|
PAMIĘTNIK -
archiwum
   


30-11-2002r.
Jutro
wystawa w Poznaniu. Idziemy tylko z Nikitą, startujemy pierwszy raz w
pinczerach miniaturowych (w klasie szczeniąt oczywiście) i musimy
wszystkiemu dokładnie się przyjrzeć. Przyznam, że do tej pory obserwowałam
z zainteresowaniem tylko średniaki. Przygotowywaliśmy Nikitę do pierwszego
jej występu, ale ile z tego wyszło okaże się jutro.... I jeżeli niewiele z
tego wyjdzie, to niestety, ale to będzie moja wina - chyba jednak
średniaki wystawia się trochę inaczej niż miniatury. Ale chodzić na ringu,
to na pewno już się nauczyła! Kiedy zaczynaliśmy naukę chodzenia w kółko,
to Niki siadała, zapierała się czym tylko mogła i patrzyła na mnie z
absolutnym brakiem zrozumienia, tak, jakby myślała: "po prostej, to
jeszcze można zrozumieć, chodzę w końcu w takim tempie, w jakim chcą, ale
w kółko?! To już chyba lekka przesada...." Teraz kółeczka już jej nie
przeszkadzają... No, zobaczymy.

01-12-2002r.
Już
po "wielkim występie"....No cóż, jakby to powiedzieć..... mogło być
lepiej, ale mogło być gorzej..... Niki była jedyną przedstawicielką w
swojej klasie, dostała ocenę "obiecująca". Oczywiście z chodzeniem po
ringu nie było problemu, ale z postawą....... Niewiele nam z tego wyszło.
Cała się skuliła i patrzyła na mnie z prośbą: "idźmy już do domu...".
Usiłowałam ją ustawić i na moment się udawało, ale zaraz potem zadek pod
siebie. Wolałabym, żeby sama się ustawiała w postawie, ale chyba czeka nas
jeszcze wiele pracy w tej materii - sędzia napisał, że "wymaga obycia".
No, wiem. Będziemy ćwiczyć. Chyba zaczniemy spacery po dworcu kolejowy -
podobno to pomaga przywyknąć do hałasu i zamieszania....
Postanowiłam zbudować stronę w Internecie - poświęconą oczywiście moim
pieskom. Tylko jeszcze nie wiem jak to się robi....

09-12-2002r.
Wczoraj byliśmy w Grudziądzu - z naszą "kochliwą" Bigą, u jej obecnego
męża Askana; miejmy nadzieję, że z powodzeniem. Jeżeli wszystko pójdzie
dobrze, to ok. 09-02-2003r. powinny się urodzić szczeniaczki. Już chyba
zaczyna się robić zima - im dalej jechaliśmy na północ, tym bardziej
zimowo. Nie lubię zimy, czekam na wiosnę.

15-12-2002r.
W
pocie czoła coś tam grzebię i powolutku powstaje moja strona - nie
wiedziałam, że to może być tak proste. No, ale wszystko robię metodą prób
i błędów, więc trochę ta zabawa trwa. Zdjęcia skanuję u koleżanki, potem
ona przesyła mi je pocztą, szukam w Internecie wszystkiego na temat
tworzenia stron, szczególnie we Front Page. Już niedługo !!!

27-12-2002r.
JEST!!!! Udało mi się!!!!! Strona od dzisiaj jest w sieci!!!! Chciałabym
bardzo, żeby oprócz moich piesków, na stronie był aktualny wykaz
reproduktorów i innych hodowli pinczerów średnich i miniaturowych.
Wszyscy mi mówią, że przecież każdy
sobie rzepkę skrobie, więc po co mam dawać darmową reklamę konkurencji,
ale ja pamiętam, jak sama szukałam informacji o pinczerach i oprócz
dobermanów, albo stron obcojęzycznych, niewiele znalazłam. Zależy mi
jednak, aby spopularyzować rasę, a nie tylko moją hodowlę. Pinczer średni
jest bardzo mało znaną rasą. Większość ludzi pyta mnie czy to
dobermany-miniaturki, albo niewyrośnięte dobermany, albo młodziutkie
dobermany, ale zawsze dobermany. No, dobra, raz mi powiedzieli, że mam
bardzo ładne dalmatyńczyki.... A pinczer miniaturowy - wbrew pozorom - też
nie jest znana rasą. Ludzie na ogół kojarzą go sobie z małym trzęsącym się
pieskiem w wyłupiastymi oczkami. Na widok Nikity mówią; "ojej, jaki ładny
piesek, prawie jak ratlerek, tylko ładniejszy". Kiedy mówię, że to JEST
ratlerek, ten prawdziwy, z rodowodem, to większość ludzi nie dowierza...




01-01-2003r.
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!! Zima na całego. Idziemy do parku zrobić
kilka zdjęć pieskom, a w szczególności Nikicie - czy wiecie, że nie mam
jej żadnego zdjęcia?! Na wystawę w Poznaniu oczywiście wzięliśmy aparat,
tyle tylko, że bez filmu.... Jarek wygrzebał swojego starego "Zenitha" i
okazało się, że coś tam jest zepsute, ale spróbujemy. Na dworze
-12C, ale nie ma wiatru.
Wróciliśmy ze spaceru zmarznięci.
Wszyscy. Psy najbardziej. Ile z tych zdjęć wyjdzie, to się dopiero okaże -
Nikita nie chciała się zatrzymać, dopiero jak zapięłam jej smycz, to na
chwilę stanęła. Ale było jej zimno w łapki, więc Jarek pstryknął tylko
kilka fotek i znów ją puściłam.

05-01-2003r.
Ciągle coś zmieniam na mojej stronie, ciągle mi czegoś brakuje, coś
uzupełniam. Umieściłam kilka reproduktorów i hodowli, nie wiem tylko czy
właściciele zechcą aktualizować dane, czy nie zapomną. Obdzwaniałam pół
Polski, żeby dostać zgodę na umieszczanie ich danych i jestem ciekawa, jak
to będzie dalej wyglądać - nie mogę przecież ciągle do nich dzwonić i
pytać o nowinki. No cóż - wyjdzie w praniu.
Podobno zbudowanie strony i
opublikowanie jej w sieci to nie wszystko, trzeba ją jeszcze
zarejestrować, trochę popróbowała, ale czy to dobrze robię?

07-01-2003r.
Już
są najnowsze zdjęcia! Ale jakość jednak nie najlepsza, zrobiłam z nimi co
mogłam i umieściłam w Internecie. Bardzo mi się ta zabawa podoba, nie wiem
tylko czy mojemu Jarkowi spodoba się rachunek za telefon?
Psiuty nie chcą wychodzić na spacery:
na dworze o godz.6.00 było -22C!!!, w południe, w słońcu -15C.
Załatwiają swoje potrzeby na ogródku czasie krótszym, niż 1/16 sekundy....
:-))) Muszę sprawdzić do kiedy zgłasza się psa na wystawę w Warszawie -
chyba pojedziemy z Nikitą. Na razie ćwiczymy, ćwiczymy, ćwiczymy. Idzie
nam niestety opornie, jednak wprawdzie małymi kroczkami, ale posuwamy się
do przodu. O wycieczkach na dworzec kolejowy możemy na razie zapomnieć -
poczekamy, aż będzie cieplej.

10-01-2003r.
Czy
znacie kota, który szczeka? Albo inaczej: psa, który zachowuje się jak
kot? Moje średniaczki, owszem, myją się jak koty, Biga codziennie robi
sobie manicure, jak był jeszcze Daffi, to kładł się spać dopiero po
wieczornej toalecie, która obejmowała mycie siebie i dwóch pozostałych
pinczerów (oczy, uszy itd.,), ale Nikita przechodzi samą siebie!
Codziennie łasi się jak kot, kładzie się na ramionach i zawija wokół szyi,
wskakuje na wszystko, na co da się wskoczyć - im wyżej tym lepiej, jeszcze
trochę to zacznie mruczeć...:-))) Jest kochanym, przecudownym psiakiem!!
Swego czasu kupiliśmy jej legowisko w postaci budki dla kotów (! ;-)))) i
wcale nie chciała się tam kłaść, dopiero gdy ktoś wepchnął to pod stół w
kuchni - uznała za swoje miejsce. Teraz zawsze, gdy dostanie jakiś
smakołyk, to chowa się w budce przed średniaczkami. Kiedy jednak myję
podłogę w kuchni i wystawiam budkę - z wystawieniem Nikity jest problem:
"mojej budki nie ma, ale ja się nie dam przegonić".... ;-)))
A Psota się wycwaniła: dawniej biegła
na każdy dźwięk do drzwi albo furtki, teraz najczęściej tylko warknie nie
wystawiając nosa spod futrzaka na fotelu i czeka aż Nikita narobi hałasu.
Jeżeli mała nie zareaguje, to Psota warknie głośniej i już to wystarczy:
mała cała na baczność podnosi jazgot, tańczy koło drzwi, a Psota idzie
spać dalej, no, chyba że naprawdę coś się dzieje...... :-)))
P.S. Swego czasu, ładnych parę lat
temu, byłam chora i uziemiona w łóżku (a właściwie na fotelu) i z nudów
robiłam listę psich imion posiłkując się katalogami wystaw, atlasami,
słownikami i... pomysłami własnych dzieci. Teraz postanowiłam udostępnić
tę listę (mam nadzieje, że bez błędów). Wiem, że w sieci jest parę takich
list, ale jedna więcej chyba nie zaszkodzi? Przestałam się wygłupiać ze
spisywaniem psich imion wtedy, gdy wytłumaczyłam mojemu mężowi, że imię
powinno być krótkie, wpadać w ucho, itd., a on powiedział żebym dopisała
"sedes", bo to krótkie i łatwo zapamiętać.......;-))) I nie pytajcie
mnie co oznaczają poszczególne imiona, bo nie mam zielonego pojęcia.....
:-)))


11-01-2003r.
Wiele osób pyta mnie, czy pinczery nie kłaczą. Bo przecież mają taka
krótką sierść. Informuje uprzejmie wszem i wobec, że kłaczą!
W zasadzie, z małymi wyjątkami kłaczą
wszystkie psy - jedne mniej, drugie bardziej, ale kłaczą. W okresie
linienia mam ich sztywne, twarde włoski wszędzie. I każdy, kto chce kupić
pinczera lub psa o podobnej sierści musi zdawać sobie z tego sprawę.
Dzisiaj moje psice rozśmieszyły mnie
do łez: kiedy usłyszą trzaśnięcie furtki albo trzaśnięcie drzwiami od
naszego samochodu, rzucają się do drzwi witać pańcia. Oczywiście jazgot
jest niesamowity, bo jedna chce drugą przekrzyczeć i na ogół jest problem
z ich uciszeniem. Dzisiaj Jarek przyszedł, psy z ujadaniem do drzwi, Jarek
wszedł i wydał polecenie "psy - na dwór" . Momentalnie nastała cisza jak
nożem uciął, psy wcięło. Ale nie wybiegły na dwór, o nie! Wszystkie
schowały się pod łóżko !! No, ale pogoda
na dworze nie zachęcała do wyjścia, było -12C. :-)))
Zauważyłam, że sobota jest bardzo
ciężkim dniem: moi panowie ( 3 sztuki) albo mają ogrom zajęć, albo są
bardzo zmęczeni, albo wręcz obłożnie chorzy. Czy wszystkich facetów tak
trudno zagonić do sprzątania..... ?!?!
Ktoś, na którymś forum, wytknął
mi, że na mojej stronie jest za mało informacji o zdrowiu pinczerów, za
mało zdjęć szczeniąt u nas urodzonych i odczułam to jako podejrzenie, że
te szczenięta, które od nas wyszły - nie interesują mnie. A to przecież
nieprawda !! Owszem, nie ze wszystkimi
właścicielami szczeniąt mam nadal kontakt, ale to z różnych względów,
najczęściej z powodu przeprowadzki i nie pozostawienia nowego kontaktu.
Dlatego też na stronie o szczeniętach zamieściłam prośbę o zgłaszanie się
do mnie właścicieli piesków z naszej hodowli, ale nie wszystko wychodzi od
razu..... :-(((( Co do zdjęć, to
też wszystko wymaga czasu, gdyż nie mam skanera i korzystam z czyjejś
uprzejmości. Czekam też na aktualne zdjęcia piesków z mojej hodowli i
kiedy je otrzymam, też zależy od ich obecnych właścicieli.......
A przecież staram się, siedzę przy
komputerze bardzo długo, obdzwaniam pół Polski i nie tylko, zmieniam to,
co wydaje się tego potrzebować, a strona jest nowa i jeszcze długo będzie
wymagała poprawek.... :-(((
Choroba, trochę mi skrzydełka
opadły..... :-((((

12-01-2003r.
Dzisiaj jest Wielkie Granie
Owsiaka i pewnie dlatego Internet ciężko chodzi.....
Po wielkich bólach wrzuciłam wzorzec pinczera miniaturowego. Cały czas
usiłuję zebrać jak najwięcej danych o reproduktorach oraz hodowlach
pinczerów średnich i miniaturowych, ale opornie mi to idzie... A może
jestem za mało cierpliwa? No fakt, wszystko chciałabym mieć na wczoraj...
Równie opornie idzie mi nauczanie Nikity jak ma stanąć na moje życzenie .
Stoi, ale wtedy, kiedy ją kuszę smakołykiem (który natychmiast musi
dostać, bo inaczej przysiada, patrzy na mnie jakby pytała "o co w tym
wszystkim chodzi?") albo gdy ja wcale tego po niej nie oczekuję....
Cały czas dojrzewam do decyzji
pozostawienia ogonków w oczekiwanym miocie .

14-01-2003r.
Decyzja ostateczna:
szczenięta pozostaną z ogonkami !!!!
Podejrzewam, że narobi to trochę zamieszania, ale nie zmienimy
postanowienia. Jeżeli Ci, którzy zamówili szczenięta - rozmyślą się, to
trudno, od teraz nasze pinczery będą ogoniaste .
Zgodnie, zresztą, ze wzorcem.
Ach, nie mówiłam jeszcze o zębach!
Czasami zdarza się, że któremuś nie wyjdzie taki mały ząbek, wiecie, ten
za kłem. Dla suki oznacza to obniżenie oceny, dla psa koniec, a właściwie
brak kariery hodowlanej. Rozumiem, że wzorzec ściśle określa "uzębienie
pełne", ale dlaczego w takim razie do hodowli dopuszczane są suki bez tego
zęba? Przecież w którymś pra, pra - cośtam - wnuku to wyjdzie! No, ale to
jest moje przemyślenie, a nie ja o tym decyduję. Przykro mi było tylko,
gdy piękny pies z mojej hodowli ma zamkniętą drogę na wystawy z powodu
braku tego zęba, a oboje rodzice i wszyscy dziadkowie ten ząb posiadają!
To znaczy, że któraś tam pra, prababcia przekazała ten brak zęba... No i
kupując lub sprzedając szczenię, nie wiadomo, czy wszystko będzie ok.
Wstyd. Sama przecież czekam na suczkę i
nie wiem czy po swoich przodkach nie dostanie w spadku brak zęba!
Dzięki wydatnej pomocy pani
Jadwigi Pliszczyńskiej, właścicielki hodowli pinczera miniaturowego "Spod
Katedry" , mogłam w duuuużym stopniu uzupełnić strony o reproduktorach
i hodowlach miniatur. Bardzo, bardzo dziękuje pani Jadwigo
!!!! Nie do wszystkich właścicieli mam
podane numery telefonów, ale postaram się to jak najszybciej
nadrobić......


15-01-2003r,
Tak,
jak przypuszczałam: z tymi ogonkami narobiłam
zamieszania ! Wiele osób dzwoni i pisze, że
wspaniały pomysł, że popierają, ale są też tacy, którzy uważają, że nam
odbiło , że "ugotujemy się" z tymi
szczeniakami, bo nikt ich nie kupi. No cóż, zobaczymy; wyjdzie w praniu.
Decyzja podjęta, nie będziemy jej zmieniać. Wolę, żeby moje szczenięta
trafiły do nowych domów później, ale całe i zdrowe.
Może nadejdzie w Polsce taki czas, że
i Ustawa, i wzorzec rasy będą przestrzegane, a nie: przepisy swoje, a
życie swoje. Właśnie z powodu obawy o sprzedaż szczeniąt wielu hodowców
kopiuje ogonki, rozumiem, ale nie popieram. Gdyby w Związku Kynologicznym
zdecydowanie dążono do egzekwowania tych przepisów
- nie byłoby problemu. Proponuję obejrzeć
w Internecie chociażby skandynawskie strony o pinczerach: (w "linkach"
jest wykaz hodowli pinczerów na świecie) tylko starsze egzemplarze mają
cokolwiek kopiowane, od paru lat już się tego nie robi. Jestem ciekawa,
jak się to ma do naszego wejścia do Unii?
Mam tylko nadzieje, że jest co raz
więcej miłośników psów, którzy uważają, że nie muszą niczego obcinać
swojemu przyjacielowi, żeby go kochać
A podobno mieszkamy w cywilizowanym kraju.......

16-01-2003r.
Co to się porobiło?!
Od czasu, gdy zdecydowaliśmy, że nie
kopiujemy ogonów, odmówiłam sprzedaży szczeniaka kilku osobom, które
stwierdzały:
"Z ogonem? Nie szkodzi, potem się mu obetnie"
 
Ludzie, trzymajcie mnie..........

No, ale są
też dobre wiadomości: nie wszyscy muszą mieć poobcinanego pieska
.
Znalazłam w sieci wiele zdjęć pinczerów z
ogonkami i uważam, że są piękne, a że wyglądają inaczej niż te, do których
się przyzwyczailiśmy? I co z tego, teraz możemy przyzwyczaić się do
"ogoniastych". Pozwoliłam sobie na skorzystanie - w celach
dydaktycznych oczywiście - z paru fotek piesków z austriackiej hodowli
AVARENRING: proszę, przyjrzyjcie się tym ślicznościom :
QUINCY vom Avarenring
THERRY vom Avarenring
THESSY vom Avarenring
TIBERIUS SAMSON vom Avarenring
Komu jeszcze trzeba
tłumaczyć, że psa nie należy pozbawiać ogona?!?!
Ach,
i trafiłam chyba na fińską, albo norweska stronę o pinczerach, widziałam
również na amerykańskich stronach:
pinczery, z powodzeniem, biorą udział w ZAWODACH SPORTOWYCH
Wprawdzie jedna z przyszłych
właścicielek suczki z mojej hodowli (pozdrawiam Cię Iza
) deklaruje chęć uczestniczenia nie tylko
w wystawach psów, ale także właśnie w psich sportach, jednak w Polsce nie
widziałam jeszcze pinczera na agility. Oby, oby ! Będę trzymała kciuki i
podejrzewam, że reszta "pinczeromaniaków" także. 

17-01-2003r.
Jestem ciekawa, dlaczego
tak trudno doprosić się właścicieli reproduktorów o zdjęcia ich pupili?
Przecież nic ich to nie kosztuje i mają darmową, chyba niezłą reklamę.
Niby tak, chcą, ale czekam i czekam. Chyba znowu daje znać o sobie moja
niecierpliwość, ale wychodzę z założenia, że to im powinno najbardziej
zależeć? No cóż, pewnych spraw nie przeskoczę.
Wczoraj podpięłam jeszcze jedną
podstronę, pt. "pinczer to nie pies dla każdego", pewnie ją jeszcze
będę poprawiać, ale na pierwszy rzut oka jestem z niej zadowolona. Na
drugi też .


21-01-2003r.
Dzisiaj Dzień Babci. Moje dzieci odwiedzają Babcię i Dziadków, a ja leżę
już czwarty dzień chora - dostałam w prezencie od mojego starszego synusia
katar i jakieś inne świństwo.
Biga leży obok mnie i podtyka mi pod
rękę swój coraz większy brzuszek, i każe się po nim głaskać. Głaszczę i
głaszczę, a ona nie ma dosyć: jeszcze z lewej się obróci , i z prawej,
potem znów z lewej, a na końcu głaszczę jej oczka, uszka i zaczynamy od
początku..... Chyba dlatego pinczery maja taką krótką, gładką i lśniącą
sierść: od tego ciągłego głaskania
. Daję jej dodatkowe witaminki D3 i A, wapno,
bardzo lubi surową marchew - czasami zje jedną, a czasami ponad pół
kilograma., dostaje pietruszkę, seler i w ogóle dużo warzyw, ale te
warzywa, to żaden dodatek - moje psy zawsze to dostają, bo po prostu je
bardzo lubią.
Ruda ciągle coś chomikuje w tej
swojej kociej budce: wyciągam z stamtąd różne śmieci, pogryzione
oczywiście, no i zawsze wszystkie psie zabawki są tam schowane. Niedługo
dla niej samej zabraknie tam miejsca.... Ale najważniejsza wiadomość:
Nikita nauczyła się stać wtedy kiedy ja chcę i tak jak ja chcę. Nooooo,
prawie. Ale jest lepiej, dużo lepiej. Przez to zwiększone
zapotrzebowanie Bigi na pieszczoty - wszystkie moje pinczerki więcej się
łaszą, nawet Psota, która na ogół za tym nie przepada, teraz też domaga
się swojej porcji głaskania....

22-01-2003r.
Dzień Dziadka. Okazało się,
że ten mój "katar i inne świństwo" to angina i zapalenie krtani - jestem
uziemiona do końca tygodnia. No i dobrze: na wywiadówki do dzieciaków
wreszcie pójdzie tatuś......

27-01-2003r.
Biga
jest coraz grubsza i grubsza - mam nadzieję, że to przechodzi w jakość, a
nie ilość... Dzisiaj Jarek kupił 2 kg
pięknej, słodkiej marchewki - dał Bidze 4 sztuki, rzuciła się na nią,
jakby rok głodowała! Nawet mało nie spięły się z Psotą, której nie chciała
dać: w tym czasie, co dwie średniaczki zaczęły warczeć na siebie (a tak
ostro zdarzyło się pierwszy raz - o marchew!), to Nikita cichutko
podbiegła, złapała największy kawałek i uciekła do swojej budki pod
stołem. Maluchy jeszcze przed urodzeniem są
najbardziej wygłaskanymi szczeniakami pod słońcem - Biga pilnuje, żebym
przypadkiem nie miała wolnej ręki.

30-01-2003r,
Czy to możliwe, żebym ja,
taka młoda dziewczyna, miała takie stare dziecko?? Mój Michał skończył
wczoraj osiemnaście lat
A jeszcze niedawno zmieniałam mu pieluchy!! Jak to możliwe, że ja się nie
starzeję, a dzieci tak? 
Jestem wściekła na mój bark
umiejętności w dziedzinie fotografii - jakość zdjęć moich psiaków jest po
prostu fatalna! Ale nie mam innych i
tyko takie mogę publikować. Na kilka dni miałam pożyczony skaner, ale
chyba nawet skanować dobrze nie potrafię. Może za jakiś czas dojdę do jako
takiej wprawy i wymienię zdjęcia, ale na razie muszą pozostać te - mimo,
że są okropne. Oglądam zdjęcia psów w Internecie i wszystkie są lepsze
jakościowo. 
BIGA - mimo swojej objętości -
całkiem żwawo biega: dzisiaj pogoniła kota i nawet się nie zasapała.
Jeszcze tydzień, najwyżej półtora i będą maluszki! Oby zdrowe.


02-02-2003r.
Dzisiaj w domu pełno gości, baloników, życzeń i zamieszania: Michał
obchodzi osiemnastkę, a Maciek imieniny (wg kalendarza 30.01.) Bidze chyba
podłożę deskorolkę pod brzuch - taka jest gruba. No, trochę
przesadzam..... Nikita lubi kłaść się obok Bigi z głową na jej brzuchu -
odnoszę wrażenie, że słucha szczeniąt.
W czeskiej hodowli Black Bohemia
30.I., w imieniny Maćka, urodziła się suczka dla mnie, dostała imię
Liselotta. My będziemy nazywać ją Lizzi.

04-02-2003r.
Psota
dostaje "głupawki": kładzie się w kojcu, kopie, jęczy - czy ona myśli, że
w ten sposób doczeka się szczeniaków? Wszystko przygotowane do przyjścia
maluchów na świat. Z Bigą do tej pory był cyrk, bo nie chce rodzić w
kojcu, tylko zawsze wchodzi do szafy. Raz udało nam się ją namówić na
wyjście z niej, to urodziła na fotelu - kojca nie używa, dopiero potem,
gdy są już wszystkie maluchy, przenoszę całą rodzinkę do środka. Biga
rodzi na ogół dość małe, ale silne szczeniaki - jestem ciekawa jak to
będzie tym razem. Wolałabym mniej, ale większe. No, ale to nie ja
decyduję. Szczenięta od Psoty są przy urodzeniu większe (Bigi są
ok.160-210g, Psoty 190-280g), ale jak dorosną, to nie ma różnic. Oby były
silne i zdrowe. Szafa już przygotowana.....

06-02-2003r.
Już
nie mogę się doczekać. Dziś w nocy znów głaskałam "wystające kartofelki" -
maluchy tak się rozpychają, że Biga podtyka mi swój brzuch, żebym jej
masowała. Kiedy już zasypiałam obudził mnie rejwach w szafie. Zerwałam się
z łóżka z myślą, że "już się zaczęło", a tymczasem Biga sobie smacznie
spała z przytulona do niej Nikitą, Psota natomiast buszowała w szafie,
drapała, szarpała przygotowane szmaty i układała się jak do porodu.
Zgłupiała chyba zupełnie.

07-02-2003r.
To
już chyba dzisiaj. Biga od rana co 2 minuty chce wyjść na dwór, a Psota od
rana piszczy! Ta moja emerytka ma źle poukładane w głowie: kilkakrotnie
tak dziś zaskowyczała, że gnałam z drugiego końca domu. Jak tak dalej
pójdzie, to przestanę reagować i nie zauważę, jak Biga urodzi.

08-02-2003r.
SĄ
MALUCHY!!!!!!!
Miałam rację, Biga urodziła wczoraj wieczorem.
Prawdę mówiąc, mimo że się tego
spodziewałam, jestem rozczarowana wagą maluchów. No, ale od początku: Po
południu, kiedy już Biga przestała biegać co chwilkę na dwór, Psota
położyła się i przestała udawać, że rodzi, ja też pozwoliłam sobie na małe
odpoczywanko. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie widzę Bigi i
powiedziałam żartem do Michała: "uważaj, jak ona już urodziła." Na wszelki
wypadek zajrzałam do szafy (Biga od kilku dni się w niej pokładała) i.....
zobaczyłam maleńkie, tyciuteńkie maleństwo! Biga nawet nie jęknęła, po
prostu robiła swoje. No, ale maluszek, który się pierwszy urodził jest
najmniejszy z miotu: 140g!! Naprawdę nie wiem, czy się uchowa? Czy taki
malec ma szanse? Cały czas pilnuję, żeby dostał się do cycusia, ciągnie
wtedy równo, ale pozostałe dość łatwo zabierają mu miejsce. W sumie
urodziły się 3 pieski, 3 suczki, największe są: jedna suczka i jeden
piesek: po 200g. W nocy niewiele spałam, bo gdy tylko maluchy zapiszczą,
to Psota i Nikita wskakują na mnie i uspokoją się dopiero, gdy wstanę i
zajrzę do kojca. Teraz, w ciągu dnia nie jest lepiej, nawet mam problem z
pisaniem tego tekstu, bo te dwie wariatki ciągle biegają od kojca do mnie
i popiskują. Biga nie dopuści ich do maluchów jeszcze przez kilka dni,
jeżeli któraś próbuje zaglądać, to tylko nad moim ramieniem, gdy kucam
przy kojcu, wiec kombinują jak mogą, żeby tylko być przy maluchach.
Asystowały obie przy porodzie, Nikita z wielkim zaciekawieniem, koniecznie
chciała położyć się znów koło Bigi. Psota natomiast próbowała karmić
maluchy, zabrać je Bidze i dość agresywnie odganiała Nikitę. Maluchy nie
mają jeszcze doby, ale już można je odróżnić:
Największa suczka jest po prostu
gruba, z pełna konsekwencja pcha się do cycusia i nic nie może jej stanąć
na przeszkodzie - nie daje rady tylko największemu pieskowi.
Średnia suczka miała dość przykre
przyjście na świat, bo otarła sobie łepetynkę o kość grzebieniową miednicy
i na główce ma rankę w kształcie serduszka - Jarek nazwał ją Walentynką.
Podpalanie odziedziczyła po tatusiu: duże, bardzo wyraźne plamy.
Najmniejsza suczka, nie jest dużo
mniejsza od Walentynki, ma skromniejsze podpalanie. Jak nie może dostać
się tam, gdzie chce, albo gdy Biga zbyt energicznie ją liże - piszczy
uparcie, aż osiągnie cel - miągwa jedna.
Najmniejszy piesek, jest po prostu
najmniejszy - i to widać, nie trzeba szukać cech charakterystycznych.
Biedne maleństwo.
Średni piesek jest dość silny,
uparty, pcha się do mleka ile wlezie. Jest trzeci w kolejności, jeżeli
chodzi o wielkość i siłę.
Największy piesek, znów z podpalaniem
po tatusiu, jest najsilniejszy, ma największą głowę i nikt mu nie
podskoczy: gdy on chce jeść, to po prostu wypycha pozostałe - nie ma z tym
najmniejszego problemu.
Ważyłam je wszystkie po porodzie i po
godzinie lub więcej. Wszystkie przez ten czas jadły i różnica była na plus
ok. 5g. Dzisiejsza waga jest taka jak wczorajsza. Widać, jak się szczeniak
naje, to ma balon zamiast brzuszka i wszystkie tak wyglądają. Najmniej
zjada ten najmniejszy, zasypia w połowie jedzenia i daje się wykolegować
pozostałym.


11-02-2003r.
Nie
mam za dużo czasu żeby pisać, bo prawdę mówiąc nie dosypiam. I to nie
zupełnie przez opiekę nad szczeniętami! Owszem, poświęcam im bardzo dużo
czasu, może nawet jestem przewrażliwiona, bo ciągle pilnuję, żeby nawet te
słabsze i mniejsze należycie się najadły, czasami jakiś delikwent
zawędruje gdzieś dalej i piszczy, Biga częściej je i pije (wszystko w
kojcu), maluchy są ciągle ważone, wszystko to prze 24 godziny na dobę. Ale
w zasadzie nie to jest przyczyna mojego zmęczenia: najwięcej mnie
absorbuje Psota!!! Ta wariatka bardziej pilnuje tych szczeniaków, niż
gdyby były to jej własne! Oczywiście Biga nie pozwala zaglądać do kojca
żadnemu psu (tak będzie przez kilka najbliższych dni), więc gdy tylko w
kojcu coś zapiszczy, Psota wskakuje mi na brzuch (nawet, a może
szczególnie w nocy) i nie uspokoi się dopóki nie usiądę przy szczeniakach,
i nie zrobię tam porządku. W kojcu ma być cicho i już, bo inaczej
babcia-Psotka dostaje głupawki. Obie z Nikitą są bardzo ciekawe co tam się
dzieje i kombinują jak mogą, żeby choć na chwilkę zajrzeć. Bardzo im
odpowiada, gdy ja jestem przy kojcu, bo chowają się za moimi plecami i
zaglądają z bezpiecznej pozycji. No, ale najważniejsze, że maluchy
przybierają na wadze i są coraz większe! Ten najmniejszy maluszek, Który
po urodzeniu ważył zaledwie 140g, przez pierwsze dwie doby przybrał tylko
10g, wczoraj wieczorem (koniec trzeciej doby) ważył już 180g. Nadal jest
malutki, ale już nie tak łatwo go wykolegować od cycusia. Natomiast
największa suczka na koniec trzeciej doby ważyła 315g! Chyba chce pobić
wszelkie rekordy. Tuż za nią jest największy piesek (310g) i zaraz potem
średni piesek 250g. Średnia suczka waży 230g, a Walentynka 200g. Widać
różnice.
Właśnie wypuściłam Bigę na spacer, a
tymczasem Psota ulokowała się w kojcu i tylko zerkała przez okno czy Biga
już nie wraca. Miałam duże trudności, żeby ją stamtąd wyrugować. Potem
Biga wróciła, ale zażyczyła sobie przeniesienie kojca. Jak to zrobiła?
Chodziła z kąta w kąt, jakby czegoś szukała, kładła się obok szczeniąt, za
chwilę wstawała, strasznie dyszała. Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy
zabrałam kojec od kaloryfera - widocznie było jej za gorąco?

12-02-2003r.
Okropny wieczór był wczoraj! Strasznie się zdenerwowałam! Cały dzień
wszystko było w normie, popiskiwania, walka o mleko, ale wieczorem
Maluszek zaczął jakoś inaczej popiskiwać: jakby kotek płakał. Oczywiście,
podeszłam, obejrzałam, myślałam, że po prostu jest głodny i nie może dobić
się do mleka. Ale okazało się, że wypluwa sutek i cały czas płacze. I to
jeszcze jak! Rozdzierający płacz przechodzący w zawodzenie! Biga masowała
mu brzuszek, ogrzewała, w końcu ja brałam go na ręce i masowałam - bez
skutku. Po ok. godzinie zrobił kupkę, niby trochę się uspokoił, ale potem
znów to samo. Po następnej godzinie płaczu z małymi przerwami (a była już
22.00), Michał zawinął go w ciepły ręcznik, wsadził do głębokiej miski i
zabrał do weterynarza. Nasza pani doktor była nieuchwytna, więc pojechał
na Grunwaldzką, gdzie jest dyżur 24h. Pan doktor obejrzał malucha i
stwierdził, że nic nie stwierdził...
Diagnoza była taka, że jeżeli to była
kolka, to powinna przejść, ale jest możliwość, że nieostrożna mama go
nadepnęła i malec ma teraz obrażenia wewnętrzne, które trudno stwierdzić:
albo przejdzie, albo nie! Ale mnie pocieszył! No, ale Maluszek wrócił do
mamy i dzisiaj je ile wlezie, więc myślę, że to była jednak kolka, ale za
to jaka! Wczoraj wieczorem jego waga wynosiła 200g, więc grubnie, ale dziś
rano 190g - przypuszczam, że to skutek kilkugodzinnej głodówki. Pozostałe
natomiast, a szczególnie najgrubsza Gruba - tyją w oczach. Zważyłam Grubą
dzisiaj rano, zaraz po jedzeniu : 410g!! Gruba (chyba to ona będzie miała
na imię Layla) jest bardzo spokojna, nie rzuca się do mleka, ona po prostu
podpełza i je kiedy chce, jest największa i najsilniejsza, nie rozpycha
się - ona idzie, a wszystko samo jej schodzi z drogi....
. Największy z piesków (chyba będzie miał na
imię Legolas), jest ciut mniejszy od Layli, ale bardziej marudny. Kiedy
chce jeść, a wszystkie cycusie są zajęte, popiskuje, i to z wielką
niecierpliwością. Walentynka ( ona na pewno będzie miała na imię Lady
Valentine) jest cały czas najmniejszą suczką, ale nie piszczy zbyt wiele i
zawsze znajdzie drogę do mleka. Wczoraj wieczorem ważyła 230g.

13-02-2003r.
Piękny, słoneczny dzień. Na dworze śnieg i mróz, ale coraz dłuższy dzień,
więc jak świeci słoneczko, to prawie tak, jakby nadchodziła wiosna. No,
wiem, że to dopiero luty i że jeszcze ma przyjść zima, ale dzisiaj jest
cudownie!
Dziś otrzymałam od Kristyny Klicovej
(hodowla Black Bohemia - Czechy) list z wiadomościami o mojej Lizzi. Będę
mogła odebrać ją po 21.III - już nie mogę się doczekać, mimo że mam w tej
chwili w domu kojec pełen własnych maluchów. Lizzi jest o tydzień starsza
od moich szczeniaczków i waży 560g. Niedługo mam dostać jej zdjęcie!
Zdjęcia moich maluchów postaram się zamieścić może we wtorek - a to dzięki
uprzejmości Lilki Kisiel, właścicielki Mafii (czyli Chili), która obiecała
przyjść w poniedziałek z aparatem cyfrowym - też już nie mogę się
doczekać. Na razie robię zdjęcia zwykłym aparatem, automatem, więc nie
wiem jakie wyjdą, no i muszę czekać aż się film skończy. Teoretycznie
imiona dla maluchów są wymyślone, ale jeszcze mogą się zmienić. Na razie
jest: Layla, Lady Valentine, Lori, Legolas, Lancelot i Lucky.
Dzisiaj Nikita próbowała oglądać
szczeniaki (pod nieobecność Bigi), ale nie odważyła się na wejście do
kojca, tylko z daleka, w powietrzu wąchała. Kiedy podetknęłam jej malucha
pod nos, to polizała, ale zaraz wycofała się na bezpieczną odległość.
Chyba jeszcze za bardzo nie wie, co to jest takiego, albo tak bardzo boi
się reakcji Bigi. Potem kilkakrotnie spróbowała podejść sama, ale Biga
zawarczała i Nikita czmychnęła.


14-02-2003r.
Biga
już na chwilkę zostawia maluchy, pochodzi sobie parę minut w domu albo na
dworze. Wczoraj wieczorem wpakowała mi się do łóżka i nie chciała wyjść,
zanim nie dostała swojej porcji pieszczot! No tak, minął już przecież
tydzień, jak utkwiła w kojcu, więc trzeba nadrobić zaległości. Rozłożyła
się na plecach, gdy już wygłaskałam brzuszek, dostałam pod dłoń jej głowę,
potem grzbiet, i oczywiście wszystko znów od początku. Nikita zaraz
skorzystała z okazji i przytulała się do Bigi, lizała jej uszy i oczy, a
Bigusia tylko leżała i mówiła; "tak mi rób, tak mi dobrze....". Potem Biga
znów poszła do kojca, a Niki usiłowała namówić ją do zabawy: chwyciła jeża
- piszczydełko i stała przy kojcu, podrzucała sobie zabawkę, kulała nią, w
końcu wrzuciła ja do kojca. Biga jednak nie wykazała zrozumienia, nie
chciała się bawić. Wprawdzie Nikita już z większą odwagą zagląda do kojca,
Biga pozwala jej na bliskie podejście nawet, gdy mnie nie ma, ale na
wyjęcie jeża z kojca się nie odważyła - przyszła do mnie piszczała,
skakała no i musiałam pójść i podać jej zabawkę. Teraz zresztą też cały
czas słyszę, że kusi Bigę piszczydełkiem. Psota natomiast ma zakaz wstępu,
jej odległość od kojca musi wynosić przynajmniej dwa psie kroki - ale to i
tak sukces, bo do tej pory nie powinna pokazywać się nawet w polu
widzenia... W nocy Biga nie zaniechała spacerów i byłam kilkakrotnie
brutalnie obudzona z psim nosem np. w oku - trochę nieprzytomna, ale
musiała wstawać i wypuszczać nasza mamę na dwór. Zmarzłam i znów boli mnie
gardło... 

18-02-2003r.
Mała
przerwa w pisaniu, ale zabiera mi to trochę czasu, a nie mam go zbyt wiele
ostatnio. Na wykonanie zdjęć aparatem cyfrowym umówiłam się na środę -
może tym razem wyjdzie. Maluchy zmieniają się tak bardzo i tak szybko, że
nie nadążam.. Nawet ten najmniejszy jest już
spory, bo waży ponad 400g!! Są okrąglutkie, tłuściutkie, czasami udaje im
się podnosić na łapkach - tak śmiesznie się wtedy kiwają. Są bardziej
zdecydowane w bitwach o mleko i głośno protestują, gdy Biga je na chwilę
zostawi. Psocie nadal nie wolno podchodzić do kojca, chociaż i tak jest
lepiej, bo mogę zabrać malucha i dać go Psocie, wtedy Biga nie protestuje.
Psota takiego delikwenta przytula, liże, wyczynia cuda i jest bardzo
zawiedziona, gdy go w końcu zabieram. Nikita natomiast ma większe względy
u Bigi, bo jej wolno wejść do kojca i położyć się koło szczeniaków. Niki
wtedy je zaczepia, ale tak jak pies zaprasza do zabawy - zupełnie nie ma
zrozumienia dla ślepych i nieporadnych, mają się z nią bawić i już! No i
na porządku dziennym jest zachęcanie do zabawy piszczydełkiem: efekt jest
taki, że cały dzień coś mi piszczy w domu - jak nie szczeniaki, to Nikita
zabawką.


19-02-2003r.
Nikita wczoraj zrobiła przedstawienie: jak tylko Biga wychodzi, to Niki
natychmiast musi być w kojcu. Maluchy raczej na nią nie reagują, ale
wczoraj któryś podpełznął i zaczął wpychać się jej pod brzuch. Jak się
zerwała, jak zaczęła szczekać!! A w tym jej szczekaniu było tak wyraźne
oburzenie! Potem już bardzo nieufnie zaglądała do kojca, cały czas
napięta, jakby się obawiała, że to "coś" może ją zaatakować....
Potem próbowała nosem i łapą szturchać maluchy, prowokować do działania, a
one tylko piszczały i kręciły się w kółko! Jak już się przekonała, ze nie
grozi jej nagła utrata życia, znów ulokowała się w kojcu. Psota nadal nie
podchodzi, powiedziałabym, ze jest wręcz obrażona. Cały czas schowana jest
pod futrzakiem na fotelu i nawet wieczorem, kiedy idę spać, nie wyłazi
spod niego. Do tej pory zawsze usiłowała wepchnąć mi się do łóżka, a teraz
nawet się nie fatyguje. Mam nadzieję, że jej przejdzie. Dostała kilka
e-maili w języku niemieckim (dotyczących oczywiście pinczerów) i nie
rozumiem ani w ząb. Michał niby uczy się niemieckiego, ale chyba bez
efektów. Może źle się wyraziłam: chodzi na niemiecki, co nie znaczy, że
się uczy....

20-02-2003r.
Wczoraj była sesja zdjęciowa - efekty na 4 stronie fotogalerii.
Maluchom już otwierają się oczka! Najpierw od nasady nosa robi się maleńka
szparka, co chwila większa, a potem już będą otwarte! Wczoraj uchyliły
powieki Layla, Lester i Walentynka. Na zdjęciach tego jeszcze nie widać,
no może na jednym ze zdjęć Layli.
Próbują też utrzymywać się na łapka: cały czas pełzają, ale jak mamusia
otwiera "bar mleczny" - jakby dostawały skrzydeł i wtedy łapki same rwą
się do chodzenia! Biga już nie spędza tyle czasu w kojcu, zaczyna tam
tylko zaglądać na karmienie. Ale jest cały czas w pobliżu, jak maluchy za
bardzo piszczą, to wtedy usadawia się w kojcu i zagania je do siebie. U
mamy wszystkie psie smutki mijają...

21-02-2003r.
Czy
ja już mówiłam, że mam psy-wariatki? Albo trzy wariatki? Podobnie brzmi, a
oznacza dokładnie to samo!
No więc, od początku: Psota, jak już
pisałam, nie ma prawa zaglądać do kojca, natomiast Nikita może w nim nawet
mieszkać. Wczoraj położyłam się w dużym pokoju, tam jest kojec, ale
zasłonięty przez stół. Więc - leżąc - nie widziałam go. Po pewnym czasie
słyszę warkot. Ale jaki?! Głęboki, głuchy, taki aż spod wątroby. Okazało
się, że Biga zajrzała do kojca, a tam rozłożyła się Psota. Biga zjeżyła
się do granic możliwości, ale nie atakowała, tylko stała nad kojcem
okropnie warcząc. Musiałam wziąć obie za frak i zrobić porządek, tzn.
wyrzuciłam Psotę z kojca. I chyba zrobiłam źle?
Nie wiem, jak to przyjęły obie
"mamy", ale dzisiaj było jeszcze gorzej! Obudziła mnie Biga (oczywiście
wpychając mi swój zimny i mokry nos do ucha), myślałam, że chce wyjść na
dwór. A ona biegnie prosto do kojca. poszłam za nią i co zobaczyłam? Psotę
w kojcu! O dziwo, Biga nie warczała, więc uznałam, że już nadszedł czas,
kiedy Psota bez przeszkód może zaglądać do maluchów. Obok stała Nikita i
chciała też zajrzeć do szczeniaków, a tu Psota warknęła na nią! Wzięłam
smakołyki do ręki, podbiegły wszystkie trzy. Ale która pierwsza połknęła,
ta ładowała się do kojca i nie dopuszczała pozostałych! Nikita od początku
była na przegranej pozycji, cała sprawa rozegrała się między średniaczkami.
Efekt był taki, że Psota ulokowała się w kojcu (to ona jednak jest nadal
przywódcą tego stadka) i nie pozwalała ani Nikicie, ani Bidze zbliżyć się!
Wylizała wszystkie maluchy, przytulała je i nadstawiała im swoje puste
cycusie. Poleżała trochę, maluchy jednak były głodne, a przecież babcia,
mimo najszczerszych chęci, nie mogła ich nakarmić, więc zaczęły
popiskiwać, i to coraz bardziej zdecydowanie. Biga więc chciała je
nakarmić, ale kojec jest zbyt mały, jak na dwie mamy, a Psota nie chciała
wyjść. No i zaczęło się! Obie zjeżone i warczące, Nikita schowana pod
stołem, do tego piszczące rozpaczliwie maluchy. Oczywiście znów wzięłam
smakołyki do ręki, znów wszystkie podbiegły, zwabiłam więc Psotę do
drugiego pokoju i Biga mogła się położyć w kojcu. Ale Psota wyszła z
sypialni (chyba źle zamknęłam drzwi) i podbiegła, żeby nie powiedzieć
"podleciała", do kojca i chciała Bigę wykolegować. Tego Bidze było już
nadto, wyskoczyła z kojca zjeżona i z zębami na wierzchu. Psota tak samo.
Znów musiałam wziąć obie za frak, żadna tym razem nie chciała popuścić.
Powiem szczerze, gorąco było. Teraz jest spokój , a ja czekam tylko, kiedy
maluchy będą większe i obie "mamy" przestaną się o nie kłócić.
Dotychczas nie było nigdy tak ostro,
ale faktem jest, że kojec był na ogół na tyle duży, że mieściły się obie,
co zresztą widać na jednym ze zdjęć w fotogalerii. Teraz Jarek miał tylko
tyle materiału, żeby zrobić mniejszy kojec, chociaż już szykuje większy,
który będzie stał w kuchni. Planuje zbudować go za kilka dni, gdy maluchy
będą już chodziły siusiać na gazety, ale nie wiem, czy nie będzie musiał
wcześniej się za to zabrać.
Jeszcze tylko miesiąc - i wiosna! Oby
nadeszła jak najprędzej, dosyć mam już palenia w piecu i zimna na dworze.
Wróble już ćwierkają nam nad głową, a to oznacza, że znów chcą zbudować
gniazda u nas pod dachem.


