nic jej
nie jest, Jarek woził ją wczoraj po szpitalach, ale ja i tak nie jestem
jeszcze uspokojona. Głowa - to głowa.


22-04-2003r.
I po
Świętach... Na szczęście pogoda była ładna, więc można było cały czas
przebywać na dworze, a i Dyngus w słoneczku jest o wiele
przyjemniejszy..... Psy na wszelki wypadek w Lany Poniedziałek pochowały
się po kątach... Dzieciaki natomiast przeprowadziły tu istną wodną wojnę -
zabawy i śmiechu było co niemiara!



02-05-2003r.
Pracuję nad trochę inną formą strony i nie bardzo mam czas na coś innego.
I codziennie ćwiczymy z Nikitą postawę i chodzenie w kółeczko. Mam tylko
nadzieję, że osiągniemy przynajmniej taki poziom, żeby nas nie wyrzucili z
ringu.....

04-05-2003r.
Ponieważ przybywa zdjęć Arii - to postanowiłam zrobić jej osobną stronkę.
Jest już podpięta, więc usunęłam z "pamiętnika" jej uprzednie fotki.

05-05-2003r.
No, a
teraz o wczorajszej wystawie...... Jechałam cała w skowronkach, bo
zależało mi bardzo na poznaniu nowych "pinczeromaniaków" (rozdawałam
wizytówki - może tu zajrzą) i liczyłam na dobrą zabawę. No i na dzień
dobry kubełek zimnej wody na głowę: nie dosyć, że obie rasy szły na
zupełnie innych ringach, to jeszcze te ringi były położone w zupełnie
skrajnych krańcach wystawy! Średniaki były na płycie głównej, a miniatury
z drugiego końca - poza płytą! A żeby nie było jeszcze zbyt różowo - obie
rasy rozpoczynały prezentację o tej samej godzinie! Czarna rozpacz!
Najpierw pognałam do średniaków, pozostawiając mój dobytek na pastwę losu
i "oko" dobrych ludzi. Udało mi się pstryknąć kilka fajnych zdjęć. Potem
już musiałam pilnować ringu miniatur i też trochę fotek zrobiłam. Nikita
była pokazywana w klasie młodzieży - oprócz niej jeszcze jedna suczka.
Nikita, jak to ona, podkuliła te swoje resztki po ogonku, cytuję opis
sędziego: "typowa suka, nożycowy zgryz, całkowicie odpowiada
standardom, w ruchu minimalnie wysklepiony grzbiet - ocena bardzo dobra".
Trochę skąpy opis, ale rozumiem, że Niki jest po prostu przeciętnie dobrym
psem. Rzeczywiście - ta druga suczka była zdecydowanie mocniejsza w
budowie, a grzbiet miała idealnie prosty. Podobno powinnam chodzić z
Nikitą dużo na smyczy, żeby wyrobiła sobie mięśnie w lędźwiach - wtedy nie
będzie się garbić. Nie jestem pewna czy to coś da, bo przecież ona bardzo
dużo biega i teoretycznie ma te mięśnie wyrobione. Ale nic nie szkodzi
spróbować. Jarek chce ją pokazać jeszcze w Lesznie - nie wiem czy zdążymy,
a poza tym niedługo moje trzy panny będą miały cieczkę. Przyjrzałam się
dobrze miniaturom i zdecydowanie bardziej podobają mi się te o mocniejszej
budowie, nawet może trochę większe - w każdym bądź razie inne niż Niki.
Niki wyglądała przy nich jak przecinek, taka mała sarenka, tamte wyglądały
jak prawdziwa kopia pinczera średniego. No, nie wszystkie... ale
większość. Żeby było śmieszniej - po wyjściu z ringu Nikita pięknie się
wyprostowała i chodziła jak sprężynka... Wiem, wiem - świadczy to o braku
obycia i jest to moja wina - kajam się. Co do średniaków to jeszcze nie
znam wszystkich wyników - z przyczyn technicznych. Podepnę stronkę z
wynikami i fotkami z Łodzi - narazie wiem, że GRASANT Galant zdobył CWC i
CACiB (jest umieszczony w dziale "reproduktory"), a TOKIO de la Capelliere
wygrał rasę.


