PAMIĘTNIK  -  archiwum

 

30-11-2002r.
        Jutro wystawa w Poznaniu. Idziemy tylko z Nikitą, startujemy pierwszy raz w pinczerach miniaturowych (w klasie szczeniąt oczywiście) i musimy wszystkiemu dokładnie się przyjrzeć. Przyznam, że do tej pory obserwowałam z zainteresowaniem tylko średniaki. Przygotowywaliśmy Nikitę do pierwszego jej występu, ale ile z tego wyszło okaże się jutro.... I jeżeli niewiele z tego wyjdzie, to niestety, ale to będzie moja wina - chyba jednak średniaki wystawia się trochę inaczej niż miniatury. Ale chodzić na ringu, to na pewno już się nauczyła! Kiedy zaczynaliśmy naukę chodzenia w kółko, to Niki siadała, zapierała się czym tylko mogła i patrzyła na mnie z absolutnym brakiem zrozumienia, tak, jakby myślała: "po prostej, to jeszcze można zrozumieć, chodzę w końcu w takim tempie, w jakim chcą, ale w kółko?! To już chyba lekka przesada...." Teraz kółeczka już jej nie przeszkadzają... No, zobaczymy.

01-12-2002r.
        Już po "wielkim występie"....No cóż, jakby to powiedzieć..... mogło być lepiej, ale mogło być gorzej..... Niki była jedyną przedstawicielką w swojej klasie, dostała ocenę "obiecująca". Oczywiście z chodzeniem po ringu nie było problemu, ale z postawą....... Niewiele nam z tego wyszło. Cała się skuliła i patrzyła na mnie z prośbą: "idźmy już do domu...". Usiłowałam ją ustawić i na moment się udawało, ale zaraz potem zadek pod siebie. Wolałabym, żeby sama się ustawiała w postawie, ale chyba czeka nas jeszcze wiele pracy w tej materii - sędzia napisał, że "wymaga obycia". No, wiem. Będziemy ćwiczyć. Chyba zaczniemy spacery po dworcu kolejowy - podobno to pomaga przywyknąć do hałasu i zamieszania....   Postanowiłam zbudować stronę w Internecie - poświęconą oczywiście moim pieskom. Tylko jeszcze nie wiem jak to się robi....

09-12-2002r.
        Wczoraj byliśmy w Grudziądzu - z naszą "kochliwą" Bigą, u jej obecnego męża Askana; miejmy nadzieję, że z powodzeniem. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to ok. 09-02-2003r. powinny się urodzić szczeniaczki. Już chyba zaczyna się robić zima - im dalej jechaliśmy na północ, tym bardziej zimowo. Nie lubię zimy, czekam na wiosnę.

15-12-2002r.
        W pocie czoła coś tam grzebię i powolutku powstaje moja strona - nie wiedziałam, że to może być tak proste. No, ale wszystko robię metodą prób i błędów, więc trochę ta zabawa trwa. Zdjęcia skanuję u koleżanki, potem ona przesyła mi je pocztą, szukam w Internecie wszystkiego na temat tworzenia stron, szczególnie we Front Page. Już niedługo !!!

27-12-2002r.
        JEST!!!! Udało mi się!!!!! Strona od dzisiaj jest w sieci!!!! Chciałabym bardzo, żeby oprócz moich piesków, na stronie był aktualny wykaz reproduktorów i innych hodowli pinczerów średnich i miniaturowych.
        Wszyscy mi mówią, że przecież każdy sobie rzepkę skrobie, więc po co mam dawać darmową reklamę konkurencji, ale ja pamiętam, jak sama szukałam informacji o pinczerach i oprócz dobermanów, albo stron obcojęzycznych, niewiele znalazłam. Zależy mi jednak, aby spopularyzować rasę, a nie tylko moją hodowlę. Pinczer średni jest bardzo mało znaną rasą. Większość ludzi pyta mnie czy to dobermany-miniaturki, albo niewyrośnięte dobermany, albo młodziutkie dobermany, ale zawsze dobermany. No, dobra, raz mi powiedzieli, że mam bardzo ładne dalmatyńczyki.... A pinczer miniaturowy - wbrew pozorom - też nie jest znana rasą. Ludzie na ogół kojarzą go sobie z małym trzęsącym się pieskiem w wyłupiastymi oczkami. Na widok Nikity mówią; "ojej, jaki ładny piesek, prawie jak ratlerek, tylko ładniejszy". Kiedy mówię, że to JEST ratlerek, ten prawdziwy, z rodowodem, to większość ludzi nie dowierza...

 

01-01-2003r.
        Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!! Zima na całego. Idziemy do parku zrobić kilka zdjęć pieskom, a w szczególności Nikicie - czy wiecie, że nie mam jej żadnego zdjęcia?! Na wystawę w Poznaniu oczywiście wzięliśmy aparat, tyle tylko, że bez filmu.... Jarek wygrzebał swojego starego "Zenitha" i okazało się, że coś tam jest zepsute, ale spróbujemy. Na dworze  -12C, ale nie ma wiatru.
        Wróciliśmy ze spaceru zmarznięci. Wszyscy. Psy najbardziej. Ile z tych zdjęć wyjdzie, to się dopiero okaże - Nikita nie chciała się zatrzymać, dopiero jak zapięłam jej smycz, to na chwilę stanęła. Ale było jej zimno w łapki, więc Jarek pstryknął tylko kilka fotek i znów ją puściłam.

05-01-2003r.
        Ciągle coś zmieniam na mojej stronie, ciągle mi czegoś brakuje, coś uzupełniam. Umieściłam kilka reproduktorów i hodowli, nie wiem tylko czy właściciele zechcą aktualizować dane, czy nie zapomną. Obdzwaniałam pół Polski, żeby dostać zgodę na umieszczanie ich danych i jestem ciekawa, jak to będzie dalej wyglądać - nie mogę przecież ciągle do nich dzwonić i pytać o nowinki. No cóż - wyjdzie w praniu.
        Podobno zbudowanie strony i opublikowanie jej w sieci to nie wszystko, trzeba ją jeszcze zarejestrować, trochę popróbowała, ale czy to dobrze robię?

07-01-2003r.
        Już są najnowsze zdjęcia! Ale jakość jednak nie najlepsza, zrobiłam z nimi co mogłam i umieściłam w Internecie. Bardzo mi się ta zabawa podoba, nie wiem tylko czy mojemu Jarkowi spodoba się rachunek za telefon?
        Psiuty nie chcą wychodzić na spacery: na dworze o godz.6.00 było  -22C!!!, w południe, w słońcu  -15C. Załatwiają swoje potrzeby na ogródku czasie krótszym, niż 1/16 sekundy.... :-))) Muszę sprawdzić do kiedy zgłasza się psa na wystawę w Warszawie - chyba pojedziemy z Nikitą. Na razie ćwiczymy, ćwiczymy, ćwiczymy. Idzie nam niestety opornie, jednak wprawdzie małymi kroczkami, ale posuwamy się do przodu. O wycieczkach na dworzec kolejowy możemy na razie zapomnieć - poczekamy, aż będzie cieplej.

10-01-2003r.
        Czy znacie kota, który szczeka? Albo inaczej: psa, który zachowuje się jak kot? Moje średniaczki, owszem, myją się jak koty, Biga codziennie robi sobie manicure, jak był jeszcze Daffi, to kładł się spać dopiero po wieczornej toalecie, która obejmowała mycie siebie i dwóch pozostałych pinczerów (oczy, uszy itd.,), ale Nikita przechodzi samą siebie! Codziennie łasi się jak kot, kładzie się na ramionach i zawija wokół szyi, wskakuje na wszystko, na co da się wskoczyć - im wyżej tym lepiej, jeszcze trochę to zacznie mruczeć...:-))) Jest kochanym, przecudownym psiakiem!! Swego czasu kupiliśmy jej legowisko w postaci budki dla kotów (! ;-)))) i wcale nie chciała się tam kłaść, dopiero gdy ktoś wepchnął to pod stół w kuchni - uznała za swoje miejsce. Teraz zawsze, gdy dostanie jakiś smakołyk, to chowa się w budce przed średniaczkami. Kiedy jednak myję podłogę w kuchni i wystawiam budkę - z wystawieniem Nikity jest problem: "mojej budki nie ma, ale ja się nie dam przegonić".... ;-))) 
        A Psota się wycwaniła: dawniej biegła na każdy dźwięk do drzwi albo furtki, teraz najczęściej tylko warknie nie wystawiając nosa spod futrzaka na fotelu i czeka aż Nikita narobi hałasu. Jeżeli mała nie zareaguje, to Psota warknie głośniej i już to wystarczy: mała cała na baczność podnosi jazgot, tańczy koło drzwi, a Psota idzie spać dalej, no, chyba że naprawdę coś się dzieje...... :-)))
        P.S. Swego czasu, ładnych parę lat temu, byłam chora i uziemiona w łóżku (a właściwie na fotelu) i z nudów robiłam listę psich imion posiłkując się katalogami wystaw, atlasami, słownikami i... pomysłami własnych dzieci. Teraz postanowiłam udostępnić tę listę (mam nadzieje, że bez błędów). Wiem, że w sieci jest parę takich list, ale jedna więcej chyba nie zaszkodzi? Przestałam się wygłupiać ze spisywaniem psich imion wtedy, gdy wytłumaczyłam mojemu mężowi, że imię powinno być krótkie, wpadać w ucho, itd., a on powiedział żebym dopisała "sedes", bo to krótkie i łatwo zapamiętać.......;-)))  I nie pytajcie mnie co oznaczają poszczególne imiona, bo nie mam zielonego pojęcia..... :-)))

11-01-2003r.
        Wiele osób pyta mnie, czy pinczery nie kłaczą. Bo przecież mają taka krótką sierść. Informuje uprzejmie wszem i wobec, że kłaczą! W zasadzie, z małymi wyjątkami kłaczą wszystkie psy - jedne mniej, drugie bardziej, ale kłaczą. W okresie linienia mam ich sztywne, twarde włoski wszędzie. I każdy, kto chce kupić pinczera lub psa o podobnej sierści musi zdawać sobie z tego sprawę.
        Dzisiaj moje psice rozśmieszyły mnie do łez: kiedy usłyszą trzaśnięcie furtki albo trzaśnięcie drzwiami od naszego samochodu, rzucają się do drzwi witać pańcia. Oczywiście jazgot jest niesamowity, bo jedna chce drugą przekrzyczeć i na ogół jest problem z ich uciszeniem. Dzisiaj Jarek przyszedł, psy z ujadaniem do drzwi, Jarek wszedł i wydał polecenie "psy - na dwór" . Momentalnie nastała cisza jak nożem uciął, psy wcięło. Ale nie wybiegły na dwór, o nie! Wszystkie schowały się pod łóżko !! No, ale pogoda na dworze nie zachęcała do wyjścia, było  -12C.  :-)))
        Zauważyłam, że sobota jest bardzo ciężkim dniem: moi panowie ( 3 sztuki) albo mają ogrom zajęć, albo są bardzo zmęczeni, albo wręcz obłożnie chorzy. Czy wszystkich facetów tak trudno zagonić do sprzątania..... ?!?!
        Ktoś, na którymś  forum, wytknął mi, że na mojej stronie jest za mało informacji o zdrowiu pinczerów, za mało zdjęć szczeniąt u nas urodzonych i odczułam to jako podejrzenie, że te szczenięta, które od nas wyszły - nie interesują mnie. A to przecież nieprawda !! Owszem, nie ze wszystkimi właścicielami szczeniąt mam nadal kontakt, ale to z różnych względów, najczęściej z powodu przeprowadzki i nie pozostawienia nowego kontaktu. Dlatego też na stronie o szczeniętach zamieściłam prośbę o zgłaszanie się do mnie właścicieli piesków z naszej hodowli, ale nie wszystko wychodzi od razu.....  :-(((( Co do zdjęć, to też wszystko wymaga czasu, gdyż nie mam skanera i korzystam z czyjejś uprzejmości. Czekam też na aktualne zdjęcia piesków z mojej hodowli i kiedy je otrzymam, też zależy od ich obecnych właścicieli....... 
        A przecież staram się, siedzę przy komputerze bardzo długo, obdzwaniam pół Polski i nie tylko, zmieniam to, co wydaje się tego potrzebować, a strona jest nowa i jeszcze długo będzie wymagała poprawek.... :-((( 
        Choroba, trochę mi skrzydełka opadły..... :-((((           

12-01-2003r.
        Dzisiaj jest Wielkie Granie Owsiaka i pewnie dlatego Internet ciężko chodzi..... Po wielkich bólach wrzuciłam wzorzec pinczera miniaturowego. Cały czas usiłuję zebrać jak najwięcej danych o reproduktorach oraz hodowlach pinczerów średnich i miniaturowych, ale opornie mi to idzie... A może jestem za mało cierpliwa? No fakt, wszystko chciałabym mieć na wczoraj... Równie opornie idzie mi nauczanie Nikity jak ma stanąć na moje życzenie. Stoi, ale wtedy, kiedy ją kuszę smakołykiem (który natychmiast musi dostać, bo inaczej przysiada, patrzy na mnie jakby pytała "o co w tym wszystkim chodzi?") albo  gdy ja wcale tego po niej nie oczekuję....
        Cały czas dojrzewam do decyzji pozostawienia ogonków w oczekiwanym miocie.