23-02-2003r.
No
więc - jakby to powiedziało moje dziecko - ja wymiękam......
Biga wchodzi do kojca karmić maluchy,
potem natychmiast się stamtąd ewakuuje i jej miejsce zajmuje Psota.
Jeszcze na siebie warczą, ale już mniej zdecydowanie i raczej starają się
schodzić sobie z drogi. Gdy Psota już wlezie do kojca, ułoży się, zagoni
maluchy do cycusiów i ...... one "piją"! O matko, przecież ona tam nic nie
ma! A jak przy tym mlaszczą! I, o dziwo, uspakajają się, przytulają i
zasypiają. Psotka chyba robi za psi smoczek? Czy wy też podrzucaliście
swoje dzieci babciom? Biga robi to na dodatek tak cwanie, żeby babcia
myślała, że to jej okazuje się wielką łaskę, a tymczasem Biga korzysta i
idzie ułożyć się na fotelowym futrzaku - od niańczenia dzieci ma swoją
mamę. Gorzej, gdy maluchy zgłodnieją - Biga chce wtedy je nakarmić ( ale
już tak nie gna do kojca - podchodzi dopiero na zdecydowane, ponaglające
popiskiwania), no a Psota nie bardzo chce jej ustąpić miejsca i wtedy
muszę interweniować. Czy Psota może dostać mleko? Zaczynam już we wszystko
wierzyć. I wiecie co? Psota nie wyjdzie z kojca bez ważnej przyczyny (np.
jedzonko albo spacerek) - może tam leżeć cały dzień i noc!
Maluchy mają już 16 dni i chyba
zacznę próbować dodatkowo podawać im sztuczne pożywienie - może wtedy
Psota da im spokój? Nie było tak do tej pory. Owszem, zawsze jedna była
zazdrosna o szczenięta drugiej, ale kończyło się to po kilku dniach, kiedy
maluchy przestawały być takimi oseskami. Teraz już wszystkie mają otwarte
oczka, reagują na ruch i światło - na dźwięki jeszcze tylko, gdy są głośne
- i próbują, z coraz lepszym skutkiem, poruszać się na łapkach. A Psota
dalej je traktuje jak noworodki.

24-02-2003r.
Najnowszy scenariusz wygląda tak: Psota nie ma zamiaru po żadnym pozorem
opuszczać kojca. Maluchy przyssane do niej mlaszczą, mimo że muszą być
głodne - nie piszczą, tylko zawzięcie ciągną. Psota - mimo że musi ją to
boleć - ani piśnie. Ba, nawet jest bardzo zadowolona. Biga nie widzi
potrzeby karmienia maluchów skoro są spokojne ( no i mlaszczą - mniam,
mniam!). W końcu ja wyrzucam Psotę z kojca, Biga zostaje do niego
zagoniona i karmi głodne maluszki. Gdy te się do niej dorwały, oczywiście
zaczęły się straszliwie przepychać (jak zawsze zresztą) - najeść się
najadły, ale Biga wychodzi z kojca podrapana - całe podbrzusze ma mocno
zaczerwienione. Psota oczywiście natychmiast zajmuje należne jej miejsce i
maluchy, najedzone, wylizane i ogrzane - zasypiają. A co Biga? No cóż, też
ma swoją opiekunkę: Biga kładzie się na plecach, a Nikita obok niej i
wylizuje jej wszystkie zaczerwienione miejsca!
O rany! Podobno człowiek całe życie
się uczy, a i tak umrze głupi...

Biga jest faktycznie mocno podrapana,
obcinałam maluchom pazurki, niby spiłowałam boki, ale jednak są bardzo
ostre. Gdy psiaki tak się przepychają do baru, to mocno swoją mamę drapią.
I nie tylko swoją mamę: siebie nawzajem również, Walentyna i Lester mają
takie ślady na łebkach jakby im ktoś sznyty porobił...
Wczoraj szczeniaczki dostały do
spróbowania papkę dla szczeniąt, ociupinkę. Layla została nadwornym
odkurzaczem - wszystko wciągnęła (całe pół naparstka.. ..),
Lori kompletnie wzgardziła, Walentynka z chęcią się zabrała, ale zaraz
wypluła, chłopcy popróbowali tylko.

25-02-2003r.
No i
stało się. Psota ma mleko. Nie wiem co mam z tym zrobić. Ona zawsze
wchodziła do kojca Bigi, ale leszcze nigdy nie dostała w ten sposób
mleka!! Faktem jest, że ostatnie szczenięta urodziła w 2000r., ale czy to
może być powód? Może nie powinnam pozwolić jej kłaść się do kojca? Obie
mają bardzo silny instynkt macierzyński, obie są nawzajem zazdrosne o
swoje szczeniaki, ale mleko?!?! Wiem, wiem, muszę skontaktować się z
weterynarzem, ale w tej chwili jest nieprzyzwoicie wcześnie i muszę
poczekać, aż normalni ludzie obudzą się i zaczną swój dzień. Jarek mówi,
że trzeba będzie ja wysterylizować, bo sytuacja może się powtarzać, ale ja
nie wiem czy to dobry pomysł. Psota jest bardzo opiekuńcza, umie
wychowywać szczeniaki, ma tyle zapału, a gdyby ja poddać sterylizacji - to
czy charakter jej się nie zmieni? No i jak mam postępować teraz? Czy
odizolować ją od szczeniaków, czy wręcz przeciwnie? Och, muszę to wszystko
przetrawić.....


26-02-2003r.
Wieczorem Jarek z Michałem zrobili większy kojec. Psice tak są nauczone,
że z chwilą przejścia do większego kojca, maluchy dostają sztuczne
pożywienie. Oczywiście, każda ze średniaczek dałaby się posiekać na
kawałki, tylko po to, aby móc wyjeść resztki po maluchach. Ponieważ na
ogół już w tym czasie niechętnie karmią - chyba ze względu na podrapane
podbrzusze, Biga np. karmi na siedząco: maluchy, wtedy tak bardzo jej nie
drapią - więc wprowadziłam zasadę, że suka może zjeść to co zostanie po
karmieniu szczeniąt pod warunkiem, że w czasie karmienia leży w kojcu i
maluchy mogą się napić. Oczywiście, jeżeli to są pierwsze próby
dokarmiania - tak jak dzisiaj - to w misce zostaje większość tego co
przygotowałam. Gdy Jarek wstawił kojec do kuchni, jeszcze nie przeniosłam
szczeniąt, a już Biga w nim leżała i czekała. W efekcie Psota chodziła
koło kojca, ale nie weszła, Biga pilnowała maluchów i ich miski.
No i wyłożyłam gazety - już całkiem
dobrze im idzie znajdowanie miejsca do siusiania. Coraz lepiej też
utrzymują się na łapkach, trenują wytrwale, mimo wielu wywrotek, a nawet
fikołków. Bardzo śmiesznie to wygląda, gdy taki maluch próbuje przejść i
zacznie np. ziewać - ruch głową i leży. No a Lester?! Ciągle warrrrrczy!
Słowo! Nie może dopchać się do cycusia - warczy, ktoś go obudzi - warczy,
jak je - też potrafi warczeć, może podoba mu się ta nowo nabyta
umiejętność? Albo niezły będzie z niego złośnik. Ale spróbujemy go
ułagodzić, mamy kilka sposobów.... Biga całą noc była z maluchami, dopiero
rano Psota mogła wejść.
Wczoraj był piękny dzień, w słońcu
16C! Dzisiaj również jest słonecznie - może to już się ma ku wiośnie?!

27-02-2003r.
Layla
usiłowała przejść przez kojec, oczywiście jeszcze bardzo niepewnie, ale z
determinacją, i nagle głośno i wyraźnie szczeknęła: tak ją to zaskoczyło,
że z wrażenia wywinęła koziołka! Wylądowała na plecach i przez
moment zamarła z łapkami w górze.... Legolas dzisiaj wciągnął co się dało
z miski i próbował zaczepiać pozostałe maluchy - one akurat piły mleczko i
nie bardzo zgadzały się na przerywanie. Legolas więc chwycił najbliższy
ogonek i pomrukiem próbował go skonsumować....... Na szczęście jeszcze nie
ma ząbków..... Lori też próbuje pierwszych zabaw. Otworzyła mordkę z
zamiarem pochwycenia czyjejś łapki, ale gdy łapka umknęła - zadowoliła się
wielkim ziewaniem. Walentynka nie bardzo lubi jeść z miski, podobnie jak
Lucky woli, żeby jeszcze dawać jej z ręki. A Lester nadal warczy, teraz i
inne próbują, więc czasami z kojca dochodzą niezłe dźwięki. Wczoraj Psota
spacyfikowała Nikitę, gdy ta ośmieliła się zajrzeć do kojca. Niki
podchodzi do maluchów nadal z wielkim zdziwieniem: niby to-to pies, a nie
szczeka, nie biega, jakoś dziwnie chodzi i ciągle śpi. Bardzo jest
zainteresowana, gdy wyciągam jakiegoś delikwenta z kojca, to koniecznie
musi go obwąchać i za każdym razem usiłuje namówić go do zabawy. A maluchy
nic, tylko piszczą i kręcą się w kółeczko... Biedna Niki - maluchy jej nie
rozumieją, Psota ją przegania, tylko do Bigi może się przytulić. Bierze
więc tego swojego jeża - piszczydełko i biega po domu w kakofonii
dźwięków. Jeszcze troszeczkę, a poprawi się jej nastrój, bo maluchy też
zaczną "prawdziwe" zabawy....

28-02-2003r.
Dzisiaj jest ciepło, choć pochmurno. Podobno jutro ma padać - znów dookoła
pełno błocka.
Wczoraj moje trzy damy dały nogę z
działki, źle była zamknięta brama. Poszłam za nimi ze smyczami, sąsiedzi
mi tylko mówili, na którym są zakręcie....Kiedy czasami robią sobie takie
wycieczki - Nikita była pierwszy raz i zaraz wróciła - to na ogół
wychodzą z działek i kierują się do parku. Nauczyły się tego od Daffiego,
który był kiedyś z nami. Daffi ciągle wietrzył gdzieś jakąś "kochliwą"
suczkę i zaczęły się wędrówki. Przedtem brama mogła być otwarta, a Biga i
Psota nie ruszyły się z działki. No i zasmakowały w tych wędrówkach, ja
jednak bardzo się o nie boję. Poszłam więc po te delikwentki, jak mnie
zobaczyły, to podbiegły w podskokach. Zabrałam je do parku, chociaż wiem,
że po takiej ucieczce powinnam zaprowadzić je do domu. Ale poszłyśmy na
spacer, wybiegały się do woli. Wróciły totalnie utytłane. Musiałam teraz
dwóm "mamom" dezynfekować sutki, obie dokładnie umyłam , a Nikitę, jako że
błoto miała nawet na czubku głowy, wsadziłam pod prysznic.
Karmienie maluchów zajmuje mi
każdorazowo pół godziny, czasami dłużej. One jeszcze nie wszystkie
załapały zasadę jedzenia z miski, każdego po kolei uczę. Biga w tym czasie
leży i czeka: gdy któreś maleństwo zmęczy się, albo już naje - idzie do
mamy na mleko. Muszę widzieć czy każdy ma okrągły brzuszek, wtedy jestem
pewna, że nie są głodne. Poza tym lubię na nie patrzeć. Co dziennie są
inne, coraz więcej się uczą. To rozkoszne, jak takie najedzone, senne,
usiłują się bawić - warczą, próbują chwytać czyjeś uszy, łapki i ogonki,
niektóre w trakcie zabawy zasypiają i szczekną jeszcze przez sen......
Potem w kojcu robi się cisza, Biga wstaje i zjada resztki z miseczki.
Następuje zmiana warty - do kojca wchodzi Psota. Maluchy na chwilkę się
budzą, zaraz potem przytulają się do babci, któryś jeszcze próbuje coś pić
i spokój......... I tak co trzy-cztery godziny. Ostatnie karmienie jest
ok.23.00, pierwsze o 6.00. Jeżeli budzą się w nocy, to zawsze z nimi jest
Psotka i to im wystarczy. Ale o 6.00, gdy dzwoni nasz budzik, zaczyna się
niesamowity rejwach, szczenięta wygłodzone po nocy alarmują o krytycznie
pustym brzuszku, więc Psota idzie na dwór, a do kojca wchodzi Biga - i tak
codziennie....Jeszcze nie do końca umieją korzystać z gazet - to znaczy
umieją, ale nie zrezygnowały z siusiania na kołderkę, przynajmniej nie
wszystkie. Mam nadzieję, że to im przejdzie, bo zmieniam im posłanie kilka
razy dziennie.....


01-03-2003r.
Od
dzisiaj w dzień można jeździć bez świateł - co bardzo ucieszyło mojego
Michała: uzbierał pieniążki i tuż po 18 urodzinach kupił sobie wiekowego "maluszka",
"kaszlaka" czy jak to-to jeszcze nazywają. Michał mówi o nim "mój piękny,
czerwony bolid"....... Codziennie wieczorem podłącza go "pod kroplówkę",
bo coś źle jest z czymś (przecież ja się na tym nie znam, więc nie wiem co
i z czym) i całą noc ładuje się akumulator. No, a od dzisiaj nie używa
świateł, więc jest lepiej. Podobno......
Z dnia na dzień umiejętności
szczeniaków rosną. Powiedziałbym nawet, że z godziny na godzinę... Dzisiaj
Lester usiłował podbiec! A to dlatego, że gdy postawiłam im miskę w kojcu
- nie wpuściłam Bigi i maluchy nie miały wyboru: musiały zadowolić się
miską. Potem, gdy już widziałam, że trochę podjadły, pozwoliłam Bidze
wejść i szczeniaki rzuciły michę w kąt i szybko do mamy. Przebierały tymi
łapkami na wyścigi, Lester chciał podbiec, ale łapki się poplątały i
wylądował na mordce. Usiadł z wrażenia, próbował się otrząsnąć, co
oczywiście skończyło się znów lądowaniem na mordce. W efekcie, biedak
zamiast pierwszy, był ostatni i nie mógł się dopchać... Ostatnio maluchy
są bardziej marudne. Nadszedł czas pokazywania się ząbków, a to nie należy
do przyjemności... . Biga karmi je siedząc, a maluchy - jak winogrono -
przyczepiają się do niej z dwóch stron w iście akrobatycznych
pozycjach.... Jak już wyjdą zęby, to mamusia już niechętnie karmi - przy
takiej przepychającej się gromadce, łatwo o trochę bólu.
Błoto, błoto i jeszcze raz błoto.
Obrzydliwe, glajdowate błocko. Psy, po powrocie z dworu, mają na sobie
tonę błota i za każdym razem muszę je myć. Czy one nie mogłyby chodzić
tylko po suchym? Błe.....

06-03-2003r.
Kilka
dni przerwy i tyle zmian. Nie zdołam wszystkiego opisać, zresztą chyba się
nie da - więc w wielkim skrócie. Coraz więcej pracy, więcej hałasu i
sprzątania, ale też coraz więcej radości. To niesamowite, jak szczeniaki
szybko się uczą. Z chodzeniem nie ma już żadnych problemów, teraz są na
etapie szarpania, podgryzania (mają już przecież ząbki), warczenia i
zaczepiania. Po każdym jedzeniu jest czas zabawy - mogę tam siedzieć i
patrzeć, nawet gdyby mi się miał obiad przypalić...... Maluchy zaczepiają
i Bigę, i Psotę, ale tak to komicznie wygląda - one małe i nieporadne
podskakują wysoko, żeby dosięgnąć nosa mamy czy babci. Wczoraj był
pierwszy spacer po domu - najpierw przyczaiły się przycupnięte przy
podłodze, a potem zaczęło się zwiedzanie. Nikita tylko pilnowała, żeby nie
weszły do jej budki. Próbowała zaczepiać maluchy, trącała dość
zdecydowanie nosem i łapą, one najpierw nie reagowały, a potem Lester jej
odszczeknął - ale się zdziwiła.... Niektórym się podobało, innym mniej,
ale wszystkie ciekawie sprawdzały otoczenie. Najdalej odchodził .......
Lucky, wszędzie musiał wsadzić nos, Layla i Legolas przeszły aż przez
korytarz do pokoju, ale szły za Psotą, a Lucky chodził sam. Walentyna
usiadła na środku korytarza i płakała, aż przyszła Biga i ukoiła psie
smuteczki. Później mała już zwiedzała bez oporów. Dzisiaj dalsza lekcja
życia poza kojcem. No i są po pierwszym odrobaczeniu.
Biga i Psota ostatnio narozrabiały -
trzy dni z rzędu musiałam prać futrzak z kanapy! Najpierw był to ser
smażony z kminkiem, potem czekolada do smarowania chleba a na końcu paczka
tartej bułki. Dawno tak nie napsociły.... W sobotę przyjeżdża ze Szczecina
Iza - będzie sesja zdjęciowa maluchów! Muszę pozawiązywać im jakieś
kokardki na szyjach, bo nie będzie wiadomo który jest który.

07-03-2003r.
Iza i
Maciek właśnie od nas wyjechali, przyjechali po 13.oo i od razu zaczęli
robić zdjęcia. Maciek zrzucił je przed wyjazdem do mojego komputera i
teraz muszę przejrzeć i przygotować do publikacji niektóre z nich. Nie
łatwo wybrać, bo jest ich ponad 90, a co jedno, to ładniejsze! Już
wyobrażam sobie , jak Iza i Maciek przygotują swoją stronę, ile tam będzie
pięknych zdjęć Layli! Stwierdziłam, że aparat cyfrowy, to jest to co w tej
chwili tygrysy lubią najbardziej......
Wycieczka maluchów poza kojec pierwszy raz trwała tak długo i z tyloma
emocjami, że w końcu zasypiały na siedząco. Teraz sobie smacznie śpią -
tylko zjadły kolacyjkę i już się nawet nie bawiły..... Iza nie mogła
rozstać się ze swoja Laylą, więc zaproponowałam jej, żeby na te trzy
tygodnie, które pozostały do odbioru szczeniąt, zabrała Nikitę. No wiecie,
auto zastępcze na czas naprawy..... No,
ale Niki na szczęście - mimo że prawie cały czas wchodziła Izie lub
Maćkowi na kolana - zrezygnowała z wyjazdu....
Zajrzyjcie do fotogalerii - może jeszcze nie
dziś i nie jutro, bo trochę muszę nad tym popracować - ale niedługo będą
opublikowane efekty dzisiejszej sesji zdjęciowej...

10-03-2003
Już
trochę zdjęć przygotowałam - reszta trochę później. Wiecie do jakiego
wniosku doszłam? Że najładniejsze są fotki Nikity z Izą...... No, ale one
właśnie będą później, najpierw maluchy. Jeżeli oczywiście uda mi się dziś
połączyć z serwerem, bo ostatnio coś mi to łącze szwankuje.
Z kojca dochodzą ciągle jakieś piski:
albo Nikita je budzi - robi to, niestety, regularnie - albo podgryzają się
nawzajem. A że nie umieją jeszcze ograniczyć siły nacisku swoich ostrych
szpileczek, to co chwila któryś ma mocniej nadgryzione ucho, łapkę albo
inną część ciała i podnosi larum. Lester niby trochę złagodniał, ale
będzie wymagał zdecydowanego właściciela. Lucky - ten najmniejszy,
najsłodszy i najbardziej przylepny szczeniak - zdenerwował się na ciągłe
podgryzanie przez Lestera i nieźle mu się odwarknął. Rozbisurmaniły się
ostatnio wszystkie - z Nikitą na czele. Niki do tej pory obchodziła kojec
z daleka, siadała mi tylko na kolanach, gdy ja tam byłam. Teraz też to
robi, ale doszła do wniosku, że Psota już jej nie przegania z kojca i
bardzo jej się spodobały zabawy ze szczeniakami. Nie czeka już więc, aż
wystawię maluchy, tylko co chwila wskakuje do środka i je budzi. Jednego
obudzi, drugiego, maluchy zaczynają piszczeć - a Nikicie o to właśnie
chodzi. Gdy któryś jednak dalej przysypia - zaraz się nim zajmie:
poszturcha, poprzewraca i zabawa gotowa. Muszę pilnować, żeby dobrze
jadły, bo Biga zawsze czai się na ich miskę i korzysta z każdej okazji,
żeby im wyjeść kolację. One oczywiście chętnie dopadają do cycusiów, ale
jest tam już coraz mniej (Psota już w ogóle nie ma mleka) i raczej to jest
takie przytulanie do mamy, niż jedzenie. A Biga w ten sposób je usypia, a
potem zabiera się za pozostawione przez maluchy jedzenie. Ostatnie
karmienie jest już coraz wcześniej - dziś np. o 23.30, a do niedawna o
1.00 w nocy. Zresztą, nie jedzą wtedy dużo, raczej pochodzą, popiszczą,
trochę dopchają brzuszki i śpią do rana. Zazwyczaj, bo czasami jednak
podniosą alarm w nocy - ale coraz rzadziej.


15-03-2003
Nie
mam zupełnie siły, żeby siedzieć i pisać - wszystkich nas rozłożyła grypa.
Jak mój mąż się położył, to znaczy, że już jest naprawdę źle!
Maluchy codziennie co raz dłużej
biegają po domu, najpierw je roznosi energia a potem robi się coraz ciszej
i ciszej, aż w końcu zbieram je - prawie śpiące...... Nikita równo je
"ustawia", ale niektórym się to już mniej podoba i odwarkują jej.
Najwięcej oczywiście Lester. Trochę już spuścił z tonu, ale nadal jest
zadziorny i niepokorny. Przy tym wspaniale bawi się piłeczką i uwielbia
się przytulać! Ktoś, kto się na niego zdecyduje, będzie miał dużo pracy,
ale i wiele satysfakcji - bardzo pojętny psiak. Dzwoni prawie codziennie
ktoś z zapytaniem o szczenięta, ale nie mogę go oferować komuś, dla kogo
ma być to pierwszy w życiu pies, albo jeszcze na dodatek jest w domu np.
2-letnie dziecko! Któryś z rozmówców bardzo się zdziwił, że wypytuję go o
doświadczenie, warunki mieszkaniowe i sytuację rodzinną, a na dodatek
uprzedzam o charakterku Lestera - po raz kolejny usłyszałam "to chce pani
sprzedać tego psa, czy nie?".... Jestem ciekawa, jakby się czuł po tym,
gdybym nic nie mówiąc, sprzedałabym mu psa, a on nie dałby sobie z nim
rady? I co stałoby się z psiakiem? Lester naprawdę nie zasługuje na
poniewierkę.... Wymaga zdecydowania w prowadzeniu, ale jest bardzo
pojętny, wesoły, przymilny, skoczny..... Nie może trafić do osoby, która
go po prostu zmarnuje. Na dodatek jest bardzo dobrze zbudowany, nie wiem
czy nie najlepiej ze wszystkich szczeniąt! Jest krótki, ma dobrą głowę i
doskonałe kątowanie.

17-03-2003r
Już
jest ciepło i słonecznie - chyba będzie taka prawdziwa wiosna! Śnieg już
nigdzie nie leży, błoto zaczyna wysychać, więc wyprowadziłam maluchy na
dwór - najpierw przypadły do ziemi, potem niepewnie kręciły się w kółko, a
później przyszła mama i dała mleczka - świat wrócił do normy.....
Nikita oczywiście maltretuje maluchy ile wlezie - ale im się to podoba!
Lester wręcz goni Niki, a potem się przewarkują - które głośniej. Rano
pobudka jest między 6.00 a 6.30 - maluchy dostają jeść - wygłodzone po
nocy działają jak odkurzacze - a potem spacerek po domu. No, może źle
użyłam słowa "spacerek" - jest jedna wielka gonitwa, poszczekiwanie,
warczenie, szarpanie, pisk - trzeba zabezpieczać firany, buty, ostatnio
któreś próbowało nadgryźć..... kaloryfer!
Po takim bieganiu padają na posłanie śpią
ok. 2 godziny - i potem znów to samo! Coraz bardziej wyróżniają się
zachowaniem - każdy trochę inaczej reaguje na wołanie, na zachętę do
zabawy, na zaczepki innych psiaków - niezłe mam tu co dzień
przedstawienia.... Zrobiłam im kilka zdjęć na dworze, ale opublikuje
je dużo później - no wiecie, musi się najpierw skończyć film, a potem do
wywołania i dopiero po zgraniu ich na płytkę albo zeskanowaniu będę mogła
je zamieścić.
Maciek cały czas wymyśla "domowe"
imię dla oczekiwanej przez nas Liselotty (chyba jeszcze dwa tygodnie),
zdecydowanie nie podoba mu się "Lizzi" - teraz twierdzi, że będzie ją
nazywał Thia, ale to imię nam się nie bardzo podoba - niech myśli, krzywdy
sobie nie zrobi, a może będzie z tego jakiś pożytek?


21-03-2003r
WIOSNA!!!!!!!
No, prawie - na dworze wprawdzie słońce, ale zimno.
NIKITA dzisiaj ma swoje pierwsze
urodzinki, a BIGA miała wczoraj siódme - oczywiście, jestem bardzo
niedobra i nie kupiłam im tortu......
Jeszcze tylko tydzień, a przyjedzie
do nas nowa suczka - już nie mogę się doczekać. Teoretycznie można by ją
odebrać już jutro, ale Jarek nie może jutro jechać, więc jeszcze trochę
cierpliwości. Czas się strasznie dłuży. Maluchy dają mi do wiwatu, mają
nie spożyte ilości energii - i całe szczęście, oznacza to, że są w dobrej
kondycji. Lester już daje się przytrzymywać w pozycji na plecach - i nie
warczy. Jest co raz pokorniejszy. Grandzi ze wszystkimi szczeniakami,
uratowałam już życie Macieja czapce i jego papuciom, próbowały nawet się
dobrać do worka z karmą. Gdy biegają po domu, to mają dostęp do miski z
suchą karmą dla dorosłych psów i do miski z wodą. Za każdym razem dopadają
do wody - jakby nie piły wieki , a dostają w kojcu swoje jedzenie i swoją
wodę. No, ale wiadomo, że w innej misce wszystko jest lepsze. Potem
zaglądają do suchego jedzenia dla dorosłych - Walentyna dosiada się do
niego i je, ale największe przedstawienie robi Legolas: włazi dwoma, a
czasami nawet czterema łapami do miski i grzebie w jedzeniu - zanurzając
przy tym głowę aż po same uszy. Miska jest spora, cały się w niej mieści,
ale najlepsze jest to, że nie je granulek z wierzchu, tylko rozgrzebuje
łapami i nosem, wyciągając jakąś jedną spod spodu i potem cały szczęśliwy
ją je..... 

23-03-2003r.
Och,
jaka jestem dumna! Jesteśmy po przeglądzie miotu i tatuażach. Nic nikomu
nie sugerowałam, ani słówkiem. A pani - oglądając maluchy zatrzymała się
przy Lesterze, postawiła go na stole ( wszystkie zresztą stawiała na
stole), obejrzała, pomacała i powiedziała, że jest to najładniejszy piesek
z miotu, o doskonałej budowie i postawie, o mocnej psychice i..... bez
śladu agresji! Gdy opowiedziałam, jak on się przedtem zachowywał, to
stwierdziła, że musieliśmy włożyć w niego mnóstwo pracy - bo teraz jest
doskonały psychicznie! Chyba spuchłam z dumy! Wszystkie szczenięta zostały
wysoko ocenione, zarówno w rozwoju psychicznym, jak i fizycznym,
dowiedziałam się również, że doskonale noszą ogony! Bardzo mnie wczorajszy
dzień podniósł na duchu! Szczególnie ocena Lestera - po pierwsze dlatego,
że moje oceny szczeniąt były takie same, a po drugie: bo nasza praca z
Lesterem dała pożądane efekty. A Layla została uznana - zgodnie zresztą z
moją własną opinią - za niesamowicie zrównoważoną. Chyba nie umiem
dziś o niczym innym napisać..... No, ale
wspomnę, że już zaczynają się samowolne wycieczki po domu - najpierw Layla,
potem Lester, a teraz już chyba wszystkie, umieją wydostać się z kojca. Na
dodatek uznały, że w kojcu nie należy zbytnio brudzić i na kupkę chcą
wyjść - najlepiej na środek pokoju.. Ale o tym w następnym odcinku...


24-03-2003r.
Jest
takie powiedzenie:" nie podskakuj z radości zbyt wysoko w górę, bo ci może
ktoś ziemię spod nóg usunąć"..... Pisałam wczoraj, jaka jestem zadowolona
i dumna, a w nocy dostałam zimny prysznic. Napisała Pani Kristyna z
hodowli Black Bohemia, że nie dostanę Liselotty! A miałam ją odebrać
wczoraj, nie pojechaliśmy ze względu na Jarka pracę, planowaliśmy pojechać
w sobotę. Lizzi urodziła się jako jedyna suczka w miocie i postanowili
zostawić ją sobie w hodowli, gdyż jej mama - Aida - bardzo, bardzo
zachorowała i nie wiadomo czy z tego wyjdzie, a jeżeli tak, to już nie
będzie mogła mieć szczeniąt. Jak mi smutno........


29-03-2003r.
Dziś
była piękna, słoneczna sobota. Dwie suczki pojechały do swoich nowych
domków - i jakoś tak smutno. Najpierw przyjechał Pan z Tarnobrzegu (czy z
Tarnobrzega? - nigdy nie wiem) ze swoim synem, po Walentynkę. Już nie
będzie nazywać się "Walentynka", tylko "Xena", bardzo ładnie moim zdaniem.
Mam nadzieję, że będę otrzymywać zdjęcia i informacje o jej postępach i
wybrykach. Byli bardzo krótko, bo droga daleka i męcząca. Jestem ciekawa,
jak maluda przetrwała tę podróż. Później przyjechali Iza z Maćkiem po
Laylę. Obiecałam, że przegonię maluchy dziś na dłużej w ogródku, tak by
spały w drodze. W efekcie gdy przyjechali, szczeniaki spały i nie chciały
nawet oczu utworzyć. No fakt, grandziły od 11.00 do 15.00 prawie bez
przerwy, więc miały prawo. Layla przywitała się z Izą otwierając jedno oko
i spała dalej. Co ją postawiłam, to uciekała do budki Nikity i chyba już w
czasie tego biegu zasypiała. O kontakt z Izą nie mam co się martwić -
najwyżej zrobię jej nalot w Szczecinie.....
Jutro rano przyjeżdża Pani po Lolę - moja najmniejsza sunia pojedzie
daleko, bo aż do Białegostoku - pociągiem, z przesiadką. Na pewno długa i
męcząca droga. A po południu przyjedzie Ola i nowi Państwo Askana, który
od jutra będzie mieszkał w Toruniu. Aż za cicho jest w domu, mimo że
dopiero ubyły dwie sztuki, co będzie później? Ale tak jest za każdym
razem.

31-03-2003r.
No i
pozostali tylko Lucky i Lester. Trochę ciszej, trochę smutniej ......
Szczeniaki rozrabiają za całą szóstkę, a Niki nareszcie jest w stanie
łapać ja na raz.... Przeganiają się po całym domu i ogrodzie, tratując
wszystko po drodze, a potem, jak dwa aniołki, zasypiają. Lola podobno
dojechała do Białegostoku bez problemu, pozostałe zresztą trafiły do
swoich domków też spokojnie, natomiast Layla daje Izie popalić - ciągle
płacze. Jest to o tyle kłopotliwe, że mieszkają w bloku i sąsiedzi
raczej nie będą z tego faktu zadowoleni. Zobaczymy kto kogo przetrzyma -
Layla Izę, czy Iza Laylę... Trzymam za nie kciuki.
O ile smyki nie stratują moich
kwiatków, to już niedługo powinno być kolorowo w ogródku, rozkwitają
krokusy, miniaturowe żółte żonkile, trawa zaczyna nabierać soczystej barwy
- ech, wiosna....

05-04-2003r.
Ale
czas szybko płynie - już tylko jeden szczeniak został z nami. Nie, nie
Lester - Lucky! Przyjechali dziś jego państwo z Sosnowca i zaskoczyła ich
możliwość wyboru szczeniaka. A że Lester stał się naprawę bardzo
posłusznym i karnym psiakiem, nie wiem nawet, czy nie bardziej niż Lucky -
więc uważałam, że nie popełniłam błędu. Tym bardziej, ze ci państwo wydali
mi się bardzo rozsądnymi ludźmi, nie uciekali od starszych psów ( co
niektórym się zdarza), pobawili się ze szczeniakami - i po dłuższym
zapoznawaniu się z maluchami ( no, już nie takie znów maluchy, właśnie są
wzrostu Nikity!) wybrali Lestera. Chociaż pan Maciej przyznał, że wybór
trudny..... Ale zostawili mi niemiły prezent! Przywieźli ze
sobą jeszcze gorszą pogodę, oni pojechali z powrotem do domu, a u mnie
zaczął padać śnieg! Teraz jest zimno i
bardzo, bardzo wietrznie! Maciek od czwartku jest w domu (gardziołko,
gardziołko, przestał mówić, tylko chrypiał) i nie dopuszcza (prawie)
swojej ukochanej Mamusi do komputera - niedobry dzieciak.....
Nadal rozglądam się za suczką
czarną-podpalaną, kontaktowałam się już z kilkoma hodowlami w Czechach,
ale przeważnie są rude. Zależy mi na obcej krwi, bo w Polsce jest już zbyt
duże pokrewieństwo i trudniej przez to znaleźć reproduktora. Chyba
nie będę o tym pisać, bo znów zapeszę - jak będę już miała następne
szczęście w domu - to wtedy napiszę.


09-04-2003r.
Niedługo Święta, nie wiem tylko czy do dzieciaków przyjedzie Zajączek
czy..... Gwiazdor Podobno od poniedziałku
ma być cieplutko, ale teraz nas zasypał śnieg! Już rozkwitły żółte i
fioletowe miniaturowe irysy, tulipany mają już spore pączki, wystawiłam
meble ogrodowe, węgiel się kończy w piwnicy - a tu znów zima. Na
szczęście, ponoć na krótko i zaraz zacznie się..... lato
Lucky już sygnalizuje - nie zawsze,
tak mniej więcej co drugi, trzeci raz - chęć załatwienia swoich potrzeb na
dworze. Dopada wtedy do drzwi i okropnie piszczy, potem biegnie na koniec
mojego miniaturowego ogródka i tam ma swoje miejsce. No, ale gdy spadł
śnieg, to nie było już to takie proste - do tej pory maluchy goniły się po
trawie, a tu coś białego, zimnego i mokrego, na dodatek cały czas sypie
się na grzbiet i na głowę! Dzisiejsze pierwsze wyjścia były tylko do
progu, potem podbiegał kawałek i szybciutko z powrotem do pokoju zrobić
siusiu ...... Jednak później zobaczył,
że duże psy wybiegają i nic złego im się nie dzieje, więc popróbował razem
z nimi. W efekcie musiałam wracać do domu sama ( wyszłam bez kurtki), a
Lucky został z psami na dworze. Gdy po chwili wróciłam, już odpowiednio
ubrana - Lucky nurkował w śniegu i bardzo mu się ta zabawa spodobała. A
pojutrze, w piątek, Lucky pojedzie do swojego nowego domu - zamieszka
niedaleko Wrocławia. Będzie to wyjazd na pół-rodzinny, bo u kuzynki tej
pani mieszka już Basta, siostra Bigi.

Teraz muszę się zorientować czy
jeszcze mogę zgłosić Nikitę na wystawę do Łodzi i gdzie zgłosić ją na
późniejsze terminy - w końcu musi się pokazać. Wprawdzie nie bardzo umiem
ją wystawić - ale popróbujemy. Cały szkopuł chyba w tym, że to nie ja
powinnam ją wystawiać, tylko ktoś inny - wtedy patrzy na mnie i pięknie
stoi, gdy idzie ze mną, to po zatrzymaniu się, Nikita siada, albo stoi jak
ostatnie cielę.... 
Ostatnio do działu "reproduktory"
dołączyłam zdjęcia i dane młodego pinczera średniego, który właśnie
otrzymał uprawnienia: GRASANT (Dager) Galant - możecie się już z nim
zapoznać.

10-04-2003r.
Dzisiaj są imieniny mojego synusia Michała i moje urodziny, choroba, znów
jestem młodsza . Zauważyłam, że jak Biga
weźmie zabawkę, to zachęca Lucky'ego do zabawy, gdy Nikita ma zabawkę, to
ucieka do swojej budki - żeby Lucky nie mógł jej nic zabrać. Niki zabiera
wszystko, co tylko jej się uda podprowadzić - w budce znajduję tyle
zabawek i "kradzionych" rzeczy, że czasami dla samej Nikity już nie ma
miejsca. Kupiłam szczeniakom kilka piłeczek i piszczydełek - żadnego nie
mogę znaleźć, bo ta ruda zaraza gdzieś to wszystko wyniosła. Jutro pojadę
do Związku - zgłosić ją na wystawę do Łodzi na 04.05 -podobno przedłużono
termin przyjmowania zgłoszeń do 13.04., wprawdzie nie bardzo umiem ją
zmobilizować do prawidłowej postawy, ale spróbujemy. Layla - wg słów
swojej pani - zadomowiła już się na dobre i doskonale odróżnia domowników
od obcych. No i najważniejsze - już nie płacze, gdy zostaje sama w
domu....
Mój Tato powiedział, że kupił nowe
wycieraczki do samochodu, bo Olek (mój brat) ochrzanił go za taki badziew.
Najpierw dostałam sms-a: "kupiłem nowe wycieraczki", potem Tato przyjechał
i znów zakomunikował; "kupiłem nowe wycieraczki". Dla świętego spokoju
spojrzałam przez okno i powiedziałam "ach, jakie pięęęękne!". A Tato
znowu: "kupiłem - ale nie widzieliście". Jarek w końcu wyszedł przed dom i
oglądał, ja również wyszłam i ..... okazało się, że to cały "cinkuś" jest
nowy! A na to mój Tato: " no co, kupiłem nowe wycieraczki, a ta reszta też
była do nich przyczepiona".....

13-04-2003r.
No i
znów mieszkamy z chipsami, ta znaczy z trzema psami..... Wczoraj po
południu Lucky pojechał do swojego nowego domu. Przyjechali po niego
państwo ze swoim młodszym synkiem - Piotrkiem (II klasa podst.). Piotrek
nie wiedział, że przyjechali po psa. Wiecie jaka była radość, gdy najpierw
przywitał się z psami, potem podbiegł do niego Lucky, wskoczył mu na
kolana (Piotrek siedział na podłodze) i machając ogonkiem jak wiatraczkiem
- wycałował, a Piotrka mama powiedziała, że to jest jego pies? Potem przez
cały czas Piotrek bawił się z Luckym i Nikitą albo opowiadał o tym, jak to
będzie po powrocie do domu. Fajny dzieciak. A u nas? Teraz tak jakoś
tak..... pusto. Nikt już nie zagryza na śmierć moich tulipanów, istnieje
szansa, że irysy też przeżyją, ale ...... Zawsze gdy odchodzi ostatni
szczeniak z miotu - jest najsmutniej. Brakuje takiego małego hultaja. Z
psów, to chyba Nikicie najbardziej brakuje maluchów - średniaczki już są
"za dorosłe" dla rocznej miniatury i najchętniej bawiła się właśnie ze
szczeniakami. No, ale teraz ja będę się znęcać nad Nikitą i codziennie
będę próbować ją i siebie nauczyć postawy wystawowej - do tej pory
to tak nie bardzo wychodziło nam to ćwiczenie, więc i trudno oczekiwać
większych efektów.
Mój kolega małżonek powiedział, że
kupił mi prezent. Na urodziny, na zbliżającą się 19 rocznicę ślubu
(28.04), na imieniny i chyba.... już na gwiazdkę
. Żeby było śmieszniej - faktura jest na
Jarka. No i przez cały wczorajszy wieczór nie dostałam "swojego" prezentu
do ręki, dopiero jak panowie poszli spać, to się dorwałam. A że wczoraj
wieczorem jeszcze mieliśmy gości, w tym dwóch panów, to "mój" prezent był
dość oblegany. Ach, zapomniałabym napisać co to jest: aparat cyfrowy!
Nikt z nas jeszcze nie miał do czynienia z
tym cudem techniki, więc zabawa jest przednia. Oczywiście jeszcze nie do
końca umiemy posługiwać się tym ustrojstwem, ale to, co już wyczuliśmy -
daje wiele frajdy. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła opublikować
pierwsze samodzielne fotki. Szkoda tylko, że nie zdążyłam zrobić tym zdjęć
szczeniakom - jakość nieporównywalna.
Zaczęłam trochę zmieniać sposób przeglądania zdjęć na mojej stronie - ale
pewnie to trochę potrwa. Aha, Lester w domu nazywany jest "Fred"


17-04-2003r.
Jak wiecie, cały czas rozglądam się za nową, czarną suczką. Dostałam
właśnie wiadomość, że w czeskiej hodowli, w Ostravie, 12 kwietnia urodziły
się szczenięta. Same suczki, a jest ich 10!! Mama ruda, tato rudy i
wszystkie maluchy - oprócz jednej - rude w różnych odcieniach.
Można zamawiać, bo
nikt się nie spodziewał, ani tak licznego miotu, ani tego, że będą same
dziewczynki.
No a ta jedna
jedyna czarna, ma być dla nas - mam nadzieję, że tym razem się uda i nie
będzie żadnych niespodzianek! Imiona mają zaczynać się na literę "A". Ale
najbardziej mnie rozśmieszył przydomek hodowlany: Skubanek! Zobaczcie
fotki Elissy Black Bohemia (mamy) i jej dzieciaków - podpięłam dla Arii
(mam nadzieję, że naszej) osobną stronkę.
No a z wiadomości nie związanych z
psami - to muszę napisać o wyczynach moich synalków: Maciek w piątek grał
w piłkę i w efekcie jakiegoś faulu zbił sobie tak mocno rękę, że na kilka
dni miał założony gipsowy opatrunek. Teraz ma już zdjęty, ale nadgarstek
nadal powinien być usztywniony - nakłada sobie ochraniacz, taki, jak do
jazdy na rolkach. A Michał wczoraj miał stłuczkę swoim pięknym, czerwonym
bolidem - facet ewidentnie zajechał mu drogę, bo myślał, że zdąży skręcić
....... Same fajne sprawy. Najgorsze jest to, że Michu jechał ze swoją
koleżanką i przy tym uderzeniu Ania rozbiła głową szybę. Podobno nic jej
nie jest, Jarek woził ją wczoraj po szpitalach, ale ja i tak nie jestem
jeszcze uspokojona. Głowa - to głowa.


22-04-2003r.
I po
Świętach... Na szczęście pogoda była ładna, więc można było cały czas
przebywać na dworze, a i Dyngus w słoneczku jest o wiele
przyjemniejszy..... Psy na wszelki wypadek w Lany Poniedziałek pochowały
się po kątach... Dzieciaki natomiast przeprowadziły tu istną wodną wojnę -
zabawy i śmiechu było co niemiara!



02-05-2003r.
Pracuję nad trochę inną formą strony i nie bardzo mam czas na coś innego.
I codziennie ćwiczymy z Nikitą postawę i chodzenie w kółeczko. Mam tylko
nadzieję, że osiągniemy przynajmniej taki poziom, żeby nas nie wyrzucili z
ringu.....

04-05-2003r.
Ponieważ przybywa zdjęć Arii - to postanowiłam zrobić jej osobną stronkę.
Jest już podpięta, więc usunęłam z "pamiętnika" jej uprzednie fotki.

05-05-2003r.
No, a
teraz o wczorajszej wystawie...... Jechałam cała w skowronkach, bo
zależało mi bardzo na poznaniu nowych "pinczeromaniaków" (rozdawałam
wizytówki - może tu zajrzą) i liczyłam na dobrą zabawę. No i na dzień
dobry kubełek zimnej wody na głowę: nie dosyć, że obie rasy szły na
zupełnie innych ringach, to jeszcze te ringi były położone w zupełnie
skrajnych krańcach wystawy! Średniaki były na płycie głównej, a miniatury
z drugiego końca - poza płytą! A żeby nie było jeszcze zbyt różowo - obie
rasy rozpoczynały prezentację o tej samej godzinie! Czarna rozpacz!
Najpierw pognałam do średniaków, pozostawiając mój dobytek na pastwę losu
i "oko" dobrych ludzi. Udało mi się pstryknąć kilka fajnych zdjęć. Potem
już musiałam pilnować ringu miniatur i też trochę fotek zrobiłam. Nikita
była pokazywana w klasie młodzieży - oprócz niej jeszcze jedna suczka.
Nikita, jak to ona, podkuliła te swoje resztki po ogonku, cytuję opis
sędziego: "typowa suka, nożycowy zgryz, całkowicie odpowiada
standardom, w ruchu minimalnie wysklepiony grzbiet - ocena bardzo dobra".
Trochę skąpy opis, ale rozumiem, że Niki jest po prostu przeciętnie dobrym
psem. Rzeczywiście - ta druga suczka była zdecydowanie mocniejsza w
budowie, a grzbiet miała idealnie prosty. Podobno powinnam chodzić z
Nikitą dużo na smyczy, żeby wyrobiła sobie mięśnie w lędźwiach - wtedy nie
będzie się garbić. Nie jestem pewna czy to coś da, bo przecież ona bardzo
dużo biega i teoretycznie ma te mięśnie wyrobione. Ale nic nie szkodzi
spróbować. Jarek chce ją pokazać jeszcze w Lesznie - nie wiem czy zdążymy,
a poza tym niedługo moje trzy panny będą miały cieczkę. Przyjrzałam się
dobrze miniaturom i zdecydowanie bardziej podobają mi się te o mocniejszej
budowie, nawet może trochę większe - w każdym bądź razie inne niż Niki.
Niki wyglądała przy nich jak przecinek, taka mała sarenka, tamte wyglądały
jak prawdziwa kopia pinczera średniego. No, nie wszystkie... ale
większość. Żeby było śmieszniej - po wyjściu z ringu Nikita pięknie się
wyprostowała i chodziła jak sprężynka... Wiem, wiem - świadczy to o braku
obycia i jest to moja wina - kajam się. Co do średniaków to jeszcze nie
znam wszystkich wyników - z przyczyn technicznych. Podepnę stronkę z
wynikami i fotkami z Łodzi - narazie wiem, że GRASANT Galant zdobył CWC i
CACiB (jest umieszczony w dziale "reproduktory"), a TOKIO de la Capelliere
wygrał rasę.