10-05-2003r.
To,
co zdążyłam , to już pozmieniałam na stronie - reszta musi poczekać.
Powoli będę dodawać podstrony o poszczególnych szczeniakach, ale te
zdjęcia sprzed lat są makabryczne, więc nie będzie ich dużo. Odebrałam od
fotografa filmy (dwa) i mam jeszcze kilka zdjęć maluchów z miotu "L" -
niektóre są przesłodkie.... No i najważniejsze: dopiero teraz do mnie
dotarło, że wystawa klubowa pinczerów organizowana w Głogowie we wrześniu
bieżącego roku, ma status wystawy ŚWIATOWEJ! Pewnie - jak zwykle - wszyscy
zainteresowani o tym już dawno wiedzą, tylko ja obudziłam się ostatnia.
Mam nadzieję, że w związku z rangą wystawy - przyjedzie multum pinczerów.
Albo jeszcze więcej...... Nawet maluchy z naszego ostatniego miotu mogłyby
już startować w klasie szczeniąt.... Nikitę zgłosiłam do Leszna na 24.05 i
do Szczecina na 21.06 - a co tam, jak szaleć, to szaleć....
Narazie przeprowadzam w moim ogródku
prace ziemne. Jako, że w moim domu mieszka pełno chłopa (sztuk trzy), to
ja biorę się za łopatę i udaję, że kopię. Dochodzę do wniosku, że
zdecydowanie lepiej byłoby mieć córki na wydaniu, bo wtedy kawalerowie
prześcigają się z chęcią niesienia "pomocy". Efekty narazie są mizerne,
ale pomalutku, pomalutku posuwam się do przodu. Ułożyłam już ścieżkę z
płytek, przekopuję się teraz przez okropną ziemię zmieszaną z gruzem i
wybieram "tymi ręcami" to świństwo, jednocześnie usiłuję przygotować
dziurę pod sadzawkę - tylko jeszcze nie wiem, jak dużą, zagrodziłam psom
wejście na część ogrodu, co by mi tam nie siusiały - niech trawa ma jakieś
szanse przeżyć. W międzyczasie chyba z tysiąc razy rozjechałam sobie stopę
taczką z ziemią, poobijałam się gdzie tylko było można, zlikwidowałam słup
z koszem do koszykówki (bo ja jestem taka niedobra....), a od poniedziałku
mają przyjść jacyś panowie i będą tynkować mur, bo mimo młodego wieku
wygląda przeokropnie i strasznie się sypie.
Michał - jak już pisałam - rozbił
swojego czerwonego malucha. Ponieważ w tym poważnym wieku (18 lat) w
żadnym wypadku nie można obejść się bez samochodu - natychmiast kupił
drugiego. Jeszcze starszego - niedługo zabytek. No, ale należało go
wyszykować i maluch powędrował do blacharza z jakimś drobiazgiem. W
efekcie tej wizyty należało pomalować na nowo kawałek samochodu i tu
zaczęły się schody: dobranie koloru (szaro-bury beż) graniczyło z cudem.
Dwa czy trzy razy kupił w końcu odpowiednią farbę, ale albo była
przeterminowana i się zważyła, albo coś innego się działo - a przecież
młody człowiek u progu kariery, nie będzie jeździł nie pomalowanym
bolidem! Jak to się skończyło? Wziął farbę od kolegi - tamten miał jej
nadmiar - i pomalował swoje autko. NA CZARNO! O rany..... Do tego
wszystkie wykończenia na srebrno.... Od tygodnia grzebie przy tym pudle,
jeszcze cały czas coś ulepsza - podobno już w poniedziałek będzie mógł
zacząć straszyć Poznaniaków.... A sprawa odszkodowania jeszcze nie jest
zamknięta, bo tamten kierowca.... nie potwierdził jeszcze swojej winy!
Przecież on nie ma w tym żadnego interesu, to do końca życia można czekać
na zakończenie sprawy...