14-01-2003r.
        Decyzja ostateczna: szczenięta pozostaną z ogonkami !!!!
Podejrzewam, że narobi to trochę zamieszania, ale nie zmienimy postanowienia. Jeżeli Ci, którzy zamówili szczenięta - rozmyślą się, to trudno, od teraz nasze pinczery będą ogoniaste. Zgodnie, zresztą, ze wzorcem. 
        Ach, nie mówiłam jeszcze o zębach! Czasami zdarza się, że któremuś nie wyjdzie taki mały ząbek, wiecie, ten za kłem. Dla suki oznacza to obniżenie oceny, dla psa koniec, a właściwie brak kariery hodowlanej. Rozumiem, że wzorzec ściśle określa "uzębienie pełne", ale dlaczego w takim razie do hodowli dopuszczane są suki bez tego zęba? Przecież w którymś pra, pra - cośtam - wnuku to wyjdzie! No, ale to jest moje przemyślenie, a nie ja o tym decyduję. Przykro mi było tylko, gdy piękny pies z mojej hodowli ma zamkniętą drogę na wystawy z powodu braku tego zęba, a oboje rodzice i wszyscy dziadkowie ten ząb posiadają! To znaczy, że któraś tam pra, prababcia przekazała ten brak zęba... No i kupując lub sprzedając szczenię, nie wiadomo, czy wszystko będzie ok. Wstyd. Sama przecież czekam na suczkę i nie wiem czy po swoich przodkach nie dostanie w spadku brak zęba! 
        Dzięki wydatnej pomocy pani Jadwigi Pliszczyńskiej, właścicielki hodowli pinczera miniaturowego "Spod Katedry" , mogłam w duuuużym stopniu uzupełnić strony o reproduktorach i hodowlach miniatur. Bardzo, bardzo dziękuje pani Jadwigo !!!! Nie do wszystkich właścicieli mam podane numery telefonów, ale postaram się to jak najszybciej nadrobić......

15-01-2003r,
        Tak, jak przypuszczałam: z tymi ogonkami narobiłam zamieszania ! Wiele osób dzwoni i pisze, że wspaniały pomysł, że popierają, ale są też tacy, którzy uważają, że nam odbiło , że "ugotujemy się" z tymi szczeniakami, bo nikt ich nie kupi. No cóż, zobaczymy; wyjdzie w praniu. Decyzja podjęta, nie będziemy jej zmieniać. Wolę, żeby moje szczenięta trafiły do nowych domów później, ale całe i zdrowe. 
        Może nadejdzie w Polsce taki czas, że i Ustawa, i wzorzec rasy będą przestrzegane, a nie: przepisy swoje, a życie swoje. Właśnie z powodu obawy o sprzedaż szczeniąt wielu hodowców kopiuje ogonki, rozumiem, ale nie popieram. Gdyby w Związku Kynologicznym zdecydowanie dążono do egzekwowania tych przepisów - nie byłoby problemu. Proponuję obejrzeć w Internecie chociażby skandynawskie strony o pinczerach: (w "linkach" jest wykaz hodowli pinczerów na świecie) tylko starsze egzemplarze mają cokolwiek kopiowane, od paru lat już się tego nie robi. Jestem ciekawa, jak się to ma do naszego wejścia do Unii? 
        Mam tylko nadzieje, że jest co raz więcej miłośników psów, którzy uważają, że nie muszą niczego obcinać swojemu przyjacielowi, żeby go kochać A podobno mieszkamy w cywilizowanym kraju.......

16-01-2003r.
        Co to się porobiło?!
        Od czasu, gdy zdecydowaliśmy, że nie kopiujemy ogonów, odmówiłam sprzedaży szczeniaka kilku osobom, które stwierdzały: 
"Z ogonem? Nie szkodzi, potem się mu obetnie"   
Ludzie, trzymajcie mnie..........         
            No, ale są też dobre wiadomości: nie wszyscy muszą mieć poobcinanego pieska .  
      Znalazłam w sieci wiele zdjęć pinczerów z ogonkami i uważam, że są piękne, a że wyglądają inaczej niż te, do których się przyzwyczailiśmy? I co z tego, teraz możemy przyzwyczaić się do "ogoniastych". Pozwoliłam sobie na skorzystanie  - w celach dydaktycznych oczywiście - z paru fotek piesków z austriackiej hodowli AVARENRING: proszę, przyjrzyjcie się tym ślicznościom :


QUINCY vom Avarenring   QUINCY vom Avarenring 

 THERRY vom Avarenring  THERRY vom Avarenring

THESY vom Avarenring  THESSY vom Avarenring
TIBERIUS SAMSON vom Avarenring TIBERIUS SAMSON vom Avarenring

Komu jeszcze trzeba tłumaczyć, że psa nie należy pozbawiać ogona?!?!

Ach, i trafiłam chyba na fińską, albo norweska stronę o pinczerach, widziałam również na amerykańskich stronach: pinczery, z powodzeniem, biorą udział w ZAWODACH SPORTOWYCH Wprawdzie jedna z przyszłych właścicielek suczki z mojej hodowli (pozdrawiam Cię Iza ) deklaruje chęć uczestniczenia nie tylko w wystawach psów, ale także właśnie w psich sportach, jednak w Polsce nie widziałam jeszcze pinczera na agility. Oby, oby ! Będę trzymała kciuki i podejrzewam, że reszta "pinczeromaniaków" także.

17-01-2003r.
        Jestem ciekawa, dlaczego tak trudno doprosić się właścicieli reproduktorów o zdjęcia ich pupili? Przecież nic ich to nie kosztuje i mają darmową, chyba niezłą reklamę. Niby tak, chcą, ale czekam i czekam. Chyba znowu daje znać o sobie moja niecierpliwość, ale wychodzę z założenia, że to im powinno najbardziej zależeć? No cóż, pewnych spraw nie przeskoczę.
        Wczoraj podpięłam jeszcze jedną podstronę, pt. "pinczer to nie pies dla każdego", pewnie ją jeszcze będę poprawiać, ale na pierwszy rzut oka jestem z niej zadowolona. Na drugi też .

21-01-2003r.
        Dzisiaj Dzień Babci. Moje dzieci odwiedzają Babcię i Dziadków, a ja leżę już czwarty dzień chora - dostałam w prezencie od mojego starszego synusia katar i jakieś inne świństwo. 
        Biga leży obok mnie i podtyka mi pod rękę swój coraz większy brzuszek, i każe się po nim głaskać. Głaszczę i głaszczę, a ona nie ma dosyć: jeszcze z lewej się obróci , i z prawej, potem znów z lewej, a na końcu głaszczę jej oczka, uszka i zaczynamy od początku..... Chyba dlatego pinczery maja taką krótką, gładką i lśniącą sierść:  od tego ciągłego głaskania . Daję jej dodatkowe witaminki D3 i A, wapno, bardzo lubi surową marchew - czasami zje jedną, a czasami ponad pół kilograma., dostaje pietruszkę, seler i w ogóle dużo warzyw, ale te warzywa, to żaden dodatek - moje psy zawsze to dostają, bo po prostu je bardzo lubią. 
        Ruda ciągle coś chomikuje w tej swojej kociej budce: wyciągam z stamtąd różne śmieci, pogryzione oczywiście, no i zawsze wszystkie psie zabawki są tam schowane. Niedługo dla niej samej zabraknie tam miejsca.... Ale najważniejsza wiadomość: Nikita nauczyła się stać wtedy kiedy ja chcę i tak jak ja chcę. Nooooo, prawie. Ale jest lepiej, dużo lepiej.  Przez to zwiększone zapotrzebowanie Bigi na pieszczoty - wszystkie moje pinczerki więcej się łaszą, nawet Psota, która na ogół za tym nie przepada, teraz też domaga się swojej porcji głaskania....

22-01-2003r.
        Dzień Dziadka. Okazało się, że ten mój "katar i inne świństwo" to angina i zapalenie krtani - jestem uziemiona do końca tygodnia. No i dobrze: na wywiadówki do dzieciaków wreszcie pójdzie tatuś......

27-01-2003r.
        Biga jest coraz grubsza i grubsza - mam nadzieję, że to przechodzi w jakość, a nie ilość... Dzisiaj Jarek kupił 2 kg pięknej, słodkiej marchewki - dał Bidze 4 sztuki, rzuciła się na nią, jakby rok głodowała! Nawet mało nie spięły się z Psotą, której nie chciała dać: w tym czasie, co dwie średniaczki zaczęły warczeć na siebie (a tak ostro zdarzyło się pierwszy raz - o marchew!), to Nikita cichutko podbiegła, złapała największy kawałek i uciekła do swojej budki pod stołem.Maluchy jeszcze przed urodzeniem są najbardziej wygłaskanymi szczeniakami pod słońcem - Biga pilnuje, żebym przypadkiem nie miała wolnej ręki.

30-01-2003r,
        Czy to możliwe, żebym ja, taka młoda dziewczyna, miała takie stare dziecko?? Mój Michał skończył wczoraj osiemnaście lat A jeszcze niedawno zmieniałam mu pieluchy!! Jak to możliwe, że ja się nie starzeję, a dzieci tak?
        Jestem wściekła na mój bark umiejętności w dziedzinie fotografii - jakość zdjęć moich psiaków jest po prostu fatalna! Ale nie mam innych i tyko takie mogę publikować. Na kilka dni miałam pożyczony skaner, ale chyba nawet skanować dobrze nie potrafię. Może za jakiś czas dojdę do jako takiej wprawy i wymienię zdjęcia, ale na razie muszą pozostać te - mimo, że są okropne. Oglądam zdjęcia psów w Internecie i wszystkie są lepsze jakościowo.
        BIGA - mimo swojej objętości - całkiem żwawo biega: dzisiaj pogoniła kota i nawet się nie zasapała. Jeszcze tydzień, najwyżej półtora i będą maluszki! Oby zdrowe.

02-02-2003r.
        Dzisiaj w domu pełno gości, baloników, życzeń i zamieszania: Michał obchodzi osiemnastkę, a Maciek imieniny (wg kalendarza 30.01.) Bidze chyba podłożę deskorolkę pod brzuch - taka jest gruba. No, trochę przesadzam..... Nikita lubi kłaść się obok Bigi z głową na jej brzuchu - odnoszę wrażenie, że słucha szczeniąt.
        W czeskiej hodowli Black Bohemia 30.I., w imieniny Maćka, urodziła się suczka dla mnie, dostała imię Liselotta. My będziemy nazywać ją Lizzi.

04-02-2003r.
        Psota dostaje "głupawki": kładzie się w kojcu, kopie, jęczy - czy ona myśli, że w ten sposób doczeka się szczeniaków? Wszystko przygotowane do przyjścia maluchów na świat. Z Bigą do tej pory był cyrk, bo nie chce rodzić w kojcu, tylko zawsze wchodzi do szafy. Raz udało nam się ją namówić na wyjście z niej, to urodziła na fotelu - kojca nie używa, dopiero potem, gdy są już wszystkie maluchy, przenoszę całą rodzinkę do środka. Biga rodzi na ogół dość małe, ale silne szczeniaki - jestem ciekawa jak to będzie tym razem. Wolałabym mniej, ale większe. No, ale to nie ja decyduję. Szczenięta od Psoty są przy urodzeniu większe (Bigi są ok.160-210g, Psoty 190-280g), ale jak dorosną, to nie ma różnic. Oby były silne i zdrowe. Szafa już przygotowana.....

06-02-2003r.
        Już nie mogę się doczekać. Dziś w nocy znów głaskałam "wystające kartofelki" - maluchy tak się rozpychają, że Biga podtyka mi swój brzuch, żebym jej masowała. Kiedy już zasypiałam obudził mnie rejwach w szafie. Zerwałam się z łóżka z myślą, że "już się zaczęło", a tymczasem Biga sobie smacznie spała z przytulona do niej Nikitą, Psota natomiast buszowała w szafie, drapała, szarpała przygotowane szmaty i układała się jak do porodu. Zgłupiała chyba zupełnie.