10-05-2003r.
To,
co zdążyłam , to już pozmieniałam na stronie - reszta musi poczekać.
Powoli będę dodawać podstrony o poszczególnych szczeniakach, ale te
zdjęcia sprzed lat są makabryczne, więc nie będzie ich dużo. Odebrałam od
fotografa filmy (dwa) i mam jeszcze kilka zdjęć maluchów z miotu "L" -
niektóre są przesłodkie.... No i najważniejsze: dopiero teraz do mnie
dotarło, że wystawa klubowa pinczerów organizowana w Głogowie we wrześniu
bieżącego roku, ma status wystawy ŚWIATOWEJ! Pewnie - jak zwykle - wszyscy
zainteresowani o tym już dawno wiedzą, tylko ja obudziłam się ostatnia.
Mam nadzieję, że w związku z rangą wystawy - przyjedzie multum pinczerów.
Albo jeszcze więcej...... Nawet maluchy z naszego ostatniego miotu mogłyby
już startować w klasie szczeniąt.... Nikitę zgłosiłam do Leszna na 24.05 i
do Szczecina na 21.06 - a co tam, jak szaleć, to szaleć....
Narazie przeprowadzam w moim ogródku
prace ziemne. Jako, że w moim domu mieszka pełno chłopa (sztuk trzy), to
ja biorę się za łopatę i udaję, że kopię. Dochodzę do wniosku, że
zdecydowanie lepiej byłoby mieć córki na wydaniu, bo wtedy kawalerowie
prześcigają się z chęcią niesienia "pomocy". Efekty narazie są mizerne,
ale pomalutku, pomalutku posuwam się do przodu. Ułożyłam już ścieżkę z
płytek, przekopuję się teraz przez okropną ziemię zmieszaną z gruzem i
wybieram "tymi ręcami" to świństwo, jednocześnie usiłuję przygotować
dziurę pod sadzawkę - tylko jeszcze nie wiem, jak dużą, zagrodziłam psom
wejście na część ogrodu, co by mi tam nie siusiały - niech trawa ma jakieś
szanse przeżyć. W międzyczasie chyba z tysiąc razy rozjechałam sobie stopę
taczką z ziemią, poobijałam się gdzie tylko było można, zlikwidowałam słup
z koszem do koszykówki (bo ja jestem taka niedobra....), a od poniedziałku
mają przyjść jacyś panowie i będą tynkować mur, bo mimo młodego wieku
wygląda przeokropnie i strasznie się sypie.
Michał - jak już pisałam - rozbił
swojego czerwonego malucha. Ponieważ w tym poważnym wieku (18 lat) w
żadnym wypadku nie można obejść się bez samochodu - natychmiast kupił
drugiego. Jeszcze starszego - niedługo zabytek. No, ale należało go
wyszykować i maluch powędrował do blacharza z jakimś drobiazgiem. W
efekcie tej wizyty należało pomalować na nowo kawałek samochodu i tu
zaczęły się schody: dobranie koloru (szaro-bury beż) graniczyło z cudem.
Dwa czy trzy razy kupił w końcu odpowiednią farbę, ale albo była
przeterminowana i się zważyła, albo coś innego się działo - a przecież
młody człowiek u progu kariery, nie będzie jeździł nie pomalowanym
bolidem! Jak to się skończyło? Wziął farbę od kolegi - tamten miał jej
nadmiar - i pomalował swoje autko. NA CZARNO! O rany..... Do tego
wszystkie wykończenia na srebrno.... Od tygodnia grzebie przy tym pudle,
jeszcze cały czas coś ulepsza - podobno już w poniedziałek będzie mógł
zacząć straszyć Poznaniaków.... A sprawa odszkodowania jeszcze nie jest
zamknięta, bo tamten kierowca.... nie potwierdził jeszcze swojej winy!
Przecież on nie ma w tym żadnego interesu, to do końca życia można czekać
na zakończenie sprawy...


12-05-2003r.
Dostałam kolejny prezent od mojego kolegi małżonka. Nową łopatę.......
Zieloną - bo była tańsza.... Romantyczny facet, nie ma co. I jeszcze takie
ustrojstwo do robienia dziur pod cebule - potem z tego czegoś wysypuje się
z powrotem ziemie do dołka i gotowe. Ale ja oczywiście już wymyśliłam do
czego jeszcze mogę to coś wykorzystać i dziś przesadzałam przy pomocy tego
czegoś trawę - świetna sprawa, ale trochę to długo trwa. Za to nie można
poznać, w którym miejscu trawa została dosadzona....
Wprawdzie zagrodziłam psom wejście na część
działki (na tę część, która choć w małym stopniu przypomina ogródek, bo
druga część, to plac budowy i magazyn wszystkiego, co kiedyś na pewno się
przyda.....), ale Nikita - diablica - mieści się między sztachetami płotka
i cała w skowronkach nadal obsikuje moją trawę! Chyba naprawdę muszę ją
podtuczyć - wtedy nie przeciśnie się....
Dzisiaj dwóch panów naprawiało mój murek i po
południu dałam im obiad. Oni mieli rozrobiony materiał i obiad czekał na
tarasie, a ja musiałam siedzieć obok i pilnować. Nie, nie, to nie przed
psami - u nas pod dachem mieszkają wróble i chyba uznały, że to je chcę
dokarmić: natychmiast zleciało się małe stadko i wystarczyło, że odeszłam
na dwa kroki - już urzędowały na stole! Maciek pojechał na dwudniowa
wycieczkę do Kotliny Kłodzkiej, mają też przejść na czeską stronę, o ile
pamiętam, to do Skalnego Miasta. Oczywiście - najważniejsze zabrał: pastę
do zębów na zieloną noc....

17-05-2003r.
Dzisiaj byli u nas bardzo mili i bardzo oczekiwani goście: przyjechała
znajoma rodzina z Wrocławia, która od niedawna powiększyła się o
10-miesięczną rudą suczkę rasy pinczer średni - pojechali po nią aż do
Czech, nazywa się Izabella Black Bohemia - po domowemu Holly. Holly
najpierw stanęła oko w oko z całą naszą psią trójką i troszkę ją to
zdeprymowało, ale potem została tylko Nikita i we dwie rządziły w ogródku.
Nikicie oczywiście się wydawało, że to ona dominuje, ale czas pokazał, że
Holly nie daje sobie w kaszę dmuchać... Holly
jest jeszcze troszkę przepłoszona, co wynika z niedawnej zmiany
właścicieli, ale trafiła do dobrych i odpowiedzialnych ludzi, więc z
biegiem czasu powinno się wszystko unormować...




20-05-2003r.
Emocje rosną - do przyjazdu Arii zostało 17 dni! Znów dostałam kilka jej
zdjęć - umieściłam je na jej stronce. Jak już będzie u nas, to postaram
się o fotografowanie jej na bieżąco. Jestem bardzo ciekawa, jak ją przyjmą
moje "stare" rezydentki? Mam tylko nadzieję, że nic nie stanie na
przeszkodzie, plany się nie zmienią, dokumenty będą przygotowane (łącznie
z moim paszportem, którego odbiór mam wyznaczony na 04.06) i już
niedługo.... Ale narazie czeka nas jeszcze wystawa w Lesznie (najbliższa
niedziela) a jeszcze nie dostaliśmy potwierdzenia, Nikita nic a nic nie
przytyła, nadal jest jak przecinek, nadal podkula dupencję, zamiast stać
na baczność - ale co tam, jak szaleć, to szaleć... W niedzielę wstałam
obolała, chyba mnie coś przewiało i do dziś mam problem z utrzymaniem
głowy w pionie, a najgorzej jest przy pochylaniu głowy, wczoraj nie mogłam
nawet unieść szklanki z kawą - a praca czeka. Patrzę na ten mój ogródek i
kombinuję, jak tu coś zrobić nie schylając się.... Narazie połknęłam dwa
ibupromy i mogłam w miarę swobodnie pomyć naczynia, ale łopata musi
jeszcze poczekać. Mam nadzieję, że do niedzieli mi przejdzie, bo inaczej
obie z Nikitą wyjdziemy na ring pogięte jak paragrafy. Aha, no i już
powstały fundamenty i podłoga szopki, teraz jeszcze mury, dach i starą
szopkę będzie można rozebrać. Może przestanie tu wyglądać jak pobojowisko?


Pobojowisko - wymaga jeszcze wiele pracy, sił i cierpliwość (albo głównej
wygranej w Lotto), sponsorzy mile widziani....

25-05-2003r.
Już jesteśmy po następnej wystawie - tym razem w Lesznie. Nikita tym razem
udawała, że nawet potrafi i chodzić po ringu, i stanąć do oceny. Mało
tego, stała ładnie i bez ruchu, nawet długo. I pokazała panu sędziemu
swoją paszczękę, i w ogóle było dobrze.....
Generalnie przywiozłyśmy do domu srebro i ocenę doskonałą - nareszcie,
może z tego mojego czegoś wyrośnie jakiś przyzwoity pies?...a właściwie
suczka.... Pan sędzia powiedział, że ta druga suczka przedstawiona do
oceny jest krótsza (i miał rację, na dodatek jest przepięknie ciemno
podpalana.....) i to przeważyło szalę na jej korzyść. Ale ja się bałam, że
Nikita znów podkuli siedzenie i wyjdzie jak ostatni połamaniec, jednak te
nasze ćwiczenia przynoszą jakieś rezultaty... Podpięłam już wyniki z
wystawy i zdjęcia. Oczywiście - żeby nie było tak różowo - mój mąż zrobił
Nikicie na ringu aż 1 (słownie: jedno) zdjęcie! I to parszywej jakości.
No, ale jeżeli chodzi o jakość, to pewnie namiot, pod którym odbywała się
ocena, przyciemnił obraz......
Ale jeszcze muszę opowiedzieć o
suczce - średniaczce (też ma tylko jedno zdjęcie.....). Była jedyną
przedstawicielką średniaków, ale za to jaką! Chciałabym, aby Aria była do
niej podobna, naprawdę, nic więcej.... : mocna, krótka, piękna pierś,
piękna łapa, piękna sierść, głowa też piękna, no w ogóle była ładna.
Dostała wszystko: CWC, CACiB, Najlepsza Suka i Zwycięstwo Rasy. Jak
najbardziej zasłużenie. Mam nadzieję, że wystarczająco zachęcałam
właścicielkę do dalszego wystawiania Kery....
Organizacja: podobało mi się, że
pomyślano o osłonięciu od słońca psów, wystawców i sędziów: rozbito
olbrzymi pawilon, pod dachem którego zmieściły się prawie wszystkie ringi,
oprócz tego, na około rozbito wiele mniejszych namiotów, więc i tam można
było schronić się przed słońcem. Natomiast mankamentem było to, że przy
dużej liczbie zwiedzających i wystawiających, pod dużym namiotem nie było
czym oddychać....., a wystarczyło złączyć ringi środkiem i nie wpuszczać
tam ludzi (przejście było praktycznie niemożliwe, wystawcy rozłożyli się
bardzo, bardzo swobodnie, niektórzy niemal na środku przejście.
Przepraszam, wykreślam słowo "niemal". Jeszcze jak to był nieduży pies, to
pół biedy, ale te wszystkie olbrzymy.....) i można by oglądać z zewnątrz,
albo rozbić dwa olbrzymie pawilony z pojedynczym rzędem ringów. Ale i tak
było lepiej, niż na otwartej przestrzeni - przy dzisiejszym upale trudno
byłoby wytrzymać. Ogólnie świetnie. No, może oceny na niektórych ringach
trwały zbyt długo, ale chyba któryś z sędziów nie dojechał i "jego" rasy
rozparcelowali po innych ringach. No i może to nie zależało od
organizatorów, ale na całym stadionie znalazłam jedno stoisko, gdzie można
było kupić w miarę schłodzoną wodę z lodówki, reszta była naturalnie
podgrzewana na słońcu.... Ale srebro jest...

ojej - wypłosz przed oceną.......


02-06-2003r.
Już
tyle czasu minęło, za kilka dni jedziemy po Arię!. Ja tymczasem szaleję w
ogródku (w dalszym ciągu i naprawdę ciężko pracuję), ale końca raczej nie
widać. Znów mam inne natchnienie i zmieniam układ skalniaka. Postanowiłam
podsypać ziemię wzdłuż muru i podeprzeć kamieniami, obsadzić czymś małym.
Zrobiłam narazie tylko część, bo na drodze stanęły mi truskawki (chyba aż
ze 4 krzaczki, na dodatek z mnóstwem kwiatów, ale owoce zasychają) i
piwonie (też nie kwitną). Uparłam się i poczekam - może to-to zakwitnie? A
jak nie, to niedługo nastąpi pełna pacyfikacja i podsypię ziemię dalej.

przed...

po.....
W tzw. międzyczasie staram się uprzątnąć inną część działki i tam będę
stawiać coś na kształt pergoli, żeby po obrośnięciu trochę zacieniała
podjazd. No, ale jednocześnie chce przesunąć ogrodzenie, które dzieli mi
działkę na część rekreacyjną i gospodarczą, bo proporcje są prawie 1:1, a
gdy przesunę, to część rekreacyjna zajmie 2/3 działki. Myślę, że góra 15
lat i już będzie widać efekty....
Dziś przyjechał do nas pan, który
zaproponował nam różne karmy. Dałam na próbę Nikicie (chociaż były
przeznaczone dla średniaczek) i o dziwo zjadła z apetytem. Tak nawiasem
mówiąc - Eukanuba, którą kupiłam Nikicie na wystawie w Lesznie, leży w
misce nietknięta.... Spróbuję kupić małe opakowania (4-5kg) różnych karm
od tego pana i może wreszcie ten rudy potwór zacznie jeść? Psota i Biga
też dostały i też zjadły, ale one raczej wszystko jedzą i nie mam z nimi
kłopotu... No i muszę przygotować karmę dla Arii... W piątek chcemy
wyjechać, a wrócić w niedzielę. Jeszcze 4 dni.....

09-06-20003r.
JEST! JEST! JEST! 
Aria przyjechała do nas w niedzielę wieczorem i od razu zachowuje się,
jakby tu mieszkała od lat: ogon w górze, wszędzie wchodzi, jest bardzo
ciekawska i bardzo miła. Najchętniej przyjęła ją Nikita, Biga toleruje, a
Psota udaje, że nie widzi..... Dopiero za
kilka dni będę mogła i opisać w szczegółach, i dodać nowe zdjęcia - bo
oprócz Arii zamieszkała z nami (na tydzień) moja 3,5 letnia bratanica -
Jolka - i okazało się, że ma temperaturę, kaszel i zapalenie oskrzeli,
więc praktycznie nie mam czasu na siedzenie przy komputerze. Ale już
niedługo to wszystko nadrobię....


13-06-2003r.
Minęło kilka dni, a ja nie uzupełniłam pamiętnika. Kajam się bardzo, ale
postaram się to nadrobić. A wszystko przez to, że Jolka dość mocno
zachorowała, więc męczyła się strasznie, temperatura nie chciała zejść,
kaszel powodował wymioty i w ogóle z daleka od domu, Mamy i Taty - to się
ciężko choruje.... We wtorek późno w nocy
przyjechał z Warszawy mój brat, pożyczył od Taty samochód i o godz. 0.40
ruszyliśmy do Jolki domu. Jolka całą drogę spała, a gdy obudziła się we
własnym łóżku (dojechaliśmy o 4.40 - z przymusową przerwą pod Błoniami,
gdzie czekaliśmy w korku, bo zapalił się jakiś samochód), to powiedziała,
że to chyba jakieś czary: zasnęła w Poznaniu u cioci, a obudziła się w
Warszawie u Mamy.... Potem kontrola u lekarza
rodzinnego: diagnoza i leki potwierdzone. Anita (Mama Jolki, a moja
bratowa) i Alex (mój brat) musieli być tego dnia w pracy, więc zostałam z
Jolką cały dzień, a że byłam u nich pierwszy raz i niewiele pogadaliśmy ,
to zostałam do dnia następnego. Wróciłam wczoraj po południu. Taaaaak.......
zostawiłam moich Panów na półtora dnia! Niby dom jeszcze stoi, ale w jakim
stanie.... Nie mówiąc o moim świeżo powstałym skalniaku.... Moja sąsiadka
włamała się do mnie do ogródka, żeby reanimować resztki roślin,
poprzesadzała, dodawała ziemi, nie wiem tylko, czy wszystkie roślinki
przeżyją... Aria - największy szkodnik pod
słońcem i Nikita, która tylko czekała na taką okazję, dopadły do skalniaka
i usiłowały dokładnie go przekopać i przegryźć..... No i podczas gonitw
wpadały na wszystko po drodze tratując dokumentnie.... Po powrocie z
Warszawy zabrałam się za pranie, sprzątanie, obiad (po drodze z dworca
zrobiłam zakupy, bo w lodówce pusto) i reanimowałam dalej mój "teren
zielony"......
Aria jest
bardzo wesoła, bawi się z Nikitą (ten sam wzrost) w podgryzanie, gonienie,
kopanie, chowanego....... Nie bardzo boi się, gdy któraś średniaczka
warczy, raczej próbuje dalej zaczepiać, ale zdecydowanie Niki jest jej
przyjaciółką. No i zagryza wszystko na śmierć. Pisząc "wszystko" mam na
myśli.... "wszystko".... I jest niesamowicie
sprawna, jak na ośmiotygodniowe szczenię (no, już prawie
dziewięciotygodniowe): wskakuje na tapczan (wskakuje, a nie wspina się),
zeskakuje bezkolizyjnie, przeskakuje przez wysoki i dość szeroki próg
drzwi na taras, sprawnie wbiega po schodach, schodzi również bez problemu,
i oczywiście mieści się między szczebelkami płotka odgradzającego ogródek
od podjazdu. Jeszcze.
Właśnie
chciałam iść skosić trawę, ale zdążyłam wyjąć kosiarkę, gdy wyjęłam
przedłużacz - zaczęło padać, taka pogoda ma być przez jakiś czas, więc
pewnie trawa się położy. Choroba. No, ale mogę trochę ogarnąć mój dom,
popisać listy i uzupełnić stronę....

15-06-2003r.
Wczoraj mój kolega małżonek miał dzień dobroci i przymocował mi
konstrukcję, po której będą mogły się piąć wiciokrzewy. Jeden (ten
środkowy - pomorski) jest kompletnie zdewastowany, ale trochę mu zielonego
zostało więc mam nadzieję, że się przyjmie.

Aria doskonale wie, że jej tam nie wolno wchodzić i jak zauważy, że idę,
to gna stamtąd na złamanie karku, jak zniknę jej z pola widzenia,
natychmiast próbuje znów ogrodnictwa.... Czasami jeszcze nasiusia w domu,
ale powoli się uczy. Cały dzień albo śpi, albo grandzi z Nikitą. Wczoraj
chciała znów bawić się z Bigą, ale Niki- zazdrośnica - nie pozwoliła...
A tak przy
okazji - zajrzyjcie do Layli i Lucky'ego i Lestera-Freda: są nowe
zdjęcia...


20-06-2003r
Jarek od niedzieli jest w Kołobrzegu, wraca dziś wieczorem. Jestem ciekawa
jakiego koloru będzie mieć twarz, gdy zobaczy co zrobiłam? Mam nadzieję,
że mu para uszami nie pójdzie?
No co ?! Musiałam trochę "przemeblować" w
ogródku. Do tej pory mój płotek, który zresztą kolega małżonek postawił
tuż przed Wielkanocą, po rocznym oczekiwaniu na dobry dzień, dzielił
działkę na część tzw. gospodarczą (czyt. bałagan) i część wypoczynkową w
proporcjach 1:1. Postanowiłam więc zmniejszyć część śmietnikową i....
przestawiłam płotek. Tym razem jest przytwierdzony do wysokich słupków,
gdyż mam zamiar ustawić takie same po drugiej stronie podjazdu, połączyć
je górą wszerz i wzdłuż, i puścić po tym coś pnącego, aby ocienić stojący
samochód. Oczywiście - żeby nie było wątpliwości - wyszło mi krzywo i na
pewno Jarek będzie się wściekał, że musi coś poprawić. Albo nie będzie
poprawiać i tak zostanie..... Mam tylko problem, bo zabrakło mi płotka i
nie mogę kupić takiego samego wymiaru - są, ale większe i z grubszymi
sztachetkami. Myślałam, że uda mi się wszystko zrobić w tym tygodniu, a tu
goo...zik.


Aha, i połączyłam dwie zrobione części skalniaka: wyrzuciłam nie kwitnące
od lat piwonie i truskawki, które tylko miały piękne liście i kwiaty, a
owocu żadnego. Narazie nic tam nie sadzę, muszę dokończyć płotek.


Za to Nikita z Arią znalazły nowy plac zabaw: albo gonią się po usypanej
górze ziemi (byle jakiej zresztą - musiałam zebrać nadmiar), albo ganiają
wokół płotka.... Właściwie, to Nikita głownie biega na około, a Aria
usiłuje ją złapać - zabiega jej drogę raz z jednej strony, raz z drugiej,
ale Nikita tylko przez nią przeskoczy i już jest po drugiej stronie...
Aria dużo urosła i niedługo Nikita nie będzie
miała wiele do gadania. W tej chwili jeszcze umie spacyfikować maludę, ale
niedługo.... No i jeszcze jedno: Nikita pozwoliła RAZ pobawić się Bidze z
Arią. Cały czas chodziła obok i pilnowała, w końcu powiedziała "dość", ale
pierwszy krok już zrobiony. Psota nadal ma małą w głębokim poważaniu.

tak reaguje Psota, gdy Aria chce do niej podejść...
Robię moim psiakom zdjęcia, ale ciągle są podobne jedno do drugiego: Aria
śpi, Aria się bawi z Nikitą, Aria śpi, Aria się bawi z Nikitą - i tak w
kółko... Jutro jedziemy do Szczecina, śpimy u znajomych i w niedzielę
wystawa. Nie zgłoszono żadnego pinczera średniego, miniatur jest
zgłoszonych 6. Ocena będzie na ringu po dobermanach, jako ostatnia rasa.
Podejrzewam, że znów wyjdziemy ostatni, nawet po organizatorach i zgasimy
światło.... Oby tylko pogoda dopisała, bo dziś co chwila leje, a w taką
pogodę raczej nie mam co liczyć na piękną postawę mojej "maszkary".
Zresztą, nawet gdy pogoda dopisze - ona wcale nie musi się ładnie ustawić
.....

22-06-2003r.
O rany! Jestem w szoku! Właśnie wróciliśmy z wystawy w Szczecinie, gdzie
prezentowanych było 5 pinczerów miniaturowych, a Nikita dostała złoty
medal, Zwycięstwo Młodzieży i Zwycięstwo Rasy!!!


23-06-2003r.
No więc tak... (wiem, wiem, od "więc" nie zaczyna się zdania... ..):pojechaliśmy
do Szczecina w sobotę i nocowaliśmy u Izy i Maćka (a właściwie to u naszej
Layli.... ) - piękne mieszkanie na czwartym
piętrze bez windy - chyba dlatego, żebym mogła zrzucić ten mój nadmiar
kilogramów.... Wieczorem pojechaliśmy z psami
na wybieg, na którym Layla codziennie biega (oprócz spacerków w parku
oczywiście). Notabene - wybieg ogrodzony, przygotowany i dla psów, i dla
ich właścicieli - wybudowany chyba z pieniędzy gminy albo Towarzystwa
Opieki n/Zwierzętami - świetny pomysł! Każdy może tam wejść, nawet jak
pies nabrudzi, to są kosze na śmieci, jest miejsce na samochody i miejsce
do posiedzenia. Są także różne przeszkody dla psów: Nikicie bardzo tam się
podobało, a ja nie bałam się, że nagle wybiegnie wprost pod samochód,
albo, że komuś nie spodoba się pies biegający luzem. Naprawdę - pomysł do
naśladowania. Layla pokazała nam co potrafi: przebieganie przez trapez
(chyba tak to się nazywa) i skakanie przez przeszkody. Bawiły się z Nikitą
świetnie. Jednak było już dość późno i ciemno, więc nie zabawiliśmy tam
zbyt długo. Jarek pstryknął kilka zdjęć, ale.... no dobrze, nie będę znów
narzekać 

im wyżej - tym lepiej, Niki nie miała żadnych oporów przed wchodzeniem, a
właściwie wbieganiem na tę przeszkodę. Gorzej było z zejściem - nie
dlatego żeby się bała, ale po prostu spodobało się jej tam na górze....

Layla i Nikita przebiegają przez trapez - oczywiście: wcale nie narzekam
na jakość zdjęcia....
Następnego dnia poszliśmy na wystawę, Layla oczywiście też. Dużo ludzi,
dużo psów i dużo czasu - miniatury były oceniane jako ostatnie. No, ale
jak już wiecie - warto było poczekać: Zwycięstwo! Z wieloma osobami
rozmawialiśmy, wielu osobom rozdałam wizytówki i zaprosiłam na stronę,
szkoda tylko, że żaden pinczer średni nie został zgłoszony do oceny....


26-06-2003r.
Zrobiła się prawie jesień: zimno, wietrznie i ciśnienie tak niskie, że
najchętniej nie wystawiłabym nosa spod kołdry.... Nic nie zrobiłam w
ogródku, płotek nie dokończony czeka na powrót Jarka, bo jednak ma być
wyprostowany (płot, nie Jarek). Ale za to udało nam się kupić podobne w
rozmiarze sztachety i już jest wszystko pozbijane, pomalowane - czeka na
swój dzień.... Michał ma dziś egzaminy do Technikum, tak "bardzo" się tym
przejął, że o mały włos, a byłby zapomniał! No pewnie, już wakacje, trzeba
jeździć na ryby, a nie myśleć o egzaminach....
Psota powoli
schodzi ze swojego piedestału i już nawet RAZ polizała Arii ucho!
Hrabianka jedna... Aria to jest zbój nad zbóje: gdy tylko może, to kradnie
wszystko, co tylko jej w zęby wpadnie. Oczywiście najchętniej moje buty!
Ale nie pogardzi zmiotką, doniczkami itd. Najgorsze, że wejdzie gdzieś po
cichu i zaczyna żuć: paski, poduszki, narzuty - wszystko! Muszę mieć oczy
na około głowy, bo te jej zęby załatwiłyby mi wszystko. Zabawki - owszem -
ma, ale Nikita, wredny typek, wszystkie jej zabiera i gdzieś chowa! Aha,
byliśmy z Arią i Nikitą u szczepienia, Psota i Biga mają cieczkę, więc
muszą poczekać. Ale nie było naszej pani doktor, więc poszliśmy do kogoś
innego. Ja - w swojej ignorancji - myślałam, że jest oczywiste, iż
konsultuje się co podajemy psu, a tu niespodzianka - dowiedziałam się, że
Aria dostała komplet szczepień, ale ten komplet to bez coronawirozy (czy
jakoś tak), ale za to ze wścieklizną! Trochę mną zatrzęsło, bo nie podaję
psom szczepienia p. wściekliźnie razem i inną szczepionką, dla mnie
komplet, to komplet na wszystkie możliwe choroby, ale bez wścieklizny, a
tu niespodzianka. No cóż, moja wina, bo inny lekarz, więc powinna
wrzeszczeć od progu. A wytłumaczyła mi to tak, że nie chce mnie naciągać
na pieniądze, więc podała tak, żeby było taniej! TANIEJ, choroba jasna!
Ale moja pani doktor wraca niedługo z urlopu i już będę mogła dziewczyny
do niej zaprowadzić.
Uzupełniam stronę reproduktorów o ich rodowody, powoli, te co mam -
podpinam. Ale nie mam wszystkich, szczególnie bieda z miniaturami. Robię
to dlatego, że po pierwsze - mnie samą to interesuje, więc pewnie tych,
którzy chcą z tego skorzystać też, a po drugie - chce uniknąć
nieporozumień.... Jakich? Ano takich, że niektórych piesków nie widziałam
na oczy, nie słyszałam o nich, nie były pokazywane na wystawach i teraz
nie wiem, czy na pewno mają uprawnienia Związku Kynologicznego! Za jakiś
czas znikną ze strony te psy, których rodowodów nie dostanę - mimo
informacji do właścicieli. A mam pewne podejrzenia.... No cóż, zobaczymy
czy się sprawdzą...

29-06-2003r.
Jestem znów w szoku, ale nie za sprawą Nikity, tylko... Arii. Przecież ona
ma dopiero 11 tygodni, a wiecie jaka jest skoczna?! Od samego początku,
gdy do nas przyjechała (miała tygodni 8) wskakiwała i zeskakiwała z
tapczanu czy fotela i nie miała żadnego problemu z chodzeniem po schodach
na piętro i z powrotem. Niedawno spróbowała przeskoczyć z fotel na łóżko
(odległość ok. 70cm) i tak jej się to spodobało, że pół dnia przeskakiwała
tam i z powrotem. Potem złapała w zęby mój but i z nim też przeskakiwała
bez problemu. A dzisiaj?! Właśnie przegoniłam ją ze stołu w kuchni!! Ta
mała diablica wskoczyła na krzesło, potem na stół i dobrała się do
woreczka z płatkami zbożowymi! Ale nie to mnie zszokowało: ona zeskoczyła
płynnie ze stołu na podłogę! Nawet się nie zachwiała! To ci dopiero numer,
jeszcze trochę, a okaże się, że będę musiała chodzić z nią na agility -
przy mojej kondycji?!

02-07-2003r.
O jasna pogoda! Jaka jestem zła!
Ta mała diablica wygryzła mi biedny
wiciokrzew do końca! Uparła się właśnie na ten egzemplarz; od samego
początku i konsekwentnie dążyła do pełnej pacyfikacji! Skutecznie,
niestety... Przy okazji rozkopała ziemię dookoła niszcząc wszystko w
pobliżu, zamiast roślinek - zostały smętne szczątki! A płotek jest nadal
niedokończony! Czy ja muszę wszystko zrobić sama?! Nie mam tyle siły! A
jeden słupek, ten, pod którym trzeba było kuć kangiem - wymaga
przestawienia i miałam nadzieję, że mi któryś z moich panów pomoże.
Goozik-prawda! Choroba jasna! Proszę i proszę w nieskończoność - a efektu
nie ma! Zawalili mi jakimiś narzędziami i innymi śmieciami wszystkie kąty
(im więcej mają miejsca, tym większy robią bałagan), szopka nie skończona
- nie ma dachu, deski nie pocięte, bo do zimy daleko, a jeszcze mogą się
przydać i tak w kółko coś odkłada się na później! Naprawdę jestem
cierpliwa mieszkając tyle lat w takim śmietniku i na placu budowy, ale
dziś to już mnie coś trafiło! Wygląda na to, że powinnam sama zająć się
wszystkim w domu, prać, sprzątać gotować, wychowywać dzieci i psy,
organizować wszystko wszystkim, przekopać ogródek, postawić płot, założyć
dach nad szopką, zrobić szafki i półki w garażu, żeby można było w końcu
to wszystko gdzieś poupychać, poupychać też bym musiała sama, ja muszę
gasić światło w łazience i założyć rynny na dachu, jeszcze trzeba
pomalować mur i elementy drewnianej konstrukcji do ogrodu, ja mam się
zajmować sprawami hodowli i wystaw i jeszcze tysiącem innych spraw!
Najgorsze jest to, że ten cały galimatias nie przeszkadza moim panom! Nie
ma dla nich znaczenia czy dom i otoczenie wyglądają przyzwoicie czy nie!
Jako osoba nie pracująca zawodowo - cierpię na chroniczny brak czasu, bo
wszyscy uważają, że skoro nie mam co robić, to należy mi zorganizować choć
bałagan do sprzątania! No dobra, nie
jestem do końca sprawiedliwa, ale czasami po prostu mam już serdecznie
dosyć! Doba ma tylko 24 godziny, a ja mam tyle siły ile mam - i jakoś mi
ich nie przybywa! Noooo, dobra - wyżaliłam się trochę, na jakiś czas mi
starczy..... Zaraz zabiorę się za porządki w tym moim śmietniku.....
Wczoraj był
paskudny dzień, bo padał deszcz, było ponuro i zimno, psy cały dzień nie
wystawiły nosa z domu. No, może tylko na chwilkę. Psota i Biga, już
przecież starsze panie, nie narzekały na taki układ, ale Aria wyraźnie się
nudziła. Cały czas usiłowała gonić się z Nikitą po domu, a że Niki wolała
spać gdzieś schowana, to Aria większość czasu spędziła na poszukiwaniach
Rudej. Niesamowicie śmiesznie to wyglądało: oblatywała cały dom,
namierzała miejsce, gdzie Niki mogła się schować i rzucała się z impetem w
tym kierunku. Nikita najczęściej zakopuje się pod kołdrą albo pod
futrzakiem na fotelu, pozostałe psy zresztą też. W efekcie, zanim Aria
znalazła Nikitę, natknęła się niejednokrotnie na Psotę i Bigę, które
warczały na nią oburzone...
Aria odskakiwała i gnała dalej. Jak już
znalazła Nikitę, np. pod kołdrą, to najpierw drapała łapami, a spod kołdry
dochodziły dziwne dźwięki - coś, jakby się Nikita zagotowała.... Arii to
absolutnie nie przeszkadzało i dalej szukała dojścia, w końcu znajdowała i
wkopywała się pod kołdrę, żeby położyć się obok Rudej. Przez sekundę
leżała spokojnie, ale potem zaczynała ja podgryzać, podszczypywać, pod
kołdrą zaczynało się kotłować, a po chwili wyskakiwała stamtąd Nikita i
biegła zakopać się w innym miejscu. Po chwili spod kołdry gramoliła się
Aria i poszukiwania Nikity zaczynały się na nowo....
Pod koniec dnia Nikita już miała serdecznie
dosyć takiej gonitwy i gdy szłam spać wsunęła się koło mnie do łóżka i
biedna Aria nie mogła jej namierzyć.... W pewnym momencie dała spokój i
zasnęła, ale przypomniała sobie o 2.oo w nocy! Znów zaczęła ganiać po
domu, zaglądać we wszystkie kąty, podkopywać się we wszystkie możliwe
miejsca. W końcu namierzyła Nikitę obok mnie i z delikatnością czołgu
wsunęła się pod kołdrę - tak długo się kręciła, aż mogła się przytulić do
Nikity i dopiero wtedy zasnęła....



03-07-2003r.
Dziś mi już trochę złość przeszła, choć sprawa nadal nie jest
rozwiązana... Usiłowałam posadzić te smętne resztki z wiciokrzewu, ale za
każdym razem Aria go wykopywała i chodziła, trzymając w zębach jak
trofeum. Dałam w końcu spokój, nawet nie wysilam się, żeby poprawić
cokolwiek na sklaniaku - pilnuję tylko, żeby mi więcej nie poniszczyły. Bo
okazało się, że to nie tylko Aria, ale jeszcze te dwie emerytki! Szukały
cienia, więc położyły się pod murem, a że im coś nie pasował, więc troszkę
pokopały - zarazy jedne... W efekcie siedzą
w domu razem ze mną, gdy ja wychodzę pogrzebać coś w ogrodzie, to wtedy
mam je na oku i mogą pobiegać po działce. Najgorzej, że nie chcę jeszcze
wyprowadzać Arii w publiczne miejsca, więc ją biedną omija największa
przyjemność.... Ach, zapomniałabym powiedzieć: obie starsze średniaczki
mają już od 2 tygodni cieczkę i dają przedstawienia sąsiadom - chyba
powinnam sprzedawać bilety na te seanse - Sodoma i Gomora.....
Muszę je izolować od siebie, bo podejrzewam, że im więcej ze sobą -
nazwijmy to: baraszkują - tym dłużej tę cieczkę będą miały.....
Maciek od
piątku jest u mojej Teściówki - do niedzieli, Michał jutro wyjeżdża na
kilka dni, a Jarek od wczoraj do soboty jest w Kołobrzegu - hulaj dusza,
piekła nie ma.... Miałabym niezłe wakacje,
gdyby moi panowie wynieśli się choćby na tydzień, ale wszyscy w jednym
terminie..... Wczoraj usiłowałam trochę
ogarnąć garaż, bo inaczej nie będę mogła pozbyć się części narzędzi
rozłożonych wszędzie, ale jest to syzyfowa praca.... Za to Aria położyła
się w kącie garażu i cały czas mi towarzyszyła.....
Znów
zmieniłam trochę zapis na stronie - ale naprawdę niewiele, podpięłam część
rodowodów reproduktorów, no i podpięłam też rodowód Arii, muszę przyznać,
że imponujący - ciekawe, jak się to będzie miało do kariery Arii na
ringach? Niestety, nie zawsze Interchampiony wśród przodków gwarantują
piękne szczenię....
Już myślałam,
że na dziś skończyłam pisanie - ale przecież muszę jeszcze o czymś
opowiedzieć! Właśnie wyjechali ode mnie mili goście: odwiedził nas Lucky!
No dobrze, "jego" ludzie też byli.... Przy
wejściu na działkę lekko się zawahał, ale potem już podbiegł do mnie w
dzikich podskokach. Milusi, kochaniutki i piękny! Biegał po całym domu,
jakby czegoś szukał? Nikitę, mamę i babcię też oczywiście poznał, ale one
przyjęły go z rezerwą, a Nikita chciała go pacyfikować. Zachowywał się
wtedy tak samo, jak był jeszcze maluszkiem: albo usiłował położyć się pod
Nikitą, albo uciekał schować mi się pod nogi, gdy kucałam. Jednak nie
przewidział tego, że od tamtej pory już wyrósł i się po prostu nie
mieścił. A Nikita nie popuściła - smarkacz musi wiedzieć, że to ona tu
rządzi (przynajmniej tak się jej wydaje... ..).
Ponieważ obie średniaczki mają cieczkę, więc w końcu musiałam je zamknąć -
żeby nie kusić losu, choć to jeszcze dzieciak. Aria przywitała Lucky'ego
jak swojego, ale w zabawie nie dawała mu rady, choć bardzo chciała
dotrzymać kroku. Zdjęć mam z tej wizyty niewiele, bo psy tak szybko
biegały, że nie miały czasu się zatrzymać....
Biga najpierw się zjeżyła, Lucky doskoczył do niej tak jak dawniej, nawet
usiłował zajrzeć jej do cycusiów! Zachowywał się, jakby znów miał 6
tygodni.....

Lucky z mamusią....

Lucky z babcią.....
No i kilka zdjęć wrzuciłam na stronę Lucky'ego - zapraszam. Aha!
Prawdopodobnie Lucky weźmie udział w wystawie klubowej pinczerów w
Głogowie!

04-07-2003r.
No i sprawa się rypła... Jak już mówiłam wcześniej - muszę sprawdzić pewne
moje podejrzenia: okazały się jak najbardziej prawdziwe, więc musiałam
usunąć z mojej strony dane jednej z hodowli i jednego z reproduktorów.
Moja wina, że wcześniej nie sprawdziłam tego namacalnie, okazało się, że
po prostu ktoś je sobie wymyślił i ja w dobrej wierze umieściłam ich dane.
Bardzo przepraszam zainteresowanych..... Może jestem zbyt naiwna, ale nie
wpadłam na to, że ktoś może sobie wymyślić reproduktora i hodowlę, tylko
dlatego, aby mieć o czym gadać!

10-07-2003r.
W najbliższą niedzielę jedziemy z Nikitą do Koszalina - z obawą, z wielką
obawą...... Aria już przechodzi sama siebie! Jak zaczyna ganiać to chyba
trzeba jej baterie wyjąć, bo nie umie się zatrzymać... Już Nikita nie daje
rady, więc Aria przerzuciła się na zaczepianie Bigi - Biga owszem, jak
najchętniej, ale krótko, więc za chwilę Aria biegnie do Psoty, ustawia się
w bezpiecznej odległości i przymila się: zadek do góry, ogonkiem kręci
młynka, nos przylepiony do ziemi, przeskakuje raz z lewej raz z prawej i
poszczekuje. Psota - dostojna dama - nie daje się wciągnąć w zabawy
smarkacza, uniesie dumnie głowę, spojrzy spod oka i czasami cicho warknie.
Wtedy Aria cała przypada do ziemi, zamiera na moment, a za chwile znów
próbuje. Jeszcze nie udało się jej nakłonić Psoty do zmiany zdania, ale
już jedzą z jednej miski, a Aria nawet próbuje zabrać coś z zębów Psoty -
bez skutku oczywiście... Płotek nadal nie zrobiony, więc moje zielsko
nadal jest w dużym niebezpieczeństwie. No, ale już możliwe są "zewnętrzne"
spacerki, więc może się wybiegać w parku... Z tym, że jeszcze jest tak
zaaferowana wszystkim dookoła, że nie ma czasu się wysiusiać, więc dopiero
po powrocie do domu...


11-07-2003r.
Dziś mój trawnik zaczął sam chodzić! Wiecie, jak to okropnie wyglądało?!
Siedziałam na tarasie i widzę jakieś nienaturalne poruszanie trawy , a za
moment w tych samych miejscach trawa zrobiła się czarna! To wszędzie
wyroiły się mrówki! Wylazły wszystkie na wierzch, i te czarne, i te
czerwone, dodatkowo pełno skrzydlatych. Było ich mnóstwo! Za chwilę
zaczęły fruwać nad trawnikiem - całe roje. Po jakimś czasie wszystko się
uspokoiło i pochowało, gdzieniegdzie jeszcze pokazywało się coś
skrzydlatego, a później zaczęły łazić po całej działce ogromne mrówy z
jeszcze ogromniejszymi odwłokami! I tak do wieczora. Jechałam wieczorem
rowerem do sklepu i musiałam pamiętać, aby ust nie otwierać... Wyroiły się
wszędzie, o jednej godzinie - jak na dany znak. Budzik mają nastawiony,
czy co? I oczywiście nikt nie wie jak tego paskudztwa się pozbyć. Może i
by mi nie przeszkadzały, ale a takich ilościach?! Poza tym dowiedziałam
się, że mrówki przechowują przez ziem mszyce, dbają o nie, a z wiosna
wynoszą je na rośliny, żeby same się pasły - opryskaliśmy wszystko, mszyce
zniknęły, ale mrówek to ci u nas dostatek....

13-07-2003r.
Wróciliśmy z Koszalina za złotem i Zwycięstwem Młodzieży!
Wyniki i kilka fotek z dzisiejszej wystawy
już są podpięte. Co tu dużo mówić - było fajnie.....
Nikita bardzo się podobała, nawet sędzia, po ocenie, zapytał z jakiej jest
hodowli, bo ma wspaniałą psychikę! Muszę napisać o tym p. Grażynie -
hodowcy Nikity, pewnie ją to ucieszy? Nasza ocena skończyła się ok. 10.30,
no a potem czekaliśmy na wejście na ring główny (nie oddają wcześniej
opisów....) prawie do 16.00! Przez ten czas wielu ludzi zaczepiało nas
(byliśmy jeszcze z Arią, bo ta smarkata bez Nikity płakałby cały dzień),
robili sobie albo z Nikitą, albo z Arią zdjęcia, znów skończyły mi się
wizytówki - no mówię, było fajnie.... A teraz już idę odespać poranną
pobudkę przed 5.00...
Ale fajnie
było... 

26-07-2003r.
Strasznie się opuściłam w pisaniu, ale co ja biedna mogę na to poradzić?
Nie miałam czasu się podrapać, nie mówiąc o pisaniu.... A w międzyczasie
(podobno tak się nie mówi?) nawiedziła mnie coroczna, letnia angina i
zostałam wyłączona na kilka dni z obiegu. W ubiegły piątek przyjechali Eva
i Petr - hodowcy Arii, przywieźli nam jej rodowód. Pobyli do sobory
popołudnia - bardzo miła wizyta. Aria oczywiście rzuciła się im na szyję
(jeżeli można to tak określić) a w nocy spała z nimi w łóżku, nawet nie
oglądała się czy Nikita jest obok. Nie mogłam zrobić żadnego zdjęcia, bo
mój młodszy (zresztą jedyny) brat wyżebrał ode mnie aparat na wakacje....
Ale Eva robiła fotki, mam nadzieję, że kilka mi prześle. Dziś byłam w
Związku oddać rodowód Arii do nostryfikacji - kosztowało mnie to prawie
60zł. No, ale nie to jest problemem - kłopot mam z ewentualnym
championatem młodzieży Nikity (apetyt rośnie w miarę jedzenia): ma już dwa
Zwycięstwa Młodzieży, planowaliśmy pojechać 3 sierpnia do Lubina, a ona
dziś dostała cieczkę - możemy nie zdążyć, bo skład sędziowski lubi się
powtarzać... No, trudno, zobaczymy. Jeszcze mogłaby być szansa we
Włocławku...
Aria zagryzła
na śmierć mydło - jestem ciekawa czym będzie jutro siusiała? No, nie
zjadła go dużo, tylko nadgryzła... Jest już sporo większa od Nikity,
ciągle jednak Nikita wygrywa w tych ich potyczkach, chociaż co raz
częściej się musi mocno wysilić, aby Arię spacyfikować. Aria zadziwia mnie
swoją sprawnością: nie ma przeszkody, której by nie pokonała. Nawet
plastikowe fotele ogrodowe, które na siedzeniu mają dziury nie stanowią
dla nie przeszkody - przeskakuje z jednego na drugi bez problemu. A może
nie powinnam się dziwić, może to moje pozostałe panny są dziwne? Wczoraj
wieczorem obszczekiwała falującą wodę w basenie, Nikita nie miała pojęcia
na co ona tak szczeka, usiłowała zajrzeć do środka, ale brzeg basenu jest
miękki i nie mogła się oprzeć o niego. Wyglądało to tak, że Aria biega na
około basenu i szczeka jak opętana, a Nikita za nią usiłując zrozumieć o
co chodzi...
No i jeszcze
jeden problem: ludzie, których hodowle i reproduktorów umieściłam w
wykazie - nie przesyłają mi ani zdjęć, ani rodowodów, ani informacji o
nowych miotach. Mam tu na myśli właścicieli pinczerów mini. Nie zależy im,
czy co?