12-05-2003r.
Dostałam kolejny prezent od mojego kolegi małżonka. Nową łopatę.......
Zieloną - bo była tańsza.... Romantyczny facet, nie ma co. I jeszcze takie
ustrojstwo do robienia dziur pod cebule - potem z tego czegoś wysypuje się
z powrotem ziemie do dołka i gotowe. Ale ja oczywiście już wymyśliłam do
czego jeszcze mogę to coś wykorzystać i dziś przesadzałam przy pomocy tego
czegoś trawę - świetna sprawa, ale trochę to długo trwa. Za to nie można
poznać, w którym miejscu trawa została dosadzona....
Wprawdzie zagrodziłam psom wejście na część
działki (na tę część, która choć w małym stopniu przypomina ogródek, bo
druga część, to plac budowy i magazyn wszystkiego, co kiedyś na pewno się
przyda.....), ale Nikita - diablica - mieści się między sztachetami płotka
i cała w skowronkach nadal obsikuje moją trawę! Chyba naprawdę muszę ją
podtuczyć - wtedy nie przeciśnie się....
Dzisiaj dwóch panów naprawiało mój murek i po
południu dałam im obiad. Oni mieli rozrobiony materiał i obiad czekał na
tarasie, a ja musiałam siedzieć obok i pilnować. Nie, nie, to nie przed
psami - u nas pod dachem mieszkają wróble i chyba uznały, że to je chcę
dokarmić: natychmiast zleciało się małe stadko i wystarczyło, że odeszłam
na dwa kroki - już urzędowały na stole! Maciek pojechał na dwudniowa
wycieczkę do Kotliny Kłodzkiej, mają też przejść na czeską stronę, o ile
pamiętam, to do Skalnego Miasta. Oczywiście - najważniejsze zabrał: pastę
do zębów na zieloną noc....

17-05-2003r.
Dzisiaj byli u nas bardzo mili i bardzo oczekiwani goście: przyjechała
znajoma rodzina z Wrocławia, która od niedawna powiększyła się o
10-miesięczną rudą suczkę rasy pinczer średni - pojechali po nią aż do
Czech, nazywa się Izabella Black Bohemia - po domowemu Holly. Holly
najpierw stanęła oko w oko z całą naszą psią trójką i troszkę ją to
zdeprymowało, ale potem została tylko Nikita i we dwie rządziły w ogródku.
Nikicie oczywiście się wydawało, że to ona dominuje, ale czas pokazał, że
Holly nie daje sobie w kaszę dmuchać... Holly
jest jeszcze troszkę przepłoszona, co wynika z niedawnej zmiany
właścicieli, ale trafiła do dobrych i odpowiedzialnych ludzi, więc z
biegiem czasu powinno się wszystko unormować...




20-05-2003r.
Emocje rosną - do przyjazdu Arii zostało 17 dni! Znów dostałam kilka jej
zdjęć - umieściłam je na jej stronce. Jak już będzie u nas, to postaram
się o fotografowanie jej na bieżąco. Jestem bardzo ciekawa, jak ją przyjmą
moje "stare" rezydentki? Mam tylko nadzieję, że nic nie stanie na
przeszkodzie, plany się nie zmienią, dokumenty będą przygotowane (łącznie
z moim paszportem, którego odbiór mam wyznaczony na 04.06) i już
niedługo.... Ale narazie czeka nas jeszcze wystawa w Lesznie (najbliższa
niedziela) a jeszcze nie dostaliśmy potwierdzenia, Nikita nic a nic nie
przytyła, nadal jest jak przecinek, nadal podkula dupencję, zamiast stać
na baczność - ale co tam, jak szaleć, to szaleć... W niedzielę wstałam
obolała, chyba mnie coś przewiało i do dziś mam problem z utrzymaniem
głowy w pionie, a najgorzej jest przy pochylaniu głowy, wczoraj nie mogłam
nawet unieść szklanki z kawą - a praca czeka. Patrzę na ten mój ogródek i
kombinuję, jak tu coś zrobić nie schylając się.... Narazie połknęłam dwa
ibupromy i mogłam w miarę swobodnie pomyć naczynia, ale łopata musi
jeszcze poczekać. Mam nadzieję, że do niedzieli mi przejdzie, bo inaczej
obie z Nikitą wyjdziemy na ring pogięte jak paragrafy. Aha, no i już
powstały fundamenty i podłoga szopki, teraz jeszcze mury, dach i starą
szopkę będzie można rozebrać. Może przestanie tu |