07-02-2003r.
        To już chyba dzisiaj. Biga od rana co 2 minuty chce wyjść na dwór, a Psota od rana piszczy! Ta moja emerytka ma źle poukładane w głowie: kilkakrotnie tak dziś zaskowyczała, że gnałam z drugiego końca domu. Jak tak dalej pójdzie, to przestanę reagować i nie zauważę, jak Biga urodzi.

08-02-2003r.
        SĄ  MALUCHY!!!!!!!
Miałam rację, Biga urodziła wczoraj wieczorem. 
        Prawdę mówiąc, mimo że się tego spodziewałam, jestem rozczarowana wagą maluchów. No, ale od początku: Po południu, kiedy już Biga przestała biegać co chwilkę na dwór, Psota położyła się i przestała udawać, że rodzi, ja też pozwoliłam sobie na małe odpoczywanko. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie widzę Bigi i powiedziałam żartem do Michała: "uważaj, jak ona już urodziła." Na wszelki wypadek zajrzałam do szafy (Biga od kilku dni się w niej pokładała) i..... zobaczyłam maleńkie, tyciuteńkie maleństwo! Biga nawet nie jęknęła, po prostu robiła swoje. No, ale maluszek, który się pierwszy urodził jest najmniejszy z miotu: 140g!! Naprawdę nie wiem, czy się uchowa? Czy taki malec ma szanse? Cały czas pilnuję, żeby dostał się do cycusia, ciągnie wtedy równo, ale pozostałe dość łatwo zabierają mu miejsce. W sumie urodziły się 3 pieski, 3 suczki, największe są: jedna suczka i jeden piesek: po 200g. W nocy niewiele spałam, bo gdy tylko maluchy zapiszczą, to Psota i Nikita wskakują na mnie i uspokoją się dopiero, gdy wstanę i zajrzę do kojca. Teraz, w ciągu dnia nie jest lepiej, nawet mam problem z pisaniem tego tekstu, bo te dwie wariatki ciągle biegają od kojca do mnie i popiskują. Biga nie dopuści ich do maluchów jeszcze przez kilka dni, jeżeli któraś próbuje zaglądać, to tylko nad moim ramieniem, gdy kucam przy kojcu, wiec kombinują jak mogą, żeby tylko być przy maluchach. Asystowały obie przy porodzie, Nikita z wielkim zaciekawieniem, koniecznie chciała położyć się znów koło Bigi. Psota natomiast próbowała karmić maluchy, zabrać je Bidze i dość agresywnie odganiała Nikitę. Maluchy nie mają jeszcze doby, ale już można je odróżnić: 
        Największa suczka jest po prostu gruba, z pełna konsekwencja pcha się do cycusia i nic nie może jej stanąć na przeszkodzie - nie daje rady tylko największemu pieskowi. 
        Średnia suczka miała dość przykre przyjście na świat, bo otarła sobie łepetynkę o kość grzebieniową miednicy i na główce ma rankę w kształcie serduszka - Jarek nazwał ją Walentynką. Podpalanie odziedziczyła po tatusiu: duże, bardzo wyraźne plamy. 
        Najmniejsza suczka, nie jest dużo mniejsza od Walentynki, ma skromniejsze podpalanie. Jak nie może dostać się tam, gdzie chce, albo gdy Biga zbyt energicznie ją liże - piszczy uparcie, aż osiągnie cel - miągwa jedna.
        Najmniejszy piesek, jest po prostu najmniejszy - i to widać, nie trzeba szukać cech charakterystycznych. Biedne maleństwo.
        Średni piesek jest dość silny, uparty, pcha się do mleka ile wlezie. Jest trzeci w kolejności, jeżeli chodzi o wielkość i siłę.
        Największy piesek, znów z podpalaniem po tatusiu, jest najsilniejszy, ma największą głowę i nikt mu nie podskoczy: gdy on chce jeść, to po prostu wypycha pozostałe - nie ma z tym najmniejszego problemu.
        Ważyłam je wszystkie po porodzie i po godzinie lub więcej. Wszystkie przez ten czas jadły i różnica była na plus ok. 5g. Dzisiejsza waga jest taka jak wczorajsza. Widać, jak się szczeniak naje, to ma balon zamiast brzuszka i wszystkie tak wyglądają. Najmniej zjada ten najmniejszy, zasypia w połowie jedzenia i daje się wykolegować pozostałym.

11-02-2003r.
        Nie mam za dużo czasu żeby pisać, bo prawdę mówiąc nie dosypiam. I to nie zupełnie przez opiekę nad szczeniętami! Owszem, poświęcam im bardzo dużo czasu, może nawet jestem przewrażliwiona, bo ciągle pilnuję, żeby nawet te słabsze i mniejsze należycie się najadły, czasami jakiś delikwent zawędruje gdzieś dalej i piszczy, Biga częściej je i pije (wszystko w kojcu), maluchy są ciągle ważone, wszystko to prze 24 godziny na dobę. Ale w zasadzie nie to jest przyczyna mojego zmęczenia: najwięcej mnie absorbuje Psota!!! Ta wariatka bardziej pilnuje tych szczeniaków, niż gdyby były to jej własne! Oczywiście Biga nie pozwala zaglądać do kojca żadnemu psu (tak będzie przez kilka najbliższych dni), więc gdy tylko w kojcu coś zapiszczy, Psota wskakuje mi na brzuch (nawet, a może szczególnie w nocy) i nie uspokoi się dopóki nie usiądę przy szczeniakach, i nie zrobię tam porządku. W kojcu ma być cicho i już, bo inaczej babcia-Psotka dostaje głupawki. Obie z Nikitą są bardzo ciekawe co tam się dzieje i kombinują jak mogą, żeby choć na chwilkę zajrzeć. Bardzo im odpowiada, gdy ja jestem przy kojcu, bo chowają się za moimi plecami i zaglądają z bezpiecznej pozycji. No, ale najważniejsze, że maluchy przybierają na wadze i są coraz większe! Ten najmniejszy maluszek, Który po urodzeniu ważył zaledwie 140g, przez pierwsze dwie doby przybrał tylko 10g, wczoraj wieczorem (koniec trzeciej doby) ważył już 180g. Nadal jest malutki, ale już nie tak łatwo go wykolegować od cycusia. Natomiast największa suczka na koniec trzeciej doby ważyła 315g! Chyba chce pobić wszelkie rekordy. Tuż za nią jest największy piesek (310g) i zaraz potem średni piesek 250g. Średnia suczka waży 230g, a Walentynka 200g. Widać różnice. 
        Właśnie wypuściłam Bigę na spacer, a tymczasem Psota ulokowała się w kojcu i tylko zerkała przez okno czy Biga już nie wraca. Miałam duże trudności, żeby ją stamtąd wyrugować. Potem Biga wróciła, ale zażyczyła sobie przeniesienie kojca. Jak to zrobiła? Chodziła z kąta w kąt, jakby czegoś szukała, kładła się obok szczeniąt, za chwilę wstawała, strasznie dyszała. Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy zabrałam kojec od kaloryfera - widocznie było jej za gorąco?

12-02-2003r.
        Okropny wieczór był wczoraj! Strasznie się zdenerwowałam! Cały dzień wszystko było w normie, popiskiwania, walka o mleko, ale wieczorem Maluszek zaczął jakoś inaczej popiskiwać: jakby kotek płakał. Oczywiście, podeszłam, obejrzałam, myślałam, że po prostu jest głodny i nie może dobić się do mleka. Ale okazało się, że wypluwa sutek i cały czas płacze. I to jeszcze jak! Rozdzierający płacz przechodzący w zawodzenie! Biga masowała mu brzuszek, ogrzewała, w końcu ja brałam go na ręce i masowałam - bez skutku. Po ok. godzinie zrobił kupkę, niby trochę się uspokoił, ale potem znów to samo. Po następnej godzinie płaczu z małymi przerwami (a była już 22.00), Michał zawinął go w ciepły ręcznik, wsadził do głębokiej miski i zabrał do weterynarza. Nasza pani doktor była nieuchwytna, więc pojechał na Grunwaldzką, gdzie jest dyżur 24h. Pan doktor obejrzał malucha i stwierdził, że nic nie stwierdził...   Diagnoza była taka, że jeżeli to była kolka, to powinna przejść, ale jest możliwość, że nieostrożna mama go nadepnęła i malec ma teraz obrażenia wewnętrzne, które trudno stwierdzić: albo przejdzie, albo nie! Ale mnie pocieszył! No, ale Maluszek wrócił do mamy i dzisiaj je ile wlezie, więc myślę, że to była jednak kolka, ale za to jaka! Wczoraj wieczorem jego waga wynosiła 200g, więc grubnie, ale dziś rano 190g - przypuszczam, że to skutek kilkugodzinnej głodówki. Pozostałe natomiast, a szczególnie najgrubsza Gruba - tyją w oczach. Zważyłam Grubą dzisiaj rano, zaraz po jedzeniu : 410g!! Gruba (chyba to ona będzie miała na imię Layla) jest bardzo spokojna, nie rzuca się do mleka, ona po prostu podpełza i je kiedy chce, jest największa i najsilniejsza, nie rozpycha się - ona idzie, a wszystko samo jej schodzi z drogi.... . Największy z piesków (chyba będzie miał na imię Legolas), jest ciut mniejszy od Layli, ale bardziej marudny. Kiedy chce jeść, a wszystkie cycusie są zajęte, popiskuje, i to z wielką niecierpliwością. Walentynka ( ona na pewno będzie miała na imię Lady Valentine) jest cały czas najmniejszą suczką, ale nie piszczy zbyt wiele i zawsze znajdzie drogę do mleka. Wczoraj wieczorem ważyła 230g.

13-02-2003r.
        Piękny, słoneczny dzień. Na dworze śnieg i mróz, ale coraz dłuższy dzień, więc jak świeci słoneczko, to prawie tak, jakby nadchodziła wiosna. No, wiem, że to dopiero luty i że jeszcze ma przyjść zima, ale dzisiaj jest cudownie!
        Dziś otrzymałam od Kristyny Klicovej (hodowla Black Bohemia - Czechy) list z wiadomościami o mojej Lizzi. Będę mogła odebrać ją po 21.III - już nie mogę się doczekać, mimo że mam w tej chwili w domu kojec pełen własnych maluchów. Lizzi jest o tydzień starsza od moich szczeniaczków i waży 560g. Niedługo mam dostać jej zdjęcie! Zdjęcia moich maluchów postaram się zamieścić może we wtorek - a to dzięki uprzejmości Lilki Kisiel, właścicielki Mafii (czyli Chili), która obiecała przyjść w poniedziałek z aparatem cyfrowym - też już nie mogę się doczekać. Na razie robię zdjęcia zwykłym aparatem, automatem, więc nie wiem jakie wyjdą, no i muszę czekać aż się film skończy. Teoretycznie imiona dla maluchów są wymyślone, ale jeszcze mogą się zmienić. Na razie jest: Layla, Lady Valentine, Lori, Legolas, Lancelot i Lucky.
        Dzisiaj Nikita próbowała oglądać szczeniaki (pod nieobecność Bigi), ale nie odważyła się na wejście do kojca, tylko z daleka, w powietrzu wąchała. Kiedy podetknęłam jej malucha pod nos, to polizała, ale zaraz wycofała się na bezpieczną odległość. Chyba jeszcze za bardzo nie wie, co to jest takiego, albo tak bardzo boi się reakcji Bigi. Potem kilkakrotnie spróbowała podejść sama, ale Biga zawarczała i Nikita czmychnęła.

14-02-2003r.
        Biga już na chwilkę zostawia maluchy, pochodzi sobie parę minut w domu albo na dworze. Wczoraj wieczorem wpakowała mi się do łóżka i nie chciała wyjść, zanim nie dostała swojej porcji pieszczot! No tak, minął już przecież tydzień, jak utkwiła w kojcu, więc trzeba nadrobić zaległości. Rozłożyła się na plecach, gdy już wygłaskałam brzuszek, dostałam pod dłoń jej głowę, potem grzbiet, i oczywiście wszystko znów od początku. Nikita zaraz skorzystała z okazji i przytulała się do Bigi, lizała jej uszy i oczy, a Bigusia tylko leżała i mówiła; "tak mi rób, tak mi dobrze....". Potem Biga znów poszła do kojca, a Niki usiłowała namówić ją do zabawy: chwyciła jeża - piszczydełko i stała przy kojcu, podrzucała sobie zabawkę, kulała nią, w końcu wrzuciła ja do kojca. Biga jednak nie wykazała zrozumienia, nie chciała się bawić. Wprawdzie Nikita już z większą odwagą zagląda do kojca, Biga pozwala jej na bliskie podejście nawet, gdy mnie nie ma, ale na wyjęcie jeża z kojca się nie odważyła - przyszła do mnie piszczała, skakała no i musiałam pójść i podać jej zabawkę. Teraz zresztą też cały czas słyszę, że kusi Bigę piszczydełkiem. Psota natomiast ma zakaz wstępu, jej odległość od kojca musi wynosić przynajmniej dwa psie kroki - ale to i tak sukces, bo do tej pory nie powinna pokazywać się nawet w polu widzenia... W nocy Biga nie zaniechała spacerów i byłam kilkakrotnie brutalnie obudzona z psim nosem np. w oku - trochę nieprzytomna, ale musiała wstawać i wypuszczać nasza mamę na dwór. Zmarzłam i znów boli mnie gardło...