05-08-2003r.
Wiem, wiem - znów wielka dziura w pisaniu.... Mam dom pełen gości (rekord
był w niedzielę - 12 osób, w tym czworo biegająco-wrzeszczących dzieciaków
+ 4 psy, w wszystko w dwóch pokojach, kuchni i małym ogródku......) i nie
mam czasu na nic. No, ale dziś wieczór mam z godzinkę wolnego, wiec trochę
nadrabiam. Chyba taka ilość ludzi i decybeli źle wpłynęła na moje psice,
bo nawet niezwykle przymilna Biga straciła cierpliwość i zaczęła na
wszystkich warczeć. Aria oczywiście korzystała ( i nadal korzysta) z
każdej okazji, aby coś zwędzić - i dobierała się najczęściej do talerzy
naiwnych ludzi, którzy zakładali, że jak coś stoi na stole, to pies nie
ruszy. Niezłą miała wyżerkę: a to kawałek czekolady, banana, brzoskwini,
czasami trafił się kotlecik albo kurczaczek, a jak nie, to chociaż kawy
można było się napić... I za każdym razem znikała - nie zupełnie bez
śladu, bo zostawiała odciski brudnych łap na stole. Choroba, nie mogę jej
tego oduczyć, a taka ilość okazji nie sprzyja lekcjom pokory. No, ale w
efekcie wybryków Arii ucierpiała Nikita. Wszystko dlatego, że w końcu
udało mi się zbója przyłapać i chwyciłam ją za kark w momencie
przestępstwa. Oczywiście podniosła wrzask, jakbym przynajmniej obdarła ją
ze skóry, na co Psota zareagowała warkotem. Nikita oczywiści nie
wytrzymała i usiłowała Psotkę natychmiast spacyfikować, a że Biga również
straciła cierpliwość to włączyła się do ogólnego zamieszania. Psota w
końcu nie zdzierżyła odwiecznych ataków Nikity i potraktowała ją zębami.
Efekt tego taki, że Aria nadal ma wszystko w głębokim poważaniu, Biga
nadal chodzi naindyczona, a Nikita ma zranione ucho i przecięty policzek.
Wieczorem mocno jej to napuchło, nie pozwala się dotknąć z lewej strony,
ale absolutnie nie zrezygnowała z wskakiwania na kark Psotce przy
jakichkolwiek warkotach z jej strony. Obawiam się, że gdy Psota naprawdę
się wścieknie, może nie być wcale tak wesoło...


13-08-2003r.
Przed nami długi weekend: moi panowie wybierają się nad jezioro, ja
zostaje w domu z psami. A w niedzielę jedziemy na wystawę do Torunia.
Ostatnia z planowanych wystaw nam nie wyszła z przyczyn technicznych
(cieczka Nikity), teraz chyba będzie wszystko dobrze. No, chyba....
Chcemy zabrać wszystkie psy, bo Nikita i Psota będą wystawiane, Arii nie
chcę zostawiać samej na cały dzień, no i tylko zostałaby Boga - chyba
byłoby jej smutno?...... No tak, ale wczoraj późnym wieczorem
wylądowaliśmy u weterynarza z Arią. Opuchł jej najpierw nos, potem
przeszło na oko, a później opuchlizna przeprowadziła się na górną wargę.

Jednocześnie na całym ciele pojawiły się odczyny alergiczne - może od
ugryzienia, może coś zjadła, a może po prostu od słońca? Nie wiem, ale
wyglądała okropnie i była bardzo, bardzo smutna. Dostała zastrzyki, ciut
jej przeszło, nawet humorek wrócił, ale nadal nie jest jeszcze dobrze.
Aha, no i wczoraj cały dzień wsuwała trawę - potem ją wymiotując. Nawet
jej kupki były przede wszystkim trawiaste. Trawa nie była niczym pryskana,
więc żadnej chemii nie mogła się najeść, nie mnie coś jej zaszkodziło. Po
południu pojedziemy do naszej pani doktor, zobaczymy co powie. Dziś jest
środa, mam nadzieję, że do niedzieli Aria już będzie w dobrej formie. O
ile przyczyną opuchlizny i jej gorszego samopoczucia jest alergia?...

15-08-2003r.
No i byliśmy u "naszej" dr Bukowskiej.... Jestem głupsza niż ustawa
przewiduje..... Aria była zarobaczona! Wydawało się, że wszystko w
porządku, bo przecież codziennie oglądam i sprzątam wszystkie odchody
moich panienek, a jednak nie było dobrze. Organizm został osłabiony - stąd
reakcja alergiczna na coś, co w normalnych okolicznościach wcale nie musi
jej uczulać. Robale nie pokazywały się stopniowo - po prostu, jakby
wszystkie wylazły na raz - błe... Pani doktor zaaplikowała małej jakiś
środek, który powinien "rozpuścić" pozostałe świństwo, albo spowodować
wydalenie go. To było wczoraj - Aria bardzo schudła, cały dzień spała, nic
nie jadła, nie skusiła jej nawet szyneczka. Wiecie jak wygląda osowiały,
smutny, chory psiak? To Aria wyglądała dużo gorzej. Nie biegała - no,
czasami próbowała, ale zaraz się kładła, nie reagowała na zaczepki, tylko
spała. Uszka w dół, ogonek w dół - chodzące nieszczęście. I te jej oczy!
Była strasznie biedniutka. Wczoraj wszystkie psy dostały tabletki - już na
wszelki wypadek. Dzisiaj ma być na diecie i podobno do wieczora ma być
dobrze. Do wieczora..... Rano Aria obudziła mnie wskakując mi na brzuch,
liżąc po rękach, odstawiła niesamowity taniec, ogonem zamiotła wszystko po
drodze, wskakiwała na łóżko, zeskakiwała, - jak co dzień. Potem usiadła w
kuchni i wyraźnie domagała się "wielkiego żarcia". Wiedziałam, że ma
pościć, więc dałam jej troszkę ryżu z gotowaną marchewką - o mało nie
urwała mi ręki przy łokciu, miskę wylizała do czysta, chyba nawet
wywróciła ją na lewą stronę.... Następna porcja za godzinę. No, ale to
znaczy, że już wszystko jest w porządku - dwa dni nie chciała jeść. Humor
jej wrócił, biega z Nikitą, szczeka, skacze - mimo, że jeszcze nie ma
"swoich" sił. Dziś będzie dzień rekonwalescencji, jest o niebo lepiej,
poprawa jest bardziej niż wyraźna. Wielka ULGA!

17-08-2003r.
Jeżeli pewnego pięknego dnia zobaczycie mnie w telewizyjnym Teleekspresie,
to będzie znaczyło, że dopadłam mojego kolegę małżonka za... jakość
wykonywanych przez niego zdjęć psów na wystawach! Gdy przeglądam zdjęcia
po powrocie do domu, mam ochotę wyć! Ale cóż zrobić - innych nie mam.
Innego męża też nie.... No, ale do rzeczy: Nikita dziś w Toruniu
stwierdziła, że cofamy się w rozwoju i nie będziemy pięknie chodzić, nie
mówiąc o staniu. Była to jej pierwsza prezentacja w klasie pośredniej,
były i podskoki, i nagłe zatrzymania, i chęć pójścia w zupełnie inną
stronę. Stać też nie chciała, tylko cały czas oglądała się, gdzie jest "pańcio"!
Wprawdzie dostała ocenę doskonałą i złoty medal, ale ...... Psotka
natomiast zrobiła furorę! Sędzina powiedziała, że gdyby weteran mógł
wygrać rasę, to Psota by właśnie ten tytuł otrzymała. I że jest w
doskonałej kondycji, o wspaniałej psychice i życzyłaby sobie, aby
wszystkie pinczery miały taki charakter! Zrównoważona, czujna, ale
spokojna, pięknie chodziła, pięknie pokazała zęby, pięknie stała. Wiecie,
jaka byłam dumna?! Aż żal, że zaniedbaliśmy wystawianie jej w odpowiednim
wieku! No, ale trudno, zobaczymy, co wyrośnie z Arii. Przywieźliśmy więc
dwa złote medale i puchar dla Psotki - najpiękniejszego weterana w
rasie.....
Na wystawie
spotkaliśmy również naszego Lorda Askana - ma już 6 miesięcy. Huncwot z
niego niesamowity, jest silny, uparty i mało posłuszny, właścicieli czeka
sporo pracy, aby go odpowiednio ułożyć. Ale jest śliczny, kochany i
słodki.

LORD ASKAN z Zadziornego Gangu


24-08-2003r.
Właśnie
wróciliśmy z kilkudniowego wypadu. Najpierw miał to być tylko wyjazd do
Wilna z noclegiem w Sejnach, ale rozrósł nam się do pięciodniowej
wycieczki po Suwalszczyźnie, w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Malbork. A
i tak ciągle mało, jeszcze pozostało mnóstwo do zobaczenia. Wyjechaliśmy w
środę o 7.00 rano, do Sejn dotarliśmy przed 19.00. Noclegi zamówiłam przez
Internet, wycieczkę do Wilna również. Pani Ola, u której spaliśmy
przekazała nam wykupione bilety i w czwartek o 5.40 rano zameldowaliśmy
się w miejscu zbiórki. Do przejechania było prawie 200km oraz postój na
granicy. Swego czasu zaczytywałam się Orzeszkową i Rodziewiczówną,
przesiąknęłam chyba sentymentem do tamtych stron i tamtych czasów. A na
Litwie jakby się czas zatrzymał - mały kraj, mało mieszkańców, po drodze
czasami ukaże się mała chatka i jej maleńkie poletko, a poza tym lasy i
ugory. Sielsko i anielsko. Na wakacje piękne miejsca, ale do mieszkania na
stałe na pewno bardzo trudne. W mieście oczywiście jest inaczej, ale gdy
kończy się miasto - odnoszę wrażenie, że kończy się cywilizacja. Tylko
drogi zdecydowanie lepsze niż w Polsce. Dla mnie cudownie i romantycznie,
nie jestem pewna czy mieszkańcy podzielają moje zdanie? Na Litwie jest
ujemny przyrost naturalny, ludzi co raz mniej, sporo emigruje. A dookoła
olbrzymie połacie lasów. Najpierw obejrzeliśmy Troki, które określane są
jako miniatura Malborka (stąd pomysł zajrzenia tam w drodze powrotnej do
domu). Zamek został chyba w całości odbudowany, jest to trzeci z zamków
wybudowanych w Trokach, po poprzednich są tylko ruiny.


chciałam Maćka tak zostawić na jakiś tydzień, ale
- choroba - uciekł...
Potem Wilno - oczywiście tylko niewielki fragment, z przewodnikiem, w
olbrzymim tempie i w olbrzymim skrócie. Byliśmy na cmentarzu na Rosie,
obiegliśmy Starówkę, zwiedziliśmy kościół Św. Piotra i Pawła, widzieliśmy
oraz w Ostrej Bramie.. Cała Starówka jest przepięknie odrestaurowana, jako
całość została uznana za zabytek klasy zerowej i dzięki dotacjom może być
tak doskonale zachowana. Kościołów (czynnych i nie) w Wilnie co nie miara
- stoją nawet jeden przy drugim. Obejrzeć w kilka godzin się nie da, można
tylko troszkę posmakować.


Warto pojechać na taką wycieczkę, chociaż raczej polecałabym wyjazd na 2-3
dni. Podczas naszego pobytu na Suwalszczyźnie propozycji wyjazdu do Wilna
czy szlakiem Mickiewicza jest ogrom, można wybierać. No i dużą zaletą jest
to, że nie ma problemu z noclegami. Tak więc czwartek spędziliśmy za
granicą i pełni wrażeń powróciliśmy na kwaterę około godziny 21.00.
Następnego dnia pojeździliśmy trochę po okolicy, byliśmy w Stańczykach,
gdzie są dwa najwyższe mosty kolejowe (nieczynne). Pamiętacie reklamę "kto
skoczy po pieguski"? To właśnie na mostach w Stańczykach była nakręcona. I
o ile się nie mylę, to również jeden z odcinków "Ekspedycji". Mosty są w
stanie agonalnym, zniszczone, trochę łatane, ale się sypią i od dawna już
nie można z nich skakać na banji. Ale byliśmy, widzieliśmy. Pojechaliśmy
również obejrzeć kurhany Jaćwingów, weszliśmy na górę Cisową, byliśmy w
skansenie - wiosce litewskiej, gdzie chaty są kryte strzechą, można
obejrzeć sprzęty i wyposażenie, maleńkie to-to, ale warte obejrzenia.
Skansen mieści się przy wjeździe do Puńska, jedynej wioski, gdzie Polacy
stanowią tylko 20% mieszkańców, pozostali to Litwini. Szkoła jest
oczywiście prowadzona również w języku litewskim. W Puńsku obejrzeliśmy
kościół i stara plebanię przerobioną na muzeum regionalne. No i zrobiłam
śmieszne zdjęcie, które zatytułowałam: "Gdy siana zabraknie...."


gdy siana zabraknie....
Sobota była naszym ostatnim dniem na Suwalszczyźnie, pojechaliśmy do
Augustowa i obejrzeliśmy pałac Paca w Dowspudzie. W Augustowie oczywiście
obowiązkowo popłynęliśmy rejsem po jeziorach i zajrzeliśmy do muzeum
kanałów. Muzeum mieści się maleńkim, drewnianym domku niedaleko portu,
prowadzi go pan, który jest pasjonatem historii kanałów. Nie tylko wie
chyba wszystko, ale nadal szuka nowych źródeł, wciąż szpera w archiwach i
ciągle znajduje coś nowego. Mógłby godzinami opowiadać o Prądzyńskim, o
kanale, o ówczesnej myśli technicznej, wynalazkach, o problemach i
sukcesach. Chyba tylko dzięki takim pasjonatom jak on wciąż żyją takie
historie. Warto tam zajrzeć i posłuchać. Do Dowspudy pojechaliśmy z
mieszanymi uczuciami, bo zdania na temat celowości takiej wycieczki były
podzielone - niektórzy mówili, że nie ma tam co oglądać. Ale w końcu
dotarliśmy i trafiliśmy na Festiwal Kultury Celtyckiej. Niesamowite
wrażenie. Nie da się tego opisać, nawet zdjęcia nie oddadzą tamtej
atmosfery, może gdybyśmy mieli kamerę?... Z samego Pałacu Paca niewiele
zostało, fragment wejściowego portalu, część wieży i fundamenty. Swego
czasu musiał być piękny i szykowny, teraz tam tylko hula wiatr.

Wróciliśmy do Sejn wcześniej, bo była uroczysta msza św. w 84 rocznice
Powstania Sejenskiego (1918-1920), apel poległych z udziałem harcerzy, a
później ognisko.
Dziś - w
niedzielę - wyjechaliśmy z Sejn przed 6.00 rano, około 11.00 byliśmy w
Malborku. To jest dopiero zamek! Miasto w mieście. Zwiedzanie zamku i jego
okolic zajęło nam 5 godzin, a i tak wszystko w biegu. Wrażenie ogromne.
Całe szczęście, że był z nami mój młodszy synuś - przepędził Krzyżaków.
Skutecznie....

No i kto przepędził
Krzyżaków?....
Do domu dotarliśmy przed 21.00. No i dowiedziałam się, że Aria znów
opuchła, znów dostała zastrzyki, jutro do kontroli, bo nie wiadomo od
czego. Już na pewno nie od robali, może zjada jakąś roślinę (lub nasiona)
i to jej szkodzi? Muszę ją poobserwować. Biga natomiast dała nogę z
działki, weszła w sąsiedztwie na budowę domu, nikt jej nie zauważył,
właściciel zamknął wszystko i pojechał. Michał biegał po sąsiadach z
pytaniem czy ktoś ma kontakt do tego pana, bo Biga dawała niezły koncert i
nie mogła wyjść. Wypuścili ją dopiero po kilku godzinach. Gdy
przyjechaliśmy, to przywitanie z psami trwało chyba ze 20 minut, teraz
wszystkie leżą obok mnie i sprawdzają czy cały czas jestem. Fajnie było,
ale najbardziej lubię powroty do domu...


06-09-2003r.
Już wakacje się skończyły, dzieciaki - jeszcze z zapałem - zaczęły chodzić
do szkoły, a psy czają się na orzechy.... Wszystko
dlatego, że na działce sąsiada, tuż obok naszego tarasu, rośnie olbrzymi
orzech i jego gałęzie sięgają na naszą stronę. Od kiedy się tu
wprowadziliśmy, to (przede wszystkim Psota) polują na orzechy. Niech no
tylko któryś spadnie - już jest jej. W ubiegłym roku przybyła do nas
Nikita i okazało się, że jej uzębienie nie daje sobie rady z twardą łupiną
orzecha, więc sąsiad łupał specjalnie dla niej orzechy i podawał przez
płot. Psota i Biga same umieją dobrać się do wnętrza, więc cały trawnik
miałam zapaskudzony łupinami, pogryzionymi w drobny mak i musiałam to
codziennie sprzątać. W tym roku sezon na orzechy dopiero się zaczyna, ale
Psota już odstawia modły pod drzewem: siada na tarasie, wpatruje się
intensywnie w gałęzie i popiskuje. Ostatnio pozwoliła sobie naszczekać na
sąsiada, który przysięga, że zmusiła go w ten sposób do zerwania jej
orzecha....
Jutro
wyjeżdżamy na wystawę do Włocławka. Będzie prezentowana Nikita w klasie
młodzieży i Psotka w klasie weteranów. Nadrukowałam sporo wizytówek, ale
musiałam zrobić je czarno-białe bez zdjęcia, bo mi drukarka się zbiesiła.
A za tydzień wystawa w Głogowie, dwa dni, w tym jeden o randze światowej.
Nie mogę się doczekać - mam nadzieję zobaczyć i poznać wiele nowych (dla
mnie ) pinczerów. No dobrze, i ludzi też. Prawdopodobnie będziemy nocować
w samochodzie, oby nie było zbyt zimno, bo jestem strasznym zmarzlakiem...

07-09-2003r.
JEEEEEEEEEEEEEST!!!!!!! Trzecie Zwycięstwo Młodzieży dla Nikity! Tym samym
tytuł Młodzieżowy Champion Polski! No ale
wszystko (nomen-omen) od początku. Planowaliśmy wyjechać około 6 - 6.15
rano, tymczasem budzik nie zadzwonił i psy obudziły nas dopiero o 5.50.
Zanim się pozbieraliśmy, zjedliśmy itd. zrobiła się 6.40. Wyjechaliśmy
więc ciut spóźnieni w składzie: kolega Jarosław, moja osoba (własna
zresztą), siostrzenica sąsiadki - Patrycja, lat 12 i trzy dziewczyny:
Aria, Nikita i Psota.. Pogoda ładna, trochę chłodna, słonecznie, droga
praktycznie pusta. Psice w samochodzie usiłowały zmieścić się wszystkie na
moich kolanach na przednim siedzeniu, w efekcie ze mną jechała Nikita, a
Aria i Psota pastwiły się nad Patrycją. Radio włączone, muzyczka gra -
jedziemy w dobrych nastrojach. Po jakimś czasie Jarek ściszył radio, bo
ocenił, że samochód inaczej "brzmi" - pewnie tłumik, stwierdził, trzeba
będzie naprawić i chyba zrobił się ciut dużawy luz w kierownicy. Jedziemy.
Dokładnie 35 kilometrów przed Włocławkiem, a jeszcze dokładniej tuż przed
Skibinem, na górce, samochód się zbuntował i zdechł. Siłą rozpędu
stoczyliśmy się z górki, prosto pod bramę.... warsztatu samochodowego.
Wprawdzie niedziela i nieprzyzwoicie wczesna godzina, ale dzwonimy.
Wyszedł młody człowiek, niestety nie mechanik, tylko zootechnik: teścia
nie ma, pojechał do Poznania, będzie wieczorem. Klops. No, ale pogadał
przez telefon z teściem, nasz samochód został u nich, a my pojechaliśmy
dalej wypożyczonym Polonezem. Oddział Włocławski wprawdzie przysłał
zawiadomienia i numery katalogowe, ale nie przysłał mapki. Ale w końcu
Włocławek, to nie Londyn, mamy adres, mapę w dużym atlasie, więc nie
powinno być kłopotu. O naiwności! Na mapie był zaznaczony stadion, więc
podjechaliśmy tam. Pierwsze, co zobaczyliśmy to reklama wystawy i... zakaz
wprowadzania psów. Zapytaliśmy więc parkingowego czy jest jeszcze inny
stadion? A owszem, owszem, trzeba wrócić do ronda, skręcić w lewo i koło
Reala jest stadion. Spoglądamy na mapę, stadionu drugiego nie ma. Pytamy
więc czy trzeba przejechać drugie rondo (widoczne na mapie). Ależ tam nie
ma już innego ronda, mamy jechać do Reala. Pojechaliśmy: jedno rondo,
drugie rondo (którego nie miało teoretycznie być) i ..... Lidl. Parking
pusty, ale stanęliśmy, bo chyba trzeciego stadionu we Włocławku nie ma?
Nawiasem mówiąc nie zauważyłam ani jednego drogowskazu do psiej wystawy,
ale może w moim wieku mogę już być trochę przyślepawa? W każdym bądź razie
trafiliśmy, tyle że "od zaplecza". Pytam się bramkarza (lekarza
weterynarii nie było), gdzie odbiorę katalog. Nie wiem, chyba na
stadionie. Taka mądra, to i ja jestem. Ponieważ już zbliżała się 10.00, a
ostatnio mieliśmy zaszczyt wchodzić jako pierwsi, wiec biegiem na płytę,
złapałam pierwszego człowieka z katalogiem i sprawdzam ring i godzinę -
tych informacji zabrakło na stronie Internetowej O key, mamy trochę czasu,
bo najpierw idą dobermany. Trawa na boisku piękna, równiutka, zielona,
bieżnia natomiast brudno szara, ławki odgrodzone od płyty. Pierwsze, co
słyszymy z megafonów, to informacja, że Klub właśnie wszedł do pierwszej
ligi i że na murawę mają wstęp tylko właśnie oceniane psy, pozostałe
czekają na obrzydliwej bieżni lub dalej, na ławkach za ogrodzeniem. Kto
wchodził na ring, musiał położyć swoje rzeczy w brudno szarym pyle. Psie
łapy również były całe w tym paskudztwie, wycierane oczywiście o nasze
ubrania i o co tylko się dało - błe. Potem megafon nas poinformował, że
Oddział jest niesamowicie dumny, bo taśmy oddzielające ringi są z logo
Związku! Aha, no i podobno był osobiście Prezydent i jakiś poseł.
Podbudowało nas to ogromnie, dodało otuchy i poprawiło nastroje........
Patrycja dostała kartkę na odbiór katalogu i pobiegła, a
my czekamy przy ringu, bo dobermanów wyjątkowo mało, widzę, że niektórzy
ludzie biegają z papierami do sędziego. No, ale my dostaliśmy pocztą
numery startowe, a do tej pory nie zdarzyło się ich otrzymać, jeżeli
jakiekolwiek formalności nie zostały załatwione - jestem więc spokojna.
Ludziska biegają nerwowo - my spokój wodza. Przyszła Patrycja z
katalogiem, powiedziała, że kolejka ogromna, bo nie wystarczy oddać
kartkę, trzeba jeszcze powiedzieć swoje nazwisko (podała moje, nie swoje -
bystra dziewczyna), bo odhaczają i sprawdzają czy wszystko w porządku. Ją
wypuścili z katalogiem, więc chyba wszystko gra? Wreszcie wchodzą
miniatury, najpierw jeden piesek, potem wchodzi drugi i.... o dziwo sędzia
mnie woła. Zdziwiona niezmiernie dowiaduję się, że ten drugi piesek,
Nikita i ktoś tam jeszcze nie mają papierów na ringu. Pytam o papiery
Psotki - są. Co robić? A no ocena będzie szła dalej, a my mamy obiec cały
stadion, odstać jeszcze raz w kolejce (chyba tej samej co po katalog),
uregulować co się należy i z dokumentami z powrotem do oceny. Ci, których
to dotyczyło pobiegli (ja zostałam, Jarek się poświęcił), w tym czasie już
trwa ocena suczek w klasie pośredniej i otwartej. Wraca pani od drugiego
pieska, wraca Jarek, dokumenty trafiają do sędziego i po suczkach oceniany
jest piesek, a potem Nikita z klasy młodzieży. Zamieszanie kompletne,
wszyscy się pogubili, ja nie mam pojęcia jaką ocenę który pies dostał. A
chodziło o 20,-zł, bo pieniądze były wpłacone chyba 1 dzień po terminie..
No, ale ja naiwnie założyłam (podobnie jak i pozostali wystawcy), że skoro
przysłano numery startowe, to już wszystko gra. Jak się okazało nic
bardziej mylącego. Jarek powiedział, że przy odbiorze dokumentów działy
się dantejskie sceny, bo na wszystkich ringach był ten sam problem, ludzie
się spieszyli, każdy chciał być pierwszy, a przy okazji obrywało się
paniom, które te dokumenty wydawały za - chyba spory - błąd organizacyjny?
No, ale moje serce zostało ugłaskane, bo Nikita szła ładnie, ładnie stała
i otrzymała upragniony trzeci tytuł Zwycięzcy Młodzieży. Do porównania
wyszły trzy miniatury: HARLAN Pilawa, ZIMKA z Gniazda Karzełków i Nikita.
Sędzia głośno powiedział, że Harlan ma piękną budowę typowego, wręcz
wzorcowego pinczera mini, Nikita jest wielce obiecująca młodą damą, jednak
za najpiękniejszą uznał Zimkę. Ledwo zeszliśmy z ringu, już wbiegałam z
Psotką - nie zdążyła nawet numeru zmienić. Psotka - oaza spokoju i
zrównoważenia, pokazała się wzorcowo. Sędzia długo szukał wśród papierków
i nie znalazł karteczki z tytułem Najpiękniejszy Weteran, więc stwierdził,
że skoro nie dali, o on uważa Psotkę za chodzącą doskonałość, to da jej
...... CWC i Zwycięstwo Rasy! Półgębkiem próbowałam sprostować, że
przecież to emerytka, ale nic nie wskórałam. Dopiero na ringu głównym
powstało zamieszanie, bo nie wiedzieli czy Psotę wpuścić na grupę czy do
weteranów. W końcu, po obkolędowaniu kilku osób, któryś z panów (ten z
mikrofonem) ZABRAŁ nam obie karteczki (no wiecie, te z CWC i ze
Zwycięstwem Rasy), powiedział, że nam się nie należą (przecież wiem!) i że
Psota ma iść w weteranach. Też mi odkrycie. Na ring weszły trzej weterani
- Jarek mi krzyknął, że tym razem chyba jednak dostaniemy puchar, na to
przyszedł jeszcze jeden, a po chwili piąty. No i oczywiście wyszliśmy bez
pucharu, choć powiem szczerze, że byłabym mocno zdziwiona gdyby było
inaczej.... I to już był koniec wystawy.... Oprócz Zwycięstwa Nikity i
wspaniałej oceny Psotki zapamiętałam pierwszoligową trawę (na którą Nikita
oczywiście nasiusiała, jak teraz by spadli do drugiej ligi, to zwalą
wszystko na Nikitę - choroba), Pana Prezydenta, Pana Posła i
wspaniałą taśmę z logo Związku! No, jak miałam nie zapamiętać, gdy
powtarzano to co chwilę? Wróciliśmy pożyczonym Polonezem do warsztatu, tam
poczekaliśmy, aż z Poznania przyjedzie moje starsze dziecię w towarzystwie
i samochodem kuzyna Jarka, z właścicielem warsztatu umówiliśmy się na
naprawę samochodu i ..... do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się w Kruszwicy
na obiado - kolację, gdzie okazało się, że nasz aparat fotograficzny też
odmówił współpracy - jak szaleć, to szaleć. Po powrocie do domu musiałam
zmyć z siebie tony upiornego brudno - szarego pyłu, mam nadzieję, że mi
się wanna nie zamuli? No i wyniki dzisiejszej wystawy będę mogła
opublikować później, gdy już dojdę do tego, kto co pozdobywał..... Nie
wiem czy się śmiać, czy płakać?.... Trzymajcie tylko za nas kciuki, żeby
do soboty nasz samochód był już w pełni sprawny, bo czeka nas klubówka.


09-09-2003r.
WIEDZIAŁAM! Jak tylko za bardzo na coś czekam, jak za
bardzo się cieszę, to na pewno stanie coś na przeszkodzie! Samochód nadal
stoi pod Włocławkiem, a nasz wyjazd do Głogowa pod wielkim znakiem
zapytania! Choroba! Nie znam się na tym ustrojstwie, wiem tylko, że mój
mąż biega jak kot z pęcherzem i poszukuje silnika. Jak by ktoś miał na
zbyciu, to się polecam: silnik diesel 2.3, może być Peugeot, bo też pasuje
do naszego Forda Sierry. Już pomijam tak drobną sprawę, jak koszty....


12-06-2003r.
Noooo... Jedziemy, wprawdzie nie swoim samochodem - bo seicento mojego
Taty, ale jakoś dotrzemy w cywilizowany sposób. Na dodatek - cudem chyba -
udało mi się wczoraj zarezerwować ostatni pokój w Internacie Wojskowym,
więc nie musimy spać w samochodzie, ani telepać się do domu i nazad.
Pogodę zapowiadają przyzwoitą, spać mamy gdzie, nastroje - takie sobie.
Niezmiernie cieszę się na "pinczerkowe" spotkania i znajomości, jestem
niesamowicie podekscytowana. Tak szczerze mówiąc, to nie liczymy na jakąś
glorię i chwałę, więc pewnie dlatego nie denerwujemy się. Chciałam, żeby
na Klubówkę pojechały wszystkie moje pieski, no, ale ze względu na
gabaryty samochodu Biga - jako, że nie będzie wystawiana - odpokutuje
samotność w domu. Martwi mnie natomiast Aria - z założenia ma być naszą
jedyną suką hodowlaną, a coś mi się w niej nie podoba. Muszę pogadać z
paroma "mądrymi", szczególnie na Klubówce i wtedy będziemy musieli się na
coś zdecydować. Ale o tym w następnym odcinku......

14-09-2003r.
Ufff..... już po wystawie.....Dwa dni wspaniałych spotkań i emocji -
jestem usatysfakcjonowana. Wprawdzie Nikita - szczególnie w sobotę -
pokazała wszystkim jak NIE powinien wyglądać pinczer, ale.... No dobrze,
powiem jak było: nieduża hala, no wiecie, boisko do koszykówki plus
trybuny, ponad pięćset psów, szczekających, skaczących, piszczących, każdy
przynajmniej z dwiema osobami (średnio), prawie każdy z właścicieli z
obłędem w oczach, pełni emocji i oczekiwań, nagłośnienie i mikrofony, do
tego zwiedzający, obsługa itp. I w tym wszystkim malutka, biedna Nikita,
przestraszona, skulona i w ogóle cała biedna - tylko wziąć na ręce i
schować za pazuchę. W sobotę, na wystawie klubowej, oceniała sędzina z
Niemiec. Gdy Niki weszła na ring, to zachowywała się jak pies autystyczny
(oczywiście Nikita, nie sędzina...
.) . Dosłownie. Podkuliła kuperek, trzęsła się i cały
czas chciała mi wskoczyć na ręce. Kompletny brak kontaktu, cała jej
postawa i zachowanie mówiło: zabierz mnie stąd i przytul. Kompletna klapa.
Dziś - czyli na światowej Klubówce - było już znacznie lepiej, ale żeby
było dobrze, musiałabym tam chodzić co dzień i może po tygodniu
treningów?.... Stała i chodziła już pewniej, ale nadal robiła za konika -
garbuska. Totalny wypłosz. W oba dni czerwona wstążeczka - czyli ocena
bardzo dobra. A już po zejściu z ringu skakała, szczekała, przytulała się
oczywiście do wszystkich ludzi, no po prostu była już bardziej "normalna".
Może następnym razem będzie lepiej?
Aria była prezentowana tylko w sobotę, bo na światową jest za smarkata.
Najpierw na ringu dostała notę "wielce obiecująca", piękną rozetkę,
pierwsze miejsce, puchar i tytuł Najpiękniejsze Baby w Rasie. Następnie na
ringu głównym pierwsze miejsce (była jedyna do konkurencji.....), znów
puchar i tytuł Najpiękniejsze Baby Wystawy Klubowej.
Psotka - weteranka była prezentowana na obu wystawach, w sobotę zdobyła
tytuły: Najpiękniejszy Weteran Rasy i Najpiękniejszy Weteran Wystawy
Klubowej (plus złoty medal i dwa puchary), dziś Najpiękniejszy Weteran
Rasy (i złoty medal). Co mnie zaskoczyło? W sobotę sędzina sprawdzała
dokładnie sierść Psoty, gdyby mogła - to chyba obejrzałaby ją pod
mikroskopem, a potem westchnęła z nabożnym zachwytem : baeutiful.....
Dlaczego byłam zdziwiona (zdziwiona?! mało nie usiadłam z wrażenia na
ringu!) - bo Psota ma sierść szorstką, od której odchodzi się w hodowli
poprzez dobieranie narzeczonego o gładkiej sierści, a tu taki zachwyt!
Michał teraz mówi o Psocie: gdzie jest moja bjutiful?...
Ogółem przywieźliśmy pięć pucharów (aha, no i III miejsce oraz brązowy
medal i puchar za hodowlę) i trzy medale. Ale co najważniejsze -
spotkaliśmy mnóstwo wspaniałych ludzi; prawdę mówiąc czuję niedosyt, bo
chciałoby się z każdym porządnie pogadać, a tu brak czasu, nie można
jednocześnie rozmawiać i obserwować ring, nie mówiąc już o robieniu
dobrych zdjęć - najlepiej byłoby się sklonować i być w kilku
miejscach równocześnie. Niektóre z piesków podobały mi się bardziej, inne
mniej, ale ogólnie było niesamowicie - rozkosz dla duszy pinczeromaniaka....
Wczoraj na ringu głównym były osobno pinczery i osobno sznaucery - bo to
dwie różne wystawy klubowe, odbywające się równocześnie, a dziś, na ISPU i
sznaucery, i pinczery na ringu głównym były razem. No i zawsze wygrywały
sznaucery, pinczery były tylko dodatkiem: i w młodzieży, i w weteranach, i
ogólnie w wyborze najpiękniejszego psa wystawy (nawiasem mówiąc całość
wygrał sznaucer miniaturowy czarny). Wyniki opublikuję później, bo
przyznam się, że nie wszystko zanotowałam, nie mówiąc już o tym, że o
zdjęcia muszę poprosić znajomych - nasz aparat kaput.


21-09-2003r.
Samochód naprawiony, aparat jeszcze nie (to musi potrwać....), natomiast
znów mam opóźnienie z informacjami na stronie bo.... wkradł mi się jakiś
podstępny wirus, program anty (3 programy!) go zidentyfikował jako trojana,
ale nie mógł usunąć. W końcu chyba się udało, ale nie mam pojęcia na jak
długo - bo przychodzi pocztą. Nadawcą jest Microsoft, security-cośtam,
admin, administrator itp. - oczywiście tylko teoretycznie, blokowanie
nadawcy nic nie daje, przychodzi po kilkadziesiąt meili dziennie -
wszystkie zainfekowane. Norton uprzejmie mnie informuje, że dana przesyłka
zawiera wirusa i.... wpuszcza ją do mojego komputer
. Wzięłam się na sposób - trochę uciążliwy, ale radzę
sobie jak mogę i umiem - po pierwsze, nie ściągam poczty do outlooka,
tylko czytam poprzez stronę wp, po drugie codziennie sprawdzam cały system
przynajmniej dwoma lub trzeba programami anty, po trzecie nie włączam
połączenia z Internetem zanim nie napiszę listów czy czegoś na stronie.
Potem włączam, ale bez poczty, przesyłam na ftp, później włączam pocztę i
tylko wysyłam. Sprytne, co? Tylko nie wiem, czy skuteczne?... Michał mnie
straszy, że przeinstaluje system i stracę wszystko, co mam - zdjęcia,
dokumenty, filmy. Ja się zessss.....rebrzę. Jeżeli ktoś do mnie napisał, a
ja nie odpisałam, to istnieje prawdopodobieństwo, że z rozpędu wyrzuciłam
również tego maeila. Przepraszam, ale skoro przychodzi ich po
kilkadziesiąt na raz, to łatwo przeoczyć.

07-10-2003r.
O w mordę
jeża!.... Jestem wściekła jak nie wiem co! Ale po kolei. Jakiś czas temu -
chyba kilka miesięcy - złożyliśmy w TP wniosek o założenie ISDN.
Oczywiście od razu było wiadomo, że jest to na razie nie możliwe, bo do
nas nie dotarła jeszcze cywilizacja, mamy linię napowietrzną, na dodatek
wiszącą na PCM-ce i nie ma możliwości przesyłania sygnału cyfrowego. No i
od tamtego czasu co rusz, to dzwoni jakiś młody człowiek z zapytaniem: czy
chcą państwo założyć linię ISDN lub Neostradę. Ja oczywiście odpowiadam
jak najuprzejmiej, że u nas pod strzechą jest to nie możliwe i że poproszę
o telefon jak już się ucywilizujemy. Ostatnio znów miałam takie telefony,
ale pan mnie zaskoczył, bo powiedział, że ... już jest to możliwe!
Wzruszenie mnie ogarnąwszy niezmierne, więc poprosiłam o Neostradę (albo
jedno, albo drugie - na kiego grzyba nam jednocześnie ISDN!). No i zaczęły
się schody. Wprawdzie pan przyjął zlecenie telefonicznie, za 3 dni (w
sobotę!) dostaliśmy telefonicznie informację, że już mogę przyjść podpisać
umowę. Oczywiście w poniedziałek, 29 września (imieniny mojego Taty),
skoro świt (około godz.13.00) zaszczyciłam mojego byłego pracodawcę swoją
obecnością i podpisałam umowę. Dowiedziałam się, że sprawa włączenia
sygnału (skrosowanie linii) to tylko kwestia kilku godzin, no, może
jednego - dwóch dni. Ponieważ zaczynał się nowy miesiąc, a ja mam już w
ręku modem do Neostrad, zrezygnowałam z pakietu internetowego TP - bo nie
lubię płacić dwa razy za to samo (taka już dziwna jestem). Oczywiście
pognałam do domu, aby podłączyć to ustrojstwo, ale tu mnie wyhaltował mój
własny (młodszy o 13 lat zresztą) brat, że przyjeżdża do Poznania (na 4
października byliśmy umówieni na rajd SEP-owski) i zrobi mi porządek w
komputerze. Faktycznie - już czas najwyższy! Moje młodsze dziecię
instaluje co chwila jakieś nowe gry - albo tylko demka -, ja ściągnęłam z
sieci jakieś wirusy, system co chwila się zawiesza, co raz gorzej. Ale co
mi tam - do środy, na którą to Olek zapowiedział swój przyjazd, jeszcze
dwa dni, ja przez ten czas jeszcze pomęczę się w tym bałaganie, a już będę
miała Neostradę. Naiwna. Żeby sprawdzić czy linia jest już skrosowana,
należy odłączyć stary modem i zacząć instalację nowego. W pewnym momencie
program poprosi o podłączenie (telefony muszą być wtedy podłączone poprzez
specjalne filtry) i albo zaświecą się dwie diody (to by było dobrze), albo
nie. U mnie oczywiście się nie zaświeciły, więc przerwałam instalację
i.... komputer zbiesił mi się doszczętnie. Co chciałam coś zrobić, to
włączało mi się: "czy chcesz się zarejestrować?". Oczywiście, że
chcę, ale muszę czekać, aż te dwie chol..e diody się zaświecą. A one ni w
ząb. A komputer uparcie nie chce robić nic innego, tylko się
zarejestrować. Zadzwoniłam nawet na infolinię, dostałam informację, że już
lada moment będzie można. No to czekam. Wtorek - to samo. Środa - nic.
Przyjechał Olek i zabrał się za mój komputer. Ale to też nie było proste,
bo komputer chciał tylko i wyłącznie rejestracji. Olek wymontował
twardziela, zabrał go do mojego Taty, tam sformatował dysk i znów
podłączył u mnie. Kicha. Przyjechał kumpel mojego brata - Rafał (ten to ma
łeb! robi już kolejny fakultet, tym razem uczy się... chińskiego!), w
komputerach grzebie "od dziecka". Zajrzał w to moje padło i okazało się,
że Olek coś źle podłączył. No to jedziemy z tym koksem. Stwierdzili, że
windows 98 to już przeżytek, mam mieć xp. Mnie to wsio ryba, byleby
chodziło. Jest xp, Neostarda nadal nie chodzi, a na dodatek system znów
się wiesza. Krew mnie zalewa (raczej do cierpliwych nie należę - z tego
wynika), co oni wyjdą - komputer strajkuje, gdy wchodzą do mnie do domu,
ten cwaniak udaje, że wszystko w porządku. Na dodatek poprosiłam szwagra o
sprawdzenie co się dzieję, że nadal nie mam Neostrady (piątek!), a on
dowiedział się, że moje zlecenie jeszcze nie przekazano do realizacji!
Mogłam sobie czekać do Gwiazdki! Choroba jasna. No, już poszło dalej (krosowanie
wykonuje jakaś firma zewnętrzna) i podobno do wtorku mam mieć podłączoną.
Tylko nie wiem, do którego wtorku.... Wczoraj Olek wrócił do Warszawy, a
komputer powiedział, że nie widzi nagrywarki, potem już nie widział
niczego, a w ogóle to "instert system disk!". Oczywiście
zadzwoniłam do mojego brata, który uprzejmie mnie poinformował, że mogły
po prostu pójść jakieś kabelki i dlatego najmniejsze dotknięcie powoduje
odłączenie, albo równie dobrze szlag mógł trafić twardziela lub płytę
główną. Ale śmieszne. Właśnie tłumaczyłam Jarkowi, że być może czeka nas
kolejny wydatek, a tu zadzwonił Michał, że.... miał stłuczkę! Jarek mało
nie dostał apopleksji (ja zresztą też), pojechaliśmy na Wildę do Michała.
Okazało się, że na łuku jechał po torach tramwajowych, padał deszcz, na
torach pozbruk, obok kostka brukowa, wpadł w poślizg i wyrzuciło go na
prawą stronę. Na szczęście nic nie jechało, ale za to trzasnął w stojące
na chodniku seicento, przejechał mu się po drzwiach i błotniku, i zaliczył
tylne lewe światło stojącego, również na chodniku, malucha. Poszedł do
właścicieli powiedzieć co się stało i dziś od rana biega i załatwia
sprawy. No, ale wczoraj jeszcze grzebał w komputerze, kombinował jak koń
pod górkę i udało mu się tyle osiągnąć, że sprzęt jakoś działa. Wprawdzie
nie można podłączyć do jednej listwy nagrywarki i czytnika DVD, bo
komputer wtedy nic nie widzi, ale samą nagrywarkę można podłączyć i wtedy
jest jako-tako. Aha, żeby to nie był koniec, to nie mam programu FrontPage
2000, w którym to do tej pory pisałam stronę. Ściągnęłam więc z sieci (w
kawiarence) FrontPage Express i usiłuję w tym coś zrobić, ale jakoś nie
bardzo mi to wychodzi. Może to kwestia czasu i przyzwyczajenia, ale jak na
razie czuję pewien dyskomfort. Neostrady nadal nie mam.
No, ale nie
napisałam nic o rajdzie! Od 9 lat, jesienią, poznański SEP organizuje rajd
samochodowy, my opuściliśmy jeden. Tym razem start był z terenów Targów
Poznańskich, pogoda dopisała, trasa wiodła przez Puszczę Zielonkę.
Jechaliśmy "sportowo", tzn. mieliśmy zamiast mapy jakieś śmieszne
kwadraciki z rysunkami kierunków i oznaczeniami, po drodze trzeba było
odpowiedzieć na wiele pytań z trasy (np. ile okrągłych okien jest w
przyziemiu jakiegoś pałacu, albo ile kosztował obraz w jakimś kościele),
były zadania, np. strzelanie do dyndających na sznurkach puszek, przegląd
techniczny pojazdu (to tuż po stracie), i test sprawnościowy samochodu. Na
takich testach ja wysiadam (w naszym samochodzie jechał Jarek-kierowca,
Maciek-pilot, ja i Jolka - córka Olka, no i oczywiście Nikita. Arię
wcisnęłam Olkowi do samochodu, bo u nas skakała po Jolce, ale pod koniec
też jechała z nami.) a Jarek i Maciek musieli wykonać jakieś manewry na
placu. Były ustawione słupki, bramki, określona trasa i liczy się czas,
jak i czystość przejazdu. Za każdy błąd, nie wykonane zadanie lub błędną
odpowiedź, są punkty karne. No i jeszcze stan licznika na starcie i na
mecie, i ogólny czas przejazdu. Meta była w przepięknym pałacu w Zakrzewie
koło Kłecka, w parku była kuchnia polowa, żurek, grochówka, chleb ze
smalcem, kiełbaski z ogniska, kawa, herbata - niebo w gębie. Komisja
obliczała wyniki, a myśmy jedli, śpiewali przy ognisku, dzieciaki ganiały
po parku, rzucały do tarczy rzutkami. Oczywiście dopiero na końcu
dowiedzieliśmy się, że opuściliśmy jedno z zadań (na korcie tenisowym) i
już było wiadomo, że dostaniemy za to sporo punktów karnych. A na
manewrach Jarek przewrócił słupek - więc też karne. Ostatecznie zajęliśmy
odległe 22 miejsce, ale zabawa była przednia. No i muszę nadmienić, że mój
okropny brat, który jechał Taty samochodem (tym samym, którym my
jechaliśmy do Głogowa), ze swoim kolegą (Rafałem - tym, który uczy się
chińskiego) jako pilotem, z moją Arią, jako piszczącym i skowyczącym
balastem (nawiasem mówiąc właśnie na rajdzie dostała cieczkę!) - zajął
pierwsze miejsce! Skubany! Nie zrobił żadnego błędu, czas miał najlepszy i
nie pominął żadnego zadania. Dostał piękny puchar i wybrał sobie nagrodę:
skrzynkę narzędziową, parasol i jakieś gadżety. Ci, którzy zajęli dalsze
miejsca losowali swoje nagrody - nam przypadła firmowa teczka Orlenu na
dokumenty, koszulka z logo Skody i też jakieś drobiazgi. Jechała też Jarka
siostra z rodzinką - mieli 21 miejsce, wylosowali lutownicę, no jechał mój
kuzyn z żoną, zajęli 23 miejsce, wylosowali grzejnik naścienny -
elektryczny. No i to byłoby na tyle. Napisać - napisałam, ale nie wiem
kiedy będę mogła to opublikować na stronie. Nadal świeci się tylko jedna
dioda...