18-02-2003r.
        Mała przerwa w pisaniu, ale zabiera mi to trochę czasu, a nie mam go zbyt wiele ostatnio. Na wykonanie zdjęć aparatem cyfrowym umówiłam się na środę - może tym razem wyjdzie. Maluchy zmieniają się tak bardzo i tak szybko, że nie nadążam.. Nawet ten najmniejszy jest już spory, bo waży ponad 400g!! Są okrąglutkie, tłuściutkie, czasami udaje im się podnosić na łapkach - tak śmiesznie się wtedy kiwają. Są bardziej zdecydowane w bitwach o mleko i głośno protestują, gdy Biga je na chwilę zostawi. Psocie nadal nie wolno podchodzić do kojca, chociaż i tak jest lepiej, bo mogę zabrać malucha i dać go Psocie, wtedy Biga nie protestuje. Psota takiego delikwenta przytula, liże, wyczynia cuda i jest bardzo zawiedziona, gdy go w końcu zabieram. Nikita natomiast ma większe względy u Bigi, bo jej wolno wejść do kojca i położyć się koło szczeniaków. Niki wtedy je zaczepia, ale tak jak pies zaprasza do zabawy - zupełnie nie ma zrozumienia dla ślepych i nieporadnych, mają się z nią bawić i już! No i na porządku dziennym jest zachęcanie do zabawy piszczydełkiem: efekt jest taki, że cały dzień coś mi piszczy w domu - jak nie szczeniaki, to Nikita zabawką.

19-02-2003r.
        Nikita wczoraj zrobiła przedstawienie: jak tylko Biga wychodzi, to Niki natychmiast musi być w kojcu. Maluchy raczej na nią nie reagują, ale wczoraj któryś podpełznął i zaczął wpychać się jej pod brzuch. Jak się zerwała, jak zaczęła szczekać!! A w tym jej szczekaniu było tak wyraźne oburzenie! Potem już bardzo nieufnie zaglądała do kojca, cały czas napięta, jakby się obawiała, że to "coś" może ją zaatakować.... Potem próbowała nosem i łapą szturchać maluchy, prowokować do działania, a one tylko piszczały i kręciły się w kółko! Jak już się przekonała, ze nie grozi jej nagła utrata życia, znów ulokowała się w kojcu. Psota nadal nie podchodzi, powiedziałabym, ze jest wręcz obrażona. Cały czas schowana jest pod futrzakiem na fotelu i nawet wieczorem, kiedy idę spać, nie wyłazi spod niego. Do tej pory zawsze usiłowała wepchnąć mi się do łóżka, a teraz nawet się nie fatyguje. Mam nadzieję, że jej przejdzie. Dostała kilka e-maili w języku niemieckim (dotyczących oczywiście pinczerów) i nie rozumiem ani w ząb. Michał niby uczy się niemieckiego, ale chyba bez efektów. Może źle się wyraziłam: chodzi na niemiecki, co nie znaczy, że się uczy.... 

20-02-2003r.
        Wczoraj była sesja zdjęciowa - efekty na 4 stronie fotogalerii.
Maluchom już otwierają się oczka! Najpierw od nasady nosa robi się maleńka szparka, co chwila większa, a potem już będą otwarte! Wczoraj uchyliły powieki Layla, Lester i Walentynka. Na zdjęciach tego jeszcze nie widać, no może na jednym ze zdjęć Layli.
Próbują też utrzymywać się na łapka: cały czas pełzają, ale jak mamusia otwiera "bar mleczny" - jakby dostawały skrzydeł i wtedy łapki same rwą się do chodzenia! Biga już nie spędza tyle czasu w kojcu, zaczyna tam tylko zaglądać na karmienie. Ale jest cały czas w pobliżu, jak maluchy za bardzo piszczą, to wtedy usadawia się w kojcu i zagania je do siebie. U mamy wszystkie psie smutki mijają...

21-02-2003r.
        Czy ja już mówiłam, że mam psy-wariatki? Albo trzy wariatki? Podobnie brzmi, a oznacza dokładnie to samo! 
        No więc, od początku: Psota, jak już pisałam, nie ma prawa zaglądać do kojca, natomiast Nikita może w nim nawet mieszkać. Wczoraj położyłam się w dużym pokoju, tam jest kojec, ale zasłonięty przez stół. Więc - leżąc - nie widziałam go. Po pewnym czasie słyszę warkot. Ale jaki?! Głęboki, głuchy, taki aż spod wątroby. Okazało się, że Biga zajrzała do kojca, a tam rozłożyła się Psota. Biga zjeżyła się do granic możliwości, ale nie atakowała, tylko stała nad kojcem okropnie warcząc. Musiałam wziąć obie za frak i zrobić porządek, tzn. wyrzuciłam Psotę z kojca. I chyba zrobiłam źle? 
        Nie wiem, jak to przyjęły obie "mamy", ale dzisiaj było jeszcze gorzej! Obudziła mnie Biga (oczywiście wpychając mi swój zimny i mokry nos do ucha), myślałam, że chce wyjść na dwór. A ona biegnie prosto do kojca. poszłam za nią i co zobaczyłam? Psotę w kojcu! O dziwo, Biga nie warczała, więc uznałam, że już nadszedł czas, kiedy Psota bez przeszkód może zaglądać do maluchów. Obok stała Nikita i chciała też zajrzeć do szczeniaków, a tu Psota warknęła na nią! Wzięłam smakołyki do ręki, podbiegły wszystkie trzy. Ale która pierwsza połknęła, ta ładowała się do kojca i nie dopuszczała pozostałych! Nikita od początku była na przegranej pozycji, cała sprawa rozegrała się między średniaczkami. Efekt był taki, że Psota ulokowała się w kojcu (to ona jednak jest nadal przywódcą tego stadka) i nie pozwalała ani Nikicie, ani Bidze zbliżyć się! Wylizała wszystkie maluchy, przytulała je i nadstawiała im swoje puste cycusie. Poleżała trochę, maluchy jednak były głodne, a przecież babcia, mimo najszczerszych chęci, nie mogła ich nakarmić, więc zaczęły popiskiwać, i to coraz bardziej zdecydowanie. Biga więc chciała je nakarmić, ale kojec jest zbyt mały, jak na dwie mamy, a Psota nie chciała wyjść. No i zaczęło się! Obie zjeżone i warczące, Nikita schowana pod stołem, do tego piszczące rozpaczliwie maluchy. Oczywiście znów wzięłam smakołyki do ręki, znów wszystkie podbiegły, zwabiłam więc Psotę do drugiego pokoju i Biga mogła się położyć w kojcu. Ale Psota wyszła z sypialni (chyba źle zamknęłam drzwi) i podbiegła, żeby nie powiedzieć "podleciała", do kojca i chciała Bigę wykolegować. Tego Bidze było już nadto, wyskoczyła z kojca zjeżona i z zębami na wierzchu. Psota tak samo. Znów musiałam wziąć obie za frak, żadna tym razem nie chciała popuścić. Powiem szczerze, gorąco było. Teraz jest spokój , a ja czekam tylko, kiedy maluchy będą większe i obie "mamy" przestaną się o nie kłócić. 
        Dotychczas nie było nigdy tak ostro, ale faktem jest, że kojec był na ogół na tyle duży, że mieściły się obie, co zresztą widać na jednym ze zdjęć w fotogalerii. Teraz Jarek miał tylko tyle materiału, żeby zrobić mniejszy kojec, chociaż już szykuje większy, który będzie stał w kuchni. Planuje zbudować go za kilka dni, gdy maluchy będą już chodziły siusiać na gazety, ale nie wiem, czy nie będzie musiał wcześniej się za to zabrać. 
        Jeszcze tylko miesiąc - i wiosna! Oby nadeszła jak najprędzej, dosyć mam już palenia w piecu i zimna na dworze. Wróble już ćwierkają nam nad głową, a to oznacza, że znów chcą zbudować gniazda u nas pod dachem.

23-02-2003r.
        No więc - jakby to powiedziało moje dziecko - ja wymiękam...... 
        Biga wchodzi do kojca karmić maluchy, potem natychmiast się stamtąd ewakuuje i jej miejsce zajmuje Psota. Jeszcze na siebie warczą, ale już mniej zdecydowanie i raczej starają się schodzić sobie z drogi. Gdy Psota już wlezie do kojca, ułoży się, zagoni maluchy do cycusiów i ...... one "piją"! O matko, przecież ona tam nic nie ma! A jak przy tym mlaszczą! I, o dziwo, uspakajają się, przytulają i zasypiają. Psotka chyba robi za psi smoczek? Czy wy też podrzucaliście swoje dzieci babciom? Biga robi to na dodatek tak cwanie, żeby babcia myślała, że to jej okazuje się wielką łaskę, a tymczasem Biga korzysta i idzie ułożyć się na fotelowym futrzaku - od niańczenia dzieci ma swoją mamę. Gorzej, gdy maluchy zgłodnieją - Biga chce wtedy je nakarmić ( ale już tak nie gna do kojca - podchodzi dopiero na zdecydowane, ponaglające popiskiwania), no a Psota nie bardzo chce jej ustąpić miejsca i wtedy muszę interweniować. Czy Psota może dostać mleko? Zaczynam już we wszystko wierzyć. I wiecie co? Psota nie wyjdzie z kojca bez ważnej przyczyny (np. jedzonko albo spacerek) - może tam leżeć cały dzień i noc! 
        Maluchy mają już 16 dni i chyba zacznę próbować dodatkowo podawać im sztuczne pożywienie - może wtedy Psota da im spokój? Nie było tak do tej pory. Owszem, zawsze jedna była zazdrosna o szczenięta drugiej, ale kończyło się to po kilku dniach, kiedy maluchy przestawały być takimi oseskami. Teraz już wszystkie mają otwarte oczka, reagują na ruch i światło - na dźwięki jeszcze tylko, gdy są głośne - i próbują, z coraz lepszym skutkiem, poruszać się na łapkach. A Psota dalej je traktuje jak noworodki. 

24-02-2003r.
        Najnowszy scenariusz wygląda tak: Psota nie ma zamiaru po żadnym pozorem opuszczać kojca. Maluchy przyssane do niej mlaszczą, mimo że muszą być głodne - nie piszczą, tylko zawzięcie ciągną. Psota - mimo że musi ją to boleć - ani piśnie. Ba, nawet jest bardzo zadowolona. Biga nie widzi potrzeby karmienia maluchów skoro są spokojne ( no i mlaszczą - mniam, mniam!). W końcu ja wyrzucam Psotę z kojca, Biga zostaje do niego zagoniona i karmi głodne maluszki. Gdy te się do niej dorwały, oczywiście zaczęły się straszliwie przepychać (jak zawsze zresztą) - najeść się najadły, ale Biga wychodzi z kojca podrapana - całe podbrzusze ma mocno zaczerwienione. Psota oczywiście natychmiast zajmuje należne jej miejsce i maluchy, najedzone, wylizane i ogrzane - zasypiają. A co Biga? No cóż, też ma swoją opiekunkę: Biga kładzie się na plecach, a Nikita obok niej i wylizuje jej wszystkie zaczerwienione miejsca! 
        O rany! Podobno człowiek całe życie się uczy, a i tak umrze głupi...
        Biga jest faktycznie mocno podrapana, obcinałam maluchom pazurki, niby spiłowałam boki, ale jednak są bardzo ostre. Gdy psiaki tak się przepychają do baru, to mocno swoją mamę drapią. I nie tylko swoją mamę: siebie nawzajem również, Walentyna i Lester mają takie ślady na łebkach jakby im ktoś sznyty porobił...
        Wczoraj szczeniaczki dostały do spróbowania papkę dla szczeniąt, ociupinkę. Layla została nadwornym odkurzaczem - wszystko wciągnęła (całe pół naparstka....), Lori kompletnie wzgardziła, Walentynka z chęcią się zabrała, ale zaraz wypluła, chłopcy popróbowali tylko. 

25-02-2003r.
        No i stało się. Psota ma mleko. Nie wiem co mam z tym zrobić. Ona zawsze wchodziła do kojca Bigi, ale leszcze nigdy nie dostała w ten sposób mleka!! Faktem jest, że ostatnie szczenięta urodziła w 2000r., ale czy to może być powód? Może nie powinnam pozwolić jej kłaść się do kojca? Obie mają bardzo silny instynkt macierzyński, obie są nawzajem zazdrosne o swoje szczeniaki, ale mleko?!?! Wiem, wiem, muszę skontaktować się z weterynarzem, ale w tej chwili jest nieprzyzwoicie wcześnie i muszę poczekać, aż normalni ludzie obudzą się i zaczną swój dzień. Jarek mówi, że trzeba będzie ja wysterylizować, bo sytuacja może się powtarzać, ale ja nie wiem czy to dobry pomysł. Psota jest bardzo opiekuńcza, umie wychowywać szczeniaki, ma tyle zapału, a gdyby ja poddać sterylizacji - to czy charakter jej się nie zmieni? No i jak mam postępować teraz? Czy odizolować ją od szczeniaków, czy wręcz przeciwnie? Och, muszę to wszystko przetrawić.....

26-02-2003r.
        Wieczorem Jarek z Michałem zrobili większy kojec. Psice tak są nauczone, że z chwilą przejścia do większego kojca, maluchy dostają sztuczne pożywienie. Oczywiście, każda ze średniaczek dałaby się posiekać na kawałki, tylko po to, aby móc wyjeść resztki po maluchach. Ponieważ na ogół już w tym czasie niechętnie karmią - chyba ze względu na podrapane podbrzusze, Biga np. karmi na siedząco: maluchy, wtedy tak bardzo jej nie drapią - więc wprowadziłam zasadę, że suka może zjeść to co zostanie po karmieniu szczeniąt pod warunkiem, że w czasie karmienia leży w kojcu i maluchy mogą się napić. Oczywiście, jeżeli to są pierwsze próby dokarmiania - tak jak dzisiaj - to w misce zostaje większość tego co przygotowałam. Gdy Jarek wstawił kojec do kuchni, jeszcze nie przeniosłam szczeniąt, a już Biga w nim leżała i czekała. W efekcie Psota chodziła koło kojca, ale nie weszła, Biga pilnowała maluchów i ich miski. 
        No i wyłożyłam gazety - już całkiem dobrze im idzie znajdowanie miejsca do siusiania. Coraz lepiej też utrzymują się na łapkach, trenują wytrwale, mimo wielu wywrotek, a nawet fikołków. Bardzo śmiesznie to wygląda, gdy taki maluch próbuje przejść i zacznie np. ziewać - ruch głową i leży. No a Lester?! Ciągle warrrrrczy! Słowo! Nie może dopchać się do cycusia - warczy, ktoś go obudzi - warczy, jak je - też potrafi warczeć, może podoba mu się ta nowo nabyta umiejętność? Albo niezły będzie z niego złośnik. Ale spróbujemy go ułagodzić, mamy kilka sposobów.... Biga całą noc była z maluchami, dopiero rano Psota mogła wejść.
        Wczoraj był piękny dzień, w słońcu 16C! Dzisiaj również jest słonecznie - może to już się ma ku wiośnie?!

27-02-2003r.
        Layla usiłowała przejść przez kojec, oczywiście jeszcze bardzo niepewnie, ale z determinacją, i nagle głośno i wyraźnie szczeknęła: tak ją to zaskoczyło, że z wrażenia wywinęła koziołka!  Wylądowała na plecach i przez moment zamarła z łapkami w górze.... Legolas dzisiaj wciągnął co się dało z miski i próbował zaczepiać pozostałe maluchy - one akurat piły mleczko i nie bardzo zgadzały się na przerywanie. Legolas więc chwycił najbliższy ogonek i pomrukiem próbował go skonsumować....... Na szczęście jeszcze nie ma ząbków..... Lori też próbuje pierwszych zabaw. Otworzyła mordkę z zamiarem pochwycenia czyjejś łapki, ale gdy łapka umknęła - zadowoliła się wielkim ziewaniem. Walentynka nie bardzo lubi jeść z miski, podobnie jak Lucky woli, żeby jeszcze dawać jej z ręki. A Lester nadal warczy, teraz i inne próbują, więc czasami z kojca dochodzą niezłe dźwięki. Wczoraj Psota spacyfikowała Nikitę, gdy ta ośmieliła się zajrzeć do kojca. Niki podchodzi do maluchów nadal z wielkim zdziwieniem: niby to-to pies, a nie szczeka, nie biega, jakoś dziwnie chodzi i ciągle śpi. Bardzo jest zainteresowana, gdy wyciągam jakiegoś delikwenta z kojca, to koniecznie musi go obwąchać i za każdym razem usiłuje namówić go do zabawy. A maluchy nic, tylko piszczą i kręcą się w kółeczko... Biedna Niki - maluchy jej nie rozumieją, Psota ją przegania, tylko do Bigi może się przytulić. Bierze więc tego swojego jeża - piszczydełko i biega po domu w kakofonii dźwięków. Jeszcze troszeczkę, a poprawi się jej nastrój, bo maluchy też zaczną "prawdziwe" zabawy....

28-02-2003r.
        Dzisiaj jest ciepło, choć pochmurno. Podobno jutro ma padać - znów dookoła pełno błocka. 
        Wczoraj moje trzy damy dały nogę z działki, źle była zamknięta brama. Poszłam za nimi ze smyczami, sąsiedzi mi tylko mówili, na którym są zakręcie....Kiedy czasami robią sobie takie wycieczki -  Nikita była pierwszy raz i zaraz wróciła - to na ogół wychodzą z działek i kierują się do parku. Nauczyły się tego od Daffiego, który był kiedyś z nami. Daffi ciągle wietrzył gdzieś jakąś "kochliwą" suczkę i zaczęły się wędrówki. Przedtem brama mogła być otwarta, a Biga i Psota nie ruszyły się z działki. No i zasmakowały w tych wędrówkach, ja jednak bardzo się o nie boję. Poszłam więc po te delikwentki, jak mnie zobaczyły, to podbiegły w podskokach. Zabrałam je do parku, chociaż wiem, że po takiej ucieczce powinnam zaprowadzić je do domu. Ale poszłyśmy na spacer, wybiegały się do woli. Wróciły totalnie utytłane. Musiałam teraz dwóm "mamom" dezynfekować sutki, obie dokładnie umyłam , a Nikitę, jako że błoto miała nawet na czubku głowy, wsadziłam pod prysznic.
        Karmienie maluchów zajmuje mi każdorazowo pół godziny, czasami dłużej. One jeszcze nie wszystkie załapały zasadę jedzenia z miski, każdego po kolei uczę. Biga w tym czasie leży i czeka: gdy któreś maleństwo zmęczy się, albo już naje - idzie do mamy na mleko. Muszę widzieć czy każdy ma okrągły brzuszek, wtedy jestem pewna, że nie są głodne. Poza tym lubię na nie patrzeć. Co dziennie są inne, coraz więcej się uczą. To rozkoszne, jak takie najedzone, senne, usiłują się bawić - warczą, próbują chwytać czyjeś uszy, łapki i ogonki, niektóre w trakcie zabawy zasypiają i szczekną jeszcze przez sen...... Potem w kojcu robi się cisza, Biga wstaje i zjada resztki z miseczki. Następuje zmiana warty - do kojca wchodzi Psota. Maluchy na chwilkę się budzą, zaraz potem przytulają się do babci, któryś jeszcze próbuje coś pić i spokój......... I tak co trzy-cztery godziny. Ostatnie karmienie jest ok.23.00, pierwsze o 6.00. Jeżeli budzą się w nocy, to zawsze z nimi jest Psotka i to im wystarczy. Ale o 6.00, gdy dzwoni nasz budzik, zaczyna się niesamowity rejwach, szczenięta wygłodzone po nocy alarmują o krytycznie pustym brzuszku, więc Psota idzie na dwór, a do kojca wchodzi Biga - i tak codziennie....Jeszcze nie do końca umieją korzystać z gazet - to znaczy umieją, ale nie zrezygnowały z siusiania na kołderkę, przynajmniej nie wszystkie. Mam nadzieję, że to im przejdzie, bo zmieniam im posłanie kilka razy dziennie.....

01-03-2003r.
        Od dzisiaj w dzień można jeździć bez świateł - co bardzo ucieszyło mojego Michała: uzbierał pieniążki i tuż po 18 urodzinach kupił sobie wiekowego "maluszka", "kaszlaka" czy jak to-to jeszcze nazywają. Michał mówi o nim "mój piękny, czerwony bolid"....... Codziennie wieczorem podłącza go "pod kroplówkę", bo coś źle jest z czymś (przecież ja się na tym nie znam, więc nie wiem co i z czym) i całą noc ładuje się akumulator. No, a od dzisiaj nie używa świateł, więc jest lepiej. Podobno......
        Z dnia na dzień umiejętności szczeniaków rosną. Powiedziałbym nawet, że z godziny na godzinę... Dzisiaj Lester usiłował podbiec! A to dlatego, że gdy postawiłam im miskę w kojcu - nie wpuściłam Bigi i maluchy nie miały wyboru: musiały zadowolić się miską. Potem, gdy już widziałam, że trochę podjadły, pozwoliłam Bidze wejść i szczeniaki rzuciły michę w kąt i szybko do mamy. Przebierały tymi łapkami na wyścigi, Lester chciał podbiec, ale łapki się poplątały i wylądował na mordce. Usiadł z wrażenia, próbował się otrząsnąć, co oczywiście skończyło się znów lądowaniem na mordce. W efekcie, biedak zamiast pierwszy, był ostatni i nie mógł się dopchać... Ostatnio maluchy są bardziej marudne. Nadszedł czas pokazywania się ząbków, a to nie należy do przyjemności... . Biga karmi je siedząc, a maluchy - jak winogrono - przyczepiają się do niej z dwóch stron w iście akrobatycznych pozycjach.... Jak już wyjdą zęby, to mamusia już niechętnie karmi - przy takiej przepychającej się gromadce, łatwo o trochę bólu.
        Błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Obrzydliwe, glajdowate błocko. Psy, po powrocie z dworu, mają na sobie tonę błota i za każdym razem muszę je myć. Czy one nie mogłyby chodzić tylko po suchym? Błe.....

06-03-2003r.
        Kilka dni przerwy i tyle zmian. Nie zdołam wszystkiego opisać, zresztą chyba się nie da - więc w wielkim skrócie. Coraz więcej pracy, więcej hałasu i sprzątania, ale też coraz więcej radości. To niesamowite, jak szczeniaki szybko się uczą. Z chodzeniem nie ma już żadnych problemów, teraz są na etapie szarpania, podgryzania (mają już przecież ząbki), warczenia i zaczepiania. Po każdym jedzeniu jest czas zabawy - mogę tam siedzieć i patrzeć, nawet gdyby mi się miał obiad przypalić...... Maluchy zaczepiają i Bigę, i Psotę, ale tak to komicznie wygląda - one małe i nieporadne podskakują wysoko, żeby dosięgnąć nosa mamy czy babci. Wczoraj był pierwszy spacer po domu - najpierw przyczaiły się przycupnięte przy podłodze, a potem zaczęło się zwiedzanie. Nikita tylko pilnowała, żeby nie weszły do jej budki. Próbowała zaczepiać maluchy, trącała dość zdecydowanie nosem i łapą, one najpierw nie reagowały, a potem Lester jej odszczeknął - ale się zdziwiła.... Niektórym się podobało, innym mniej, ale wszystkie ciekawie sprawdzały otoczenie. Najdalej odchodził ....... Lucky, wszędzie musiał wsadzić nos, Layla i Legolas przeszły aż przez korytarz do pokoju, ale szły za Psotą, a Lucky chodził sam. Walentyna usiadła na środku korytarza i płakała, aż przyszła Biga i ukoiła psie smuteczki. Później mała już zwiedzała bez oporów. Dzisiaj dalsza lekcja życia poza kojcem. No i są po pierwszym odrobaczeniu.
        Biga i Psota ostatnio narozrabiały - trzy dni z rzędu musiałam prać futrzak z kanapy! Najpierw był to ser smażony z kminkiem, potem czekolada do smarowania chleba a na końcu paczka tartej bułki. Dawno tak nie napsociły.... W sobotę przyjeżdża ze Szczecina Iza - będzie sesja zdjęciowa maluchów! Muszę pozawiązywać im jakieś kokardki na szyjach, bo nie będzie wiadomo który jest który.