05-10-2003r.
No i nadal
nic mi nie wychodzi. Neostrada działa, ale nie do końca tak, jakbym sobie
tego życzyła (być może to mój błąd czy niewiedza), ale bardziej mnie w tej
chwili boli, że nie mam w komputerze FrontPage 2000, w którym robiłam te
stronę. Mam FPExpress, ale nie jest to to samo. Nie za bardzo umiem się
tym posługiwać i nie wszystko mi wychodzi. Dlatego też to wszystko tak
długo trwa, strona nie jest uzupełniana na bieżącą, bo zaczynam do tego
podchodzić jak pies do jeża. A na dodatek mój mąż zafundował mi od dziś
remont (tapetowanie, a najpierw szlifowanie ścian i sufitu) w dużym
pokoju, w domu mam bałagan, a będzie jeszcze większy.


28-10-2003r.
Nie wiem jak
i kiedy będę uzupełniać ten pamiętnik, bo zupełnie mi się odechciało:
ciągle nie umiem obsługiwać FrontPage Express, FrontPage 2000 nie mogę
dostać i wcale mi się to nie podoba. Nawet goopiego tabulatora nie mogę
użyć, bo nie działa mi w tym programie. Zdjęcia jedne widzę, innych nie, i
skąd mam wiedzieć jak to będzie wyglądać w publikacji?! A na dodatek
wszyscy byli chorzy, biegałam z herbatkami i lekarstwami, a teraz sama
poległam na polu walki i .... nikogo nie ma w domu.

30-10-2003r.
Mam, mam!!!
Mam już znów Front Page 2000 i znów mogę pisać!! Wkrótce będę działać!!

02-11-2003r.
Chyba każdy
na początku listopada popada w nostalgię? Nie byłam na cmentarzu, bo
leżałam chora, dopadło o mnie obrzydliwe grypsko. I przez to czuję się
jeszcze podlej. To już drugi rok bez Mamy. Niby wszyscy wiemy, że ludzie
umierają, niby spodziewamy się czasami najgorszego, ale zawsze wydaje nam
się to po prostu niemożliwe. Szczególnie, że Rodzice są po prostu od
zawsze. I na zawsze. Minęło już tyle czasu, a jeszcze nie raz nachodzi
mnie myśl, że to się po prostu nie stało. I nie ma znaczenia czy to
jakieś święto, czy zwykły dzień - po prostu nagle wraca tamten ból, szok i
niedowierzanie. Nie raz łapię się na tym, że chcę zadzwonić do Mamy, że
chcę z Nią pogadać o wszystkim i o niczym. I nie mogę. Niby człowiek żyje
dalej własnym życiem, z rodzinnego domu wyfrunęłam już 20 lat temu, ale
ciągle się o tym myśli, ciągle wraca. I stale dudni mi w głowie myśl, że
przecież mój Tato ma już ponad 70 lat! Okropnie się czuję. A pamiętam, jak
Mama trafiła do szpitala z podejrzeniem o jakieś problemy sercowe. Bardzo
się denerwowaliśmy, bo i Babcia, i brat Mamy umarli na zawał (dziadek
zginął pod Modlinem). Została gruntownie przebadana, i okazało się, że
serce ma jak dzwon. Okazało się, że ma guza mózgu. Pamiętam szok lekarki,
która powiedziała o tym Mamie, a Mama zamiast się zmartwić - ucieszyła
się. Ja wiem dlaczego - lekarka tego nie wiedziała, więc uznała, że coś
jest z Mamą nie w tak. Mama dlatego przyjęła to ze spokojem, bo w
najbliższej rodzinie jest osoba, u której wiele lat temu wykryto guza (nie
operacyjnego) i - odpukać - nie ma żadnych problemów. Żyje, badania są
robione cyklicznie, guz nie rośnie, a nawet wykazuje tendencje do
zmniejszania się. Ale u Mamy guz był wielkości piłeczki do ping-ponga i
uciskał na jakiś ośrodek odpowiadający za mowę i chyba kontrolę równowagi.
Nie pamiętam. W każdym bądź razie stwierdzono, że nie można czekać i
potrzebna jest natychmiastowa operacja (lewa skroń). Najgorsze było to, że
gdy zabrano Mamę do szpitala z podejrzeniem o problemy z sercem - zaczęto
Jej podawać leki przeciw zakrzepowe - już kiedyś dostawała zastrzyki,
które miały "rozpuścić" skrzep, ale to dość dawno. Gdy zdecydowano się na
operacje - zaczęto podawać leki na to, aby krew lepiej krzepła. Zresztą -
ustalanie co do operacji, jej ewentualnych skutków itp. odbywały się w
wielkiej tajemnicy: tylko Rodzice i lekarze. Dopiero po operacji Tato się
przyznał jakie były rokowania. Okazało się, że skutkiem operacji ma być
prawostronny paraliż i nieumiejętność mowy. I Mama się na to
zgodziła...... Po operacji Mama się nie wybudziła, znów przeprowadzono
badanie, okazało się, że krew nie krzepnie i że sączy się do mózgu.
Przeprowadzono kolejną operację. Obudziła się po kilku godzinach, ale
zupełnie bez kontaktu. I wtedy dowiedziałam się, że ma pozostać
sparaliżowana i że nie będzie mówiła. Po pierwszej operacji byliśmy
właściwie nastawieni, że już nie ma żadnych szans. Po drugiej nadzieje
ożyły. Tym bardziej, że wbrew oczekiwaniom lekarzy - Mama zaczęła poruszać
i prawą ręką, i prawą nogą, nawet zaczynała mówić. Powoli, powoli, ale co
dnia było lepiej. W ostatnią niedzielę byłam w szpitalu, żeby pomóc przy
jedzeniu, a tu Mama sama jadła zupę prawą ręką. To było coś! Nawet zaczęła
się ze mną przekomarzać. Pognałam do domu jak na skrzydłach, natychmiast
zadzwoniłam do Taty (nie mógł być w szpitalu, bo miał grypę i nie
wpuściliby go na oddział) i powiedziałam, że cuda się zdarzają, że już
teraz, to może być tylko lepiej. A za kilka godzin, w nocy, Tato
zadzwonił, że już niestety - lepiej nie będzie. Zator tętnicy płucnej.
A potem
zaczęliśmy kojarzyć i dowiadywać się o pewnych dziwnych sprawach. Najpierw
o Maćku - moim młodszym synku. Wyznaczyliśmy mu datę imienin na 24.o2 i od
samego początku Maciek się z tym nie zgadzał. On chce mieć imieniny w
innym terminie i koniec. Ostatecznie dwa lata temu zostało ustalone, że
jego imieniny będą 30.01. Nie wiem dlaczego się tak uparł, ale Mama umarła
właśnie 24.o2.... Druga sprawa: oczywiście zaraz w nocy dzwoniłam do
mojego brata do Warszawy, ale do siostry do Krakowa nie mogłam się
dodzwonić. Olek rozmawiał z Grażyną dopiero o 6.oo rano. I ledwo skończyła
rozmowę, gdy zadzwonił do niej jej teść, który Mamę widział może z trzy
razy w życiu, z zapytaniem co się dzieje z Mamą, bo mu się śniła -
roześmiana, radosna, ale on się tym snem zdenerwował. A ja z kolei
rozmawiałam z Mamy przyjaciółką, która twierdzi, że Mama przyszła do niej
tamtej nocy - znów wesoła, roześmiana, w kolorowej sukience i czerwonych
butach, i powiedziała z przekorą: I co Jadzia, nie zdążyłaś przyjść do
mnie do szpitala? Ale to nie koniec: gdy kilka miesięcy później miałam
straszny dylemat, gryzłam się okropnie, rozważałam za i przeciw, w końcu
podjęłam decyzję, ale nie do końca przekonana, że słuszną - zadzwoniła
pani Jadzia i powiedziała, że nie wie o co chodzi, ale Mama kazała mi
powiedzieć, że nie mam się martwić na zapas i że wszystko będzie
dobrze..... No i jeszcze jedno: Mama była osobą bardzo religijną. Gdy
pomagaliśmy Tacie uporządkować parę spraw, znalazłam małą książeczkę z
jakimś zestawem modlitw. Moja siostra mi wyjaśniła, że jest to zestaw
modlitw, które trzeba odmawiać codziennie przez rok - a w zamian dostaje
się gwarancję, że nie umrze się nagle, tylko będzie się miało czas
przynajmniej 15 na przygotowanie. Były też inne obietnice, ale już nie
pamiętam. No i zaczęłyśmy kojarzyć - wyszło na to, że idąc na operację
Mama przygotowywała się jak do ostatniej drogi, rozmawiała z księdzem,
wyspowiadała się itp. Było to 5 lutego, 19 dni przed śmiercią. A że umarła
w szpitalu - cały czas podczas reanimacji (godzinnej) był ksiądz i
udzielił Jej ostatniego namaszczenia.
Wylałam chyba
morze łez, ale musiałam sobie zrzucić trochę z wątroby. Jeżeli te moje
wypociny mogą komuś pomóc - to bardzo dobrze, jeżeli nie - to trudno, ja
już czuje się lżej.


04-11-2002r.
Ale dziś było
ciepło! No, nie wiosna, ale całkiem przyjemnie. Mam nadzieję, że grypa już
mi przeszła (a może to tylko niecne przeziębienie?), bo już mam dosyć
siedzenia w domu. W ogrodzie tyle do zrobienia przed zimą. Wiecie jak
niesamowicie wyglądają kwitnące bratki w listopadzie? Już kilka razy był
przymrozek, a one się nie dały. Czy ja już pisałam, że wyremontowaliśmy
duży pokój? Oprócz cyklinowania podłogi - niestety. Ale już nie mam
koszmarnego pomarańczowego kolorku na suficie, więc nie dostaję
klaustrofobii. Nawet kupiliśmy nowe krzesła i narożnik z fotelem. No i
mamy spokój z zakupami na długo - bo się kasa skończyła. Ale za to teraz
nawet mi się podoba. Oczywiście - na zrobienie całego domu trzeba jeszcze
poczekać, jakieś małe 15-20 lat.
W najbliższą niedzielę wystawa w Poznaniu, idzie Nikita, Aria i Psotka.
Odwiedziła na Lola - fajna sunia z niej wyrosła.
LOLA z Zadziornego Gangu
Aha, bym zapomniała - Michał znów zrobił sobie kuku, Wprawdzie twierdzi,
że otwierał o murek butelkę z piwem i ona pękła mu w ręce, ale ja byłabym
skłonna założyć, że raczej ktoś mu chciał zakosić komórkę i Michu chwycił
za ostrze noża. Jak zwał - tak zwał: sześć szwów, zdjęcia nie pokażę, bo
niektórych by zemdliło, tak jak mnie. Jakby mocniej naciąć, to by
nie miał lewego kciuka.

10-11-2003r.
i już po
ostatniej w tym roku wystawie. Nikita - wbrew moim obawom - tym razem nie
robiła z siebie psa autystycznego. Startowała w klasie pośredniej, dostała
ocenę doskonałą i złoto. Aria szła jako szczenię - dostała ocenę "wielce
obiecująca" i tytuł Najpiękniejsze Szczenię w Rasie, a Psotka w weteranach
ocenę doskonałą i tytuł Najpiękniejszego Weterana Rasy. Ale naj, naj,
najbardziej spuchłam z dumy, gdy pies z mojej hodowli KASTOR z Zadziornego
Gangu - startujący w klasie otwartej - zdobył CWC, CACiB, NPwR, BOB i
Zwycięstwo Polski: gratulacje dla Kastora i jego właścicieli oraz wielkie
podziękowanie za chęć wystawiania. Jestem niesłychanie dumna z niego.

18-11-2003r.
Znów zaczęłam
grzebać na stronie - chcę stworzyć nowy dział. Ale jak już się za coś
zabieram - to zapominam o całym świecie i nie wiem, kiedy dzień się
kończy.... A tu wszyscy wracają do domu głodni. Nie rozumiem: jedli
wczoraj i przedwczoraj - dzisiaj znowu?! Ale część już zrobiłam. Pewnie
potrwa to trochę, bo będę poprawiać i poprawiać, ale myślę, że dam radę
pomiędzy zakupami, gotowaniem, sprzątaniem, wyprowadzaniem psów (dzisiaj
pada, więc udają, że nie chce im się siusiu), wizytą w szkole u Maćka....
Jeszcze trochę. Cierpliwości. Ale za to już dodałam trochę linków.
Usiłowałam też zrobić coś na kształt mojego bannera, ale chyba jeszcze
pozmieniam? Jakieś taki niemrawy...


22-11-2003r.
No, prawie mi
się udało - zmieniła wygląd menu, bo strasznie się rozbudowała i sama już
się w tym wszystkim gubiłam. Ale też dodałam nowy dział "zanim kupisz'...
Przed publikacją muszę dokładnie sprawdzić całość, bo ta strona to taka
moja radosna twórczość artystyczna i czasami za bardzo skupiam się na
jakimś szczególe i nie zauważam błędu gdzie indziej. Muszę też trochę
popisał w pamiętniku, bo ostatnio już całkiem to zaniedbałam - a przecież
jestem potworna gadułą... Teraz już lecę - mój Tato zaprosił mnie na
koncert symfoniczny. Chyba od pierwszego koncertu poznańskiego chodzili
razem z Mamą, teraz ja mam tę przyjemność raz w miesiącu. Swego
czasu chodziłam na takie koncerty bardzo często, a już w szczególnie w
szkole podstawowej - kończyłam muzyczną - gdzie było to nie tyle
obowiązkiem, ile w dobrym tonie.


24-11-2003r.
E
tam, taka była z siebie zadowolona, a po publikowaniu wcale strona nie
wygląda tak, jak chciałam - w menu zabrakło strzałek "w dół", tylko są
jakieś kropki. Nie będę na razie do tego dochodzić, ale za jakiś czas
posprawdzam co i jak. Chyba, że jakaś dobra dusza wyjaśni mi, gdzie
popełniłam błąd?
Wczoraj ponad 3 godziny
spacerowaliśmy z psami po Cytadeli - oczywiście w towarzystwie innych
psiarzy. Po powrocie psy padły, ale ja też - przysnęłam sobie na prawie
dwie godzinki.

03-12-2003r.
Dostałam opr. - i słusznie - za
brak wpisów do pamiętnika. Przyznaję się bez bicia. Chyba ostatnio za
bardzo staram się na uzupełnienie linków (jeszcze i tak wielu brakuje) i
nie mam już czasu na pisanie. Na razie - dzięki pomocy Jo - zrobiłam listę
reproduktorów w Niemczech. Muszę zrobić taką sama dla miniatur. No i chyba
jednak te linki muszę uporządkować - żeby było wiadomo gdzie średniaki, a
gdzie miniatury. Nadal nie mam listy polskich reproduktorów z miniatur - w
takiej formie, jakbym chciała. Ostatnio coś mi zżarło wpisy, ale i
tak było tego nie wiele. Chodzi o to, że właściciela reproduktorów w ogóle
nie odpowiadają na moje prośby o rodowody i zdjęcia. No dobrze, tym razem
nie obdzwaniam pół Polski (koszty, koszty!)- tylko rozmawiam podczas
wystaw, ale i tak nie wiele to dało. Odnoszę nadal wrażenie, że - z małymi
wyjątkami - nie zależy im. Po prostu. Jeżeli chodzi o linki, to dodałam
również spis schronisk i ośrodków szkoleń dla psów, a także kilka adresów
psich psychologów - wszystko nadal do uzupełnienia: jeżeli w Waszym
mieście są tego typu ośrodki, a nie mam ich w linkach - to bardzo proszę o
adres. Mam jeszcze zamiar dodać linki o Poznaniu - w tym plan miasta. Moje
piękne menu - mimo kilku prób poprawiania - nadal nie wygląda tak, jak to
sobie zaplanowałam. Już nie chodzi o te koszmarne strzałki "w dół",
których nie widać, ale w tej postaci, po najechaniu na odnośnik do
rozwinięcia nie pokazuje się '' łapka z palcem wskazującym". No i kto ma
wiedzieć, że to trzeba kliknąć? Muszę chyba po prostu opisać te miejsca.
Z najnowszych - i jakże
zaskakujących - wiadomości: Michał znów kogoś stuknął i przysięga, że
jechał najwyżej 40km/h. Ciekawe tylko dlaczego musi naprawiać cały przód?
Pewnie wiar był złośliwy i mu wgniótł? Wiem, że ma prawie 19 lat, ale
metryka nie świadczy jeszcze o dorosłości, odpowiedzialności itp. Ale
chyba jeszcze kilku (nastu) lat mu brakuje, aby powiedział: "jeszcze muszę
się sporo nauczyć".
Dziś nie byłam z psami na spacerze, i
pewnie przez kolejne też nie pójdziemy. Najpierw zaczęła kasłać Nikita
(krztusi się, jakby jej coś w gardle utkwiło), byliśmy u naszej pani
doktor, która zaaplikowała zastrzyki, rutinoskorbin, wapno i zakaz długich
spacerków. Dobrze, że mamy choć malutki ogródek - Nikita wychodzi
dosłownie na 2 minuty i zaraz wraca do domu. No i oczywiście na te dwie
minuty opatulona jest jak na Syberię - w mój stary szalik. Wygląda jak
gruba beka na chudych nóżkach. Po każdym takim wyjściu - mimo, że
maksymalnie krótkim - znów zaczyna kasłać. No a dziś zaczęła kasłać Aria -
jutro jadę ze wszystkimi psicami do pani doktor, nie będę czekać, aż
zaczną wszystkie po kolei.
Byli też u nas z wizytą państwo,
którzy po prostu chcieli zobaczyć pinczery "na żywca". Jak tylko stanęli w
drzwiach, to wszystkie psy podbiegły, szczekały, ja zdążyłam chwycić Bigę
i Psotkę - no wiecie, żeby odsunąć..... No i Biga pisnęła (może źle
chwyciłam), na to ten rudy potwór ....udziabał ją! No, nie mocno, ale
wystarczająco, aby Biga się zjeżyła i zaczęła warczeć. Wyobraźcie sobie -
przychodzą ludzie, którzy chcą poznać rasę, a tu przy drzwiach taka jatka.
Oczywiście Nikita została zaraz spacyfikowana, po chwili wtarabaniła się
gościom na kolana, Bidze umyła oczka i w ogóle była "do rany przyłóż", ale
wejście miała mocne.
Mam zastrzeżenia co do Mozilli,
której od niedawna używam - porównuję ją z IE i wyraźnie wolniej wczytują
się strony, a bardzo często się zawiesza. Chyba muszę spróbować
zainstalować na nowo. No i dziwna sprawa - gdy otwieram stronę w Mozilli -
czyta Javę bez problemu, gdy otwieram poprzez IE - nie ma Javy.. .Ale już
od dawna wiem, że gros problemów - to wina starego komputera i mojej
niewiedzy w obsługiwaniu go.
Wiecie co? To jest straszne; ponieważ
te koszmarne strzałki nie są widoczne - zmieniłam je na widok otwartego i
zamkniętego folderu - strzałki wyrzuciłam. I co? W plikach jest folder, a
na stronie nadal strzałka..... Zapomniała zniknąć, czy co?


04-12-2003r.
Wszystkim Barbarom i ty, mi znanym, i
tym nie - wszystkiego naj... naj.. najlepszego.
Zaliczyliśmy wizytę u pani doktor w
komplecie - Nikita dostała drugi zastrzyk i zniosła to prawie dzielnie,
Aria dostała pierwszy i o mały włos, a wylądowała by na suficie. O rany,
ile ona ma siły?! Dobrze, że byłam z Jarkiem, bo bym tego potwora nie
utrzymała. A najlepsze jest to, że w domu dziewczyny wcale mocno nie
kasłały, Aria tylko tak aby-aby, za to po wejściu do poczekalni
(jechaliśmy samochodem, więc nie były za długo na dworze) zaczął się
niesamowity koncert: i Nikita, i Aria, na wyścigi kasłały, kichały - która
więcej, która głośniej. Właśnie wychodził pacjent i gdy pani doktor
usłyszała te odgłosy, to zwątpiła, czy przedwczorajszy zastrzyk Nikicie
pomógł? Ale po wejściu do gabinetu zamilkły, odnosiłam chwilami wrażenie,
że prawie nie oddychają - może ich nikt nie zauważy? No, ale szybko było
po strachu, Psotka i Biga też zostały obadane. Nie wiem tylko, czy po
Nowym Roku nie będę musiała pojechać z Nikitą na usunięcie kamienia
nazębnego - niesamowicie szybko się odkłada. Mam dla niej jakąś pastę (średniaczkom
nigdy nie czyściłam i nie mają w ogóle nalotu), ale chyba jest zbyt
delikatna? Niki ma dopiero 20 miesięcy, więc jeszcze wiele lat będzie
używać tych swoich krokodylich zębów - muszą więc być w dobrym stanie.
Podobno to miniatury mają skłonność do odkładania się kamienia - nie wiem,
nigdy wcześniej nie miałam miniatur.

05-12-2003
Nie wiem czy zwróciliście uwagę na
dzisiejszą datę? Nie, nie kojarzy mi się z czymś szczególnym - no, może
tylko to, że jutro są Mikołajki - ale właśnie przed chwilą zrobiłam to
zdjęcie w moim ogródku..... Myślicie, że już niedługo będzie wiosna? Tak
bym chciała...

A tymczasem na dworze popaduje sobie z cicha, wiatr jest mało przyjemny i
najchętniej to bym zapadła w zimowy sen...... Dziewczyny zakopały się pod
kołdrą i udają, że ich nie ma, Nikita i Aria wychodzą tylko do ogródka i
to opatulone w moje szaliczki. Dla Arii jest to kolejna okazja do
zabawy - gdy bawią z Nikitą, to mała, ruda jędza łapie Arię za ogon i
ciągnie, teraz Aria może się wyżyć, bo chwyta za szalik i usiłuje majtać
Nikitą we wszystkie strony. Oczywiście rudzielec się nie daje, więc gonią
się do upadłego. No i to jest problem - nie mogą biegać po dworze, tylko
mają zrobić siusiu i koniec. Muszę więc wypuszczać je osobno, a gonić się
mogą w domu. Trzy światy i pół Ameryki...


06-12-2003r.
Strasznie wieje dzisiaj, porwało nam namiot z tarasu (pozostawiony w
celach strategicznych - bo osłaniał stare tapczany, przeznaczone do
wywiezienia na śmieci). Popadał śnieżek, czasami przypominał drobny grad,
a czasami świeciło ostre słońce. Czy dzisiaj kupiliście Mikołajkowe
prezenty? Ja tak - wykupiłam pół apteki.... Znów byliśmy u pani doktor,
Aria ćwiczyła skoki ze stołu, najlepiej ze strzykawka wbitą w kuper,
Michał łapał ja w locie, a ona próbowała skoku z drugiej strony. Wiła się
jak piskorz. Ale jak już dostała pierwszy zastrzyk, to się uspokoiła i z
drugim nie było problemu. Ma jeszcze powiększone węzły chłonne. Nikita
podczas osłuchiwania usiłowała schować się Michałowi pod kurtką, czepiała
się przy tym pazurami co najmniej jak dobrze wyćwiczony kot, ale zastrzyki
zniosła mężnie. Biga z kolei odstawiła taki skowyt, jakby ktoś jej nogi
żywcem powyrywał - oczywiście przy pierwszym zastrzyku, przy drugim już
nie. Zaczynam się zastanawiać co było w tym pierwszym, bo już po nim żadna
się nie bała Psota za to spokój wodza - bo
ona jedna nie kaszle i nie dostaje zastrzyków. Chociaż i tak - chyłkiem,
chyłkiem, usiłowała zbliżyć się do drzwi wyjściowych..... Potem wizyta w
aptece. Ponieważ Maciek wstał dziś z bólem gardła i chrypką, więc
zaopatrzenie dotyczyło i dzieci, i psów. Pani farmaceutka trochę się
pogubiła, bo najpierw dostała receptę na psy, potem poprosiłam o lekarstwo
dla dzieci, potem znów przypomniałam sobie o czymś dla psów, potem znów o
tabletkach do ssania dla dzieci, a na koniec poprosiłam o wapno w syropie.
Zapytała mnie: dla dzieci czy dla psów? Gdy opowiedziałam, że dla psów, to
zapytała: a jaki smak życzą sobie pieski?....



09-12-2003r.
Wczoraj już wszystkie cztery dostały zastrzyki - Nikita ostatni.
Pierwsza zachorowała i pierwsza skończyła. Jutro jedzie do weta zestaw
geriatryczny (Psota i Biga) oraz smarkata - Aria. Już się przyzwyczaiły,
że bez szalików nie wychodzą na dwór i grzecznie czekają, aż je obiorę. A
Aria - jak każdy dzieciak - jeszcze nie powinna szaleć, ale już się
lepiej czuje i ją nosi. Oczywiście ten nadmiar energii spala w domu -
biega w kółko, szaleje, a potem pada na posłanie i kaszle. Maciek
robił to samo - jak była gorączka to leżał w łóżku, gdy temperatura opadła
- szaleństwo nie do upilnowania. A tu na dodatek na dworze zimno i nie
bardzo mogę pozwolić Arii na dłuższe spacerki - nadal tylko ogródek.
Wczoraj byłam w Maćka szkole na tzw.
"konsultacjach" i znów się podłamałam. Ze sprawdzianów, klasówek,
odpowiedzi ma najmniej czwórki, ale też sporo piątek i trafia się szóstka,
ale za to roi się od jedynek za.... brak zadań, brak ćwiczeń itp. I od
jakiegoś czasu znów zaczął przeszkadzać na lekcji - chyba jednak należy go
wstrząsnąć przed użyciem. Z próbnych testów (jakieś wstępne do wstępnych -
nie wiem co to za twór) dostał 34 pkt. na 40 możliwych. To jest szósta
klasa - za chwilę gimnazjum. Wszyscy nauczyciele mówią zgodnie:
niesamowicie zdolny i niesamowicie leniwy. I co ja ma zrobić?!

11-12-2003r.
Mam
obolałe palce u lewej stopy! Duży palec spuchł i nie mogę chodzić -
po zrobieniu dwóch kroków znów wszystko zaczyna "pulsować". A wszystko
dlatego, że zeszłam do piwnicy aby dosypać węgla do pieca, węgiel już się
kończy i żeby się do niego dostać musze przekroczyć dość wysoką deskę
odgradzającą, wchodząc przedtem na pieniek do rąbania drewna. No i gdy już
wracałam z szypą pełną węgla ten pioruński pieniek się przewrócił i
"zaliczyłam glebę". Całe szczęście, że nic w zasadzie mi się nie stało, bo
zostałabym w tej koszmarnej piwnicy aż do powrotu któregoś z moich panów -
czyli ze trzy godziny. Nie macie pojęcia jak się zezłościłam!
Zrobiłam Nikicie ubranko na drutach (chyba z dziesięć lat nie
dziergałam?), ale jak ma marznąc, to lepiej niech to nosi. Spróbuję
jeszcze wydziergać coś pozostałym. Prawdę mówiąc - koszmarny ten sweterek,
ale trudno. Może potem coś uszyję z polaru?


17-12-2003r.
Nareszcie!! Po wielkich bólach udało mi się wczoraj wrzucić stronę na
serwer Neostrady! Od tamtych prób dałam sobie spokój, bo mi już nerwy
puszczały, a wczoraj znów zajrzałam. Stronę główna mają zmienioną i chyba
bardziej czytelną, nadal pięć tysięcy haseł do kont pocztowych i panelu
administracyjnego, ale w końcu udało się! Zależało mi dlatego, że ma
Republice mam 9 MB pojemności i już mi brakuje miejsca, żeby dodawać
zdjęcia a na Neostradzei mam 20MB (z możliwością zwiększenia np. do
90) i się marnuje. Do wczoraj. Teraz jeszcze muszę pokombinować, jak
uporządkować wszystko.
No dobrze, teraz następne nowinki -
znów o Michale. Nie, nie rozbił następnego samochodu - na szczęście
- ale za to ma nowego....przyjaciela. Przytargał go przedwczoraj do
domu, a mnie o mało co coś nie trafiło! WĄŻ!
Prawdę mówiąc porządnie się zezłościłam, bo
już kiedyś Michałowi powiedziałam, że nie może takiego stwora trzymać w
domu. Nie mam nic przeciwko wężom, ale nie są moimi ulubieńcami, a Michał
ma na ogół słomiany zapał i u niego w pokoju , to i kaktusy pewnie by
uschły! Jest to jakiś wąż smugowy, nie jest jadowity i ma około 1 roku.
Michu skacze wokół niego ( bo to dopiero drugi dzień, więc jeszcze ma
ochotę), Maciek się cieszy nowym domowym stworzonkiem, i wszystkim mówi,
że to ON ma węża, ja się wściekam
, a Jarek ma radochę! Okey, nie będę
się czepiać, dopóki Michu będzie się nim zajmował starannie - jak zacznie
zaniedbywać - wylatuje wąż, a jak będę bardzo wściekła, to obaj
(albo oboje - choroba wie czy to nie
dziewczynka?)....


18-12-2003r.
Jeszcze chwilka i już będą Święta, a
zaraz potem Nowy Rok. O rany! Jak sobie przypomnę czasy, gdy miałam
...naście lat i koniecznie chciałam być już dorosła, ale jednocześnie wiek
"po trzydziestce" wydawał mi się koszmarnie zgrzybiały... A teraz? Chyba
jednak nie da się zatrzymać czasu i ten kolejny, nowy rok nadejdzie
niedługo...
Co do Noestrady - dziś jest ciut
lepiej, ale ogólnie to wcale nie jest tak różowo: zanim wczyta się strona
- mogę iść zrobić sobie kawę, a nawet czasami cały obiad! No dobra, trochę
przesadzam, ale jak na mój gust wczytuje się za wolno i obawiam się, że
niewielu osobom będzie się chciało czekać. No, ale zobaczymy - może Tepsa
się obudzi i ulepszy swój serwer. Najgorzej właśnie gdy robią promocję -
najczęściej bez przygotowanego zaplecza technicznego, klienci rzucają się
jak na ciepłe bułeczki, a realizacja pomysłu kuleje. Mam jednak nadzieję,
że się w końcu ustabilizuje, bo cierpliwość nie jest moją mocną
stroną. Ostatnio tak się denerwowałam - i oczywiście rzucałam mięsem -
przy pracy na komputerze, że mój Maciek usiadł koło mnie i
powiedział, że poczeka. Zapytałam "na co?" W odpowiedzi usłyszałam, że
właśnie wymyślił, iż za każde niecenzuralne słowo będziemy płacić 2 "zeta"
(tak się wyraziło moje dziecię) i że gdy siedzę przy komputerze i usiłuję
zmieniać stronę - on się w szybkim tempie wzbogaci....
Chyba należałoby już wysłać życzenia
świąteczne? Przyznam się szczerze i bez bicia, że mam bardzo ładne kartki,
leżą w szufladzie od... kilku lat, bo ciągle zapominam... Łatwiej mi
wysłać meile. Kapusta się pyrczy w garnku - trochę mało, muszę dokupić;
grzyby namoczone od wczoraj, dziś też nastawiłam i w całym domu pięknie
pachnie. Już zauważyłam jak moim panom, im bliżej świąt - tym więcej spraw
zwala się na głowę. A wszystko po to, aby uniknąć przedświątecznego
sprzątania. Ale oni są dziwni...
Nie wiecie może jak spowodować, aby
te moje kundle nie darły się, gdy ktoś przychodzi? Wszystko przez Nikitę -
sama się wydziera ile wlezie, a że wzięła pod swoje skrzydła Arię - ta też
się nauczyła. Dla mnie to koszmar - Aria ma dość niski głos, Nikita za to
piskliwy i się przekrzykują która głośniej. Do tego włącza się najczęściej
Psotka, która zawsze chodzi za mną, więc w efekcie szczeka i warczy mi nad
głową. Na dodatek wcale nie biegnie do drzwi, tylko uniesie głowę i
usiłuje przekrzyczeć te dwie smarkate przy drzwiach.

20-12-2003r.
Chrzanię taką robotę... Zrobiłam kapuchę,
ale stwierdziłam, że za dużo grzybów i dokupiłam jeszcze kapusty. W
międzyczasie jakoś tak dziwnie zniknęła w znacznym stopniu ta gotowa.
Oczywiście moi panowie "tylko spróbowali"... No dobra, zrobiłam drugą
porcję, pomieszałam z resztą poprzedniej, doprawiłam i chciałam spróbować,
czy uda mi się przechować gotowe pierogi - nie chcę ich robić w Wigilię.
Zrobiłam 20, z czego połowę wsadziłam na surowo do zamrażalnika, a połowę
dałam do zjedzenia. No i co? I dziś rano okazało się, że nie mam nawet
połowy farszu! Znów "próbowali"!! Kurcze blade! Znów nastawiłam grzyby -
już resztkę - i idę dokupić kapusty. Ale jak tak dalej pójdzie, to na
Święta zostanie tylko te 10 z zamrażalnika.... Na dodatek dowiedziałam się
- i nieopatrznie powiedziałam o tym mojej rodzince - że u niektórych na
stole wigilijnym pojawiają się ruskie pierogi. Maciek poleciał do sklepu i
kupił ser, Michał siedzi i obiera ziemniaki, a ja się zastanawiam czy mnie
coś nie trafi? Przecież oni i tak to zjedzą przed Świętami! Na dodatek mój
mąż stwierdził, że jak będą ruskie na Wigilię, to właściwie po co komu coś
innego? Powariowali wszyscy...
Neostrada nadal mnie wnerwia, bo ma
"humorki" - najczęściej po prostu zbyt wolno wczytuje stronę, ale czasami
jest gorzej, bo wczytuje np. do połowy. A podobno czas przedświąteczny -
ta czas radości i pokoju? Chyba po nowym roku wykupię inne miejsce na
serwerze - szybsze. Aha, zrobiłam - jak wiecie - ubranko dla Nikity
i dla Arii, a Maciek zażyczył sobie sweter, cały czarny. Zrobiłam już
plecy i zaczęłam przód. Aria zapewne bardzo chciała mi pomóc, bo
dorwała kłębek włóczki i totalnie poplątała i porwała. Potem znalazła
gdzieś jakiś wieszak, taki byle jaki, zrobiony z jednego kawałka drutu
schowanego w "koszulce" - i tak się nim bawiła, że na koniec weszła
do środka i chodziła z nim. Na dodatek bardzo jej się to podobało i gdy
Maciek zdjął z niej to chomąto - zaraz znów do niego weszła.

A to dzisiejsze zdjęcie moich bratków - już był śnieg, już były
przymrozki, a one nadal kwitną..... Obawiam się, że za to jak już
nadejdzie zima - to da nam nieźle popalić... A może zapomni nadejść i od
razu będzie wiosna?


23-12-2003r.
Zrobiło się zimno i
nieprzyjemnie, bo wietrznie. Właśnie piecze się piernik - z proszku, jak
zawsze poszłam na łatwiznę, ale bardzo go lubimy. Tylko zamiast wody
dodaję mleka no i oczywiście bakalie. W zamrażalniku jest ponad 40
pierogów ruskich i ponad 50 z kapustą i grzybami. Byłoby więcej, ale
wczoraj prawie 50 pierogów zjedliśmy, razem z moim bratem i jego kolegą. I
tak narzekali, ze tak mało - niech się cieszą, że w ogóle coś dostali.
Ryba będzie robiona jutro i właściwie wszystko gotowe. Tylko choinka
jeszcze nie ubrana - ku rozpaczy Maćka. A Maciek też jest niezły as - od
jakiegoś czasu liczy głośno dni do Wigilii, teraz już przeszedł na
liczenie godzin. Zapytałam w końcu czy nie może doczekać się prezentów -
na to mi odpowiedział: " Nie, wtedy wreszcie dostanę coś porządnego do
zjedzenia"... A mówił to jedząc obiad, na który składały się: kotlety z
piersi kurczaka, ziemniaki, sos i surówka. Ale on - jak cała nasza
rodzinka - jest "pies" na pierogi i już nie może się doczekać. I już mam
zapowiedziane, że w sobotę będę robić następne.... Alex - mój brat -
przyjechał w drodze z Warszawy (gdzie mieszka) do Jordanowa - niedaleko
Zakopanego (gdzie mieszkają jego Teściowie, i gdzie będzie na Wigilii).
Dobrze, że chociaż na chwilę mógł przyjechać, bo Tata bardzo tęskni. Moja
siostra z kolei mieszka za Wieliczką i miała jechać do swojego Teścia do
Biecza, ale dzieciaki się pochorowały i zostają w domu. Jak nie urok, to
przemarsz wojsk, te maluchy ciągle na coś chorują. U nas będzie 10 osób -
jak na nasze możliwości mało - gdyby byli wszyscy, to razem byłoby 18.
Pewnie ledwo byśmy się pomieścili, ale za to byłoby wesoło.

24-12-2003r.
Właśnie obejrzałam większą
część programu World Idol - koszmar. Żenujące - to mało powiedziane.
Najpierw musiałam wysłuchać kilku opinii o różnych wykonawcach - w
wykonaniu Kuby W. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ktoś taki ma być
przedstawicielem polskiego jury? O rany! Nie chodzi mi o to, co jemu się
podobało czy nie - ale o sposób, w jaki zaistniał na tym konkursie... No
cóż, różne są kółka zainteresowań. Nie wszystkich musi śmieszyć jego
zachowanie, nie wszyscy muszą rozumieć jego niewybredne uwagi. Nie
podobało mi się. A co do Alicji Janosz vel Alex: zmanierowała się
dziewczyna okrutnie, nie pokazała tego, co mogłaby pokazać. Nie podobało
mi się wykonanie, nie podobał mi się jej wygląd - dla mnie kompletnie bez
rewelacji. Stać ją na wiele więcej. Wyników jeszcze nie ma - ale
mnie podobał mi się Australijczyk, Belg, Amerykanka i Norweg. Występ
Brytyjczyka mnie rozczarował - liczyłam na więcej. Holender, Kanadyjczyk i
przedstawiciel RPA - poprawnie, ale bez rewelacji.

był u
nas św.Mikołaj.....

26-12-2003r.
Ja się chyba zastrzelę!
Chociaż po namyśle - nie. Bo ile by było sprzątania?! Ale do rzeczy -
włączyłam rano stronę na neostradzie i weszła jak błyskawica - złośliwa
małpa. A ja już zamówiłam serwer na idysk-u. No i oczywiście znów mam
problem, bo muszę najpierw zobaczyć z czym to się je. Ponieważ mój
angielski jest na żenująco niskim poziomie - raczej domyślam się niż wiem
co należy zrobić. Ale powoli - wszystko będzie dobrze. Mam nadzieję, że
jeszcze chwilka i już nie będzie problemów ze stroną. Chyba właśnie dziś
mija rok od opublikowania mojej strony w Internecie?....

28-12-2003r.
Niech żyje Telewizja!!
Ostatnio uaktualniałam kanały na dekoderze
Polsatu i są dwa nowe kanały: Kino Polska (choroba, nie drukują programu w
To&Owo), a także TVN Turbo! Mnie wcale nie interesują samochody, ale za to
moi chłopcy siedzą przed TV jak zahipnotyzowani - więc ja mogę posiedzieć
przed komputerem! Nareszcie! Nikt nie stoi mi nad głową i bręczy, że też
chce usiąść... Teraz akurat przełączyli na jakiś film na Polsacie, więc
mam przynajmniej 90 minut...

Dziś w nocy, prawie nad ranem - udało
mi się opublikować stronę pod nowym adresem -
www.pinczeromania.idysk.com. Na poprzedniej napisałam informację - mam
nadzieję, że to nie utrudni? Na nowym serwerze chodzi jak błyskawica...


29-12-2003r.
No i nadszedł ten dzień
-Biga dostała cieczkę. Krycie za około 10-12 dni w... Lublinie. Mam
nadzieję, że pogoda się nie zmieni i nie będzie trzeba przepychać się
przez zaspy? Obliczyłam, że szczenięta powinny się urodzić w okolicach 10
marca. Już nie mogę się doczekać. Biga już dziś zaczęła kroczyć, zamiast
biegać - czyżby czuła pismo nosem? Jarek oczywiście kreci nosem, bo do tej
pory udawało sie i termin krycia przypadał na dzień wolny, a teraz środek
tygodnia. No trudno, rozpuścił się chłopak przez te lata luksusu....

30-12-2003r.
Dziś byłam na spacerze w
Parku tylko z trzema dziewczynami - Biga, z wiadomych powodów, dostała
szlaban. A i tak przywlokłyśmy do domu jakiegoś amanta... Nikita za to w
parku nie zachowuje się zbyt mądrze - gdy widzi jakiegokolwiek psa, z góry
zakłada, że należy go "ustawić" . Dziś dorwała 3,5 miesięcznego labka -
ten biedak nie wiedział nawet skąd nadszedł atak... Oczywiście, że nic mu
nie zrobiła, bo ona tylko doskakuje i straszy - ale maluchowi to
wystarczyło i zwiał z podkulonym ogonem. Na dodatek babcia-Psotka stanęła
mu na drodze i jak zwykle nie życzyła sobie kontaktów towarzyskich ze
smarkaczami i też na niego warknęła. Aria z kolei głupieje z dnia na
dzień, uwstecznia się w rozwoju - dziś znów nie umiała iść na smyczy, a
przecież ma już 8 miesięcy! Maciek prowadził Psotkę, ja Nikitę i Arię.
Niby idzie normalnie, a za chwilę wyskakuje w powietrze, przeskakuje przez
Nikitę i chce gnać do przodu. Potem znów przez moment dobrze, ale zaraz
znów trenuje te swoje skoki. Gdy wracamy z parku, jest już wybiegana do
granic możliwości - gonią się z Nikita i innymi psami w kółko - i wtedy
idzie na smyczy grzecznie, wie co to jest "równaj" i nie ma mowy o
skakaniu. Małysz jaki czy co?....

31-12-2003r.
Jest 5 rano, a ja nie
śpię... Niedawno Aria i Psotka zażyczyły sobie wyjścia na dwór, a jako że
o tej nieprzyzwoitej godzinie nie mam zwyczaju spacerować - wypuściłam je
do ogródka. No i okazało się, że moje starsze dziecię wprowadzało
wieczorem samochód do garażu i nie zamknęło bramy - otwarta na oścież
wręcz zapraszała moje psice do biegania! Oczywiście chcąc nie chcąc
musiałam się odziać i wyjść na ulice, co by te czworonogi zawołać -
wróciły wielce zadowolone, w radosnych podskokach, tylko sąsiad jadący do
pracy jakoś tak dziwnie na mnie patrzył... Już się rozbudziłam i mimo, że
właśnie dziś powinnam pospać - w końcu Sylwester i nie zamierzam przespać
północy - to ja wstałam wcześniej niż zwykle.




01-01-2004
No i mamy Nowy Rok!
Wszystkim najserdeczniejsze życzenia, oby był lepszy niż poprzedni, pełen
radości i śmiechu, oczywiście dużo zdrowia i pieniędzy, ale przede
wszystkim pogody ducha! O północy wyszliśmy przed dom, podobnie jak i
wszyscy sąsiedzi, chodziliśmy z szampanem, składaliśmy życzenia i
puszczaliśmy petardy. Maciek oczywiście powiedział, że za wcześnie
zagnałam go do łóżka (była prawie 2 w nocy!), bo on jeszcze się bawi. Psy
miały w głębokim poważaniu strzelanie - nie było z tym problemu. Raczej
pilnowałam, aby siedziały w domu, a nie na dworze, bo jednak obawiałam
się, że jakaś zabłąkana petarda mogłaby którąś przestraszyć. Za to później
zaczął prószyć śnieg i pierwszy dzień nowego roku mamy biały. Około 4.oo
psice jeszcze pobiegały po białym puchu, świat zrobił się jaśniejszy i
czystszy. Jeszcze raz; wszystkiego lepszego!

Aria
- sylwestrowo

03-01-2004r.
Właśnie wróciliśmy z kina -
kolega małżonek zaszalał i kupił dla wszystkich bilety na III część Władcy
Pierścieni. 3,5 godziny! Niektóre sceny - szczególnie zbiorowe -
rewelacyjne. Przepięknie zrobione sceny walki. Jednak jak dla mnie, to
stanowczo wycięłabym przynajmniej... no, w sumie 1 godzinę. Przede
wszystkim skończyłabym film w chwili gdy, Aragorn przyklęknął przed
Hobbitami. Dalsze sceny, to tylko niepotrzebna dłużyzna. Zresztą, jak
wiele innych. Koszmarnie ciągnące się, niepotrzebnie patetyczne. Odniosłam
wrażenie, jakby zupełnie kto inny robił tę cześć filmu. Ale dla tych
dobrych scen warto pójść - świetnie zrobiona np. scena, gdy Umarli
włączają się do walki. No i trochę żal, że wątek rywalizacji Legolasa i
Gimli jest bardzo mizerny.
A teraz z innej beczki: mamy taki
przyrząd, który służy do masażu. Można włączyć tylko na rozgrzewanie,
tylko na wibracje, lub na jedno i drugie. Wczoraj Jarek stwierdził, że
wysiada mu kręgosłup, więc Maciek włączył to cudo na maksa i masował
swojemu tacie plecy. Jarek leżał u nas na łóżku, obok rozłożyły się psy. I
Biga, i Psotka jakoś tak dziwnie, pomalutku, niby zupełnie niezauważalnie,
przesuwały się w kierunku Jarka. W którymś momencie po prostu Biga
podstawiła swój grzbiet do masowania. Potem Psotka. W efekcie Maciek
masował psy, które z zadowolenia prawie mruczały jak koty, a czasami
również masował Jarka. Ale co dziwne: w pewnym momencie Aria wskoczyła na
łóżko i zobaczyła ten przyrząd (świeci na czerwono) - jak stamtąd wyrwała!
Maciek nawet jej nie dotknął, tylko to zobaczyła. Oczywiście masowanie
trwało nadal, a Aria do późna wieczora nie chciała wejść do naszej
sypialni. Nawet gdy urządzenie było już schowane - ona krążyła po domu, z
daleka od naszego pokoju i popiskiwała. W którymś momencie wbiegła na
piętro do pokoju Michała i nie chciała stamtąd wyjść. W końcu weszłam na
piętro, wzięłam ja na ręce i zniosłam. Znów chodziła i piszczała. Dopiero
dziś wskoczyła znów do mnie na łóżko, ale ostrożnie, jakby parzyło i tylko
z brzegu. Nie wiem - może to dźwięk ją wystraszył? Gdy byliśmy dziś w
kinie, dorwała nasadkę do masowania (leżała osobno - to cześć wymienna, są
różne) i pogryzła na drobne strzępy....