07-03-2003r.
        Iza i Maciek właśnie od nas wyjechali, przyjechali po 13.oo i od razu zaczęli robić zdjęcia. Maciek zrzucił je przed wyjazdem do mojego komputera i teraz muszę przejrzeć i przygotować do publikacji niektóre z nich. Nie łatwo wybrać, bo jest ich ponad 90, a co jedno, to ładniejsze! Już wyobrażam sobie , jak Iza i Maciek przygotują swoją stronę, ile tam będzie pięknych zdjęć Layli! Stwierdziłam, że aparat cyfrowy, to jest to co w tej chwili tygrysy lubią najbardziej...... Wycieczka maluchów poza kojec pierwszy raz trwała tak długo i z tyloma emocjami, że w końcu zasypiały na siedząco. Teraz sobie smacznie śpią - tylko zjadły kolacyjkę i już się nawet nie bawiły..... Iza nie mogła rozstać się ze swoja Laylą, więc zaproponowałam jej, żeby na te trzy tygodnie, które pozostały do odbioru szczeniąt, zabrała Nikitę. No wiecie, auto zastępcze na czas naprawy.....  No, ale Niki na szczęście - mimo że prawie cały czas wchodziła Izie lub Maćkowi na kolana - zrezygnowała z wyjazdu.... Zajrzyjcie do fotogalerii - może jeszcze nie dziś i nie jutro, bo trochę muszę nad tym popracować - ale niedługo będą opublikowane efekty dzisiejszej sesji zdjęciowej...

10-03-2003
        Już trochę zdjęć przygotowałam - reszta trochę później. Wiecie do jakiego wniosku doszłam? Że najładniejsze są fotki Nikity z Izą...... No, ale one właśnie będą później, najpierw maluchy. Jeżeli oczywiście uda mi się dziś połączyć z serwerem, bo ostatnio coś mi to łącze szwankuje. 
        Z kojca dochodzą ciągle jakieś piski: albo Nikita je budzi - robi to, niestety, regularnie - albo podgryzają się nawzajem. A że nie umieją jeszcze ograniczyć siły nacisku swoich ostrych szpileczek, to co chwila któryś ma mocniej nadgryzione ucho, łapkę albo inną część ciała i podnosi larum. Lester niby trochę złagodniał, ale będzie wymagał zdecydowanego właściciela. Lucky - ten najmniejszy, najsłodszy i najbardziej przylepny szczeniak - zdenerwował się na ciągłe podgryzanie przez Lestera i nieźle mu się odwarknął. Rozbisurmaniły się ostatnio wszystkie - z Nikitą na czele. Niki do tej pory obchodziła kojec z daleka, siadała mi tylko na kolanach, gdy ja tam byłam. Teraz też to robi, ale doszła do wniosku, że Psota już jej nie przegania z kojca i bardzo jej się spodobały zabawy ze szczeniakami. Nie czeka już więc, aż wystawię maluchy, tylko co chwila wskakuje do środka i je budzi. Jednego obudzi, drugiego, maluchy zaczynają piszczeć - a Nikicie o to właśnie chodzi. Gdy któryś jednak dalej przysypia - zaraz się nim zajmie: poszturcha, poprzewraca i zabawa gotowa. Muszę pilnować, żeby dobrze jadły, bo Biga zawsze czai się na ich miskę i korzysta z każdej okazji, żeby im wyjeść kolację. One oczywiście chętnie dopadają do cycusiów, ale jest tam już coraz mniej (Psota już w ogóle nie ma mleka) i raczej to jest takie przytulanie do mamy, niż jedzenie. A Biga w ten sposób je usypia, a potem zabiera się za pozostawione przez maluchy jedzenie. Ostatnie karmienie jest już coraz wcześniej - dziś np. o 23.30, a do niedawna o 1.00 w nocy. Zresztą, nie jedzą wtedy dużo, raczej pochodzą, popiszczą, trochę dopchają brzuszki i śpią do rana. Zazwyczaj, bo czasami jednak podniosą alarm w nocy - ale coraz rzadziej.

15-03-2003
        Nie mam zupełnie siły, żeby siedzieć i pisać - wszystkich nas rozłożyła grypa. Jak mój mąż się położył, to znaczy, że już jest naprawdę źle! 
        Maluchy codziennie co raz dłużej biegają po domu, najpierw je roznosi energia a potem robi się coraz ciszej i ciszej, aż w końcu zbieram je - prawie śpiące...... Nikita równo je "ustawia", ale niektórym się to już mniej podoba i odwarkują jej. Najwięcej oczywiście Lester. Trochę już spuścił z tonu, ale nadal jest zadziorny i niepokorny. Przy tym wspaniale bawi się piłeczką i uwielbia się przytulać! Ktoś, kto się na niego zdecyduje, będzie miał dużo pracy, ale i wiele satysfakcji - bardzo pojętny psiak. Dzwoni prawie codziennie ktoś z zapytaniem o szczenięta, ale nie mogę go oferować komuś, dla kogo ma być to pierwszy w życiu pies, albo jeszcze na dodatek jest w domu np. 2-letnie dziecko! Któryś z rozmówców bardzo się zdziwił, że wypytuję go o doświadczenie, warunki mieszkaniowe i sytuację rodzinną, a na dodatek uprzedzam o charakterku Lestera - po raz kolejny usłyszałam "to chce pani sprzedać tego psa, czy nie?".... Jestem ciekawa, jakby się czuł po tym, gdybym nic nie mówiąc, sprzedałabym mu psa, a on nie dałby sobie z nim rady? I co stałoby się z psiakiem? Lester naprawdę nie zasługuje na poniewierkę.... Wymaga zdecydowania w prowadzeniu, ale jest bardzo pojętny, wesoły, przymilny, skoczny..... Nie może trafić do osoby, która go po prostu zmarnuje. Na dodatek jest bardzo dobrze zbudowany, nie wiem czy nie najlepiej ze wszystkich szczeniąt! Jest krótki, ma dobrą głowę i doskonałe kątowanie.

17-03-2003r
        Już jest ciepło i słonecznie - chyba będzie taka prawdziwa wiosna! Śnieg już nigdzie nie leży, błoto zaczyna wysychać, więc wyprowadziłam maluchy na dwór - najpierw przypadły do ziemi, potem niepewnie kręciły się w kółko, a później przyszła mama i dała mleczka - świat wrócił do normy..... Nikita oczywiście maltretuje maluchy ile wlezie - ale im się to podoba! Lester wręcz goni Niki, a potem się przewarkują - które głośniej. Rano pobudka jest między 6.00 a 6.30 - maluchy dostają jeść - wygłodzone po nocy działają jak odkurzacze - a potem spacerek po domu. No, może źle użyłam słowa "spacerek" - jest jedna wielka gonitwa, poszczekiwanie, warczenie, szarpanie, pisk - trzeba zabezpieczać firany, buty, ostatnio któreś próbowało nadgryźć..... kaloryfer! Po takim bieganiu padają na posłanie śpią ok. 2 godziny - i potem znów to samo! Coraz bardziej wyróżniają się zachowaniem - każdy trochę inaczej reaguje na wołanie, na zachętę do zabawy, na zaczepki innych psiaków - niezłe mam tu co dzień przedstawienia....  Zrobiłam im kilka zdjęć na dworze, ale opublikuje je dużo później - no wiecie, musi się najpierw skończyć film, a potem do wywołania i dopiero po zgraniu ich na płytkę albo zeskanowaniu będę mogła je zamieścić.
        Maciek cały czas wymyśla "domowe" imię dla oczekiwanej przez nas Liselotty (chyba jeszcze dwa tygodnie), zdecydowanie nie podoba mu się "Lizzi" - teraz twierdzi, że będzie ją nazywał Thia, ale to imię nam się nie bardzo podoba - niech myśli, krzywdy sobie nie zrobi, a może będzie z tego jakiś pożytek?

21-03-2003r
    WIOSNA!!!!!!!
No, prawie - na dworze wprawdzie słońce, ale zimno.
        NIKITA dzisiaj ma swoje pierwsze urodzinki, a BIGA miała wczoraj siódme - oczywiście, jestem bardzo niedobra i nie kupiłam im tortu...... 
        Jeszcze tylko tydzień, a przyjedzie do nas nowa suczka - już nie mogę się doczekać. Teoretycznie można by ją odebrać już jutro, ale Jarek nie może jutro jechać, więc jeszcze trochę cierpliwości. Czas się strasznie dłuży. Maluchy dają mi do wiwatu, mają nie spożyte ilości energii - i całe szczęście, oznacza to, że są w dobrej kondycji. Lester już daje się przytrzymywać w pozycji na plecach - i nie warczy. Jest co raz pokorniejszy. Grandzi ze wszystkimi szczeniakami, uratowałam już życie Macieja czapce i jego papuciom, próbowały nawet się dobrać do worka z karmą. Gdy biegają po domu, to mają dostęp do miski z suchą karmą dla dorosłych psów i do miski z wodą. Za każdym razem dopadają do wody - jakby nie piły wieki , a dostają w kojcu swoje jedzenie i swoją wodę. No, ale wiadomo, że w innej misce wszystko jest lepsze. Potem zaglądają do suchego jedzenia dla dorosłych - Walentyna dosiada się do niego i je, ale największe przedstawienie robi Legolas: włazi dwoma, a czasami nawet czterema łapami do miski i grzebie w jedzeniu - zanurzając przy tym głowę aż po same uszy. Miska jest spora, cały się w niej mieści, ale najlepsze jest to, że nie je granulek z wierzchu, tylko rozgrzebuje łapami i nosem, wyciągając jakąś jedną spod spodu i potem cały szczęśliwy ją je.....

23-03-2003r.
        Och, jaka jestem dumna! Jesteśmy po przeglądzie miotu i tatuażach. Nic nikomu nie sugerowałam, ani słówkiem. A pani - oglądając maluchy zatrzymała się przy Lesterze, postawiła go na stole ( wszystkie zresztą stawiała na stole), obejrzała, pomacała i powiedziała, że jest to najładniejszy piesek z miotu, o doskonałej budowie i postawie, o mocnej psychice i..... bez śladu agresji! Gdy opowiedziałam, jak on się przedtem zachowywał, to stwierdziła, że musieliśmy włożyć w niego mnóstwo pracy - bo teraz jest doskonały psychicznie! Chyba spuchłam z dumy! Wszystkie szczenięta zostały wysoko ocenione, zarówno w rozwoju psychicznym, jak i fizycznym, dowiedziałam się również, że doskonale noszą ogony! Bardzo mnie wczorajszy dzień podniósł na duchu! Szczególnie ocena Lestera - po pierwsze dlatego, że moje oceny szczeniąt były takie same, a po drugie: bo nasza praca z Lesterem dała pożądane efekty. A Layla została uznana - zgodnie zresztą z moją własną opinią -  za niesamowicie zrównoważoną. Chyba nie umiem dziś o niczym innym napisać..... No, ale wspomnę, że już zaczynają się samowolne wycieczki po domu - najpierw Layla, potem Lester, a teraz już chyba wszystkie, umieją wydostać się z kojca. Na dodatek uznały, że w kojcu nie należy zbytnio brudzić i na kupkę chcą wyjść - najlepiej na środek pokoju.. Ale o tym w następnym odcinku...

24-03-2003r.
        Jest takie powiedzenie:" nie podskakuj z radości zbyt wysoko w górę, bo ci może ktoś ziemię spod nóg usunąć"..... Pisałam wczoraj, jaka jestem zadowolona i dumna, a w nocy dostałam zimny prysznic. Napisała Pani Kristyna z hodowli Black Bohemia, że nie dostanę Liselotty! A miałam ją odebrać wczoraj, nie pojechaliśmy ze względu na Jarka pracę, planowaliśmy pojechać w sobotę. Lizzi urodziła się jako jedyna suczka w miocie i postanowili zostawić ją sobie w hodowli, gdyż jej mama - Aida - bardzo, bardzo zachorowała i nie wiadomo czy z tego wyjdzie, a jeżeli tak, to już nie będzie mogła mieć szczeniąt. Jak mi smutno........

29-03-2003r.
        Dziś była piękna, słoneczna sobota. Dwie suczki pojechały do swoich nowych domków - i jakoś tak smutno. Najpierw przyjechał Pan z Tarnobrzegu (czy z Tarnobrzega? - nigdy nie wiem) ze swoim synem, po Walentynkę. Już nie będzie nazywać się "Walentynka", tylko "Xena", bardzo ładnie moim zdaniem. Mam nadzieję, że będę otrzymywać zdjęcia i informacje o jej postępach i wybrykach. Byli bardzo krótko, bo droga daleka i męcząca. Jestem ciekawa, jak maluda przetrwała tę podróż. Później przyjechali Iza z Maćkiem po Laylę. Obiecałam, że przegonię maluchy dziś na dłużej w ogródku, tak by spały w drodze. W efekcie gdy przyjechali, szczeniaki spały i nie chciały nawet oczu utworzyć. No fakt, grandziły od 11.00 do 15.00 prawie bez przerwy, więc miały prawo. Layla przywitała się z Izą otwierając jedno oko i spała dalej. Co ją postawiłam, to uciekała do budki Nikity i chyba już w czasie tego biegu zasypiała. O kontakt z Izą nie mam co się martwić - najwyżej zrobię jej nalot w Szczecinie..... Jutro rano przyjeżdża Pani po Lolę - moja najmniejsza sunia pojedzie daleko, bo aż do Białegostoku - pociągiem, z przesiadką. Na pewno długa i męcząca droga. A po południu przyjedzie Ola i nowi Państwo Askana, który od jutra będzie mieszkał w Toruniu. Aż za cicho jest w domu, mimo że dopiero ubyły dwie sztuki, co będzie później? Ale tak jest za każdym razem.

31-03-2003r.
        No i pozostali tylko Lucky i Lester. Trochę ciszej, trochę smutniej ...... Szczeniaki rozrabiają za całą szóstkę, a Niki nareszcie jest w stanie łapać ja na raz.... Przeganiają się po całym domu i ogrodzie, tratując wszystko po drodze, a potem, jak dwa aniołki, zasypiają. Lola podobno dojechała do Białegostoku bez problemu, pozostałe zresztą trafiły do swoich domków też spokojnie, natomiast Layla daje Izie popalić - ciągle płacze. Jest to o tyle kłopotliwe, że mieszkają w bloku i  sąsiedzi raczej nie będą z tego faktu zadowoleni. Zobaczymy kto kogo przetrzyma - Layla Izę, czy Iza Laylę... Trzymam za nie kciuki.
        O ile smyki nie stratują moich kwiatków, to już niedługo powinno być kolorowo w ogródku, rozkwitają krokusy, miniaturowe żółte żonkile, trawa zaczyna nabierać soczystej barwy - ech, wiosna....

05-04-2003r.
        Ale czas szybko płynie - już tylko jeden szczeniak został z nami. Nie, nie Lester - Lucky! Przyjechali dziś jego państwo z Sosnowca i zaskoczyła ich możliwość wyboru szczeniaka. A że Lester stał się naprawę bardzo posłusznym i karnym psiakiem, nie wiem nawet, czy nie bardziej niż Lucky - więc uważałam, że nie popełniłam błędu. Tym bardziej, ze ci państwo wydali mi się bardzo rozsądnymi ludźmi, nie uciekali od starszych psów ( co niektórym się zdarza), pobawili się ze szczeniakami - i po dłuższym zapoznawaniu się z maluchami ( no, już nie takie znów maluchy, właśnie są wzrostu Nikity!) wybrali Lestera. Chociaż pan Maciej przyznał, że wybór trudny.....   Ale zostawili mi niemiły prezent! Przywieźli ze sobą jeszcze gorszą pogodę, oni pojechali z powrotem do domu, a u mnie zaczął padać śnieg! Teraz jest zimno i bardzo, bardzo wietrznie! Maciek od czwartku jest w domu (gardziołko, gardziołko, przestał mówić, tylko chrypiał) i nie dopuszcza (prawie) swojej ukochanej Mamusi do komputera - niedobry dzieciak.....
        Nadal rozglądam się za suczką czarną-podpalaną, kontaktowałam się już z kilkoma hodowlami w Czechach, ale przeważnie są rude. Zależy mi na obcej krwi, bo w Polsce jest już zbyt duże pokrewieństwo i  trudniej przez to znaleźć reproduktora. Chyba nie będę o tym pisać, bo znów zapeszę - jak będę już miała następne szczęście w domu - to wtedy napiszę. 

09-04-2003r.
        Niedługo Święta, nie wiem tylko czy do dzieciaków przyjedzie Zajączek czy..... Gwiazdor Podobno od poniedziałku ma być cieplutko, ale teraz nas zasypał śnieg! Już rozkwitły żółte i fioletowe miniaturowe irysy, tulipany mają już spore pączki, wystawiłam meble ogrodowe, węgiel się kończy w piwnicy - a tu znów zima. Na szczęście, ponoć na krótko i zaraz zacznie się..... lato  
        Lucky już sygnalizuje - nie zawsze, tak mniej więcej co drugi, trzeci raz - chęć załatwienia swoich potrzeb na dworze. Dopada wtedy do drzwi i okropnie piszczy, potem biegnie na koniec mojego miniaturowego ogródka i tam ma swoje miejsce. No, ale gdy spadł śnieg, to nie było już to takie proste - do tej pory maluchy goniły się po trawie, a tu coś białego, zimnego i mokrego, na dodatek cały czas sypie się na grzbiet i na głowę! Dzisiejsze pierwsze wyjścia były tylko do progu, potem podbiegał kawałek i szybciutko z powrotem do pokoju zrobić siusiu ...... Jednak później zobaczył, że duże psy wybiegają i nic złego im się nie dzieje, więc popróbował razem z nimi. W efekcie musiałam wracać do domu sama ( wyszłam bez kurtki), a Lucky został z psami na dworze. Gdy po chwili wróciłam, już odpowiednio ubrana - Lucky nurkował w śniegu i bardzo mu się ta zabawa spodobała. A pojutrze, w piątek, Lucky pojedzie do swojego nowego domu - zamieszka niedaleko Wrocławia. Będzie to wyjazd na pół-rodzinny, bo u kuzynki tej pani mieszka już Basta, siostra Bigi.
        Teraz muszę się zorientować czy jeszcze mogę zgłosić Nikitę na wystawę do Łodzi i gdzie zgłosić ją na późniejsze terminy - w końcu musi się pokazać. Wprawdzie nie bardzo umiem ją wystawić - ale popróbujemy. Cały szkopuł chyba w tym, że to nie ja powinnam ją wystawiać, tylko ktoś inny - wtedy patrzy na mnie i pięknie stoi, gdy idzie ze mną, to po zatrzymaniu się, Nikita siada, albo stoi jak ostatnie cielę....
        Ostatnio do działu "reproduktory" dołączyłam zdjęcia i dane młodego pinczera średniego, który właśnie otrzymał uprawnienia: GRASANT (Dager) Galant - możecie się już z nim zapoznać.

10-04-2003r.
        Dzisiaj są imieniny mojego synusia Michała i moje urodziny, choroba, znów jestem młodsza . Zauważyłam, że jak Biga weźmie zabawkę, to zachęca Lucky'ego do zabawy, gdy Nikita ma zabawkę, to ucieka do swojej budki - żeby Lucky nie mógł jej nic zabrać. Niki zabiera wszystko, co tylko jej się uda podprowadzić - w budce znajduję tyle zabawek i "kradzionych" rzeczy, że czasami dla samej Nikity już nie ma miejsca. Kupiłam szczeniakom kilka piłeczek i piszczydełek - żadnego nie mogę znaleźć, bo ta ruda zaraza gdzieś to wszystko wyniosła. Jutro pojadę do Związku - zgłosić ją na wystawę do Łodzi na 04.05 -podobno przedłużono termin przyjmowania zgłoszeń do 13.04., wprawdzie nie bardzo umiem ją zmobilizować do prawidłowej postawy, ale spróbujemy. Layla - wg słów swojej pani - zadomowiła już się na dobre i doskonale odróżnia domowników od obcych. No i najważniejsze - już nie płacze, gdy zostaje sama w domu....
        Mój Tato powiedział, że kupił nowe wycieraczki do samochodu, bo Olek (mój brat) ochrzanił go za taki badziew. Najpierw dostałam sms-a: "kupiłem nowe wycieraczki", potem Tato przyjechał i znów zakomunikował; "kupiłem nowe wycieraczki". Dla świętego spokoju spojrzałam przez okno i powiedziałam "ach, jakie pięęęękne!". A Tato znowu: "kupiłem - ale nie widzieliście". Jarek w końcu wyszedł przed dom i oglądał, ja również wyszłam i ..... okazało się, że to cały "cinkuś" jest nowy! A na to mój Tato: " no co, kupiłem nowe wycieraczki, a ta reszta też była do nich przyczepiona".....

13-04-2003r.
        No i znów mieszkamy z chipsami, ta znaczy z trzema psami..... Wczoraj po południu Lucky pojechał do swojego nowego domu. Przyjechali po niego państwo ze swoim młodszym synkiem - Piotrkiem (II klasa podst.). Piotrek nie wiedział, że przyjechali po psa. Wiecie jaka była radość, gdy najpierw przywitał się z psami, potem podbiegł do niego Lucky, wskoczył mu na kolana (Piotrek siedział na podłodze) i machając ogonkiem jak wiatraczkiem - wycałował, a Piotrka mama powiedziała, że to jest jego pies? Potem przez cały czas Piotrek bawił się z Luckym i Nikitą albo opowiadał o tym, jak to będzie po powrocie do domu. Fajny dzieciak. A u nas? Teraz tak jakoś tak..... pusto. Nikt już nie zagryza na śmierć moich tulipanów, istnieje szansa, że irysy też przeżyją, ale ...... Zawsze gdy odchodzi ostatni szczeniak z miotu - jest najsmutniej. Brakuje takiego małego hultaja. Z psów, to chyba Nikicie najbardziej brakuje maluchów - średniaczki już są "za dorosłe" dla rocznej miniatury i najchętniej bawiła się właśnie ze szczeniakami. No, ale teraz ja będę się znęcać nad Nikitą i codziennie będę próbować ją i siebie nauczyć postawy wystawowej  - do tej pory to tak nie bardzo wychodziło nam to ćwiczenie, więc i trudno oczekiwać większych efektów.
        Mój kolega małżonek powiedział, że kupił mi prezent. Na urodziny, na zbliżającą się 19 rocznicę ślubu (28.04), na imieniny i chyba.... już na gwiazdkę . Żeby było śmieszniej - faktura jest na Jarka. No i przez cały wczorajszy wieczór nie dostałam "swojego" prezentu do ręki, dopiero jak panowie poszli spać, to się dorwałam. A że wczoraj wieczorem jeszcze mieliśmy gości, w tym dwóch panów, to "mój" prezent był dość oblegany. Ach, zapomniałabym napisać co to jest: aparat cyfrowy! Nikt z nas jeszcze nie miał do czynienia z tym cudem techniki, więc zabawa jest przednia. Oczywiście jeszcze nie do końca umiemy posługiwać się tym ustrojstwem, ale to, co już wyczuliśmy - daje wiele frajdy. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła opublikować pierwsze samodzielne fotki. Szkoda tylko, że nie zdążyłam zrobić tym zdjęć szczeniakom - jakość nieporównywalna.
Zaczęłam trochę zmieniać sposób przeglądania zdjęć na mojej stronie - ale pewnie to trochę potrwa. Aha, Lester w domu nazywany jest "Fred" 

17-04-2003r.
         Jak wiecie, cały czas rozglądam się za nową, czarną suczką. Dostałam właśnie wiadomość, że w czeskiej hodowli, w Ostravie, 12 kwietnia urodziły się szczenięta. Same suczki, a jest ich 10!! Mama ruda, tato rudy i wszystkie maluchy - oprócz jednej - rude w różnych odcieniach. 
           
Można zamawiać, bo nikt się nie spodziewał, ani tak licznego miotu, ani tego, że będą same dziewczynki. 
            No a ta jedna jedyna czarna, ma być dla nas - mam nadzieję, że tym razem się uda i nie będzie żadnych niespodzianek! Imiona mają zaczynać się na literę "A". Ale najbardziej mnie rozśmieszył przydomek hodowlany: Skubanek! Zobaczcie fotki Elissy Black Bohemia (mamy) i jej dzieciaków - podpięłam dla Arii (mam nadzieję, że naszej) osobną stronkę.
        No a z wiadomości nie związanych z psami - to muszę napisać o wyczynach moich synalków: Maciek w piątek grał w piłkę i w efekcie jakiegoś faulu zbił sobie tak mocno rękę, że na kilka dni miał założony gipsowy opatrunek. Teraz ma już zdjęty, ale nadgarstek nadal powinien być usztywniony - nakłada sobie ochraniacz, taki, jak do jazdy na rolkach. A Michał wczoraj miał stłuczkę swoim pięknym, czerwonym bolidem - facet ewidentnie zajechał mu drogę, bo myślał, że zdąży skręcić ....... Same fajne sprawy. Najgorsze jest to, że Michu jechał ze swoją koleżanką i przy tym uderzeniu Ania rozbiła głową szybę. Podobno nic jej nie jest, Jarek woził ją wczoraj po szpitalach, ale ja i tak nie jestem jeszcze uspokojona. Głowa - to głowa.