07-01-2004r.
A u
nas bielusieńko... Ja jestem wprawdzie zdecydowanie ciepłolubna, ale musze
przyznać, że taki biały, świeży, puszysty śnieg, to jest niesamowite
zjawisko. Już od kilku dni jest biało, ale dopiero dziś rano trzeba
porządnie odśnieżać. Aria kompletnie oszalała - to jej pierwsza zima i
byłam mocno ciekawa, jak jej się to zjawisko spodoba. Ona natomiast
najchętniej siedziałaby cały dzień na dworze. Co wejdzie do domu na chwilę
- zaraz chce biec na dwór z powrotem. Trochę to dziwne, bo gdy spadł
pierwszy śnieg i zrobiło się zimno - Aria tylko stawała w drzwiach, ale
wyjść nie chciała. Teraz chyba się jej to po prostu spodobało? Jutro
wyjazd do Lublina, a drogi zasypane - oby dojechać i wrócić bezpiecznie.
Wczoraj znów były próbne testy do
Gimnazjum. Maciek pierwszy - próbny do próbnego? - pisał i nawet dobrze mu
poszło, bo na 40 możliwych dostał 37 czy 38 punktów. Ale wczoraj już nie -
bo od niedzieli jest kaszląco-smarkato-pociągający i do końca tygodnia nie
pójdzie do szkoły. Na dworze bywa do -15 i podejrzewam, że skończyłoby się
to zapaleniem płuc - kiedyś bardzo często chorował na oskrzela. Na dodatek
nadal nie jestem pewna co z lekarzami - podobno już podpisano
porozumienie, ale wiadomo, że musi to wszystko wrócić do normy.
A'propos polityczno-gospodarczych nieporozumień - to proponowałabym, aby w
większości, jeżeli nie wszystkich, spornych kwestii rozwiązań szukać
poprzez tzw. "burzę mózgów". Zaangażować do tego studentów odpowiednich
kierunków, mają świeże spojrzenie i może by coś z tego mogło dobrego się
ukształtować? Jak na razie, to mam wrażenie, że większość postanowień jest
robiona po omacku i dopiero później wychodzą olbrzymie błędy czy
niedopatrzenia. Ale to tylko takie dywagacje laika....

10-01-2004r.
Wróciliśmy z Lublina. Wyjazd był w czwartek rano, około 8.30. Droga
całkiem dobra, nawierzchnia czarna, ciężarówek nie za dużo, miejscami
słoneczko i przepiękne widoki: cały świat biały, taką czystą, śnieżną
bielą... Pięknie. Im dalej na wschód, tym zimniej, do Lublina dojechaliśmy
około 16.oo. Śniegu pełno i bardzo zimno. Biga-ulicznica nie dała się
długo prosić - a może nawet wręcz przeciwnie - i w zasadzie po godzinie
moglibyśmy wracać do Poznania. Ale wiadomo - na jeden dzień to już by było
za dużo. Nocowaliśmy u właścicieli pieska, a przed południem w piątek
pojechaliśmy do Warszawy - do mojego brata. Tam spędziliśmy drugą noc i
dziś wracaliśmy do domu. I całe szczęście, że powrót był z Warszawy, a nie
z Lublina, bo drogi już nie takie czarne, ponad godzinę jechaliśmy z
prędkością 25-30 km/h, bo zakorkowały nas - i cały sznur innych aut
- trzy pługi odśnieżające. Dopiero od Sochaczewa jechało się jako tako, od
Koła natomiast zaczął prószyć śnieg i znów jechaliśmy wolniutko. Ale i tak
dość szybko dotarliśmy na miejsce, bo z Konina jechaliśmy A2 aż do
Komornik (to 10 minut od naszego domu) i zaoszczędziliśmy prawie godzinę
jazdy. Teraz tylko wypada poczekać około 9 tygodni i powinny być maluszki.
Zrobiłam psiakom trochę zdjęć, trochę pstryknęłam z auta krajobrazowi
- ale nie wiem czy wyszły, bo zapomniałam zabrać aparatu z Warszawy, więc
musze tydzień poczekać, aż mi go Alex przywiezie. Jarek pojechał mimo
zapalenia ucha i teraz się kuruje, Maciek nadal kaszlący, psy posnęły, a i
mnie się oczy kleją - tylko Michał zniknął, pewnie na randkę? Musimy
przejrzeć plan wystaw na przyszły rok, bo chcielibyśmy zacząć pokazywać
Arię.

21-01-2004r.
Dzień Babci, jutro dzień Dziadka. Moje dzieciaki na szczęście same
pamiętają... A ja jestem chora i wykończona. Mój brat przyjechał w ubiegły
czwartek, razem z Jolką, swoją 4-letnia córką.

Jolka ma wielką wyobraźnię i wspaniale umie się bawić - ale najbardziej
lubi, gdy ktoś bawi się z nią. A najlepiej wszyscy. Miałam już domu
fryzjera, gabinet kosmetyczki (nawet kasa fiskalna była zrobiona z
kalkulatora), piłam herbatkę z królową, wszyscy "robiliśmy" za poddanych,
moje psy zostały wyleczone z wielu okropnych chorób, ja byłam również
gołąbkiem ze złamanym skrzydełkiem, pociągiem, Michał zdaje się robił za
wielbłąda itp., itd. Codziennie wieczorem Jolka szła do Michała
pokoju, zaglądała do terrarium i mówiła "dobranoc kochany wężu". Główną
role jednak w tych jej zabawach grały Aria i Nikita, a szczególnie ta
ostatnia - Jolka ją leczyła, karmiła, ubierała, kładła spać itd. Niki z
zadziwiającym spokojem znosiła wszelkie zabiegi , nawet te upiększające i
oczywiście bardzo "bolesne" zastrzyki. Tylko jak już miała kompletnie
dosyć, to chowała się w swojej kociej budce pod stołem w kuchni. Ale
najlepsze jest to, że Jolka przyjechała z lekkim katarkiem i małym kaszlem
- ja zaraz ją zaczęłam faszerować cerutinem i tatum verde, w efekcie
wyjechała prawie zdrowa, za to mój brat i ja rozłożyliśmy się kompletnie
- łamanie w kościach, zawroty głowy, osłabienie i koszmarny katar. Błee....
Acha, - ale aparat już mam...

droga powrotna, trasa Lublin-Warszawa
Na spacerki
może wychodzić tylko Aria - ewentualnie Nikita, ale ona marznie dużo
szybciej i musimy wracać po pół godzinie. Biga i Psotka nie idą, bo mają
cieczkę. Teraz jest pięknie, słoneczko, śnieg, nie ma wiatru - a ja jestem
uziemiona - więc psy też. W parku Aria gania do upadłego, nurkuje w
śniegu, widać, że sprawia jej to wielką radochę. Ale dziś po prostu nie
czuję się na siłach, żeby pójść tak daleko. Dobrze, że jest ogródek.
Wprawdzie przy takim wykorzystywaniu go na psią ubikację - nie wiem czy na
wiosnę nadal będzie przypominał ogródek, czy pomoże mu jakakolwiek
reanimacja?...


22-01-2004r.
Koszmarnie się czuję - nos jak wielki balon, oczywiście zatkany, kolejna
nocka przekszlana i przesmarkana, z ciągle otwartym dziobem muszę mieć
bardzo inteligentny wyraz twarzy.... Już nie mogę policzyć ile ton
chusteczek zużyłam.... Eh.... czasami muszę się trochę nad sobą poużalać...

Wczoraj
dostałam pismo.... Ale od początku. Gdy w końcu mieliśmy własne - nie
wynajmowane - mieszkanie, to wprowadziliśmy się do zupełnie nowiutkiego
bloku: 16 pięter, 128 mieszkań. Wszyscy byli nowi i nikt się nie znał. No,
nie zupełnie nikt, bo my mieszkaliśmy na 12, a Jarka siostra z mężem i
Mamą na 9. Ale na tym koniec znajomości. Z nowymi sąsiadami
poznawaliśmy się różnie: ci z psami - wiadomo, na spacerkach, mamy z
dziećmi - w piaskownicy, w kolejce w sklepie czy u lekarza, panowie
najczęściej przy samochodach, no i oczywiście w windzie. Ale
mieliśmy gospodarza domu, który był nieprzeciętny! Zwoływał zebrania (!) w
holu i rozdawał np. karteczki z naliczonym czynszem. Jak był problem - to
też na zebraniu, np. brak parkingu. Ludzie się poznawali, pomagali sobie,
wspólnie rozwiązywaliśmy problemy np. ze źle naliczonymi pieniędzmi przez
Spółdzielnię itp. Wśród mieszkańców znaleźli się prawnicy, pracownicy
Radia czy TV, także gazet i inni - i o rozwiązanie problemów nie było
trudno. W holu do dziś na Święta stoi piękna, wielka choinka, cały rok gra
radio przy wejściu, zawsze jest czysto i ładnie. Co nie znaczy, że nikt
nie mazał po ścianach czy w inny sposób nie grandził! Ale p. Andrzej -
kawał chłopa - potrafił przebiec się po tych 16 piętrach w samych
skarpetkach - po to tylko, żeby dorwać delikwenta. Jak już go złapał - to
ten za karę musiał np. zamieść schody z góry na dół, umyć windy lub coś
podobnego. Mieszkaliśmy tam krótko, w latach 1993-1998 ,wyprowadziliśmy
się stamtąd już dawno, ale bywamy, bo odwiedzamy Jarka siostrę. Chyba nic
się nie zmieniło. No, ale na początku nikt nie znał nikogo - bo o to tu
chodzi. Mieliśmy w domu dwa rowery, Jarka siostra - Benia -też dwa, i
trzeba było to-to gdzieś trzymać. P. Andrzej udostępnił na wózkarnię, z
której nikt do tej pory nie korzystał. Zresztą wózkarnia nie była
przygotowana - brak zabezpieczeń. Wstawiliśmy nowe, dobre zamki, kratę na
drzwi i okna, i wstawiliśmy nasze dwuślady......
Długi wstęp
napisałam, nie? Ale gaduła
jestem.... Idźmy dalej. Poznałam na spacerach z Psotką - wówczas
szczeniakiem - panią R. i jej dobermankę Balbinę. Balbina zaadoptowała
Psotkę jak własne szczenię, uczyła ją kopać dziury, bawić się piłką i
kijem, w ogóle wszystkiego, czego powinna nauczyć ją mama. Potem poznałam
syna pani R.-Jacka. Chłopak kilka lat starszy od Michała, bardzo grzeczny,
uprzejmy i uczynny. Zawsze "dzień dobry", zawsze uśmiechnięty. No, słowem
- złoty chłopak... Kiedyś poprosił mnie - jako, że mieszkałam w bloku obok
6 lat - czy nie mogłabym znaleźć mu w okolicy kogoś, kto potrzebuje
pomocy, bo zbliża się Dzień Matki, a on chciałby kupić jej jakiś
drobiazg. Dzieciaki zawsze pomagały komuś na osiedlu - a to kartony ze
sklepu wyniosły, to komuś pomogli coś przenosić (przeprowadzki), Jacka
wzięła dozorczyni z innego bloku i kazała okopać brzegi trawników. Dała mu
łopatę i taczkę. I - niestety - pieniądze. Jacek jeden dzień pracował,
poprosił mnie o klucz do wózkarni - żeby mógł schować tam narzędzia i...
na tym koniec pracy. Ani dozorczyni nie miała wykonanej pracy, pieniądze
przepadły, a pani R. znów nie obchodziła Dnia Matki. Pomyślałam, że to
jednorazowy incydent. Po kilku dniach jednak Benia chciała pojeździć na
rowerze, okazało się, że jej stojący w wózkarni rower jest ....rozebrany
na części pierwsze.... Jacek chciał swój naprawić, więc o prostu wziął
sobie..... Pewnego dnia Michał wrócił ze spotkania z Jackiem ze...
czerwonym śladem buta na plecach. Jacek go kopnął, mając na nodze buty
typu wojskowego. Dla żartu... Sprzedawczyni w sklepie opowiedziała,
jak Jacek przyszedł do niej do sklepu zapłakany, wręcz rozhisteryzowany,
mówiąc, że .... mama nie ma w domu papierosów i przez to wariuje, bije go
, wyzywa, prosił, żeby mu ta pani dała paczkę papierosów, bo on się boi do
domu wrócić! Tylko, że ja w tym samym czasie siedziałam u mamy Jacka
na kawie i wiem, że takich historii nie było, i nie mogło być.
Innego dnia Jacek "znalazł" pieska - małą, czarną-podpalaną "sarenkę" - po
dwu tygodniach okazało się, że podprowadził ją spod sklepu na osiedlu -
właściciel go namierzył... Podczas wizyty w pokoju u Michała zwinął karty
telefoniczne, które Michał zbierał, miał ich KOMPLET, łącznie z tymi
unikatowymi, wszystkie pełne.... Nikt go nie złapał za rękę, ale po jakimś
czasie chciał je ...odsprzedać Michałowi. Wydzwonione... No i tak kolejno,
zbiegiem czasu, dowiadywaliśmy się o różnych innych wyskokach Jacka.
Koszmar. Żeby nie było - Jacek nie był u nas mile widzianym gościem i
Michał miał zakaz wpuszczania go do domu. Gdy już kupiliśmy nasz dom -
zaczęło się pakowanie. Nikt nas nie popędzał, klucze otrzymaliśmy w marcu,
zamieszkaliśmy pod koniec sierpnia, i praktycznie przez cały tan czas
częściowo się przeprowadzaliśmy. Jednym słowem mieszkaliśmy "na
kartonach". Latem to już całe mieszkanie było rozbebeszone, a tuż przed
ostateczną przeprowadzką - totalny bałagan, szafy pootwierane, kartony na
środku, częściowi spakowane, cześć już zaklejona itd. No i pech. W
momencie, gdy spakowaliśmy część dokumentów - i pojechaliśmy zawieźć,
Michał został sam w domu. Na to odwiedził go Jacek. Michał - mimo zakazy
wpuścił go, potem mówił, że się po prostu bał, że jak tego nie zrobi, to
Jacek się na nim odegra... Jacek wszedł do pokoju, zobaczył rozbebeszone
szuflady i szafy, i skorzystał. Poprosił Michała o szklankę wody (!), a
gdy Michał wrócił z kuchni - Jacka już nie było. Oczywiście - my nie
wiedzieliśmy o tej wizycie.
Dowiedzieliśmy się w krótkim czasie, gdy okazało się, że na koncie mam
mniej pieniędzy niż przypuszczaliśmy. Tym razem nie darowałam:
zrobił na debet na 1800zł, dodatkowo kosztowało mnie zblokowanie
pozostałych czeków. Dlaczego wcześniej nie wiedziałam, że ich nie
mam? Bo nie korzystaliśmy, a w ferworze przeprowadzki nikt nie sprawdzał.
Oczywiście zgłosiliśmy na policję, ale po pewnym czasie okazało się, że
Jacek jest "nienamierzalny", nie przebywa w domu itp. Wprawdzie to była
nieprawda, bo widywano go (my już tam nie mieszkaliśmy), ale listów
poleconych nie odbierał, jego mama "podobno " też go nie widziała.
Byliśmy również u Dzielnicowego - okazało się, że tam go doskonale
znają, od jak najgorszej strony.... Sprawę zawieszono z powodu braku
możliwości dostarczenia wezwania.... No i wczoraj dostaliśmy pismo z
prokuratury, że sprawę odwieszają, bo znają już adres Jacka i mogą
dostarczyć mu wezwanie.... do przytułku dla bezdomnych w innym
mieście.... Więcej, co sobie w pierwszej chwili pomyślałam? Że taki
biedny, samotny i opuszczony, że życie mu wystarczająco dokopało....
Ale nie! Dobrze wiem, jak on potrafi grać, jaki z niego świetny aktor, jak
na zawołanie potrafi przybrać postawę zbitego psa, jak płacze na
zawołanie, jak potrafi grać na ludzkich uczuciach. Nie liczę na odzyskanie
pieniędzy, dobrze wiem czym to się skończy. Ale żałować go nie zamierzam -
trafił tam na własne życzenie. Mogę tylko modlić się za niego, żeby
mu rozsądek wrócił.... To nie życie podstawiało mu nogę, ma matkę -
nauczycielkę, która by za niego dała ręce poobcinać, mimo, że samotna-
stworzyła mu warunki do życia, nauki. Nie skorzystał - najpierw drobne ,
potem większe przestępstwa, na końcu od jego matki odwrócili się wszyscy,
bo nikt nie chciał mieć do czynienia z Jackiem, który gościom potrafił
przetrzepać kieszenie. Jest młody i zdrowy, jednak woli robić sobie
z siebie ofiarę losu..... No cóż, może jutro mi przejdzie i znów będę go
żałować, dziś nie.


27-01-2004r.
Wcale nie czuję się lepiej - no, może troszeczkę - ale pomimo tego
postanowiłam popisać. Mniej więcej tydzień temu wysłałam za pomocą meila
(na stronie www.zkwp.pl ) wniosek o wystawienie dyplomu Mł.CH.Pl
dla Nikity - i dziś przyszedł!! Szybko, prawda? Zabezpieczono go tekturką,
żeby się nie połamał, a nasza pani listonosz złożyła go na pół i wepchnęła
do skrzynki na listy... No cóż... Pogięty, ale już jest!. W tej
chwili ten nasz młodzieżowy champion gania w śniegu po ogródku i goni się
z Arią. Obie powarkują, ale szczególnie Nikita, bo się złości, że nie może
Arii dogonić.. Aria dorasta i już kilka razy
zdarzyło się, że ostro warknęła na Nikitę - kiedy ta na za dużo sobie
pozwala. Ten mały rudy potwór zyskał niedawno nowy domowy przydomek -
"przyczajony tygrys, ukryty smok".. To, że
kradnie wszystkie zabawki, to już norma - wszystkie są jej. Ostatnio kłócą
się z Arią o węzeł. Może on leżeć i jest ok, ale gdy Arii tylko zbliża się
do niego, Nikita wyrasta jak spod ziemi, warczy, jeży się i pokazuje zęby.
Bywają w związku z tym niesamowicie komiczne sytuacje, gdy Aria próbuje
jednak ten węzeł zdobyć: albo udaje, że w ogóle go nie widzi i zupełnie
"przez przypadek " zbliża się do niego, innym razem czai się jak kot przed
norką myszy i nagle usiłuje skoczyć na zabawkę, ale jeszcze inaczej -
biegnie w drugi koniec domu, Nikita oczywiście za nią, a że Aria jest
szybka więc natychmiast zawraca i usiłuje dopaść do węzła pierwsza. Rzadko
bo rzadko, ale bywa, że jej się udaje.. I co wtedy robi? Chwyta ten węzeł
w zęby i paraduje przed Nikitą w tę i z powrotem, a Ruda siedzi i się
"gotuje".....
Jestem
ciekawa - trochę się boję - jak to będzie, gdy już Biga urodzi maluchy?
Jak zareaguje Aria, czy Nikita będzie bardziej odważna, czy Psotka znów
będzie chciała je adoptować? No i czy nie będą się kłócić o
szczeniaki? Teraz Psotka i Biga większość dnia przesypiają, tylko czasami
słyszę warkot, gdy te dwie smarkate wpadną na którąś w zabawie. JA zbieram
gazety ( na wc dla szczeniaków) oraz szmaty - czyste, czyste - do porodu i
do kojca.
A mnie jest
ciągle zimno.... Nadal mam katar i kaszel, jak chodzę to mi się w głowie
kręci, ale najgorsze jest zimno. W domu jest ciepło, kaloryfery grzeją,
moi panowie chodzą na ogół w krótkim rękawie - a ja ubieram się "na
cebulkę". Dziś jestem obrana w trzy długie rękawy, w tym jeden polar, do
tego wełniana kamizela, legginsy i spodnie od dresu oraz grube , wełniane
skarpety. I mam zimne stopy. W nocy psy ładują mi się pod kołdrę i grzeją
jak piecyki, a i tak marznę. Nie lubię tego.....

31-01-2004r.
Ostatnio chyba za dużo myślę i dochodzę do niezbyt pocieszających
wniosków. No i chyba przez to jeszcze więcej myślę. i wcale nie jest co
raz lepiej... A podobno myślenie nie boli?...
Ludzie zawsze
dążyli do tego żeby mieć więcej i lepiej, gdy już to osiągnęli, to
znajdowali następny cel, znów im było źle i znów mieli za mało. Może to i
dobrze, bo gdyby nie ta cecha człowieka - pewnie do tej pory
mieszkalibyśmy w jaskiniach. Ale z drugiej strony - jak się już ma to, do
czego się dążyło, to określenie następnego celu, następnej poprzeczki
czasami jest - delikatnie mówiąc - nieprzemyślane. Jak to śpiewał Niemen:
"Dziwny jest ten świat"....Bo naprawdę jest dziwny, a może raczej
przerażający? Pamiętam jak moja Babcia ciągle mówiła: "a za moich czasów
to było nie do pomyślenia...". Bardzo mnie to jeżyło, bo w końcu szło
nowe, a co tam mogła wiedzieć stara kobieta urodzona na długo przed wojną?
Łapię się jednak na tym, że sama zaczynam tak myśleć. Zaczynam rozumieć
Jej zagubienie we współczesności, Jej bezsilność czasami i oburzenie, że
coś podobnego w ogóle mogło komuś przyjść do głowy. W domu nie oglądaliśmy
TV - zresztą czarno-białego jeszcze, raz w tygodniu czy dwa, to czasami
Tato się zgodził. Oprócz tego, że mieliśmy masę obowiązków - obie z
siostrą chodziłyśmy do szkoły muzycznej i po kilka godzin dziennie
przeznaczałyśmy na ćwiczenia - to u nas w domu dużo się rozmawiało.
Najczęściej opowiadała moja Mama, z ojca trudno było cokolwiek wydusić.
A teraz? Dla
mnie to jest chore: ciągła licytacja kto ma więcej. I to najlepiej, żeby
osiągnąć wszystko bez wysiłku. Cwaniactwo, rozbój - nie ma znaczenia,
byleby mieć. Zawsze się mówiło, że niemoralność i pieniądz rządzą światem
- teraz, dla mnie, przekracza to wszelkie granice. Nauczyciel nie ma
żadnych praw, dzieciaki mogą mu wejść na głowę, taksówkarz, który obronił
się przed śmiercią musi odsiedzieć w więzieniu 10 lat, policjant, który
złapał delikwenta - odpowie za to, że był po piwku, wprawdzie po służbie,
ale kogo to obchodzi? Na każdym kroku spotykam się z bezsensem. Zaczynam
się bać wszechobecnej agresji i złości, zawiści i nietolerancji,
bezwzględności i nie wyżycia, i zwyczajnej głupoty..... Dlaczego ludzie są
tak pełni pogardy dla innych, dlaczego najważniejsze jest aby komuś
dokopać - poprawiają w ten sposób własne ego? Czasami się zastanawiam czy
jedną z bolączek naszego narodu nie jest przypadkiem....wolność? Na
przestrzeni wieków, w okupowanym kraju, starsi uczyli młodszych
patriotyzmu, konieczności zrzucenia jarzma itp. I cały ten nadmiar energii
był skierowany na walkę polityczno-narodowościową. W różnej formie. A
teraz? Zachłysnęliśmy się wolnością? Nie ma z kim walczyć. Albo wyścig
szczurów, bezwzględne dążenie po trupach do celu, albo w ramach zabijania
nudy - równie bezwzględne traktowanie innych ludzi i... zwierząt.
No, tak
zapowiedzieli w TVN program o walkach psów - jak bardzo zdegenerowani
muszą być ci młodzi ludzie, którym takie okropieństwo sprawia radość?
Dlaczego istnieją ludzie, którzy mogą cos takiego wymyślić?! Chyba jedną z
oznak starzenia się jest rozpamiętywanie tego co było, a nie patrzenie w
przód. Ale jak tu nie wracać do przeszłości, kiedy wtedy człowiek czuł się
bardziej bezpieczny? Teraz już się naprawdę zaczynam gubić. Ciągle czytam
w necie wiadomości - one też potrafią być tragiczne - ale równie, jeżeli
nie bardziej, przerażają mnie komentarze - często bezduszne, bezmyślne,
obrażające, wulgarne.....Czy to jest współczesny sposób na życie?


07-02-2004r.
Jak dziś
wiosennie! Spod ziemi wydłubały się już pierwsze kiełki kwiatów, na
gałązkach bazie-kotki, gdzie niegdzie pojawia się nowa trawka,
cieplutko.... Ale nie ma tak dobrze, zapowiadają ochłodzenie! Jarek od
prawie tygodnia jest w domu - w okresie poświątecznym prawie zawsze
jest posucha, ale niedługo znów będzie miał pracę. Teraz nareszcie ma czas
na trochę odpoczynku i na posprzątanie garażu i szopki - to już był
koszmar. U nas dzieciaki już są po feriach, całe szczęście, że chociaż w
te wolne dni mieli pełno śniegu - teraz wszędzie błocko.
Kilka dni
temu, gdy Biga położyła się przy mnie i przysnęła - wyczułam w jej
brzuszku takie malutkie kuleczki - wielkości żółtka od jajka. Dziś już
mogę wyczuć wyraźniej - ale tylko jak leży i jest całkiem rozluźniona. No
i są większe - prawie jak całe jajko. Nie jest to wielkość rzeczywista, bo
przez powłoki brzuszne wygląda to-to na dużo większe. Ale są - wyczułam
trzy czy cztery.... Maleństwa... Jeszcze miesiąc i już będą, bardzo szybko
rosną. Biga dostaje codziennie stertę witamin - pozostałe dziewczyny też,
obowiązkowo surową marchew, za którą wszystkie przepadają. No i podjada mi
jabłka... Na spacerku już nie jest taka życzliwa dla innych psów - do tej
pory albo się bawiła, albo ignorowała zaczepki, teraz zaczyna powarkiwać
na psy, które ośmielą się ją nagabywać - przecież spodziewa się maluchów i
musi na nie bardzo uważać.
Wiecie co mi
się przypomniało? Jak moja Mama była w szpitalu już po operacji i
próbowaliśmy z Nią rozmawiać - nie mogliśmy się dogadać. Nie umiała nic
powiedzieć, ani pokazać co chce - i przy tym bardzo się niecierpliwiła, że
ja taka durna nic nie pojmuję. W ostatnich dniach mówiła odruchowo - np.
na czyjeś "dzień dobry" odpowiadała odruchowo "dzień dobry", ale jak sama
coś chciała, to nie za bardzo to wychodziło - trzeba było się domyślać. W
pewnym momencie nawet zła była na mnie i westchnęła ciężko: Jezus Maria -
ona nic nie rozumie... Nie wiedziałam jak to "działa" - dopiero dużo
później oglądałam program o policjantce, która w wyniku postrzelenia miała
bardzo podobne uszkodzenia mózgu i tez nie można było się z nią dogadać.
Ta policjanta opowiadała, że właśnie w okresie, gdy funkcjonowało jej
tylko mówienie odruchowe, ona była przekonana, że mówi wyraźnie i jasno o
co jej chodzi. I była oburzona, że otoczenie sobie z niej kpiny urządza i
udaje, że nie rozumie. Nie mogła pojąc, jak ktoś nie rozumie tego, co ona
mówi? Przypuszczam, że tak było i z Mamą - była przekonana, że wyraźnie
mówi i pokazuje o co jej chodzi, a my takie tępaki...

14-02-2004r.
Wczoraj
wróciłam do domu i Maciek mnie poinformował, ze już zdążył posprzątać -
okazało się, że dziewczyny dobrały się do worka ze śmieciami (ale to
normalka), ale co gorsza: Michał wychodząc nie podciągnął żaluzji w oknie
balkonowym i Aria zrobiła sobie z niej zabawkę. Na szczęście przegryzła
tylko jedną blaszkę i nie pozrywała sznurków, pozostałe zostały nieźle
pogięte i poplątane, ale jakoś zaradziłam temu. Aria w ogóle zachowuje się
jak czołg - chce to wlezie, taranując wszystko po drodze. Nieźle ją trzeba
pilnować, bo tratuje wszystko. Już co raz lepiej stoi i na dodatek co raz
cierpliwiej czeka - a to przy jej charakterku dość trudne do osiągnięcia.
Uczę ją pozostawania w miejscu - na razie na krótko, ale już ćwiczymy moje
znikanie: chodzi o to, że jak mnie nie widzi, nadal ma siedzieć. Powoli,
powoli widać efekty... A, no i uczę ją, żeby
na komendę "równaj" obeszła mnie z prawej strony i stanęła przy nodze -
zrobiła to już kilka razy, aczkolwiek niechętnie.. A co tam - nauczy
się... Smakołykiem może być wszystko, ostatnio był to dmuchany ryż...
Bigusia nadal
szczupła, choć już nie tak bardzo "podkasana" - tylko jak leży na boku
można coś zauważyć... Ostatnio musiałam wyganiać ją z szafy - a
przecież do porodu jeszcze sporo czasu! Choroba - jak ma przygotowany
kojec, to nawet do niego nie zajrzy - ale szafę sprawdza miesiąc przed
rozwiązaniem?! Mogłaby mi zrobić tę przyjemność i dla odmiany urodzić w
kojcu, szafa stoi w bardzo niedostępnym miejscu i na dodatek słabo
oświetlonym. Wprawdzie już raz nie pozwoliłam jej rodzić w szafie - to i
tak nie poszła do kojca, tylko rodziła na fotelu. Na szczęście starym i do
wyrzucenia. Na nowym nie pozwolę. Psotka natomiast zaczęła.. .zaczepiać
Arię do zabawy! Tego jeszcze nie było... Nikita nadal chętnie bawi się z
Arią, ale już kilkakrotnie nacięła się, bo Aria na nią warknęła. No cóż -
smarkata dorasta nie bardzo jej się podobają rządy rudej terrorystki...
Nikita się nie daje - nadal myśli, że jej wszystko wolno. Zobaczymy - Aria
ma dopiero 10 miesięcy, więc wszystko jeszcze przed nimi...


16-02-2004r.
Z historii
nigdy nie byłam dobra... Jasne, że znam datę bitwy pod Grunwaldem i chrztu
Państwa Polskiego. Ale nie interesowałam się specjalnie historią, nie
zgłębiałam tematów. Ponieważ lubię czytać - to często brałam do ręki
książki o tematyce historycznej, ale szczerze powiedziawszy w pamięci
pozostawały mi jakieś nie istotne fakty, a nie całość. Lubię po prostu
ciekawostki - chyba z każdej dziedziny, a na pewno z wielu (np. ostatnio
usłyszałam w zapowiedzi programu na Discovery, że beton wymyślono ileś lat
przed naszą erą! oczywiście, nie pamiętam jaki to program, więc go nie
obejrzałam). Lubiłam też opowieści mojej Mamy o Jej dzieciństwie (mimo, że
to był czas wojny i strasznej biedy - miała 4 lata , gdy zaczął się horror
- chyba jedną z nich, z pierwszej Jej podróży do Poznania, będę musiała
opowiedzieć. Niedługo....), czasami jakaś historyjka wymknęła się mojej
Babci czy Cioci, ale Tato opowiada bardzo mało. Mama rysowała mi drzewo
genealogiczne (też go nie znam, nie pamiętam, a rysunki Mamy były na
wyrzucanych później kartkach), opowiadała, że mój pradziadek, Aleksander,
jako pierwszy sprowadził do Polski ze Szwecji wirówki do mleka. Że mimo
wojny chodziła na lekcje muzyki - opowiadała też, że kiedyś wracała z
takiej lekcji, sama, miała kilka lat i przechodziła obok bocznej uliczki,
gdzie widziała samochody i żołnierzy, którzy wyrzucali wszystkich z domów,
a na ulicy leżały ciała zamordowanych. Była w takim szoku, że skręciła w
te ulicę i chciała iść dalej, zagapiona, z otwartą buzią, ale jakiś
żołnierz chwycił ją za rękę i zawrócił, mówiąc: idź stąd dziecko, nie ma
na co patrzeć. Całe życie się zastanawiała, co by się stało, gdyby ten
ktoś jej nie zatrzymał...
Tato
natomiast mówi z rzadka i niechętnie, musi być naprawdę w dobrym nastroju,
żeby coś z Niego wydusić. Opowiadał np. o tym, że była u nich tylko jedna
para butów, która zakładał się tylko przed wejściem do kościoła, zima nie
zima - biegali boso. Albo, że jako dzieciak pamięta wyplatanie koszy - i
nie tylko - z wikliny. Zresztą, sama widziałam w domu stryja Jacka piękne
meble zrobione przez niego osobiście. No i ciągle się dopytywałam jak to
się stało, że mój Tato, jego dwaj bracia i siostra mieszkają w Polsce, a
reszta rodziny pozostała na Ukrainie. Opowiedział mi o tym, jak ciocia
Hania, która miała pracę w Hrubieszowie, zabrała z rodzinnego domu dwóch
najmłodszych braci i jednego ze starszych do siebie - i nagle okazało się,
że już nie ma powrotu. Podobno ciocia Hania musiała podać dane do
wyrabianych w Polsce dokumentów (oryginalne były niedostępne) i ...
zmyśliła daty urodzenia. Nie pamiętała. Również "podobno" któraś śp.
ciotka przez przypadek dotarła do tych dokumentów i okazało się, że dzięki
własnej siostrze mój Tato jest odmłodzony o 2 lata... Prawdziwej,
dokładnej daty urodzin do dziś nie znamy... Pytałam także o
rodzeństwo Taty: oprócz tych dwóch w Polsce - miał jeszcze trzech braci, z
tego jeden, Stefan - zaginął. Po prostu: wyszedł pewnego dnia i więcej nie
wrócił. Nikt nie umiał powiedzieć co się stało.
Czasami
zaglądam na listę dyskusyjną o genealogii - nie spisuję własnego
drzewa, ale bardzo lubię poczytać, jak inni to robią, to bywa fascynujące.
No i dziś też zajrzałam, zobaczyłam link do strony, gdzie zostały spisane
nazwiska osób represjonowanych na terenie byłego ZSRR. Z głupia frant
wpisałam nazwisko zaginionego stryja i... znalazłam!!!! Okazało się, że w
1940 roku został aresztowany przez NKWD, jest podana nawet sygnatura akt!
Napisałam do nich z prośbą czy mogę dowiedzieć się coś więcej - nie wiem
czy odpiszą i kiedy. Ale zadzwoniłam natychmiast do Taty - chyba do tej
pory siedzi z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami. Tato już dzwonił do obu
żyjących braci, będziemy czekać. A to ta strona: http://www.indeks.karta.org.pl/
może się komuś przyda?

19-02-2004r.
Nie dostałam
nawet potwierdzenia , że ktoś w ogóle przeczytał tego meila z zapytaniem o
stryja Stefana.... Nie wiem co zrobić - pisać jeszcze raz? Muszę się
zastanowić.
Nareszcie po Bigusi już widać, że będzie mamusią. Brzuszek się lekko
zaokrąglił, nawet czasami widać małe, wystające kulki - może to brzydko
zabrzmi, ale przypomina to worek z ziemniakami. No, dobrze - jeszcze z
malutkimi ziemniaczkami... Biga uwielbia kłaść się na plecach - zresztą, w
ten sposób usiłuje również karmić szczeniaki - i prosi o głaskanie.
Wczoraj położyłam obok niej i dwoma rękoma masowałam jej brzuch - możecie
nie wierzyć, ale mruczała jak zadowolony kot... W ubiegłym roku Nikita
przytulała się do Bigusinego brzuch i wydawało się, że "słucha"
szczeniaków - teraz nie, raczej woli poganiać z Arią, Bidze natomiast
zapewnia kosmetykę: co dzień myje jej uszy i oczy, sprawdza po kilka razy
czy już dobrze umyte i biegnie dalej. Jestem ciekawa, jak Aria zareaguje
na szczenięta?...

20-02-2004r.
Wczoraj
wieczorem musiałam wyjść - Michał wrócił około 22.00 i mówił, że gdy
szedł przez park znalazł pobitego, zakrwawionego faceta, który poprosił go
o pomoc. Wezwał karetę i... wrócił do domu! Jasny gwint - dlaczego tak go
zostawił? Po półgodzinie wrócił Jarek i powiedział, ze nie widział żadnej
karetki w parku (a park malutki - wielkości znaczka pocztowego). Nie
wytrzymała i poszłam - wzięłam Psotę i Nikitę, Michał poszedł ze mną. Nie
mogłabym spokojnie spać nie upewniwszy się, że karetka przyjechała. Na
szczęście faceta już nie było, a koło ławki znaleźliśmy ślady opon
samochodowych i dwa zapomniane opatrunki. Z tym, że Michał mówił później,
że facet było kompletnie pijany, a krew leciała mu głównie z nosa - więc
równie prawdopodobne jest, że go nikt nie pobił, tylko gość przewrócił się
i nieźle przydzwonił w ławkę...
Z Bigusi
powoli robi się Bigusia-Grubusia. Zauważyłam, że jak stanęła, to oddech
poruszał jej całym tułowiem - nie tylko klatką piersiową. Non stop chce
być głaskana, ciągle podstawia łepetynę lub brzucho. Wczoraj dostały znów
marchew, dziś stała pod drzwiami - myślałam , ze chce wyjść - ona jednak
podreptała do skrzynki z marchwią, żeby poczęstować się jedną. No i przez
tą marchew była draka - widać, że Aria dorasta. Do tej pory bezwzględnie
podporządkowywał się Nikicie, dziś pokazała pazury. A właściwie -
zęby. Otóż dałam im po marchewce - Biga chwyciła swoją i pobiegła na dwór,
Psota ulokowała się na dywaniku koło komputera, Nikita natomiast głabnęła
swoją i zaniosła do tej kociej budki pod stołem w kuchni. Zanim się
obejrzałam, już była z powrotem i capnęła marchew Arii - tę też schowała w
budce. Aria oczywiście nie popuściła i wlazła pod stół - Nikita skoczyła
cała zjeżona i warczące, ale tym razem Aria nie dała się zastraszyć i
pokazała zęby. Ostro było, bo ruda jędza za nic nie chciała oddać marchwi.
W końcu się uspokoiły, Aria wzięła swoją marchew i zaczęła jeść na środku
kuchni. Marchew była dość spora, więc odgryzała po kawałku. W pewnym
momencie słyszę znów awanturę: to Nikita cichaczem przydreptała do Arii,
stanęła za jej plecami i gdy ta nie patrzyła zabrała marchew. Nie zdążyła
dobiec ze swoją zdobyczą do budki pod stołem, Aria warcząc zagrodziła jej
drogę. Myślicie, że rudzielec się przestraszył?! A skąd! Odpowiedziała
równie wściekłym warkotem. Obie naprężone i nie popuszczą. Nie wiem czy
dobrze zrobiłam, ale zabrałam im powód do kłótni i za chwilę razem się
bawiły w najlepsze. Kurcze, myślę, że takie utarczki mogą się zdarzać
częściej, bo Aria zaczyna kojarzyć, że jest silniejsza od tej małej
terrorystki i ruda może nie raz oberwać.


23-02-2004r.
Jest już ciepło na dworze - nie
wiadomo na jak długo. Tak już bym chciała, żeby była wiosna... Na
dodatek, nie wiadomo skąd, złapałam obrzydliwy katar, bolało mnie gardło i
ogólnie mnie rozłożyło. Chodzę z kartonem chusteczek i mam co raz bardzie
czerwony nos. Koszmar.
Bigusia robi się psem
niskopodwoziowym. Przez tyle czasu nie było nic widać, potem powoli
zaczęła tracić figurkę, a teraz wygląda jak... jak... No, wyobraźcie
sobie, że przez kij od szczotki przewieszacie pierzynę - widać kij, a pod
spodem zebrało się całe pierze. U Bigusi podobnie - brzuszek jej opadł,
kręgosłup się wygiął i mam wrażenie, że wystaje nad sylwetkę. Jeszcze
zależy jak stanie, ale czasami tak to właśnie wygląda. Nie mogę zrobić
zdjęć, bo aparat nadal w naprawie, mam nadzieję, że będzie odebrany już w
tym tygodniu.
No i postanowiłam napisać Wam o
pierwszej wizycie mojej Mamy w Poznaniu - choć nie mogę zapewnić, że
pamiętam opowieść Mamy dokładnie : być może trochę pozmyślam.... Mama
(Teresa Zofia Fedorowicz) urodziła się w Brześciu n/Bugiem, Dziadek, który
był oficerem - zginął pod Modlinem 14.09.39. Babcia została z dwojgiem
małych dzieci - dopóki trwała wojna, pozostawała razem ze swoją dość
liczną rodziną. Wiem, że przez jakiś czas pracowała w sklepie w Warszawie,
ale szczegółów nie znam. Mama za to pamięta Kowiesy , tam jakiś czas
mieszkała. No i po wojnie powstał problem - do Brześcia nie było co
wracać, miejsca nie było, ani przyszłości. Babci znajoma sprzed wojny,
jeszcze z czasów balów oficerskich, zaproponowała im przyjazd do Poznania
- sama mieszkała tu już od jakiegoś czasu. Babcia musiała pewnie
pozałatwiać parę spraw - nie wiem, domyślam się - w każdym bądź razie
najpierw do Poznania przyjechała moja Mama - na wakacje. Był rok (nie dam
sobie za to głowy uciąć) 1945. Mama, na czas pobytu, zamieszkała przy ul.
Orzeszkowej, w domu (chyba) siostry tej pani. Ale to też się domyślam, nie
pamiętam jakie było powiązanie. Nie o to chodzi - ważne jest to, że Mama
miała wtedy 9 lat (urodziła się w Dzień Ojca - 23.06,1935r.), a w
rodzinie, z która zamieszkała była dziewczynka - chyba Krysia - prawie
rówieśnica, różnica była chyba 1 roku. Krysia miała również małego
braciszka - ale on nie bierze udziału w historii. Tato Krysi był jakąś
wysoko postawioną osobą w Poznaniu - nie wiem czy nie wojewodą? Choroba,
nigdzie nie zapisałam tej opowieści Mamy i teraz nie jestem pewna. Mama
opowiadała, że pewnego razy w domu tym było przygotowywane przyjęcie, a
mała Terenia chodziła i oglądała. Wiadomo, że nikt nie lubi, gdy w fazie
przygotowań dzieciak plącze się pod nogami i przepędzali Ją z miejsca na
miejsce. I tak znalazła się w salonie, gdzie już stół był nakryty i
przygotowany. Z ciekawości zaczęła oglądać i.... zobaczyła na talerzu
pumpernikiel. Wiecie - taki ciemny, sprasowany chleb. Złapała go i łakomie
odgryzła spory kawałek, przekonana, że to... piernik!. Rozczarowanie było
ogromne - i jednocześnie zażenowanie: zjeść nie zje, a wyrzucić nie ma
gdzie. Nie chciała z tym iść do kuchni, bo wydałoby się, że wyjadała ze
stołu. Więc wpadła na genialny - swoim zdaniem - pomysł i wepchnęła
nadgryziony kawałek pod resztę chleba. Oczywiście, w czasie przyjęcia
wszystko się wydało - Mama dostała niezłą burę. Innym razem zrobiły z
Krysią niezłe zamieszanie - wprawdzie nigdy nie mogłam pojąć, jak im się
to udało?! Otóż ten Wojewoda (albo i nie "wojewoda"?) miał zarezerwowaną
na stałe lożę w Operze. Jak nie chciał skorzystać - to dzwonił do Opery,
że miejsca te można sprzedać. No i pewnego dnia nie odwołał rezerwacji,
ale nie poszedł - prawdopodobnie, razem z żoną, udali się na jakieś
przyjęcie. W domu ich w każdym bądź razie nie było. Co wymyśliły
dziewczyny? Krysia dobrała się do precjozów swojej Mamy, obie - Krysia i
Terenia - wystroiły się we wszystko, co tylko znalazły: jakieś pióra czy
etole, biżuterię, na głowę jakieś ozdoby, obwiesiły się jak choinki. I tak
pięknie wystrojone... wybrały się do Opery. wpuszczono je do środka, ale
zaraz zadzwoniono do rodziców i po pierwszym akcie zostały ciupasem
odstawione do domu. Ale dla Mamy to nie było ważne - mimo, że bura była w
tym wypadku ogromna! Najważniejsza była Opera - a wystawiali Rigoletto.
Była pierwszy raz, mówiła, że siedziała cały czas cichutko, z
rozdziawionymi ustami i chłonęła wszystko dookoła. Zachwyciła Ją
atmosfera, stroje, muzyka - słowem wszystko. Zresztą - od tamtej pory, od
czasu dziecięcego wybryku, została wielką miłośniczką Opery, regularnie
chadzała na przedstawienia. Przez wiele, wiele lat.....

24-02-2004r.
Druga rocznica pożegnania z Mamą...


25-02-2004r.
Bigusia ma
chore ucho - bardzo ją boli, a właściwie swędzi. Gdy zaczyna się drapać -
strasznie płacze. Dostała krople do ucha i jest ciut lepiej, ale bardzo
nie lubię, gdy jej coś dolega. Nadal jest zima - śniegu wprawdzie
właściwie nie ma, ale jest zimno. Och, mogłaby już przyjść wiosna!
Znalazłam w necie Książkę Adresową 1929r. - a w niej wioskę, w której
urodził się mój Tato (Podbereż, ale w książce jest Podbereże, nie wiadomo
dlaczego?). Spis maciupeńki, kilka nazwisk - ale jest i
mój dziadek: koszykarz - Rak J. (Jakub). Śmieję się, że Maciek, który grać
w kosza - może z czystym sumieniem powiedzieć, że z niego jest koszykarz z
dziada pradziada.... A że jeden mógłby grać w lidze, a drugi wypłatać
wiklinę - to chyba nie ma znaczenia?