22-04-2003r.
        I po Świętach... Na szczęście pogoda była ładna, więc można było cały czas przebywać na dworze, a i Dyngus w słoneczku jest o wiele przyjemniejszy..... Psy na wszelki wypadek w Lany Poniedziałek pochowały się po kątach... Dzieciaki natomiast przeprowadziły tu istną wodną wojnę - zabawy i śmiechu było co niemiara!

 Maciek&Damian - przygotowania Maciek&Pati _ bitwa Pati&Mariusz - bitwa
 Jarek&Maciek - zemsta mokrego Taty Weronika - tak bezpieczniej.... Damian - ktoś odłączył węża!! Silna ekipa w trakcie wodnej wojny....

02-05-2003r.
        Pracuję nad trochę inną formą strony i nie bardzo mam czas na coś innego. I codziennie ćwiczymy z Nikitą postawę i chodzenie w kółeczko. Mam tylko nadzieję, że osiągniemy przynajmniej taki poziom, żeby nas nie wyrzucili z ringu.....

04-05-2003r.
        Ponieważ przybywa zdjęć Arii - to postanowiłam zrobić jej osobną stronkę. Jest już podpięta, więc usunęłam z "pamiętnika" jej uprzednie fotki.

05-05-2003r.
        No, a teraz o wczorajszej wystawie...... Jechałam cała w skowronkach, bo zależało mi bardzo na poznaniu nowych "pinczeromaniaków" (rozdawałam wizytówki - może tu zajrzą) i liczyłam na dobrą zabawę. No i na dzień dobry kubełek zimnej wody na głowę: nie dosyć, że obie rasy szły na zupełnie innych ringach, to jeszcze te ringi były położone w zupełnie skrajnych krańcach wystawy! Średniaki były na płycie głównej, a miniatury z drugiego końca - poza płytą! A żeby nie było jeszcze zbyt różowo - obie rasy rozpoczynały prezentację o tej samej godzinie! Czarna rozpacz! Najpierw pognałam do średniaków, pozostawiając mój dobytek na pastwę losu i "oko" dobrych ludzi. Udało mi się pstryknąć kilka fajnych zdjęć. Potem już musiałam pilnować ringu miniatur i też trochę fotek zrobiłam. Nikita była pokazywana w klasie młodzieży - oprócz niej jeszcze jedna suczka. Nikita, jak to ona, podkuliła te swoje resztki po ogonku, cytuję opis sędziego: "typowa suka, nożycowy zgryz, całkowicie odpowiada standardom, w ruchu minimalnie wysklepiony grzbiet - ocena bardzo dobra". Trochę skąpy opis, ale rozumiem, że Niki jest po prostu przeciętnie dobrym psem. Rzeczywiście - ta druga suczka była zdecydowanie mocniejsza w budowie, a grzbiet miała idealnie prosty. Podobno powinnam chodzić z Nikitą dużo na smyczy, żeby wyrobiła sobie mięśnie w lędźwiach - wtedy nie będzie się garbić. Nie jestem pewna czy to coś da, bo przecież ona bardzo dużo biega i teoretycznie ma te mięśnie wyrobione. Ale nic nie szkodzi spróbować. Jarek chce ją pokazać jeszcze w Lesznie - nie wiem czy zdążymy, a poza tym niedługo moje trzy panny będą miały cieczkę. Przyjrzałam się dobrze miniaturom i zdecydowanie bardziej podobają mi się te o mocniejszej budowie, nawet może trochę większe - w każdym bądź razie inne niż Niki. Niki wyglądała przy nich jak przecinek, taka mała sarenka, tamte wyglądały jak prawdziwa kopia pinczera średniego. No, nie wszystkie... ale większość. Żeby było śmieszniej - po wyjściu z ringu Nikita pięknie się wyprostowała i chodziła jak sprężynka... Wiem, wiem - świadczy to o braku obycia i jest to moja wina - kajam się. Co do średniaków to jeszcze nie znam wszystkich wyników - z przyczyn technicznych. Podepnę stronkę z wynikami i fotkami z Łodzi - narazie wiem, że GRASANT Galant zdobył CWC i CACiB (jest umieszczony w dziale "reproduktory"), a TOKIO de la Capelliere wygrał  rasę.

10-05-2003r.
        To, co zdążyłam , to już pozmieniałam na stronie - reszta musi poczekać. Powoli będę dodawać podstrony o poszczególnych szczeniakach, ale te zdjęcia sprzed lat są makabryczne, więc nie będzie ich dużo. Odebrałam od fotografa filmy (dwa) i mam jeszcze kilka zdjęć maluchów z miotu "L" - niektóre są przesłodkie.... No i najważniejsze: dopiero teraz do mnie dotarło, że wystawa klubowa pinczerów organizowana w Głogowie we wrześniu bieżącego roku, ma status wystawy ŚWIATOWEJ! Pewnie - jak zwykle - wszyscy zainteresowani o tym już dawno wiedzą, tylko ja obudziłam się ostatnia. Mam nadzieję, że w związku z rangą wystawy - przyjedzie multum pinczerów. Albo jeszcze więcej...... Nawet maluchy z naszego ostatniego miotu mogłyby już startować w klasie szczeniąt.... Nikitę zgłosiłam do Leszna na 24.05 i do Szczecina na 21.06 - a co tam, jak szaleć, to szaleć.... 
        Narazie przeprowadzam w moim ogródku prace ziemne. Jako, że w moim domu mieszka pełno chłopa (sztuk trzy), to ja biorę się za łopatę i udaję, że kopię. Dochodzę do wniosku, że zdecydowanie lepiej byłoby mieć córki na wydaniu, bo wtedy kawalerowie prześcigają się z chęcią niesienia "pomocy". Efekty narazie są mizerne, ale pomalutku, pomalutku posuwam się do przodu. Ułożyłam już ścieżkę z płytek, przekopuję się teraz przez okropną ziemię zmieszaną z gruzem i wybieram "tymi ręcami" to świństwo, jednocześnie usiłuję przygotować dziurę pod sadzawkę - tylko jeszcze nie wiem, jak dużą, zagrodziłam psom wejście na część ogrodu, co by mi tam nie siusiały - niech trawa ma jakieś szanse przeżyć. W międzyczasie chyba z tysiąc razy rozjechałam sobie stopę taczką z ziemią, poobijałam się gdzie tylko było można, zlikwidowałam słup z koszem do koszykówki (bo ja jestem taka niedobra....), a od poniedziałku mają przyjść jacyś panowie i będą tynkować mur, bo mimo młodego wieku wygląda przeokropnie i strasznie się sypie. 
        Michał - jak już pisałam - rozbił swojego czerwonego malucha. Ponieważ w tym poważnym wieku (18 lat) w żadnym wypadku nie można obejść się bez samochodu - natychmiast kupił drugiego. Jeszcze starszego - niedługo zabytek. No, ale należało go wyszykować i maluch powędrował do blacharza z jakimś drobiazgiem. W efekcie tej wizyty należało pomalować na nowo kawałek samochodu i tu zaczęły się schody: dobranie koloru (szaro-bury beż) graniczyło z cudem. Dwa czy trzy razy kupił w końcu odpowiednią farbę, ale albo była przeterminowana i się zważyła, albo coś innego się działo - a przecież młody człowiek u progu kariery, nie będzie jeździł nie pomalowanym bolidem! Jak to się skończyło? Wziął farbę od kolegi - tamten miał jej nadmiar - i pomalował swoje autko. NA CZARNO!  O rany..... Do tego wszystkie wykończenia na srebrno.... Od tygodnia grzebie przy tym pudle, jeszcze cały czas coś ulepsza - podobno już w poniedziałek będzie mógł zacząć straszyć Poznaniaków.... A sprawa odszkodowania jeszcze nie jest zamknięta, bo tamten kierowca.... nie potwierdził jeszcze swojej winy! Przecież on nie ma w tym żadnego interesu, to do końca życia można czekać na zakończenie sprawy...

12-05-2003r.
        Dostałam kolejny prezent od mojego kolegi małżonka. Nową łopatę....... Zieloną - bo była tańsza.... Romantyczny facet, nie ma co. I jeszcze takie ustrojstwo do robienia dziur pod cebule - potem z tego czegoś wysypuje się z powrotem ziemie do dołka i gotowe. Ale ja oczywiście już wymyśliłam do czego jeszcze mogę to coś wykorzystać i dziś przesadzałam przy pomocy tego czegoś trawę - świetna sprawa, ale trochę to długo trwa. Za to nie można poznać, w którym miejscu trawa została dosadzona.... Wprawdzie zagrodziłam psom wejście na część działki (na tę część, która choć w małym stopniu przypomina ogródek, bo druga część, to plac budowy i magazyn wszystkiego, co kiedyś na pewno się przyda.....), ale Nikita - diablica - mieści się między sztachetami płotka i cała w skowronkach nadal obsikuje moją trawę! Chyba naprawdę muszę ją podtuczyć - wtedy nie przeciśnie się.... Dzisiaj dwóch panów naprawiało mój murek i po południu dałam im obiad. Oni mieli rozrobiony materiał i obiad czekał na tarasie, a ja musiałam siedzieć obok i pilnować. Nie, nie, to nie przed psami - u nas pod dachem mieszkają wróble i chyba uznały, że to je chcę dokarmić: natychmiast zleciało się małe stadko i wystarczyło, że odeszłam na dwa kroki - już urzędowały na stole! Maciek pojechał na dwudniowa wycieczkę do Kotliny Kłodzkiej, mają też przejść na czeską stronę, o ile pamiętam, to do Skalnego Miasta. Oczywiście - najważniejsze zabrał: pastę do zębów na zieloną noc....

17-05-2003r.
        Dzisiaj byli u nas bardzo mili i bardzo oczekiwani goście: przyjechała znajoma rodzina z Wrocławia, która od niedawna powiększyła się o 10-miesięczną rudą suczkę rasy pinczer średni - pojechali po nią aż do Czech, nazywa się Izabella Black Bohemia - po domowemu Holly. Holly najpierw stanęła oko w oko z całą naszą psią trójką i troszkę ją to zdeprymowało, ale potem została tylko Nikita i we dwie rządziły w ogródku. Nikicie oczywiście się wydawało, że to ona dominuje, ale czas pokazał, że Holly nie daje sobie w kaszę dmuchać... Holly jest jeszcze troszkę przepłoszona, co wynika z niedawnej zmiany właścicieli, ale trafiła do dobrych i odpowiedzialnych ludzi, więc z biegiem czasu powinno się wszystko unormować...

 Holly i Nikita - małe podgryzanko Holly i Nikita - krótki odpoczynek 
Holly i Nikita - kto kogo dopadnie... Holly i Nikita - dogonię i złapię...
Holly i Nikita - no to z zaskoczenia....
Holly i Nikta - jeszcze troszeczkę ze mną pobiegaj...

20-05-2003r.
        Emocje rosną - do przyjazdu Arii zostało 17 dni! Znów dostałam kilka jej zdjęć - umieściłam je na jej stronce. Jak już będzie u nas, to postaram się o fotografowanie jej na bieżąco. Jestem bardzo ciekawa, jak ją przyjmą moje "stare" rezydentki? Mam tylko nadzieję, że nic nie stanie na przeszkodzie, plany się nie zmienią, dokumenty będą przygotowane (łącznie z moim paszportem, którego odbiór mam wyznaczony na 04.06) i już niedługo.... Ale narazie czeka nas jeszcze wystawa w Lesznie (najbliższa niedziela) a jeszcze nie dostaliśmy potwierdzenia, Nikita nic a nic nie przytyła, nadal jest jak przecinek, nadal podkula dupencję, zamiast stać na baczność - ale co tam, jak szaleć, to szaleć... W niedzielę wstałam obolała, chyba mnie coś przewiało i do dziś mam problem z utrzymaniem głowy w pionie, a najgorzej jest przy pochylaniu głowy, wczoraj nie mogłam nawet unieść szklanki z kawą - a praca czeka. Patrzę na ten mój ogródek i kombinuję, jak tu coś zrobić nie schylając się.... Narazie połknęłam dwa ibupromy i mogłam w miarę swobodnie pomyć naczynia, ale łopata musi jeszcze poczekać. Mam nadzieję, że do niedzieli mi przejdzie, bo inaczej obie z Nikitą wyjdziemy na ring pogięte jak paragrafy. Aha, no i już powstały fundamenty i podłoga szopki, teraz jeszcze mury, dach i starą szopkę będzie można rozebrać. Może przestanie tu