03-03-2004r.
Jak ten czas
szybko ucieka! Już tylko kilka dni - może 10, może tydzień - i maluchy się
pojawią! Bigusia leży na plecach, podtyka to swoje brzuszysko do głaskania
- a ja skwapliwie z tego korzystam. Nie macie pojęcia jakie to wspaniałe
uczucie, gdy pod palcami można wyczuć malutkie łapki, jak się rozpychają,
niesamowite! Przypuszczam, że podobnie jak w ubiegłym roku - maluchy mogą
być małe, mieć małą wagę urodzeniową. Tego zawsze się boję - że któreś
będzie ZBYT małe. Cały czas trzymam kciuki, żeby było ich mało, ale za to
większe. Jednak jak znam Bigę - to trzymanie kciuków niewiele
pomoże. Nauczona doświadczeniem wiem, że nawet tyciuteńkie Bigusine
maleństwo ma duże szanse i wyrasta na zdrowego, normalnych rozmiarów
psiaka. Ale co się nadenerwuję - to moje. Z jednej strony nie mogę się
doczekać - z drugiej chciałabym, aby pozostały u mamy w brzuszku jak
najdłużej, bo każdy dzień się liczy.

06-03-2004r.
Choroba, no i
wykrakałam! Poszłam spać około 2 nad ranem, a tuż o piątej miałam pobudkę!
Maluchów jest 7 - jak narazie, bo jedna sunia jakaś taka
słabowita jest. Wet widział maluchy i podobno są w przyzwoitej kondycji
(na pewno większe niż ostatnio), ale trzeba czekać. Myślę, że 2-3 doby i
wszystko się wyjaśni. Ta jedna mnie martwi..... Pilnuję, nie śpię, nie
myślę już chyba - trzymajcie kciuki
Aha, są 4 dziewczynki i 3 chłopców... Oto
jedno z nich:

Już minął dzień, maluchy popiskują, popijają, tylko to jedno maleństwo ma
jakieś opory - nawet przystawiona do sutka pociągnie tylko troszkę,
delikatnie i kończy - zasypia. Dałam jej glukozę, będę podawać dalej,
zobaczymy. Jak weźmie się szczenię do ręki to się napręża, wykręca, a ta
jedna nie za bardzo - jakby niezdecydowanie, jakby nie miała siły albo
ochoty. Kurcze... No i oczywiście jestem niedospana, bo jak które tylko
miauknie ja zaraz muszę zajrzeć do środka, a że piszczą co chwilkę, to nie
mam szans na spanie. Jarek mówi, że oczywiście przesadzam, że mam im dać
spokój itp. Ale jak ja mam je zostawić, jak one takie malutkie? I te
większe rozpychają się bardziej, a maludy mają być głodne? Wprawdzie te
mniejsze też się rozpychają (z wyjątkiem tej jednej, niestety, właściwie
dwóch - obie urodzone jako pierwsze), ale ja zakładam, że tracą przy tym
dużo więcej siły niż większe i przez to , nawet jak się dopchają do baru -
mają mniej siły na jedzenie. Przecież to wcześniaki! Ciąża u ludzi trwa 9
miesięcy, u psa - 9 tygodni. To jak szczenięta urodzą się o tydzień
wcześniej, to jakby człowiek urodził się o miesiąc wcześniej, czyż nie? No
i zapłodnienie wcale nie musiało nastąpić w dniu krycia, tylko nawet
do 76 godzin później, więc te małe po prostu są super wcześniakami!
Ach, nie napisałam ile ważyły. Obudził mnie płacz szczeniaka - jak
zajrzałam, były już dwie suczki - właśnie te, o które się niepokoję - więc
nie wiem o której się urodziły ani która pierwsza, Jarek mówił, że o 5.00
nie było jeszcze szczeniąt, nawet nie zauważył żeby się na nie zanosiło, a
ja zostałam obudzona przez płacz o 5.20.
|
lp. |
godz. |
płeć |
waga w g |
|
1. |
5,20 |
suka |
150 |
|
2. |
5.20 |
suka |
160 |
|
3. |
5,35 |
pies |
240 |
|
4 |
6.05 |
pies |
170 |
|
5. |
7.30 |
pies |
240 |
|
6. |
7,45 |
suka |
160 |
|
7. |
8,10 |
suka |
250 |
Zdjęcia robię, ale nie mam czasu na zmniejszanie i kadrowanie, więc
uzupełnię to później, narazie tylko krótko informuję. Maciek rano wstał i
od razu chciał wymyślać imiona - ale ....znów zasnął . Gdy Biga rodziła -
w szafie, ale obok mojego łóżka, taki pseudokomandor bez drzwi, Aria i
Nikita leżały na waruj na łóżku i wzrok miały wbity w maluchy. Teraz już
ich tu nie wpuszczam, bo Biga się bardzo denerwuje - a po co, niech
odpoczywa. Ugotowałam jej warzywa na mięsie i dostała z makaronem, na
siusianie wybiegła tylko raz i zaraz biegła do małych. Teraz jest cisza,
Jarek zrobił porządny kojec, teraz schnie po myciu i niedługo przeniosę
maluchy na nowe miejsce.


07-03-2004r.
No więc chyba, a raczej na pewno - tej małej nie umiem uratować. :(((((
Nie je kompletnie nic, ani z piersi, ani ze strzykawki - nie przełyka po
prostu. A o ssaniu już w ogóle nie ma mowy. Kładę ją jak najbliżej Bigi,
ale pozostałe zaraz ją odpychają i ląduje z boku. Jest dużo chłodniejsza,
ogrzewam ją, ale ona bardzo słabo się rusza. I co znamienne - wszystkie
popiskują, ale jak ona się odezwie - Biga cała się trzęsie, telepie i
strasznie denerwuje. Jakby inaczej piszczała, jakby ją co bolało?
Pozostałe , gdy płaczą, jest t o raczej głos buntu, że co to - nie ma
mleka, zimno mi, głos jest niecierpliwy i ponaglający, jak mała zapłacze,
to jest w tym jakaś żałość, raczej jęk niż płacz.... Biga jej nie odrzuca,
wręcz przeciwnie, ale mała jest chłodniejsza od innych i taka trochę
bezwładna? Jak dotknie się szczeniaka czy weźmie w rękę, to małe się
pręży, wywija, a przy cycusiu to nawet te najmniejsze próbują rozpychać
się (muszę pilnować, bo to rozpychanie nie zawsze im wychodzi i zmęczą się
niepotrzebnie - a i tak nie przepchną przez grubasków) - a ta mała
bezwolnie się poddaje. Podawałam jej strzykawką glukozę, to jej po prostu
nie przełyka, a boję się otworzyć jej pyszczek na siłę i wlewać, bo nie
wiem czy to pójdzie tam, gdzie trzeba - do żołądka, czy np. do płuc. Nie
poddaję się, cały czas próbuję, ogrzewam ją, pilnuję, żeby nie została
odepchnięta przez inne, przystawiam do sutka i podaję jej mleko po
kropelce, ale ponad połowa i tak leci jej po brodzie......
W nocy
zasypiałam na 15-30 minut, raz mi się udało chyba na 1,5 czy 2 godziny - a
tak cały czas muszę jakiegoś wędrowniczka sprowadzać na dobrą drogę, bo
piszczy w niebogłosy. Przed piąta Biga zażyczyła sobie jedzenia i
spacerku, więc wypuściłam ją na ogród i znów przygotowałam mięso z
warzywami i makaronem. Jarek kupił kurczaki - ale mrożone - i to mogłam
nastawić dopiero dziś rano, bo bałam się, że wieczorem nie dopilnuję

08-03-2004r.
No więc mam tylko pięć maluchów... Jedna -
ta najsłabsza -suczka odeszła w dzień, druga dziś nad ranem. A
wydawałoby się, że maja przyzwoitą wagę - jednak dużo, bardzo dużo spadły
- do 100g. Nie pomogło karmienie, wręcz "dojenie" Bigusi prosto im do
pyszczków - po dwóch łykach zasypiały i już. ... Choroba.... Jestem trochę
niedospana, więc nie będę dużo pisać - później uzupełnię i wiadomości i
zdjęcia.

09-03-2004r.
Jaka niesamowita zmiana - Biga była bardzo zdenerwowana, drżała, nie mogła
się ułożyć, kurczowo trzymała się kojca - jak druga suczka odeszła, Biga
natychmiast się uspokoiła, odprężyła i już bez oporów wychodzi z kojca na
dwór. Ba, nie tylko - nie boi się zostawić maluchów na chwilę, choć
dopiero minęły 3 dni - i chodzi sobie po domu. U maluchów już można
odróżnić różnice w charakterkach - jestem ciekawa jak to się przełoży na
ich dorosłe życie. Są trzy pieski - najmniejszy jest najbardziej uległy,
inne z łatwością wypychają go z baru , a on bez buntu zasypia. No, chyba,
że jest strasznie głodny, to zaczyna się przepychać i popiskiwać, ale bez
buntu i awantur. Średni piesek jest.... średni
No tak, nie awanturuje się, jest spokojny i
przylepny, wzięty na ręce nie wyrywa się, lubi przytulanie. Jest silny,
więc nie ma problemów z dopchaniem się do cycusia. Największy jest
najbardziej histeryczny - ciągle głodny, a jak obudzi się z dala od mamy -
piszczy rozpaczliwie, piszcząc kręci się w kółko i szuka, a jak już
dopadnie do mlekopoju - jeszcze trochę musi popiszczeć. Wzięty na ręce nie
buntuje się, ale zdecydowanie woli być przytulony do mamusi. Mniejsza
suczka, wbrew pozorom, nie jest taka mała , jak na dziecię Bigi. Jednak w
porównaniu ze swoją siostra to knypek. Ale jaka sprytna? Uparta i sprytna.
Taki mikrus, a wszędzie się wepchnie, już kilkakrotnie udało się jej
wykolegować z baru dużego brata
Jak ją odepchną, to podejdzie z drugiej
strony. I tak się naje. No i jeszcze druga - większa suczka. No cóż, może
to nieładnie z mojej strony, ale ona jest po prostu....GRUBA! I ciągle je.
I nie musi się rozpychać - po prostu idzie jak czołg. I uwielbia spać z
głowa położona na którymś z rodzeństwa....
|
lp. |
godz. |
płeć |
waga w g 6.III |
waga w g 9.III |
|
3. |
5,35 |
pies |
240 |
340 |
|
4 |
6.05 |
pies |
170 |
230 |
|
5. |
7.30 |
pies |
240 |
360 |
|
6. |
7,45 |
suka |
160 |
250 |
|
7. |
8,10 |
suka |
250 |
400 |


10-03-2004r.
Ale numer - słyszałam warczenie z kojca ! Nie zdążyłam
zidentyfikować , które to taki bystre, ale jak doszłam, to stwierdziłam,
ze wszystkie śpią - znaczyć się musiało któreś warczeć przez sen. Jakie to
śmieszne - maluchy jak małe kreciki, ślepe i głuche, a tu taki odgłos !
Biga co raz częściej wychodzi z kojca i biega po dworze - jej pewnie też
zimowe siedzenie w domu dało się już we znaki? Psotka - odwrotnie niż w
roku ubiegłym - absolutnie nie interesuje się maluchami, zajrzała jedynie,
sprawdziła i koniec. Zupełnie obojętnie przechodzi obok kojca, a Biga -
tez odwrotnie niż w ubiegłym roku - nie broni go histerycznie. Nikita
weszła do maluchów pod nieobecność dotleniającej się mamusi, obwąchała,
polizała i wyszła. zagląda czasami, ale bez specjalnego zaangażowania.
Aria natomiast zupełnie zgłupiała - może to również być efektem cieczki i
bałabym się w takim wypadku urojonej - zagląda do maluchów co chwila, jak
który zapiszczy - Aria wsadza tam swój nos. Niewiele obchodzi ją
ostrzegawcze powarkiwanie Bigi - ona MUSI sprawdzić. A jak ważę maluchy -
to prawie razem z nimi wpycha się na wagę. Strasznie jest przejęta. A
jednocześnie - wszędzie łazi za Bigą, razem z nią musi również wyjść na
dwór. Pierwszego czy drugiego dnia Biga tylko wybiegała, siusiała i
jeszcze szybciej wracała do domu. Dziś widziałam już jej wędrówki po
ogrodzie (jeżeli to dziadostwo można w ogóle jeszcze tak nazywać - tak
bardzo jest zniszczona trawa), wchodziła na górę ziemi i obszczekiwała
okolicę. Oczywiście - z Arią przy boku. Z karmieniem Bigi mam trochę
problemów - suchego nie tknie, ale to normalne, nigdy po porodzie nie
jadła, wody tylko ociupinkę. Gotuję jej ryż z warzywami i kurczakiem - a
ona nie za bardzo chce to jeść. Kłuje ją w zęby czy co? W końcu zjada -
ale widzę , że najchętniej posilałaby się samym mięskiem - cwaniara jedna.
Pozostałe dziewczyny tylko czekają, żeby coś zostawiła w misce. Muszę ją
karmić w łazience, żebym była pewna, że to ona zjadła, a nie któraś z
pozostałych. No i są już wybrane 3 imiona DAPHNE, DELPHI i prawdopodobnie
DAGER (to po tatusiu, ale nie wiem dla którego psa). Może DAGER-JUNIOR?
Jeszcze zobaczymy. Te dwa pierwsze wybrał przyszły właściciel dla
dziewczynek, więc to pewniaki.
Maciek brał
udział w jakimś konkursie czy teście z przyrody, zajął drugie miejsce w
szkole i będzie ją reprezentował na podobnym teście międzyszkolnym.
Pisałam już o tym? Nie wiem, czasami
lubię się powtarzać. A że ostatnio chodzę niedospana , więc mój przewód
myślowy jakby się wydłużył. W każdym bądź razie niedługo będą składane
podania do gimnazjów i Maciek idzie do gimnazjum na os. Newtona: blisko
domu, stosunkowo nowy budynek szkoły, no i co dla niego ważne - ma
siłownie i basen. Och, i niedługo Kangur. Ale nie wiem jakie ma szanse -
dwa lata temu zajął 3 miejsce w szkole, a teraz twierdzi, że wszystko
zapomniał. No ładnie, na kilka tygodni przed egzaminami do gimnazjum.
Michał od
poniedziałku chodzi na kurs barmański - cieszę się, że mu to pasuje, że
interesuje do i że chodzi z przyjemnością, ale wraca po 22.00, a ja muszę
wysłuchiwać jakie są rodzaje win, kieliszków i czegoś tam jeszcze....
Wcale mnie to nie interesuje... Ale co mam robić, zachwycam się ile umiem
Kurs będzie trwał 12 dni w sumie 100 godzin.
Ale to dopiero pierwszy stopień, jestem ciekawa na jak długo starczy mu
zapału? Dobrze, że ten jego czarny maluch jest sprawny, bo zajęcia kończą
się bardzo późno, a odbywają się na drugim końcu miasta. Tam już chyba
ptaki zawracają.

11-03-2004r.
Zawiązałam szczeniakom kolorowe wstążeczki - tylko po pierwsze nie wiem
jak długo będą je miały, a po drugie nie wiem po jakiego grzyba to
zrobiłam. I tak je rozróżniam, może tylko do zdjęć. No, dziś w każdym bądź
razie są - zobaczymy jak długo. Zrobiłam oczywiście od razu zdjęcia i
wyszła w sumie sesja Daphne - to ta , co ma czerwoną wstążeczkę. Delphi ma
kremową. Chłopcy: największy ma zieloną, średni - niebieską, a
najmniejszy żółtą.



12-03-2004r.
Jest już godzina 22.00 a ja..... właśnie się obudziłam. Wczoraj przyjechał
z Warszawy mój brat i siedzieliśmy prawie do 3 nad ranem, a pobudka skoro
świt - bo psy głodne i musza wyjść na spacer. w ciągu dnia parę
sytuacji, które spowodowały u mnie wzrost adrenaliny - no i w efekcie
popołudniu padłam jak kawka. Przespałam chyba 4 godziny! O rany....
Rano
zobaczyłam na ogonku średniego pieska (tego w niebieskiej wstążeczce)
takie coś, co w pierwszej chwili wzięłam za.... napitego kleszcza! Włos mi
się zjeżył! Okazało się, że to "ropień" (tak mądrze to-to nazwałam, a
wcale nie wiem czy to dobre określenie?). Jak wzięłam małego do światła i
dotknęłam tego czegoś - wybuchło ropą i krwią. A na tym miejscu powstał
krater... O rany, właśnie przeczytałam to, co napisałam i wygląda to
strasznie - ale tak naprawdę takie nie jest, po prostu ropka wyszła i
została ranka. ale na malusieńkim ogonku malusieńkiego pieska - nabiera to
innych wymiarów. Przyjaciółka-lekarka doradziłam mi zdezynfekowanie i
posmarowanie odpowiednią maścią, zresztą - zaraz zaschło. Mam nadzieję, że
zagoi się jak na psie. Obejrzałam sobie zdjęcia z poprzedniego dnia - i w
tym miejscu na jego ogonku dojrzałam jedynie lekkie prześwitywanie, chyba
zaczynało się "budować". Już kiedyś jeden z maluchów miał coś takiego - na
łopatce. Tam sierść zakryła intruza i zorientowałam się dopiero po wzięciu
małego na ręce i pogłaskanie. Też wydawało mi się, że została po tym
olbrzymia dziura. Nie mam pojęcia skąd to może się brać - mają czysto, są
zadbane, no nie wiem.....
|
lp. |
godz. |
płeć |
waga w g
6.III |
waga
w g 9.III |
waga w g
10.III |
waga w g
11.III |
waga w g
12.III |
|
3. |
5.35 |
pies |
240 |
340 |
390 |
400 |
440 |
|
4 |
6.05 |
pies |
170 |
230 |
240 |
270 |
340 |
|
5. |
7.30 |
pies |
240 |
360 |
400 |
440 |
520 |
|
6. |
7.45 |
suka |
160 |
250 |
270 |
300 |
360 |
|
7. |
8.10 |
suka |
250 |
400 |
430 |
480 |
560 |
A po południu Maciek poszedł na boisko pograć w piłkę nożną i wrócił po
krótkim czasie. Okazało się, że w trakcie biegania czy czegoś tam (a skąd
ja mam wiedzieć czego?) Maciek został popchnięty i wpadł twarzą na słupek
od bramki. Zamroczyło go, zaczęło mu się kręcić w głowie, położył się na
ławce i (podobno) akurat tamtędy wraca do domu jakiś lekarz, który go
obejrzał. Niby nic się nie stało tylko nos ma obolały. Kurcze,
przestraszyłam się bardzo, ale oczywiście wszyscy twierdzą, że panikuję i
przesadzam....
Kurcze blade
- już po północy. Właśnie wypuściłam z domu pogotowie, które musiałam
wezwać do...... Jarka! Bóle w okolicy obojczyka i cała lewa strona,
problem z oddechem. Zrobili ekg (z trudem, bo kolega małżonek ma owłosiona
klatkę piersiową i te dynksy nie chciały trzymać na przyssawkę) - nic nie
wykazało. Prawdopodobnie to bóle od kręgosłupa. Jarek mówi, że lepiej się
czuje jak siedzi, ale kazali mu leżeć, więc się położył. Gorzej ze
wstaniem. Dostał jakieś zastrzyki O Jezu, jak to dobrze, że to nie
serce...

16-03-2004r.
Wiosna już tuż tuż. Oczyściłam część działki, ale prawdę mówiąc - po zimie
i po psich gonitwach nie wygląda najlepiej. Aria zagryzła na śmierć
większość zielska, stratowała kiełkujące kwiaty... Choroba, muszę szybko
pogrodzić. Maluchy już próbują unosić się na łapkach - przekomicznie to
wygląda, jak po wejściu Bigi do kojca - na ogół zostawia je same i
wyleguje się na moim łóżku - budzą się wszystkie i które silniejsze to
pierwsze dotrze do baru. Kiwają się na tych łapkach, chwieją, tyle wysiłku
wkładają w utrzymanie się, a tu z boku nadciągnie jakiś brat albo siostra
i już nici z całego wysiłku
Przepychają się przy cycusiach, mały
(żółty) jest najmniej sprytny i jego zawsze wykolegują. Muszę smerfa
pilnować, bo cielątko jedno - jak go odepchną to idzie spać. Chociaż w
którymś momencie zauważyłam, ze jednak się nie poddał tylko dopychał ile
sił. Widocznie był bardzo głodny i zdesperowany. Jejku, już niedługo
otworzą oczka
|
lp. |
kolor |
godz. |
płeć |
waga w g
12.III |
waga w g
13.III |
waga w g
14.III |
waga w g
16.III |
|
3. |
niebieski |
5.35 |
pies |
440 |
490 |
560 |
640 |
|
4 |
żółty |
6.05 |
pies |
340 |
360 |
390 |
410 |
|
5. |
zielony |
7.30 |
pies |
520 |
560 |
640 |
700 |
|
6. |
biały |
7.45 |
suka |
360 |
420 |
470 |
520 |
|
7. |
czerwony |
8.10 |
suka |
560 |
590 |
680 |
700 |
Niedługo skończy mi się skala na tej mojej wadze kuchennej....


19-03-2004r.
Nie
wiem czy pamiętacie - w ubiegłym roku Psotka bardzo nachalnie pchała
się do kojca, ba! próbowała podbierać maluchy już podczas porodu Bigi, a w
ogóle to jeszcze przed porodem kładła się do szafy (tam, gdzie Biga miała
rodzić) i stękała, drapała, jakby to ona szykowała się na przyjście na
świat szczeniąt. W tym roku - nic z tych rzeczy. Kompletny brak
zainteresowania. Kojec omijany szerokim łukiem, bez zaangażowania. No i
dziś rano Jarek mnie obudził i mówi - zajrzyj do kojca. No i co
zobaczyłam?!


20-03-2004r.
Maluchy skończyły dziś dwa tygodnie. A Biga 8 lat. Rejwach w kojcu co raz
większy, zaczynają otwierać oczka, próbują chodzić na łapkach - im
mniejszy szczeniak tym mu łatwiej, przepychają się ile wlezie, drapiąc
przy tym mamę niemiłosiernie. Pazurki już miały obcinane, niesamowicie
szybko rosną. Gdy zaczną już chodzić - będą je ścierać, ale teraz mają po
prostu szpileczki. Daphne - ta największa suczka - najczęściej chce jeść i
woła mamę. Kręci się po kojcu i pomiaukuje. Jak tylko Biga położy się
zaczyna się wielki wyścig, wszystkie się budzą i przepychają. A jak przy
tam miauczą! Oczywiście najmniejszy piesek nie jest w stanie powstrzymać
inwazji większej siostry czy brata i choć dzielnie walczy muszę pilnować ,
żeby go nie wykolegowali. Jedzą kiedy chcą, a właściwie kiedy im Biga
pozwala - ostatnie karmienie wypada jej około północy, potem dopiero nad
ranem , około 5.00 czy 6.00 godziny. Jarek wstaje o 6.00, więc psy
również, a że małe zaczynają słyszeć, to budzą się razem z nimi. Dziś jest
sobota, pobudka o godzinę później - i widzę, że maluchy też dopiero o tej
godziny dostały pierwsze śniadanko. Psotka chciałaby leżeć z maluchami i
je dokarmiać, ale nie za bardzo na to pozwalam, bo nie mogą się w ten
sposób najeść, a tracą siły na przepychanki. Natomiast gdy najpierw dobrze
się najedzą u mamy, a potem przyjdzie babcia - to jest to tylko
wielkie przytulanie i ewentualne wykorzystywanie Psotki jako smoczka i
grzałki Najgorzej, że Psotka wpycha się do maluchów jeszcze podczas gdy
leży tam Biga, kładzie się z boczku bardzo ostrożnie, a jednocześnie jeży
się i warczy na Bigę, żeby ją z tego kojca wygonić. No i oczywiście
warczy również na Nikitę czy Arię, gdyby któraś ośmieliła się podejść za
blisko. Dobrze, że tym razem kojec mam w sypialni - jedynym pokoju z
drzwiami - więc mogę po prostu uniemożliwić jej robienie zadymy.
Wieczorem Biga leżała w kojcu, gdy weszła do niego Psotka i rzuciła się na
Bigę z zębami! Kurcze, w pokoju był półmrok, dopadłam do Psoty i wyniosłam
z kojca, w międzyczasie Nikita dopadła do Psoty podbrzusza, Aria chyba
łapała ją za łapy, Biga wyskoczyła z kojca i też chciał mieć swój udział,
Nikita skoczyła na Bigę, Biga na Arię, Psotka się wyrwała i pognała do
kojca, zamknęła Bigę w łazience, Nikitę i Arię wyrzuciłam na dwór i na
koniec wyprosiłam Psotkę z kojca z nakazem nie pokazywania się w jego
pobliżu. Za chwilę wszystkie cztery leżały zgodnie na posłaniu w dużym
pokoju, ale przez moment była jatka. Biga ma ranę na głowie, chyba od zęba
Psotki. Choroba, nie chciałam tego robić, ale nie wiem czy nie będę
zmuszona wysterylizować emerytki, bo co raz gorzej się zachowuje, co raz
bardziej nachalnie chce kraść szczeniaki.
Jutro Nikita ma 2 urodziny...

22-03-2004r.
Choroba, Psotka znów zaatakowała Bigę. Rozmawiałam z wetem, trzeba czekać,
aż jej hormony wrócą do normy i chyba jednak będziemy sterylizować. Lada
dzień maluchy będę musiała przenieść do większego kojca, a ten mogę
ustawić jedynie w kuchni. Problem w tym, że tam nie ma drzwi i nie mogę
zamknąć pomieszczenia. Narazie znalazłam jedno rozwiązanie - Psotka na
smyczy, przywiązana do czegoś. Na dworze jest jeszcze zdecydowanie za
zimno, żeby miała tam siedzieć godzinami, więc muszę coś wymyślić -
inaczej będzie znów awantura o maluchy. W ubiegłym roku tak nie było, choć
widać, że bardzo zależało jej na dzieciakach - w tym roku nie przejawiała
większego zainteresowania i nagle jej odbiło. Niedługo będzie miała 10
lat, więc te ciąże urojone też są dla nie niepotrzebnym obciążeniem.
Dziś odrobaczyłam całe towarzystwo - dla maluchów drontal-junior, dla
starszych "dorosły" drontal. Dzieciaki pluły tym prawie na odległość, błe,
różowe świństwo... No i kolejny raz zostały obcięte pazurki - strasznie
drapią tę swoją biedną mamusię, dobrze, że ona ma tyle cierpliwości....
Oczka już prawie całkowicie otwarte, próbują dreptać - strasznie śmiesznie
to wygląda, jak pierwsze roboty z filmów SF


24-03-2004r.
Dziś, gdy maluchy się obudziły - zaczęły strasznie się kręcić i płakać,
wołając swoją mamusię - przez brzeg kojca byl przewieszony kocyk i Daphne
chyba jakimś cudem wskrobała się na niego i nagle znalazła się poza
kojcem. Przypadła do ziemi przestraszona, nawet przestała piszczeć.
Wzięłam ją zaraz na ręce, wtuliła nosek w moje ucho i już było dobrze...
|
lp. |
kolor |
godz. |
płeć |
waga w g
16.III |
waga w g
20.III |
waga w g
23.III |
|
3. |
niebieski |
5.35 |
pies |
640 |
840 |
970 |
|
4 |
żółty |
6.05 |
pies |
410 |
600 |
740 |
|
5. |
zielony |
7.30 |
pies |
700 |
900 |
1060 |
|
6. |
biały |
7.45 |
suka |
520 |
720 |
940 |
|
7. |
czerwony |
8.10 |
suka |
700 |
900 |
1120 |
Wczoraj dałam im do spróbowania po jednej kuleczce suchej karmy dla
szczeniąt - oczywiście namoczonej, o konsystencji papki. Zjadły
niechętnie. Dziś dostały już po 3 namoczone kuleczki - zjadły o wiele
chętniej, a ten najmniejszy piesek, w żółtej wstążeczce - zjadł z wielkim
apetytem i pewnie chciałby więcej. Dostanie jutro - muszę powoli zwiększać
porcje. Jak się maluchy budzą - to już powarkują, próbują się bawić,
ziewają, łażą po całym kojcu - śmieszne są. I takie przytulne.....

01-04-2004r.
Ojoj, ale zrobiłam przerwę w pisaniu?! A tu tyle dzieje. Już kojec jest
powiększony i przeniesiony do kuchni, wczoraj Jarek musiał go podwyższyć,
bo najpierw niebieski piesek, potem zaraz zielony usiłowali się wydostać.
czerwona Daphne nie próbowała - po prostu wyszła....
Biga karmi małe na siedząco - mają wtedy dostęp do wszystkich sutków, ale
i tak strasznie się przepychają i bardzo ją drapią po brzuchu. Pozostały
czas Biga spędza poza kojcem, wchodzi tylko w razie potrzeby. Psotka jest
cały czas odizolowana, ale pozwalam jej na nocne czuwanie przy
szczeniakach. Nocą zamykam się w sypialni z Bigą, Nikitą i Aria, a Psotka
rządzi. Tzn. jak tylko ją wypuszczę to wpada do kojca i leży tam do samego
rana. Korzyść z tego jest taka, że maluchy przesypiają całą noc, babcia
służy im za smoczek, przytulankę, a i troszkę mleczka ma dla nich. A rano
Biga wpada do kojca i maluchy mają pożywne śniadanko. Dostają też już
dodatkowe jedzenie - co dnia co raz więcej go znika. najpierw było tylko w
zasadzie próbowanie, teraz już zaczynają jeść. Przed chwila właśnie trochę
zjadły z miski, potem przyszła mama i dokarmiła mleczkiem - jakie wtedy
słychać mlaskanie, cmokanie - a potem dokończyły z miski. Śpią jeszcze
większość czasu, czuwanie to około 15-30 minut, które poza jedzeniem
spędzają na zabawie. Powarkują, poszczekują, zaczynają biegać. Jeszcze nie
stoją pewnie na łapkach, ale co raz lepiej im to wychodzi. Kilka razy już
wystawiłam je poza kojec, o dziwo nie bały się, od razu bardzo dzielnie
zaczęły zwiedzać duży pokój. mam już problem ze zważeniem ich , bo
wskazówka wagi skacze jak oszalała. Ale jak maiłoby być inaczej, gdy te
smurfy tak się wiercą? W każdym bądź razie żółty nadal jest najmniejszy i
wazy około 1,2kg, największa jest czerwona suczka i jej waga jest w
okolicy 1,5kg.
Wieczorem
maluchy po raz kolejny zwiedzały dom i tym razem natknęły się na kocią
budkę Nikity - jak było do przewidzenia, usiłowały wszystkie wejść do
środka. Jednocześnie. Wstawiłam im to-to do kojca i w niej teraz zasnęły.
Ale jest mały problem - tylko 4 się mieszczą. Zawsze któryś pozostaje na
zewnątrz. Spróbuję kupić gdzieś większą budkę, bo to i tak jest zniszczona
- to Aria swego czasu ostrzyła sobie na niej zęby. No i muszę kupić drugą
miskę - z tej już nie mogą jeść jednocześnie, przestały się mieścić. Dziś
zielony nie mógł się dopchać i jadł na końcu, ale z tym to różnie
bywa. Jedzą już całkiem sporą porcję na każdy posiłek, Biga natomiast
wyraźnie zrzuciłam problem karmienia maluchów na mnie - co raz rzadziej
chce wchodzić do kojca, jak już naprawdę rozpaczliwie ją wołają. Psotka
natomiast pierwszy raz wyszła z kojca dobrowolnie - wg jej kalendarza
szczeniaki mają już dwa tygodnie i może sobie pozwolić na ich
zostawianie....

05-04-2004r.
Choroba, nie wiem w co najpierw ręce włożyć. Czy doba w tygodniu przed
Świętami nie mogłaby mieć 46 godzin? Maludy co raz krócej śpią, wychodzą
już na trawę, bawią się - chyba im się to podoba, bo po obudzeniu chcą od
razu wyjść. No i zostało zatwierdzone:
|
czerwona |
DAPHNE |
|
biała |
DELPHI |
|
zielony |
DRAGON |
|
żółty |
DAGER |
|
niebieski |
DRAGO |
Psotka (wg swojego wymyślonego terminu) "urodziła" szczeniaki dwa tygodnie
po tych rzeczywistych - czyli teraz te jej mają dwa tygodnie. Widać to po
zachowaniu - włazi do kojca tylko w razie potrzeby. Jakby kto spojrzał z
boku, to maluchy mają dwie "mamusie" - jak w ubiegłym roku zresztą. ale na
trawie bawi się z nimi.. Aria i Nikita. Psotka wygrzewa się w słońcu, a
Biga niby chce, ale one zaraz by chciały jeść, więc mama wieje ile sił w
nogach. No, chyba, że tylko jeden lub dwa się do niej dobiorą.


07-04-2004r.
Właśnie
zważyłam maluchy - o dziwo mniej się kręciły i można było odczytać
wartość.
|
lp. |
kolor |
godz. |
płeć |
waga w g
6.III |
waga w g
20.III |
waga w g
23.III |
waga w g
07.IV. |
|
3. |
niebieski |
5.35 |
pies |
240 |
840 |
970 |
2060 |
|
4 |
żółty |
6.05 |
pies |
170 |
600 |
740 |
1580 |
|
5. |
zielony |
7.30 |
pies |
240 |
900 |
1060 |
2040 |
|
6. |
biały |
7.45 |
suka |
160 |
720 |
940 |
1560 |
|
7. |
czerwony |
8.10 |
suka |
250 |
900 |
1120 |
2000 |
Delphi szczeka podczas jedzenia z miski. No, nie zupełnie "szczeka", ale
na pewno coś tam do siebie gada. Wszystkie już biegają po domu, gonią się
po pokoju, jedzą z miski, walczą ze sobą - są słodkie. Jeszcze czasami
opierają się na większej części tylnych łap (tak do zgięcia kolana,
łokcia?), ale już co raz lepiej sobie radzą. Dager dogonił wagowo Dalphi,
już nie jest najmniejszy - za to ma sporo energii i jest skory do zabawy.
Maluchy uwielbiają bieganie po domu i zaczynają się tego domagać. Za
każdym razem, gdy się przebudzą. Nawet o 1.00 w nocy.... Jedzą kilka
razy dziennie (nie liczyłam, bo nie jest to regularne), pierwszy raz
ok.6.00 rano, ostatnio około północy. Któreś nadal woli załatwiać się na
posłanie zamiast na gazety, ale mam nadzieję w końcu dorwać delikwenta.
Gdy biegają po domu, to rozkładam gazety w pokoju i korytarzu, ale wtedy
jakoś im tam trudniej trafić. Usiłuję dopilnować wszystkie i sadzać na
właściwe miejsce, ale jak narazie z mizernym efektem - raz trafią, a raz
nie. Ani wczoraj, ani dziś nie były w ogródku, bo pogoda nie najlepsza:
rano trawa jest mokra, a później mocno się ochłodziło. Szkoda - bo to dla
nich fajna sprawa. Usiłuję również nauczyć je przychodzenia na wołanie -
czasami już reagują i biegną wtedy ile sił w łapkach. jak usiądę z nimi na
podłodze, to zawsze któreś chce się wepchnąć na kolana - przez to mam
problem z robieniem zdjęć. Zauważyłam, że Biga już zupełnie przestała
karmić - chyba, że jest tylko jeden, ale to też tylko na chwilkę. Raczej
woli się z nimi bawić, podgryzać przewracać, ale jakby który chciał się
dobrać do baru, to Biga ucieka. Psota już też się rozmyśliła i znów nie ma
szczeniaków - wreszcie dała im spokój, a tym samym odczepiła się od Bigi i
już jej nie prześladuje.
Do Świąt
kilka dni, a ja nie mam wypranych firan i pościeli: szambonurek przyjedzie
dopiero pojutrze, w piątek. Mam nadzieję, że ze wszystkim zdążę. A to
wszystko przez Maćka, który pewnego pięknego dnia przyniósł mi kilka
worków, w których były wszystkie jego ubrania (chyba) i powiedział, że nie
ma w czym chodzić. Powiedział, że zapomniał znosić je do prania -
więc ja trzy dni z rzędu prałam wyłącznie jego rzeczy i szambo się
zapełniło. Dostał burę i teraz widzę, że znosi codziennie. Dziś był
ostatnio dzień szkoły przed Wielkanocą. Maciek brał udział w olimpiadzie
przyrodniczej - w szkole zajął 2 miejsce i razem z dwoma dziewczynkami
reprezentował szkołę. Zajęli 5 miejsce, a Maciek do dziś nie może
przeboleć, że dziewczyny uparły się, że to Norwegia leży poniżej poziomu
morza.... Wczoraj był turniej międzyszkolny w siatkówce - zajęli 1
miejsce.

10-04-2004r.
Właśnie dziś
odmłodziłam się znów o rok, a moje starsze dziecię ma imieniny. Oczywiście
- imprezujemy w Święta, dziś jeszcze nie. Ciasto popieczone, sosy
porobione, nawet zdążyłam wyprać firany i kilka innych rzeczy. Maluchy jak
na złość mało dziś spały o koniecznie chciały z nami sprzątać, piec i
gotować. Teraz i my odpoczywamy - i psy. Właśnie przed chwilą
ostatni ze szczeniaków znalazł swój przyszły dom. Musze zmienić informację
na stronie - za dużo jest zdjęć ze wczesnego dzieciństwa, a za mało
aktualnych. Chciałabym zrobić dla każdego malucha osobna stronkę, ale nie
wiem czy dziś zdążę. Jak nie - to po Świętach. Wszystkim życzę spokojnych,
radosnych i pogodnych Świąt Zmartwychwstania



16-04-2004r.
Byłam chora.
Ta źle się czułam, że nie miałam siły myśleć, nie mówiąc już o robieniu
czegokolwiek. Jarek zresztą też, a to wszystko za sprawą Macka, który
pierwszy przyniósł do domu jakąś zarazę. Teraz został tylko katar, więc
mogłam zacząć doprowadzać dom do porządku. Gdy tak odkopywałam kuchnie
spod sterty brudnych naczyń, odkurzałam i myłam podłogi - to ciągle
chodziła mi po głowie melodyjka : "... być kobietą, być kobietą...".
Byłam z w sklepie zoo i kupiłam maluchom pierwsze wędzone ucho -
raczej się tym bawią, niż jedzą, ale są mocno zainteresowane. Duże
wyrzuciłam na dwór, bo to straszne złodziejki i natychmiast by
podprowadziły przysmak. One też dostały - ale zniknęło w mgnieniu oka.
Zamówiłam dla nich obróżki i smycze, mam nadzieję, że dojada do sklepu na
czas. No i kupiłam zabaweczki - strasznie to-to drogie!! No cóż, ale
maluchy musza mieć się czym bawić. Maluchy lubią wychodzić na dwór -
bardzo się tego domagają. Stoją pod drzwiami na taras i drapią.
Najbardziej mi się podoba, jak czekają z kupka, aż wyjdą na dwór.
Oczywiście - tylko czasami, ale mam nadzieje, że to pierwszy krok w dobrym
kierunku. Tak sobie myślę: już za tydzień do nowych domków, smutno mi się
robi... Mam nadzieję, że się przyzwyczaja szybko, że nie będą za dużo
płakać itp.... One chcą być cały czas z kimś, najgorsze będą pierwsze dni,
gdy pozostaną same w domu. Najlepiej dać im np. takie ucho i zabawki. No i
zmęczyć zabawą przed wyjściem. Będę trzymać kciuki.

17-04-2004r.
Właśnie
wróciliśmy - wystawa krajowa, Kwidzyn-Miłosna. Na terenie stadniny
ogierów, pięknie. Wiało jak jasna pogoda i w zębach trzeszczał mi piasek,
ale w sumie podobało mi się. Nikita dostała CWC i Zwycięstwo Rasy, Aria
srebrny medal i ocenę doskonałą, a Psotka złoto, doskonałą i Najlepszy
Weteran. No i puchar - dla Psotki i pięknie zrobiona pamiątka dla Nikity.
Pojechaliśmy zakatarzeni, po drodze zerwała się linka od sprzęgła
(chyba?), dobrze, że to sobota, bo w Grudziądzu był otwarty sklep z
częściami i Jarek mógł od razu wymienić. Nie czekaliśmy do końca wystawy,
nie wyszliśmy na ring główny - raz, że nie wiadomo było czy w samochodzie
znów coś nie trzaśnie, a po drugie - już mieliśmy dosyć - jednak chyba
przeziębienie nas zmogło i od wiatru rozbolały głowy. Maluchami zajęli się
moi chłopcy (nie wiem który bardziej) i zdali na piątkę: w kojcu czysto,
maluchy wybiegane i nakarmione. Bigusia przywitała nas dzikim tańcem
radości a pozostałe rzuciły się do miski z wodą i jedzeniem. Mieliśmy to
wszystko ze sobą na wystawie, ale chyba w domu bardziej smakuje...

25-04-2004r.
Szczerze? To
jest po prostu straszne.... W domu pusto i cicho... Właśnie odjechały
ostatnie szczenięta, a ja.....? Wróciłam do domu i zaczęłam szykować
następną porcję jedzenia dla nich.... Chyba jestem szurnięta....
Wczoraj przyjechali najpierw po Dagera - tego najmniejszego, z żółtą
wstążeczką. W drzwiach minęli się z właścicielami Dragona ( z zieloną
wstążeczką) , a gdy i ci wychodzili - przyjechała Jo z właścicielem
Daphne i Delphi. Wyjeżdżali dziś, zabierając ze sobą jeszcze Drago, po
którego właściciel przyjedzie do Jo do domu. Daleka droga przed nimi. Te
trzy ostatnie maluchy jadą razem, więc może w ten sposób lepiej zniosą
podróż?...
Okropnie pusto się zrobiło, to chyba najgorszy czas, właśnie gdy maluchy
wyjeżdżają. Już wczoraj, gdy dwa pojechały - ja i tak szykowałam porcję
jedzenia dla pięciu. Mało tego - cały czas liczyłam szczenięta i nie
mogłam znaleźć. Dopiero po chwili docierało do mnie, że mam liczyć do
trzech, a nie do pięciu...... Właściciel Dragona już napisał wczoraj - że
dojechali szczęśliwie, Dragon zaakceptował swoją budkę i poszedł spać. U
nas w domu wszystkie wyjątkowo długo biegały, dużo było wrażeń, no i
oczywiście dochodzi do tego stres związany ze zmianą domu, ludzi,
zapachów, brakiem mamy i w zasadzie wszystkiego, co znajome - dopiero
pewnie dziś zacznie zwiedzać dom na dobre. O podróży Dagera dowiem się
dopiero dziś wieczorem, gdy napisze do mnie Jo - jak wróci do domu, to ma
się z nimi skontaktować i wypytać. Ja po prostu jestem niekumata jeżeli
chodzi o języki obce, więc Jo wykonała kawał dobrej roboty, służąc za
tłumacza. Nie wiem , jak się Jej odwdzięczę. Ze spaniem też jakoś
sobie poradziliśmy - Michał był na nockę w pracy, a Maciek pojechał spać
do Babci, więc dwa pokoje były do dyspozycji. Jo spała w pokoju Michała -
a więc w tym, w którym stoi terrarium z wężem. Oczywiście - zapomniałam
wężowi zgasić światło, więc paliło się całą noc...
A Michał był w pracy - o czym
wcześniej nie napisałam - jako barman. Zgłosił się wraz z kolegą,
Sebastianem, i zostali przyjęci na próbę, na 4 nocki. Po dzisiejszej mają
się dowiedzieć czy dostają tę pracę czy nie. Razem z nimi byli przyjęci
jeszcze dwaj chłopcy (czy lepiej napisać "mężczyźni"? Bo to w końcu stare
konie....) i przez ten czas byli oceniani. Jestem bardzo ciekawa, ale
muszę czekać, aż Michał wróci, bo po pracy - gdzieś nad ranem -
poszli spać do Sebastiana...
Chyba muszę sprzątną kojec? Jakoś nie
mogę się za to zabrać.... Umyć podłogi, przestawić stół w kuchni, pochować
zapasowe miski, poprać legowiska maluchów.... Potem pozmieniać na stronie
www, każdemu zrobić osobną podstronę.... Choroba, zrobię to później. Liczę
na to, że będę dostawać na bieżąco informację o maluchach, trzymam za nie
- i za ich właścicieli - kciuki.


01-05-2004r.
No i podobno
mamy już lepiej - teraz jesteśmy w Unii. W ramach świętowania całkowicie
unijnie wypieliłam ogród, Jarek - również oczywiście unijnie -
założył podbitkę pod częścią dachu, a jutro - jak najbardziej
unijnie - jedziemy na wystawę do Łodzi. Niestety - bez NIkity, bo od
poniedziałku jest "kochliwa" Pogoda była bardzo ładne, ale po południu
zabrało się na deszcz i burzę, mam nadzieję, że jutro nie będzie padać -
bo to żadna przyjemność.... Maluchy już prawie tydzień są w nowych
domach - mam nadzieję, że po niedzieli dostane nowe wiadomości o nich.
Wiem, że najtrudniejsze są pierwsze dni, dla właścicieli również. Podobno
Drago - ten z niebieską wstążeczką, który mieszka w Kolonii - siusia w
domu wyłącznie na jedno miejsce, na gazetę, a na kupkę żąda wyprowadzenia
na dwór - niezły jest, prawda? Na dodatek prawie wcale nie płakał!!
Pozostali chłopcy trochę popłakują, ale mam nadzieję, że niedługo dostanę
pomyślne wiadomości. Dziewczyny mają dużo lepiej - nie dosyć, że są razem,
to na dodatek w domu, gdzie już mieszkają pinczery - na pewno jest im
łatwiej.

04-05-2004r.
W niedziele
byliśmy na wystawie w Łodzi - Nikita została w domu, bo ma cieczkę,
pojechały z nami Aria i Psotka. Aria zdobyła swoje pierwsze Zwycięstwo
Młodzieży, a Psotka kolejny raz dostała tytuł Najpiękniejszego Weterana
następna wystawa w Lesznie.
No i całkiem
prywatna sprawa: Panie Radku - od Tory - rozmawialiśmy przez telefon, ale
nie zostawił mi pan żadnego kontaktu do siebie. Jeżeli trafi Pan na tę
moją prośbę, to bardzo proszę o podanie mi jakiegokolwiek adresu e-mail,
bo jeżeli coś znajdę, to będę podawała adresy stron www, a o wiele łatwiej
jest to napisać niż dyktować przez telefon.

05-05-2004r.
No więc może trochę o moim ogródku - jeżeli to coś w ogóle można tak
nazwać? Porobiłam dziś kilka zdjęć i w ten sposób się dowartościowałam, bo
ukryłam wszelkie miejsca nie zrobione - czyli większość powierzchni. Ale
pewnie zajmie mi to lata , zanim będę mogła powiedzieć, że mam ogródek.
Jak narazie - jest to częściowo zagospodarowany plac budowy - moja radosna
twórczość artystyczna. absolutnie się na tym nie znam, jak coś posadzę, to
raczej bez dociekania czy dana roślinka może tam rosnąć, na dodatek psy
robią sobie po tym przebiegi i jak mogą to jeszcze nasiusiają. Ale coś
rośnie - może już całkiem odporne? Mam oczywiście zamiar odgrodzić miejsce
dla psów, ale to trzeba by jechać do sklepu po dalsze części płotka - a to
już wielka wyprawa z kierowcą, który ma na to czas... w nocy... No dobrze,
trochę mogę robić sama - i robię, ale oczywiście żeby zrobić całość
potrzeba czasu i... pieniędzy. Dziurę po oczko już wykopałam - ale dwa
lata temu, więc teraz to niczego nie przypomina. A dalej zobaczymy -
zapewne jak cały dom: za jakieś dwadzieścia lat będzie już gotowy... i
zaczniemy remont... 







Oczywiście - nie mam zielonego pojęcia jak co się nazywa - a nawet gdybym
się dowiedziała - to i tak zapomnę. No dobra, wiem, że tulipan - to
tulipan .... Większość tego to sadzonki sprezentowane od innych, kilka
kupiłam - ale już pewnie nie będę miała okazji, bo zlikwidowali sklep
ogrodniczy, który był niedaleko nas. No trudno - dalej będę żebrać "po
ludziach"...


09-05-2004r.
Kupiłam..... na dodatek - jak tylko
posadziłam, to się rozpadało. Ale już coś zacznie rosnąć - a to mnie
najbardziej cieszy. Zupełnie nie wiem co kupuję, bo tylko patrzę czy mi
się podoba. Może naiwnie wierzę sprzedawcy? Mówię jakie mam stanowisko
przygotowane, jak to mniej więcej ma wyglądać no i czekam na opinie. No,
ale jedno wymieniłam - najpierw kupiłam kiwi (tak to pan nazwał po polsku,
po łacinie też mówił, ale moja pamięć jest na takie mądre słowa odporna) -
a potem się dowiedziałam, że to może być jakaś odmiana , która potrzebuje
roślinki męskiej i żeńskiej, i zwątpiłam - wolałam nie ryzykować. Choć kto
wie - może jeszcze się skuszę? No, jeżeli chodzi o moje chęci, to
najbardziej bym chciała podjechać ciężarówką i załadować te śliczności z
centrum ogrodniczego. Np. bungewillę czy jak to się pisze -
mały krzaczek prawie 100... Zresztą, i tak nie mam nic przygotowane - ani
miejsce, ani podłoże, a posadzić byle gdzie to się nie opłaca - biedactwo
mogłoby nie przetrzymać moich eksperymentów. Powoli, powoli, coś zacznie
rosnąć. I jeszcze muszę clematisowi zrobić porządną podpórkę -
wiciokrzewowi zresztą też, bo niedawno ktoś nam połamał. - wczoraj
kupiłam, jutro będę malować i gotowe. Obłożyłam kamieniami - jako
teoretyczną ochronę przed tornadem o imieniu Aria. Na szczęście cały
dzień pada, więc psy leżą pod kołdra i udają, że im się wcale siku nie
chce...


10-05-2004r.
Dziś byłam na spacerze w Ogrodzie Botanicznym - z Teściówką. Oczywiście,
że kupiłam jakieś zielsko i oczywiście, że nie wiem jak się to-to
nazywa. Tzn. kupiłam obok ogrodu, bo na miejscu nic nie można kupić.
Spacer zajął na trzy godziny, było pięknie, ciepło i słonecznie - a tuż
przed domem dorwała mnie burza z piorunami i ulewa. Teraz już się
przejaśniło, mogłam więc posadzić dzisiejszy zakup. To takie maleństwa, na
skalniak. Teściowa za to zachorowała na piwonię krzewiastą czy też
drzewiastą - nie wiem jak się nazywa. i na jeszcze parę innych. Do Ogrodu
Botanicznego należało by chodzić prawie co tydzień - bo ciągle coś innego
jest "w pełni sezonu". Najpierw zdjęcia moich nabytków - to żółte to
podobno fiołek, jest wielkości leśnego fiołka, no, może ciut ciut większy.
I pachnie... Te dwa pierwsze zdjęcia - to roślinki z szabru, ale nie z
Ogrodu Botanicznego, słowo!


18-05-2004r.
No więc trochę dziś poszalałam - zrobiłam dalszą część skalniaka. No -
prawie zrobiłam.... A jaka byłam z siebie zadowolona, że uwinęłam się tak
szybko z robotą - okazało się, że to w zegarku padła bateria i już prawie
o zachodzie wciąż miałam 14.30..... Po ciemku trochę trudno się grzebie,
więc jutro będę dalej tworzyć. Przemyślałam trochę i muszę poprzesadzać
starsze roślinki - starsze, bo niektóre od ubiegłego roku. Wysokie
najbardziej - muszą mieć miejsce. No i cześć skalniaka, którą
zrobiłam w ubiegłym roku muszę poprawić - psice ciągle tam wbiegają i się
cały rozjechał. Znalazłam jednak na nie sposób - tylko muszę mieć
odpowiednie kamienie, zobaczymy, co da się wykombinować. Kilka dni temu
Michał umocował połamaną w Święta cześć podpory na wiciokrzewy i dołożył
jeszcze jeden segment - powoli, powoli zaczyna to wszystko nabierać
kształtów. Bardzo powoli.... Dostałam od Taty przepiękną, miniaturową
azalię i się zastanawiam czy wysadzić ją do gruntu? Kwitnie obficie,
cudownie - na różowo

Aha, zapomniałabym - w hodowli, z której pochodzi Aria, urodziły się dziś
szczeniaczki - 11 !! Cztery pieski - dwa rude i dwa czarne i siedem suczek
- cztery czarne i trzy rude. Gratulacje!!


21-05-2004r.
Pozmieniałam - coś mi nie pasowało, teraz moim zdaniem jest
lepiej....

Teraz jeszcze muszę dokupić ziemie ogrodową, no i oczywiście - roślinki.
ale to ze spokojem, ziemia ważniejsza. I chciałabym jakiegoś krzaczora -
ładnego oczywiście, jak narazie w grę wchodzi sporo, muszę przeprowadzić
selekcję. Podobają mi się różne, różniste - ale muszę dobrać ze względu na
rozmiar, warunki, stanowisko itp.

24-05-2004r.
Dostałam prezencik imieninowy od Taty - sama go sobie wybrałam - podobno
to prymulka? Jutro jadę do Castoramy dokupić sztachety do płotka - brakuje
mi 4 sztuk - i zamierzam w końcu wygrodzić miejsce dla psów, bo kolejny
kwiat został zmaltretowany... A Aria....ma ciążę urojoną!! O rany...


26-05-2004r.
Dzień Matki...... Byłam na cmentarzu u mojej Mamy, a potem pojechaliśmy do
Mamy Jarka.... Mimo wszystko - to dla mnie smutny dzień....

30-05-2004r.
Wystawa w Lesznie. Pogoda piękna, ciepełko, wszystko pod olbrzymim
namiotem - więc dużo cienia. Nikita szła w klasie otwartej - dostała
złoto, ale nie dostała CWC (a bardzo by jej się przydało.....), Psotka
oczywiście w weteranach - również dostała złoto i tytuł Najpiękniejszego
Weterana, a Aria..... złoto, Zwycięstwo Młodzieży i Zwycięstwo Rasy!!! Za
tydzień jedziemy do Gorzowa Wlkp. Mam nadzieję, że również będzie świecić
słoneczko. Dziś jestem już zmęczona, więc więcej nie piszę - dodałam
wyniki w wystawach i oczywiście zdjęcia, jak zwykle - podłej
jakości....


02-06-2004r.
Wczoraj
Maciek nie poszedł do szkoły - z okazji Dnia Dziecka - i tak mieli tylko
jedną lekcję. Za to od samego rana usiadł do komputera - dostał od
Tufi grę i kompletnie wyłączył się ze świata. Na szczęście później
przyszedł jego kolega i wyciągnął go na rower, bo inaczej tkwił by tu do
wieczora. Wczoraj jeszcze było cieplutko i słonecznie, dziś tylko
cieplutko. Właśnie się rozpadało - a ja zdążyłam pomalować tylko dwie
drabinki do kwiatów - i to tylko jeden raz. Drabinki zrobił Jarek - ciut
inne niż kupne, ale dobre i mocne. I tańsze.... Gdy malowałam to psy były
ze mną na dworze - jak zwykle zresztą, kontrola musi być pełna. Tzn. one
mnie kontrolują... No i mimo tego, że niby cały czas je widziałam Aria
zeżarła mi hortensję! Choroba jasna! Wywlokła ją z korzeniami - przy
okazji okazało się, że to są dwa krzaczki - i poobgryzała większość
gałązek. Jeden z krzaczków dałam sąsiadce - posadziła tuż przy moim
płocie, więc jest szansa, że choć tak będę widziała piękną roślinę. Bo co
się uchowa u mnie to nie wiadomo... Ponieważ na wystawie w Lesznie - w
Łodzi i Kwidzynie zresztą też - Aria nie za bardzo chciała pokazywać zęby,
ćwiczę z nią to codziennie. I ta zaraza pokazuje bez problemów, spokojnie
siedzi, daje sobie pogrzebać w paszczęce, jestem ciekawa, jak to wyjdzie
za kilka dni w Gorzowie? Tym razem wchodzimy zaraz o 10.00, więc czeka nas
wczesna pobudka, żeby ze wszystkim zdążyć: dojechać, znaleźć, odebrać nr
startowy i dotrzeć na ring. A Psotka natomiast już w ogóle ma wszystko w
głębokim poważaniu - na wystawie wcale nie chce się ustawiać. Umie, owszem
i jak już się zdecyduje, to stanie ładnie. Ale ostatnio zauważyłam , że
interesuje ją wszystko dookoła tylko nie ring. Może czas zacząć
wystawiać drugą weterankę - Bigę?

05-06-2004r.
Pralka mi się
zepsuła.... Dlaczego muszę znów wydać nie zaplanowane pieniądze?? To nasze
ustrojstwo kupiliśmy 8 lat temu w komisie - używaną, raz była naprawiana i
zapewne miała już prawo się wysłużyć. Ale... No trudno, usiadłam przed
komputerem i zaczęłam sprawdzać modele, parametry itp. Oczywiście
selekcjonowałam je pod względem ilości pobieranej wody, zużytej energii
itp. Jak już się nasiedziałam i pospisywałam - mój kolega małżonek
stwierdził, że... pranie musi być prane w porządnej ilości wody, bez wody
się nie da. I powiedział, że on sam pojedzie - do tego samego komisu chyba
- i kupi pralkę. Byleby była tania... Kurcze blade...

07-06-2004r.
Aria
zakończyła Młodzieżowy Championat Polski !!!
Dojechaliśmy na miejsce z małymi problemami -
bo zachodziła uzasadniona obawa, że nie zdążymy na 10.00. W końcu jak już
dotarliśmy, to okazało się, że aby odebrać nr startowy muszę przebiec się
daleko, daleko do biura wystawy - biuro umiejscowili w kompletnej izolacji
od wystawy - jakby za drugim stadionem, więc było co biegać - i wrócić na
wystawę w ciągu dwóch minut. Oczywiście pognałam, mało tego - wepchnęłam
się w kolejkę - i zdążyłam na ring. Przed czasem, bo sędzia przyszedł po 5
minutach. I całe szczęście, bo byłam tak zasapana, że zapewne nie miałabym
siły słowa powiedzieć. Najpierw szedł rudy piesek mini - on wygrał rasę,
potem Nikita - dostała CWC, potem była Aria: Zwycięstwo Młodzieży - już 3
raz więc tym samym została Młodzieżowym Championem Polski - oraz BOB czyli
Zwycięstwo Rasy, no i na końcu Psotka-emerytka, też złoto. I o godzinie
10.10 byliśmy po wystawie. No, nie zupełnie - zapowiedziano, że dla
wszystkich Zwycięzców Ras są puchary - do odebrania na ringu głównym, po
godzinie...16.00... Czekaliśmy, a jakże. Pogoda piękna, słoneczna,
spotkaliśmy sporo znajomych , kibicowaliśmy innym psiakom, robiliśmy
zdjęcia i odpoczywaliśmy. A co, tez nam się należy niedzielny piknik.
Zdjęć trochę porobiłam, ale pinczerów niestety nie było... No trudno. No i
coś grzebią na serwerze - bo od soboty nie można się tam dostać. Podobno
na krótko, ale zaczynam się jeżyć.
Teraz biegnę do sklepu sprawdzić czy mają szkiełka spawalnicze bo jutro ma
być widoczna Wenus na tle słońca i Maciek z dzieciakami z klasy chcą to
zobaczyć.


13-06-2004r.
Serwer niby
poprawiony ale znów coś się kiełbasi i nie mogę nic dodać. No cóż -
poczekamy .... A dziś byliśmy na wystawie w Kaliszu, Nikita CWC, Aria
Zwycięstwo Młodzieży i Psotka Najpiękniejszy Weteran
. Wyniki już zapisałam, nawet jest kilka zdjęć
- ale nie wiem kiedy będę mogła wrzucić na serwer. W każdym bądź razie
mieliśmy farta, bo o 10.oo wchodziły na ring miniatury, potem średniaki, a
potem... zaczął padać deszcz. Dziewczyny zaprowadziliśmy do samochodu i
przeczekaliśmy "płaczącą chmurę", potem jednak już nie byliśmy zbyt długo.
Prawdę mówiąc spieszyliśmy się do domu, bo Maciek dziś wracał z
trzydniowej wycieczki i musieliśmy go odebrać. No trudno, na ringu głównym
zabrakło moich dziewczynek, ale myślę, że wyszła Okinawa, która wśród
średniaków zdobyła BOB-a. Organizacyjnie? Jakby tu powiedzieć?.... Wystawa
mała, teren ładny, ringi duże, ale... No właśnie: zapłaciliśmy odpowiednio
wcześnie, a potwierdzenie przyszło z dopiskiem "dopłacić". Dodzwoniłam się
do nich kilka dni temu i pan powiedział, że to pomyłka ale przed wejściem
na ring mamy się zgłosić do biura wystawy. No dobrze, pognałam oczywiście
truchcikiem, a tam tłum ludzi - większość oczywiście z psami, więc
zamieszanie spore. Niby obsługa wystawców była podzielona wg alfabetu
(nazwiska właścicieli) ale siedzieli tak blisko siebie, że praktycznie
jeden drugiemu stał na głowie. Mało tego - pani, która obsługiwała naszą
literę chyba nie bardzo wiedziała co ma robić. Przede mną była dziewczyna
i gdy podeszłam , pani czekała. Nie robiła nic. Bo to koleżanka wiedziała
jak rozwiązać tę sprawę. Ponieważ nic nie robiła, to poprosiłam czy może
mi wydać numer startowy dla Arii, bo zaraz wchodzimy na ring. Spojrzała na
mnie jakbym przynajmniej miała rogi i przeciągle powiedziała: "zaaaaraaaazzzz".
A gdy już w końcu mną się zajęła to zapytała o co mi chodzi. No więc
powtarzam, że zapłaciłam prawidłową kwotę, a przysłano mi tylko 2 numery
startowe, więc proszę o wydanie trzeciego. Przedstawiłam oczywiście dowód
wpłaty. Na to pani wzięła dowód wpłaty do ręki i czyta, czyta, czyta
(wydruk komputerowy, litery duże i wyraźne, kwotę pokazałam palcem). jak
już przeczytała to pyta: a dlaczego nie zapłaciła pani za trzeciego psa?
Więc tłumaczę, że to weteranka i że idzie bezpłatnie. Aha - odpowiedziała
pani - a ile pani zapłaciła? Kurcze blade! Mówię, że zapłaciłam za dwa, a
wystawiam trzy, tylko że trzecia to weteranka. Aha - powiedziała pani -
chwileczkę... I zaczęła tłumaczyć wszystko od nowa koleżance!. Więc się
zjeżyłam i mówię, że zaraz wchodzę na ring i czy mogłaby się streścić. Na
to pani za spokojem: "to pani wina, bo trzeba było przyjechać godzinę
wcześniej". I... zaczęła szukać numerka.... Jak już znalazła, to
oczywiście musiała zapytać koleżanki czy może go wydać!! Koszmar!! W końcu
prawie wyrwałam jej to z ręki, zebrałam swoje papiery - a na koniec
usłyszałam, że robię im zamieszanie!!! Łomatko.... No i żeby nie było....
Ocenę i dyplom dostaliśmy bez teczek. Wszystko fruwało, trzeba było
wepchnąć do plecaka i dowieźliśmy do domu pogniecione... Na wystawie
spotkaliśmy również nie wystawianego pinczera średniego - okazało się, że
właściciel spóźnił się o jeden dzień i już zgłoszenia nie przyjęli.
No trudno, pies bardzo ładny, był tylko raz wystawiany - w Częstochowie,
teraz musi trochę się po pokazywać. Prawda, że ładny?
ROKI
Ekado (RAF)
o: CANO Trzynastka
m: JESSY Ekado
właściciel: Piotr Henzel - Kalisz

15-06-2004
Dziś ma
przyjechać do naszego domu nowa pralka. Nowa - podkreślam! Byliśmy w kilku
komisach - tego, w którym kupiliśmy poprzednią już nie ma. Tamten facet
rozebrał pralkę na części, wszystko wyczyścił, wymienił uszczelki i co tam
trzeba było, przetestował, znów wyczyścił i dopiero sprzedawał. Teraz
zastaliśmy w komisach pralki wskazujące na wysokie użytkowanie - po
prostu, ktoś odłączył od prądu i wstawił do sklepu, nawet z resztek nie
oczyszczone, po prostu oblepione tym czymś. Stwierdziliśmy, że jak
mieliśmy szczęście 8 lat temu to już nie będziemy ryzykować i Jarek
wczoraj pojechał do sklepu i zamówił Candy. Oby się sprawdziła. Wczoraj
malowałam drewniane konstrukcje do kwiatów i mam nadzieję, że w końcu mój
kolega małżonek dowiezie do domu wkrętarkę, bo bez tego trochę trudno mi
będzie to coś przymocować. No i muszę podwyższyć płotek, a to tez się
trzyma na wkrętach. Michał natomiast skrobał ze starej farby bramę
garażową, robota goopiego, ale trzeba bo się już straszliwie sypie.
Oczywiście - zrobił tylko połowę, nie ma tak dobrze. Obiecał, że w sobotę
dokończy i pomaluje. Zobaczymy. Teraz idę malować resztę i zamierzam
szybko to wszystko zakończyć, bo już mam serdecznie dosyć wykopanych
dołów, podgryzionych roślin itp. Mam tylko nadzieję, że 120 cm Aria nie
przeskoczy??. A wieczorem chcę pojechać z dziewczynami do
weterynarza - czas szczepień. Tylko coś mi się nie podoba Nikita, a raczej
jej kupencje.... No tak, a teraz zwymiotowała. Na moje łóżko.
Michał ma
mały problem - w ubiegłym roku zawalił szkołę i chciał w tym roku pójść do
Technikum, ale niestety , nie uda się. Okazało się, że on jest ostatnim
rocznikiem kształconym wg starego systemu i już nie ma dla niego klasy -
teraz wyłącznie może iść do Liceum Wieczorowego, a nie tak jak chciał do
Technikum dziennego. No cóż, sam sobie winien, choć on mówi, że wina jest
po naszej stronie, bo urodził się o rok za wcześnie..

21-06-2004
Wczoraj
wróciliśmy bardzo późno, więc już nic nie pisałam - ale dziś nadrabiam.
Nie dosyć, że cały tydzień Nikita była na diecie więc zawsze szczuplutka -
zrobiła się jeszcze bardziej, to jak dojeżdżaliśmy do Szczecina to
zwymiotowała - no cóż, powiedzieć, że jest zagłodzonym przecinkiem to już
chyba komplement. Za to humorek jej się poprawił i od wczoraj jest już
wszystko ok. No ale na wystawie, sędzia napisał jej "przesadnie podkasana"
- to dopiero jest niedopowiedzenie! Chuda jak osa. Szła pięknie, stała
pięknie, pokazała się pięknie i dostała CWC!!!! Hura, hura, hura!! Nie
można jeszcze przyznać jej tytułu Championa Polski, bo od pierwszego
przyznanego CWC musi minąć pół roku - przypuszczam więc, że ta sztuka uda
nam się dopiero w przyszłym roku. Aria natomiast zajęła II miejsce i
dostała srebrny medal, Psotka oczywiście szła sama i dostała złoto. Teraz
w wystawach robimy przerwę, pokażemy się z dziewczynami dopiero we
wrześniu w Łodzi na Klubowej i w Poznaniu. Po wczorajszej wystawie
zostaliśmy zaproszeni do Izy na ciacho i kawę - w efekcie w jej mieszkaniu
na 4 piętrze (gdzie na co dzień mieszka tylko Layla) gościła Nikita,
Psotka, Aria, Frajda i Anda!!!

od
lewej: Aria, Nikita, Psotka - w kagańcu, bo jak zwykle miała za dużo do
powiedzenia,
Anda-dobermanka, przed nią Frajda i na końcu gospodyni - Layla

Nikita, Aria, Psotka, Anda, Layla i Frajda
Ach, nie
napisałam jeszcze, że w czwartek przyjechał mój brat ze swoją córeczką,
Jolą. Nie pojechali z nami do Szczecina, za to prawie cały dzień byli w
Nowym Zoo, Jolka zachwyciła się motylarnią - pewnie by tam zamieszkała,
gdyby mogła, ale chyba najbardziej spodobała jej się zagroda małych kózek,
do której można wejść, głaskać maluchy, karmić - Olek nie mógł jej stamtąd
wyciągnąć. Teraz Jolka ogląda Toma i Jerry'ego. TV ryczy na cały regulator
- no, prawie - bo Jolka... niezbyt dobrze słyszy. Olek pójdzie z nią do
laryngologa w Warszawie. Z Maćkiem też tak było, lekarz powiedział, że to
przerośnięty trzeci migdał i że narazie nie ruszać - faktycznie, samo
przeszło.


25-06-2004
Koniec roku
szkolnego, koniec VI klasy i koniec szkoły podstawowej. Te naiwne
dzieciaki chyba jeszcze nie zdają sobie sprawy, że teraz wcale nie będzie
łatwiej.... Pewnie sądzą, że wszystko się zaczyna od nowa, ha! No nic
- teraz dwa miesiące wakacji. Na zakończenie szkoły była akademia
przygotowana przez wszystkie szóste klasy, dzieciaki z piątej przejęły
sztandar szkoły i pożegnały "emerytów", kwiatki rozdane, parę łez
popłynęło i....koniec.

Ku mojemu niebotycznemu zdumieniu Maciek TEŻ dostał świadectwo ukończenia
szkoły - a myślałam, że tym razem już mu nie darują lenistwa? No ale
dostał - chyba tylko z dobroci serca... No dobrze, trochę przesadzam, coś
tam umie. Reprezentował nawet szkołę w konkursie z przyrody.
Wiecie czego mi najbardziej brakuje? Ja już
nie czekam na WAKACJE! Po prostu - wiecie jakie to strasznie dołujące??
No ale za to
mam zielsko w ogródku - jeszcze, bo ślimaki, mszyce i inne świństwo nie
pożarły wszystkiego na jeden raz, w końcu muszą czymś żyć przez cały
sezon.... Posypywałam, opryskiwałam, eee tam , jakbym nic nie robiła.
Jarek się śmieje, że najlepiej to wetknąć w ziemię plastikowe kwiaty -
nawet podlewać nie trzeba...

A co robią psy w czasie deszczu?? Pilnują oczywiście, na parapecie i pod
dachem.... Aria za żadne skarby nie chciała wejść do domu, wskoczyła tylko
na parapet co by nie zmoknąć i czekała tam aż przestanie padać. Podniosłam
płotek między ogródkiem a podjazdem, Aria już nawet nie próbuje go
przeskoczyć, tylko... zabrakło mi kamlotów, żeby zapchać od dołu. Ale
powoli, powoli i to zrobię. Jarek z Michałem je przywożą, a ja
ganiam z nimi po ogródku. No dobrze - "ganiam' to może lekka przesada, ale
sama je przekładam, turlam i ustawiam. Jeszcze kilka lat i już będzie
gotowe. Chyba....

Dziwicie się pewnie dlaczego ciągle dokładam zdjęcia kwiatów, a psów już
nie tak dużo? Ojej, no przecież psy mam ciągle te same, a ogródek zmienia
się. Jak mu Aria pomaga - to z godziny na godzinę....
A wieczorkiem oglądałam sobie TV - jak zwykle z którąś psicą do mnie
przyklejoną, tym razem to była Nikita. Po jakimś czasie Nikita zaczęła się
do mnie jeszcze bardziej przytulać, na co dwie zazdrośnice - Biga i Aria -
natychmiast chciały zrobić to samo. Nastąpiła INWAZJA!!!...
Zaczęła się kotłowanina, każda chciała być
najbliżej, ja kombinowałam jak koń pod górkę co by nie zostać zalizaną na
amen, a Jarek tylko śmiał się i pstrykał zdjęcia....




02-07-2004r.
Elu, odeszłaś
wczoraj na wieczny spacer po łąkach, mimo że tak bardzo kochałaś i ludzi,
i zwierzaki. Za wcześnie, jeszcze tyle planów było, tyle spotkań, wystaw,
pogaduszek...... Byliśmy z Tobą sercem i myślami w ciężkich
chwilach, nadal myślimy o Tobie. Już nie cierpisz, znów możesz się
uśmiechać.......


05-07-2004r
Musiałam złożyć reklamację na poczcie, pierwszy raz w życiu - więc może
mam trochę szczęścia, ale i tak jestem zła. Wysłałam 11 czerwca trzy listy
polecone do Niemiec, zawierające rodowody psów - no i jeden, Dagera,
nie doszedł. Pani powiedziała, ze maksymalnie zajmie im to trzy miesiące i
że jest prawdopodobne, że się znajdzie. A jak nie - to dostanę
odszkodowanie, ale po jakiego grzyba mi ono, jak potrzebny jest rodowód?
Właściciel wyjechał ze szczeniakiem pod koniec kwietnia i czeka na
dokumenty - a ja mam mu powiedzieć, że to jeszcze potrwa ze trzy
miesiące?? Mam jednak nadzieję, że to nie potrwa tak długo i że dokument
się odnajdzie.
Dziś w końcu
jedziemy do naszej pani wet-doktor, bo musimy umówić się na operację -
odwlekam, to odwlekam i w końcu już nie mogę dłużej. Psotka i Biga mają
mieć usunięte guzki okołosutkowe, wyczyszczone zęby i prawdopodobnie
zostaną wysterylizowane, Psotka dodatkowo ma mieć obcięte pazury - nie
daje sobie zaraza jedna obciąć. Mogłabym jej chyba na żywca oko wydłubać,
ale jak tylko dotknę jej pazurów to strasznie panikuje. No i ma długie,
bardzo długie - bo jak mam się tak nad nią znęcać?
Piszę, że "prawdopodobnie" będą
sterylizowane, bo bardzo się tego boję - nie sterylizacji ale, że to
wszystko ma być na jeden raz, to chyba jednak spore obciążenie? Z drugiej
strony dwie operacje (osobno sterylizacja) i dwie narkozy to też nie
najszczęśliwsze rozwiązanie. Psotka ma już ponad 10 lat, niby jest w
dobrej kondycji, ale i tak bardzo się boję. O Bigę zresztą też, mimo że
jest o dwa lata młodsza. No dobra, ja się boję wszystkiego, nawet mam
problem, żeby własne dziecko zaprowadzić do szczepienia. Wszyscy mi mówią,
że mam nie marudzić tylko gnać do weta, no ale...
Maciek od
dziś poszedł na półkolonie - jak co roku - a na początku sierpnia chce
jechać na obóz sportowy z piłką nożną. jeszcze go nie zapisałam, bo nie
może się zdecydować na termin. Zapewne od 2.VIII. - do Olsztyna. Mógł
jechać na podobny obóz do Kołobrzegu - ale pod namioty, jednak pogoda nie
nastraja optymistycznie i mogłoby się okazać, że z piłkarskiego zrobił się
obóz błotny.
No i za długo odwlekałam - pani doktor powiedziała, że operację powinno
się wykonać jakieś 3 miesiące po cieczce, a obie - czyli Psotka i Biga
mają ja mieć teraz, w lipcu. Więc będziemy czekać do października....
Wszystkie dostały komplet szczepień - podobno (bo ja nie byłam, tylko
Jarek z Michałem) Nikita i Aria nieźle spanikowały, wyrywały się itp. Po
przyjeździe do domu ganiały ile wlezie, ale potem położyły się i gdy Aria
po godzinie wstała, to okazało się, że kuleje na tylną łapę - z tej
strony, gdzie dostała zastrzyk. No i żeby to nie było wszystko -
zwymiotowała mi - ku mojej radości - do łóżka. Musiała się bardzo postarać
, bo za jednym strzałem załatwiła mi obie kołdry i prześcieradło, nie
mówiąc już o materacach... Chodziła pokulona, z podwiniętym ogonem
oklapłym uszkami, smętna i smutna - ale jak rzuciłam kawałeczek szyneczki
to nagle łapa przestała ją boleć i wystartowała jak z procy. Mam nadzieję,
że jutro będzie lepiej.
Choroba -
Biga spuchła... Wygląda jak pies z kreskówek.... Przy ostatnim szczepieniu
spuchła Psotka - ale dużo gorzej wyglądała, jak zatuczony rottweiler, była
niespokojna, nie mogła sobie znaleźć miejsca, dyszała - wtedy Jarek
zawiózł ją na jakiś zastrzyk, pewnie z wapna. Tym razem dostała inna
szczepionkę. Teraz Biga ma tylko opuchnięte fafle i dałam jej wapno w
syropie, trzy łyżeczki. No i oczywiście nie śpię - a już jest dobrze po
północy, czyli jutro?? i pilnuję czy opuchlizna się nie powiększa. Biga -
w przeciwieństwie do Psotki z ostatniego razu - jest spokojna, robi sobie
manicure, zakopała się pod kołdrą. Dałam jej miseczkę lodów - od ust sobie
odjęłam, bo to było dla mnie - nie wie czy
pomoże, ale na pewno bardzo jej smakowało.

Ja nie byłam u weta, bo zadzwoniła pani z poczty i powiedziała, ze
przyszedł zwrot listu poleconego z Niemiec - i jechałam nadać go ponownie.
Podobno adresat nie odebrał przesyłki.....


06-07-2004r.
Już dawno
stwierdziłam, że rano, szczególnie, gdy wstanę za wcześnie, znika gdzieś
moja tolerancja czy wyrozumiałość. Oczywiście właśnie wtedy nie omieszkam
poinformować moich panów o stopniu mojego niezadowolenia - na co zawsze
słyszę, że "...dlaczego muszę od rana wynajdować domowe oraz rodzinne
usterki i narzekać?...." No cóż, może dlatego, że jak narazie nie ma
ustawowego nakazu narzekania od na przykład 8.30 - kiedy to wszyscy
domownicy zdążą się już dawno ewakuować. A jak nie ponarzekam rano, to po
pierwsze - do popołudnia i tak zapomnę, a po drugie - sama już dawno
wszystko popoprawiam i posprzątam, i nie mam powodów do marudzenia. Dziś
mój kolega małżonek naraził mi się okrutnie. Nie spałam pół nocy, no
dobrze, spałam, ale tak na jedno oko (albo przynajmniej tak mi się
wydawało), bo co chwila sprawdzałam co z Bigą. Co na nią spojrzałam, to
sobie smacznie spała w nogach łóżka, opuchlizna zanikała, więc
przewracałam się na drugi bok i drzemałam dalej. Przed 6.00 wypuściłam psy
na dwór i wreszcie porządnie zasnęłam. O 7.05 obudził mnie oburzony głos
Jarka: " &@#$, A co to jest??!!!..." No jasna pogoda, skąd ja mam
wiedzieć, co facet ma na myśli?? Otworzyłam to jedno ślipię, na które już
mogłam patrzeć i zobaczyłam mojego małżonka, który z wielkim obrzydzeniem
na twarzy wgapia się we mnie. No cóż, wiem, że rano człowiek nie wygląda
najpiękniej, szczególnie, jak jest niedospany, ale żeby zaraz
"obrzydzenie"?? Więc wychrypiałam bardzo cichutko "to tylko ja", obróciłam
się na drugi bok i chciałam spać dalej. Ale nie - nie ma tak dobrze!
Zostałam brutalnie obudzona i powiadomiona, że "chyba pies sobie haftnął"...
No tak - w tłumaczeniu na ludzki język oznaczało to: "kochanie, spieszę
się do pracy i nie zdążę tego posprzątać, czy mogłabyś wstać i umyć to
wszystko? Bardzo ci dziękuję i przepraszam, że ośmieliłem się ciebie
budzić o tak nieludzkiej porze....." No i co miałam zrobić? Zwlokłam się z
mojego cieplutkiego, przytulnego łóżeczka - które nota bene wołało do mnie
"połóż się, śpij, nie odchodź" - wreszcie spojrzałam na.... to coś!. Po
wielkich dociekaniach doszłam do wniosku, że to niestety prawdopodobnie
Biga nie obudziła nikogo, tylko załatwiła swoją potrzebę pod moim
biurkiem. Niby wszystko ok, bo w końcu kto by się ośmielał mnie
budzić w środku nocy tylko dlatego, że chce wyjść na dwór, tylko, że
wybrała sobie miejsce chyba najmniej do tego odpowiednie - wszystkie kable
od komputera!. A tak ją nieźle przeczyściło, że faktycznie w pierwszej
chwili nie wiadomo było, czy to wszystko wyszło górą czy dołem (no dobra -
przodem czy tyłem), to zapaćkanie miałam wszystko na przestrzeni metra:
musiałam odsunąć szafki, komputer, powyławiać kable (tam są jeszcze od
telefonu i subufera (cokolwiek to oznacza). Panowie zdążyli się
przygotować do wyjścia, zjeść śniadanko, wypić kawkę i na odchodnym
rzucili tylko "....przy drzwiach też coś jest...", Najgorsze jest to, że
się zmyli z domu i nie zdążyłam wyrazić swojego ubolewania nad
niesprawiedliwością tego okrutnego świata, źle wychowanych dzieci i
męża-sadysty ............
Po południu pojechałam do centrum, żeby w końcu załatwić Maćkowi ten
wyjazd na obóz. Wczoraj ustaliłam wszystko telefonicznie i dziś pojechałam
zapłacić i odebrać kartę do wypełnienia. Obóz, niestety, nie jest darmowy,
więc najpierw czekała mnie wizyta w banku. Mogłam wejść do oddziału, gdzie
zawsze wszystko załatwiam, ale w tym celu musiałabym wysiąść z tramwaju i
potem się przesiadać. Aby zaoszczędzić na czasie, wysiadłam prawie na
miejscu i poszłam do innego oddziału banku. Podałam pani mój dowód
osobisty i powiedziałam o co chodzi. Pani otworzyła dokument, spojrzała na
zdjęcie, na mnie, znów na zdjęcie, zajrzała do komputera i... zadała mi
tzw. pytanie kontrolne. Trochę zdziwiona odpowiedziałam, pani natomiast
najpierw znów mi się bacznie przyjrzała, no a dopiero potem zdecydowała
się wypłacić. Już byłam podłamana - bo w końcu ile można się zmienić w
stosunku do własnego zdjęcia, tym bardziej, że do wczoraj wszyscy mnie
rozpoznawali.... No może wyjątkiem był dziś rano kolega małżonek...
W każdym bądź razie wydrukowała ta pani kwit i kazała mi podpisać - nie
namyślając się zrobiłam to i... okazało się, że zamknęłam kółko w literze
P, a we wzorze podpisu było otwarte. Pani powiedziała, że mi pieniędzy nie
wypłaci. Zażądała prawa jazy - nie mam, karty miesięcznej na tramwaj ze
zdjęciem - nie mam, legitymacji ubezpieczeniowej - nie wzięłam. W
końcu wyjęłam pani wszystkie moje karty do bankomatu, gdzie jak wół jest
wytłoczone moje nazwisko i P w podpisach ma kółko zamknięte.
Przyjęła do wiadomości i.. zaczęła mnie pytać o inne dane z komputera.
Recytowałam jak leci, w końcu pani pyta o mój telefon komórkowy, podaję -
a ona z satysfakcją: NIE ZGADZA SIĘ! NIE WYPŁACĘ! Tłumaczę jak komu
dobremu, że już dawno zmieniłam, ale poza tym na wszystkie pytania
odpowiedziałam poprawnie. Nie i nie. W końcu oparłam się o ladę i
powiedziałam, że w takim razie poczekam na grafologa. W końcu pani z
wielkim ociąganiem wypłaciła mi żądaną sumę, ale wzdychała przy tym tak
strasznie, że nie wiedziałam czy przypadkiem nie oddaje mi swoich własnych
pieniędzy...

11-07-2004r.
Co to się
porobiło?! Aria miała cieczkę w marcu, teraz jest termin Bigi - dostała
kilka dni temu, a za jakieś dwa tygodnie Psotki. Tymczasem cieczkę dostała
również Aria!! Widocznie doszła do wniosku, ze skoro ona zamierza rządzić
w tym domu - a na to wygląda - to nie może mieć cieczki w innym terminie
niż wszystkie. W parku jakiś pies od kilku dni koniecznie chce wskoczyć na
Arię, ta mu się wywija, a ja tłumaczę właścicielowi, że ona NIE ma
cieczki! Ale wstyd... Dobrze, że zauważyłam dziś - bo mogłoby nie
być wesoło.
Jarek wczoraj
pojechał nad morze - zawieźć Michała z kolegą, przy okazji wziął na
przejażdżkę Maćka. Pogoda paskudna ale im się podoba, bo mogą
pospacerować. Dziś wieczorem wracają.
Aha, ten
płotek, który niedawno podwyższyłam - Aria przeskakuje bez problemu. Chyba
się załamię.... Wygląda na to, że muszę wymienić sztachety na dłuższe, a
to spory wydatek , więc... Choroba jasna... Na dodatek nie mam pewności
ILE ona może przeskoczyć - a przecież nie będę wydawać pieniędzy po to, by
się w końcu okazało, że to dla niej żadna przeszkoda.. Jak to
sprawdzić?...


12-07-2004r
Leje. Pogoda do niczego, a moje starsze dziecię wymyśliło sobie pobyt nad
morzem - chyba przesiedzi w knajpach. O ile oczywiście starczy mu
pieniędzy... Jarek z Maćkiem wrócili wczoraj po 21.00, Maciek oczywiście
pognał zaraz na dwór, pograć w piłkę. Mieli przywieźć morską wodę w
butelce - ale Ani, mojej sąsiadki - ale skleroza nie boli. Ja natomiast
mam opiekować się Michała wężem... brrr... Na szczęście polega to na
wyłączeniu żarówki wieczorem i włączeniu rano No i najgorsze - muszę go
nakarmić. O nie, to już niech robi Jarek - ja takich rzeczy się nie
podejmuję.....
Czy już mówiłam , że na dworze wcale nie jest przyjemnie? Zimno, wieje
wiatr i co chwila pada. Psice zakopały się pod kołdrą i udają, że im się
nie chce wyjść za potrzebą. Aria na co raz więcej sobie pozwala - w
stosunku do pozostałych - nawet warknęła na Psotkę (na Psotkę!!!!) i nie
pozwoliła jej podejść do miski. Ruda - kamikadze - nadal próbuje ustawiać
ogoniastą, ale co raz trudniej jej to wychodzi. Już kilkakrotnie skończyło
się pokazywaniem pełnego uzębienia. Najgorsze jest to, że gdy Aria w
zwarciu umieści swoją łapę na grzbiecie Nikity - to stoją spokojnie. Za
moment Nikita wyskakuje jak z procy i dopada do Arii z zębami.
Ryzykantka.....

14-07-2004
Wybrałam się z Nikitą na dłuuuugi spacer (Aria i Biga mają cieczkę, a dla
Psotki to chyba za daleko) i spotkałam się z koleżanka Katarzyną, jej
kolegą małżonkiem i trzema nowofundlandami Wzięłam ze sobą aparat, co by
temu mikrusowi zrobić zdjęcie z trzema czarnymi włochaczami - niestety, ta
panikara za każdym razem, gdy któraś z niufek się do niej zbliżyła -
startowała na nią z zębami. Już na poprzednim spacerze przyzwyczaiła się w
pewnym stopniu do najmłodszej, 5-cio miesięcznej, ale teraz, gdy pojawiły
się trzy - nie zdzierżyła.... Zdjęcia zrobiłam - niufy i panikująca
Nikita, usiłująca za wszelką cenę schować się u Kasi na rękach - ale i tak
nie wiem jak to-to można tutaj wstawić. Może później mi się uda...

O,
udało mi się A to tylko dlatego, że Anula zlitowała się nade mną i
oświeciła - pokazała jakie to proste, ślepota ze mnie straszszszszna....
Dzięki, Anulko

21-07-2004
No więc moje dzieci mają szurniętą rodzicielkę - nie wiem dlaczego, ale
ubzdurało mi się, że to dopiero jutro jest 21 lipca! W efekcie moje
dziecko nie pojechało dziś na obóz, bo mi się dni pokiełbasiły! Najpierw
była gonitwa, natychmiastowe pakowanie itp -ale oczywiście autokar nie
czekał -w końcu ma swój plan odbioru dzieciaków i dowozu na miejsce.
Pierwotnie myśleliśmy, że uda się go dogonić w Bydgoszczy, bo tam też
zabiera pasażerów, ale okazało się, że Jarka autko nie da rady - jutro
idzie do mechanika - szwagra nie ma, kuzyna nie ma, sąsiad w pracy,
drugiemu wczoraj w kuper wjechali, mojego Taty autko pożyczone
Olkowi (czyli jest w Warszawie) - jednym słowem: okropnie. W końcu
zdecydowaliśmy, że odwiozę Maćka pociągiem. Wszystko niby ok, ale.... no
właśnie: przyjeżdżamy do Olsztyna o 21.oo a powrotny pociąg mam dopiero
6.22 rano ewentualnie po 12 w południe! Mam nadzieję, że mnie tam gdzieś
przenocują, bo inaczej będę kwitła na olsztyńskim dworcu. No i również mam
nadzieję, że w tym pośpiechu i zamieszaniu Maciek spakował potrzebne
rzeczy - nie pozwolił mi sprawdzić tylko wyliczał. Zobaczymy - obawiam
się, że wyjmie to z torby pogniecione jak psu z gardła, ale w końcu to on
ma w tym chodzić, więc co ja się martwię? Oj ciężki dzień.....
A!
Żeby nie było za nudno - wszystkie trzy średniaczki mają cieczkę, Psotka
też dostała - nie będę mówiła, co wyprawiają, ale mogłabym bilety
sprzedawać na te przedstawienia....


22-07-2004
Wróciłam!!! Cała i zdrowa... W sumie nie wyszło źle, bo dzieciaki, które
jechały autobusem tłukły się przez pól Polski ładnych parę godzin - prawie
8, a my w 4.45 byliśmy na miejscu, bez problemu, w pociągu przynajmniej
można połazić. Ludzi dużo nie było, więc spokój wodza . Tylko Maciek
narzekał, że Warsie powinny stać... automaty do gry.... W tamtą stronę
spotkaliśmy pewną miłą panią, pielęgniarkę, której syn jest
piłkarzem - rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym , w końcu znudzony Maciek
jęknął: a nie można pogadać o piłce nożnej? No i jak dosiadł ulubionego
konika to już nie mógł skończyć. Droga minęła nam szybko, na miejscu
wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Kortowa. Już było ciemno, więc nic
nie widziałam, tylko komary mnie chciały pożreć żywcem. Ale co tam -
Maciek został dokwaterowany do jakiegoś chłopca z innej grupy, ale zaraz
odnalazł tych "swoich" piłkarzy i jak zaczęli gadać na korytarzu, to
gadaliby do upadłego, gdyby ktoś z opiekunów się nie pojawił i nie zagnał
tego towarzystwa do łóżek. Aha, nie tylko moje dziecko chodzi w koszulkach
ulubionych zawodników - z daleka można było poznać, który dzieciak, w
której jest grupie - po korytarzach pałętały się same Raule, Jordany i
inne takie... Ja też znalazłam swoje łóżko - Maciek zaraz na wstępie mnie
uprzedził, że nawet mam na niego nie patrzeć, a co dopiero mówić do niego,
a już biada jak powiem do niego "synek" - przecież to obciach, co nie? No
więc wykąpałam się, poczytałam i około północy poszłam spać ( po uprzednim
polowaniu na komary i inne jednostki latające). Obudziłam się przed piątą
rano, ale nie na tyle przytomnie, żeby wstać i zdążyć na pociąg o 6.00,
więc znów przymknęłam oko. Maciek zajrzał do mnie po siódmej i był
szczerze zdziwiony, że jeszcze jestem.... No nic, oni mają pobudkę dopiero
po ósmej, potem idą na śniadanie. Ja postanowiłam nie ruszać się z pokoju
do dziesiątej, więc poleżałam, potem poczytałam i jakoś czas zleciał.
Maciek jeszcze wpadł na chwilę, pokazać mi kciukiem, że jest OK i pognał
dalej - zdaje się , że po dziesiątej mieli pierwszy trening (dwa dziennie
po półtorej godziny). A ja zeszłam na dół i poprosiłam pana, któremu
oddawałam klucz, żeby wezwał mi taksówkę. Pan oczywiście zrobił to bez
żadnego problemu i mówi: a może przejdzie się pani na spacer? Pomyślałam
sobie, że co ja będę łazić z moją walizą po ośrodku, jeszcze na kogoś
wlezę i co? No ale wyszłam przed budynek i.... poszłam na spacer. Piekne
miejsce! Pełno zieleni, a Maćka budynek jest na oko 50 metrów od jeziora.
Po ciemku, poprzedniego dnia, nic nie widziałam - dopiero dziś. Miasteczko
Akademickie to zes |